Cascina Tavijn || Nadia Verrua

Podróże, wino

Jest kilka minut przed godziną szóstą rano. Budzę się w moim pokoju w Asti. Pościel leży gdzieś na ziemi, jest tak gorąco, że pomimo spuszczonych rolet na oknach, czuję się jakbym był w piekle. Włączam klimatyzator, ustawiam go na maksymalną moc i próbuję jeszcze na chwilę zasnąć. Nic z tego. Dźwięk jednostki chłodzącej ustawionej na balkonie tuż za oknem nie pozwala mi zmrużyć oka. No cóż, chcąc nie chcąc wstaję i biorę zimny prysznic, a w oczekiwaniu na śniadanie próbuję przejrzeć plan trasy na dziś.

 

***

 

Rower odebrałem z wypożyczalni już o dziewiątej. Nie pytano mnie o dowód osobisty, nie chciano mojego numeru telefonu, a nawet zapłaty. Dość odważne podejście jak na północne Włochy. O ile na Sycylii zdarzyło mi się już spotkać z tego rodzaju wyluzowaniem, o tyle Piemont przyzwyczaił mnie do porządku i iście niewłoskich standardów. Mniejsza. Mountain bike, który przypadł mi w udziale był naprawdę dobry. Jedynie czego mi brakowało, to bagażnika mogącego unieść kilka butelek wina. Trudno, na szczęście zabrałem ze sobą konkretnych rozmiarów plecak.

Wróciłem do pokoju hotelowego, znów wziąłem zimny prysznic. Pomimo, że było zaledwie przed dziesiątą, słupki rtęci przekroczyły już 30 kreskę, a wilgotność powietrza sięgała powyżej 80%. Zacząłem mieć pewne obawy co do powodzenia mojej wycieczki. Nawet wstępnie sprawdziłem możliwości skrócenia trasy, gdyby się okazało, że mój organizm odmówi posłuszeństwa. Wypiłem potężną dawkę elektrolitów, zjadłem mnóstwo owoców i świeżych warzyw, aby mieć zapas witamin i soli mineralnych w ciele na później i uciąłem sobie jeszcze drzemkę.

 

***

 

Nieco przed godziną czternastą ubrałem obcisłe ciuchy kolarskie i założyłem plecak (już ciężki, bo wrzuciłem tam dwie litrowe butelki z elektrolitami i kilka innych niezbędnych rzeczy). Raczej nie spodziewałem się otwartych sklepów na swojej trasie, więc musiałem zabrać ze sobą odpowiednią ilość jedzenia i picia, aby nie paść po drodze. Wystarczył mi niespełna kwadrans pedałowania przy średniej prędkości około 20 km/h, abym poczuł jak słone krople zbierają mi się na brwiach i brodzie, a następnie rozgrzane od słońca spadają na kolana, te również pokryte już błyszczącą warstwą potu… Przerwa na wodopój i ruszam w dalszą drogę.

Jak tylko wyjechałem z Asti i pokonałem most nad obwodnicą, krajobraz zmienił się o 180 stopni. Kamienice ustąpiły miejsca zakładom produkcyjnym, a te z kolei połaciom łąk, pól i lasów. Jeszcze tylko przez chwilę jechałem po płaskiej ziemi. Z każdym kolejnym przebytym metrem zaczynałem wspinać się ku górze. Dotarło do mnie, dlaczego mapy Google wskazywały, że pokonanie około 20 km powinno zająć więcej niż dwie godziny.

38539026_1922421584512351_7064196792090361856_o.jpg

Wystarczył pierwszy podjazd, abym zrozumiał co czeka mnie tego dnia. Zagryzłem zęby i pomyślałem, jak przyjemny będzie powrót. Po stu metrach trasa skręcała ostro w prawo. Niestety, tuż za zakrętem okazało się, że podjazd nie tylko się nie kończy, ale ciągnie dalej i staje się jeszcze bardziej stromy. Znów zebrałem się w sobie i po kilku minutach dotarłem do szczytu pierwszego wzniesienia. Stop. Przerwa na sesję fotograficzną. Pole słoneczników po horyzont z jednej strony, długie rzędy orzechów laskowych z drugiej. Gdzieś nade mną majaczą już pierwsze winnice. To właśnie jest piękno Piemontu!

Pociągnąłem z butelki kilka głębokich łyków elektrolitów i wsiadłem ponownie na rower. Z zagajnika po prawej wybiegła młoda sarna i przecięła drogę dosłownie na kilka metrów przede mną. Zauważyłem, że od kiedy przejechałem przez most nad obwodnicą Asti, nie spotkałem na trasie żywej duszy (sarny nie licząc). Ciekawe czy jest tu tak spokojnie zawsze, czy może to tylko ten piekielny upał przepędził wszelkich śmiałków gotowych mierzyć się z krętą górską drogą.

 

***

 

Wystarczyło zaledwie minąć tablicę z nazwą miejscowości Scurzolengo, a winnice pokryły wzgórza po prawej i lewej stronie drogi. Tu już nie było mowy o słonecznikach, choć leszczyna jeszcze pojawiała się tu i ówdzie na horyzoncie. Nawigacja jasno wskazywała „dotarłeś do celu”, ale znaku prowadzącego do winnicy Cascina Tavijn ni widu ni słychu. Napisałem do właścicielki, Nadii Verruy. W tym samym czasie ujrzałem wypalony od słońca drogowskaz. Zaparkowałem rower na podjeździe i z ulgą zdjąłem plecak. Przywitała mnie starsza pani w dużym słomkowym kapeluszu. Zza jednych z drzwi wyszła Nadia. Przedstawiła mi swoją mamę i przyniosła butelkę zimnej wody. Tego mi było trzeba. Jednym haustem opróżniłem szklankę, a na moim czole pojawiło się mnóstwo drobnych kropelek potu.

Właścicielkę Casciny Tavijn poznałem kilka lat wcześniej w Poznaniu, podczas degustacji win naturalnych zorganizowanej w SPOT. z udziałem Isabelle Legeron. Udało mi się wtedy zamienić kilka zdań z Nadią i obiecałem, że jeśli kiedykolwiek pojawię się w okolicach Asti, postaram się ją odwiedzić. Bez większej zwłoki przeszliśmy do winiarni, gdzie w stalowych tankach dojrzewały wina z zeszłego roku (oraz jedna barbera z 2016). Wróciliśmy do dyskursu dotyczącego win naturalnych i tego, czy kilka lat wcześniej Polska i Poznań były gotowe na tego typu ekstrawagancje. Obydwoje przyznaliśmy, że nasz rynek jest wciąż zbyt kiepsko rozwinięty, aby próbować przekonać klientów do win produkowanych w sposób ekologiczny. Nadia przyznała jednak, że również we Włoszech, kraju przecież winiarskim od wieków, uprawa biologiczna to wciąż margines i klientów na tego typu produkty nie ma wielu. Ona mimo to nie narzeka na brak zainteresowanych.

Już w Poznaniu przekonałem się o wysokiej jakości jej win, nie tylko w kontekście zdrowego podejścia do uprawy, do natury i produkcji, ale również w kontekście smaku i aromatu, jakie prezentują wina naturalne z Casciny Tavijn.

Pomimo, że dziś Nadia posiada około 13 hektarów ziemi, kierowana przez nią winnica to wciąż rodzinne przedsięwzięcie. Ona sama jest czwartym pokoleniem winiarzy i to właśnie ona dokonała znaczących zmian w podejściu do uprawy i produkcji. Od sprzedaży wina luzem lub w 5-litrowych damigianach przeszła do butelkowania i produkowania win naturalnych wysokiej jakości. Skupia się na tym, na czym skupiali się od zawsze jej przodkowie: winach czerwonych z lokalnych odmian, ale od niedawna zaczyna też myśleć o produkcji lekkich win białych i podjęła już pierwsze kroki w tym kierunku.

IMG_1070.JPG

Za sprawą współpracy z turyńskim artystą Cascina Tavijn zmieniła również to, w jakim sposób odbierają ją klienci. Urzekające prostotą etykiety świetnie oddają ducha win i obrazują filozofię, jaka przyświeca Nadii i jej rodzinie. Poszczególne wina zadedykowane są ojcu, matce czy innym członkom familii. Jedynie Bandita wymyka się schematom i nieco zalotnie spogląda z etykiety na osoby żądne poznania jej smaku (barbera znajdująca się w butelce z tą etykietą nie załapała się w sztywne i surowe ramy apelacji, stąd nazwa wina). Jak widać, nie potrzeba wielkich słów, starych zamków i górnolotnych haseł na etykiecie, aby urzec potencjalnego klienta i przekonać go do zakupu. Całe szczęście, w tym wypadku opakowanie to jedynie fragment całej układanki, bo wina trafiające do butelek prezentują równie wysoki poziom.

Próbujemy prosto z tanka zeszłorocznego grignolino. Wino ma purpurowy kolor, barwa jest bardzo ładnie wysycona, intensywna. W nosie pojawia się garść czerwonych owoców, nieco leśnego poszycia i sporo kwiatów. Wino ma raczej lekką strukturę, ale całkiem sporo tanin (długa maceracja na skórkach robi swoje) i kwasowości. Całość wieńczy goryczkowy finisz. Już dziś jest dobre, choć potrzebuje jeszcze trochę czasu na ułożenie się. Będzie butelkowanie niebawem, dzięki czemu dostanie jeszcze nieco tlenu i okazję, aby zbalansować się już w butelkach, a nie w potężnym tanku.

IMG_1081.JPG

Ruché to kolejna z odmian popularnych na tych ziemiach. Nadia przyznaje, że ma z nią problem, ponieważ co roku w winie musi zostawić sporo cukru resztkowego, aby alkohol nie poszybował do zbyt wysokich rejestrów. Rocznik 2017 ma nieco wspomnianej słodyczy i oszałamiające 15% alkoholu, którego na szczęście nie czuć tu ani przez chwilę. Ładne ciało (podbudowane również wspomnianym cukrem), dużo owoców i aromatycznych kwiatów (piwonia, bez). Jest też koszyk dojrzałych jagód i malin. Gdyby tak dostało nieco więcej kwasu, byłoby naprawdę spektakularne. Bez tego kontrapunktu, jest bardzo dobre.

Różowe ruché jest nieco przygaszone i czuć tu raczej dżemy owocowe, aniżeli świeże poziomki czy truskawki. Wino, którego próbujemy stoi przy tuż przy drzwiach winiarni, przez co jest też zdecydowanie za ciepłe. Nadia przyznaje, że owoce mogły być zebrane znacznie wcześniej.

Tę ekskluzywną degustację przerywa mąż właścicielki, który przywiózł córki. Przez chwilę wokół panuje zamieszanie, dziewczynki przekrzykują się opowiadając Nadii ostatnie godziny spędzone z tatą. Uciekają do domu, ale po chwili znów wracają. Mąż Nadii zabiera dwa kartony wina, żegna się i wyjeżdża. Już mamy sięgnąć do kolejnego tanka, ale pojawia się teść właścicielki. I on zabiera dwa kartony, zamienia dwa zdania ze mną i z synową, po czym wyjeżdża.

Sięgamy wreszcie do tanka z freisą. I tu mamy do czynienia z pięknie wybarwioną suknią. Wino bardziej niż w elegancję, zmierza w kierunku nut rustykalnych, wiejskich. Są świeże, dojrzałe owoce prosto z sadu i nieco wiejskiego obejścia. Nadia twierdzi, że z freisy można produkować naprawdę wielkie, subtelne i eleganckie wina i do tego celu zmierza. Będzie próbowała osiągnąć go w kolejnym roczniku.

IMG_1062.JPG

Barbera to jeden z książąt Piemontu. Tutejsze winiarstwo bez nebbiolo i barbery właśnie nie zyskałoby tak dużego uznania nigdy. Jasnym jest więc, że również w Cascinie Tavijn gra ona pierwsze skrzypce. Rocznik 2016 jest już prawie gotowy do butelkowania. Część wina dojrzewała przez rok w dębowych botte, reszta spokojnie czekała wówczas w tanku ze stali nierdzewnej. Wino już osiągnęło świetny balans i pokazuje dużą klasę, ale na pewno kolejny rok czy dwa w butelce mu nie zaszkodzą. Jest pełne, eleganckie, krągłe, ale z dobrą taniną i kwasowością, które nadają mu charakteru. Soczysty owoc urzeka czystością i głębią. Ot, taki przykład dla niedowiarków, którzy twierdzą że wina naturalne nie mogą być wielkie!

Dla porównania Nadia częstuje mnie jeszcze zeszłoroczną barberą. Tu wciąż czuć sporo cukru resztkowego, który ma kolejny rok, aby dofermentować. Potęga owocu daje o sobie znać i jasno wskazuje, że wiele lat przed tym winem. Oby mikrooksydacja w beczkach zrobiła swoje, a tej barbery będzie warto poszukać na sklepowych półkach. Szkoda jedynie, że dziś Cascina Tavijn nie ma swojego importera w Polsce…

 

***

 

Dodatkowo obciążony butelkami od Nadii pędzę na złamanie karku w dół. Podjazdy, które kilka godzin wcześniej dały mi nieźle w kość, teraz były moim sprzymierzeńcem. Wciskam delikatnie hamulce, ale gdy czuje ich swąd odpuszczam i po prostu daję się ponieść pędowi. Powietrze jest wciąż piekielnie gorące, pomimo, że zjeżdżam naprawdę szybko, nie czuję ulgi. Jedynie kolejne fale ukropu uderzają moją twarz. Po zaledwie pół godziny znajduję się w Asti. Oddaję rower i zauważam elektroniczny wyświetlacz termometru przy jednym z barów. O godzinie 19:00 wskazuje on 41 stopni Celsjusza… Było warto!

 

IMG_1068.JPG

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Cascina Tavijn || Nadia Verrua

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s