Śliwka w czekoladzie

kuchnia

Każdy ma w pamięci pewne zapachy z dzieciństwa. W moim przypadku jest to wysuszony trawnik w ciepły lipcowy dzień, przypalony chleb na tak zwanej angielce i stara szafa z ciemnego lakierowanego drewna, w której znajdowały się najrozmaitsze słodycze, a wśród nich one… śliwki w czekoladzie.

Tak wyglądały sielskie wakacje u dziadków. Dobre kilka lat z rzędu. Wspomniana szafa, oprócz garsonek do kościoła i na specjalne okazje, kryła na samym dole pokaźne zbiory łakoci. Czekolada z całymi orzechami laskowymi (ta z okienkiem), czekoladki wypełnione likierem wiśniowym (w takich różowych sreberkach) oraz półksiężyce z gorzkiej czekolady z brandy w środku. Kupowane u Niemca na targu słodycze to był jeden ze smaków, których nie da się wymazać z pamięci. Wśród całej tej sterty słodyczy zza zachodniej granicy, czasami trafiały się ładne granatowe opakowania Śliwek Nałęczowskich. Te jednak produkowano od zawsze w Polsce przez „Solidarność”. Do dziś pamiętam ręce umazane czekoladą roztopioną od słońca i mnie z trudem wpychającego do ust ogromne suszone śliwki. Cudo.

Nawet teraz, gdy mam komuś sprawić słodki prezent i celuję w coś personalnego, coś ponad przeciętną, sięgam po granatowe opakowanie (które swoją drogą ewoluowało i ma w sobie coś z elegancji). Cały ten wstęp przyszedł mi do głowy, gdy rozpakowałem ostatnie zamówienie z kawą. Wśród wybranych przeze mnie kaw pod espresso z polskich palarni, znalazł się kartonik Hard Beans Gorilla Blend. O wiele ładniejszy w rzeczywistości niż na zdjęciach, równie elegancki co pudełka Śliwek Nałęczowskich. I pisze to osoba, która zdecydowanie bardziej zwraca uwagę na zawartość, aniżeli na opakowanie.

A skoro mowa o wnętrzu, co w tym blendzie się znalazło? Jest to mieszanka średnio palonych ziaren pochodzących z Peru i Ugandy. Wyglądają bardzo ładnie, nie są połamane czy popękane. Dość ciemne jak na średnie palenie, równego koloru i rozmiaru. Coś nowego dla mnie (o sympatii do Brazylii wspominałem przy okazji recenzji kaw HAYB), a zatem i pierwsze próby na kolbie nie były zadowalające. Tostowa goryczka, nieco suszu z owoców, ale generalnie płasko i bez zachwytów. Dopiero po kilku kolejnych filiżankach kawa zaczęła smakować jak… śliwki w czekoladzie. Już przy mieleniu dało się wyczuć pomieszane nuty karmelu i suszonej śliwki. Chwilami przewijał się zapach jogurtu ze śliwkami. W filiżance orzechy laskowe, owoce jagodowe i oczywiście śliwka. Pojawiły się owocowa cierpkość i delikatna kwasowość. Średnie body, z przyjemnym owocowo-czekoladowym finiszem.

Traf chciał, że podczas gdy mój młynek był zasypany Gorillą, doszła do mnie nowa kolba. NPF, czyli naked portafilter. Bez wylewek i bez dna, dzięki czemu napar prosto z sitka spływa do filiżanki. Skoro już miałem nową zabawkę, grzechem byłoby nie przetestować jej na żywym organizmie. Espresso z NPFa wyszło nieco bardziej intensywne, oczywiście cieplejsze, trochę bardziej owocowe. Nie wykluczam, że to zasługa mojej wciąż siermiężnej powtarzalności przy parzeniu kawy, a nie samej kolby, niemniej drobną różnicę dało się wyczuć. Co ciekawe jako espresso macchiato (czyli espresso zaledwie maźnięte mlekiem) ten blend smakował mi jeszcze bardziej. Kremowy, aksamitny, z ładnym balansem pomiędzy nutami owocowymi, a czekoladowo-mlecznymi. Dobry ten goryl, ujarzmiony.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s