Wino+rower || Piwniczka u Dziadka || Winnica Kinga

Podróże, wino

Z Winnicy Miłosz wyjeżdżamy z pełnymi żołądkami i po dłuższej chwili odpoczynku. Pogoda, która tego dnia nas nie rozpieszczała, wreszcie się poprawiła. Na niebie zostało jedynie kilka niegroźnych obłoków, a wiatr znacznie stracił na sile. Chcieliśmy jeszcze zahaczyć o Lubuskie Centrum Winiarstwa, ale przyjechaliśmy tam za późno (urząd rządzi się swoimi prawami…). Cóż, pełni nowych sił obraliśmy trasę w kierunku Otynia…

 

***

 

Ledwo co minęliśmy znak informujący, że wjeżdżamy do Otynia, a nawigacja (to znaczy mocno sfatygowana już mapa) wskazała nam, że musimy odbić w lewo. Pokonaliśmy jeszcze kilometr czy dwa wąskimi uliczkami i zatrzymaliśmy się przed szeroko otwartą bramą wjazdową przy sporych rozmiarach domu jednorodzinnym. Winnica? Tu? Wolne żarty. Z domu wyszedł ojciec właścicielki winnicy. Bez ogródek zaprosił nas na podwórko i poinformował, że Joanna i Sławek już do nas jadą. Dojechaliśmy do Piwniczki u Dziadka.

Dopiero teraz naszym oczom ukazała się winnica. Niewielka, to prawda, ale jednocześnie była to chyba najpiękniej prowadzona winnica jaką przyszło mi oglądać w Polsce. Rzędy winorośli były równiutkie. Stalowe linki, po których niebawem miały zacząć się piąć krzewy winnej latorośli były już idealnie napięte i gotowe, aby unieść ciężar masy zielonej oraz owoców, z których za kilka miesięcy później powstanie wino. Bez pytania o zgodę weszliśmy pomiędzy rzędy, aby przyjrzeć się winnicy z bliska. Solaris, hibernal, johanniter, aurora… tabliczki z nazwami szczepów przyczepione do stelaży nie pozostawiały złudzeń: właściciele stawiają na hybrydy.

Na podwórko wjechało auto, z którego wyszło młode małżeństwo, Asia i Sławek. Szybkie powitanie i do rzeczy. Winnica w mieście? Jak widać tak też można. Właściciele nadal szukają odpowiedniej lokalizacji pod większą parcelę, tymczasem eksperymentują i zbierają doświadczenia na przydomowym podwórku. Patrząc na winnicę i sposób, w jaki ją prowadzą, nie miałem żadnych złudzeń: wkładają w ten skrawek ziemi ogrom pracy i każdy krzew traktują indywidualnie (choć sami przyznali, że przy większym areale nie będzie to już możliwe).

Działka jest idealnie płaska. Winnicę okalają mury bądź płoty, które oddzielają ją od sąsiadów i ulicy. Fakt, nie jest to wymarzone siedlisko. Mimo to ma ono swoje zalety, jak chociażby nieco wyższa niż wszędzie wokół temperatura powietrza w ciągu dnia. Brakuje za to wiatru, który minimalizowałby ryzyko wejścia (czy też szybkiego rozprzestrzeniania się) chorób grzybowych. No i przymrozki, z nimi Joanna i Sławek muszą walczyć bez ustanku. Pomiędzy rzędami winorośli rozstawione są spryskiwacze, dzięki którym w przypadku minusowych temperatur na krzewach powstaje lodowa pokrywa chroniąca rośliny przed mrozem.

Próbujemy białego kupażu z ubiegłorocznego winobrania, w skład którego wchodzą solaris i aurora. Wino ma jasną, nieco zielonkawą barwę. Czuć, że jest już całkiem dobrze ułożone, choć kolejny rok na pewno mu nie zaszkodzi. W ustach spora kwasowość i odrobina cukru resztkowego, które dobrze się równoważą. Aromaty to przede wszystkim liście porzeczki, kwaśny agrest i nieco białych owoców. Lekkie, rześkie, bardzo świeże i owocowe – myślę sobie. To na pewno jedno z najczystszych win opartych o szczepy hybrydowe, jakie przyszło mi w ostatnim czasie próbować. Brawo! Nic tylko rejestrować winnicę i zacząć regularną sprzedaż – sugeruję Sławkowi i Joannie. To będzie jeden z najgłośniejszych debiutów w najbliższych latach!

 

***

 

Dopiero jadąc przez Nową Sól zdaliśmy sobie sprawę, że nasza wyprawa niebawem dobiegnie końca. Te kilka dni wolnych, które spędziliśmy pomiędzy lubuskimi winnicami, trasami rowerowymi i nockami w namiotach minęło naprawdę szybko. Już niebawem czekał nas tylko smutny powrót z ostatniego miejsca na trasie aż do aut, do których będziemy musieli pokonać ponad 100 km bez żadnego winnego postoju! Doprawdy, straszna perspektywa (zwłaszcza po kilku dniach przepełnionych rozmowami z winiarzami, spacerami pomiędzy rzędami winorośli z nosem wciśniętym w kieliszek próbując wychwycić jak najwięcej aromatów).

Przecisnęliśmy się przez tłumy pieszych i wyjechaliśmy na jedną z dróg wylotowych z miasta. Podążając za znakami (po raz kolejny przekonaliśmy się, że świetne oznakowanie to naprawdę mocny punkt Lubuskiego Szlaku i Wina) odbiliśmy w prawo w stronę Winnicy Kinga. Stanęliśmy przed drewnianą bramą i zadzwoniliśmy czekając na właścicielkę. Kingę do bramy odprowadził jej czworonożny przyjaciel. Szeroki przyjacielski uśmiech i ciepło bijące od właścicielki winnicy, to jedyne co zapamiętałem z tamtego przywitania. Od razu przeszliśmy na ty i szybko ustaliliśmy plan działania. Po zaledwie kilku minutach czuliśmy się jak w domu.

Kinga przeprowadziła nas obok domku przeznaczonego dla gości odwiedzających winnicę oraz starej rybakówki. Nad Odrą spotkaliśmy jej męża Roberta łowiącego ryby. Daliśmy sobie nieco czasu na rozłożenie namiotów i krótki spacer po okolicy, po czym wróciliśmy do naszej gospodyni. Zasiedliśmy w niewielkiej i bardzo uroczo urządzonej kuchni. Wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że przypomina nam ona nieco wakacje w Toskanii. Na stole pojawiła się kremowa zupa z pesto, a w kieliszkach wylądowało białe wino. Pierwsze danie pochłonęliśmy dosłownie w ułamku sekundy i już nakładaliśmy sobie kurczaka w winie z pęczakiem. Do tego sałatka z chwastów i kolejny kieliszek wina, które idealnie komponowało się z tym, co znalazło się na naszych talerzach. Dość wysoka kwasowość, dobra struktura na podniebieniu połączona z akcentami ziołowymi i owocowymi dopełniały się wzorowo z niełatwymi przecież aromatami ziół, chwastów, drobiu i pęczaku z warzywami. To wino ma ogromny potencjał gastronomiczny i zapewniam Was, że nie jest to opinia oparta jedynie na doświadczeniach tamtego wieczora, kiedy po całym dniu pedałowania zasiedliśmy do królewskiej uczty przygotowanej przez Kingę.

Dla kontrastu spróbowaliśmy również Zweigelta z 2017. I tu połączenie kieliszek-talerz okazało się bezbłędne. Lekkie wino produkowane na styl burgundzki dobrze dopełniało smaku drobiu zanurzonego w winnym sosie. Delikatna struktura wina z wyraźnie zaznaczonym, ale nie wybijającym się kwasem tworzyła przyjemne tło dla zaserwowanego przez Kingę dania. Sporo dojrzałych czerwonych owoców i nieco drobnych bąbelków, które nadawały winu dodatkowej lekkości predysponowały je nie tylko jako wyśmienity kompan spotkań przy stole, ale też poważny konkurent dla tarasowych rosé.

 

***

 

Ranek obudził nas chłodem bijącym od wody. Rzeka, nieco zamglona, meandrowała równie leniwie co dnia poprzedniego. Po kolacji rozmawialiśmy jeszcze dość długo z Kingą i Robertem, ale właściwie nie poruszyliśmy tematu winnicy, ustaliliśmy, że spacer pomiędzy rzędami winorośli urządzimy sobie dnia następnego. Kolacja, którą uraczyła nas gospodyni i magiczny charakter tego miejsca to było coś, czego naprawdę potrzebowaliśmy. Po wielu już kilometrach przejechanych po asfalcie, szutrze, leśnych duktach i bruku. Po kilku dniach spędzonych na rowerowych siodełkach, przy wietrze i słońcu, wieczór w kuchni Kingi był tym, co sprawiło, że odetchnęliśmy i naprawdę odpoczęliśmy. Ranek przywitaliśmy z nową energią, gotowi do kolejnych przygód na Lubuskim Szlaku Wina i Miodu.

Zaraz po śniadaniu w towarzystwie Kingi, „przejął nas” pod swoją opiekę Robert, aby pokazać nam ich winne królestwo. Winnica Kinga to na pewno ewenement na skalę kraju, jest to bowiem pierwsza winnica w Polsce, którą opiekuje się już drugie pokolenie winiarzy. Ojciec Kingi zaczął interesować się winoroślą na długo jeszcze przed powodzią, która nawiedziła te ziemie w 1997 roku. Wówczas praktycznie wszystkie okoliczne tereny znalazły się pod wodą, a wraz z nimi krzewy winnej latorośli należące do ojca dzisiejszej właścicielki. Po odejściu wielkiej wody winnica została jednak odbudowana. Duża część upraw znajduje się w tunelach, które zapewniają wyższą temperaturę powietrza niezbędną do dobrego dojrzewania owoców. Kinga i Robert uprawiają nie tylko szczepy winne, sporą część areału zajmują odmiany deserowe, których owoce wykorzystywane są do produkcji konfitur i innych przetworów.

Przeszliśmy przez ulicę, aby rzucić okiem na nowszą parcelę. Tu rzędy winorośli wyglądały już nieco bardziej znajomo. Nie było mowy o tunelach, potężne drewniane pale wyznaczały kierunek, w którym mają piąć się rośliny. Robert oprowadził nas po całej działce opowiadając o uprawianych tutaj szczepach i problemach, z jakimi muszą najczęściej się borykać. Wszystko jednak jest błahostką w porównaniu do lęku przed kolejną wielką powodzią…

 

***

 

Kilkanaście godzin spędzonych w Winnicy Kinga było dla nas niczym podróż w głąb niezwykłej krainy, która żyje swoim własnym życiem. To pierwsze i, zaryzykuję, jedyne tego rodzaju miejsce w Polsce. Tu wino jest tylko częścią spójnej i dobrze zaplanowanej całości. Tu wino to tylko pretekst to wypoczynku na łonie natury wśród ciepłych i życzliwych ludzi, którzy potrafią jak nikt inny zauroczyć swoich gości. Jeśli zdecydujecie się odwiedzić Kingę i Roberta, pamiętajcie, że koniec Waszego pobytu u nich będzie bolesnym doświadczeniem. Powrót do szarej rzeczywistości, nawet dla nas po zaledwie dobie w ich towarzystwie, okazał się trudniejszy niżbyśmy się tego spodziewali. Przed nami jednak były jeszcze dwie winnice.

Kingo, Robercie, bardzo Wam dziękujemy, pobyt u Was to było najmilsze zaskoczenie podczas tegorocznej majówki. Mamy nadzieję, że szybko przyjdzie nam spotkać się ponownie!

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s