Enoturystyka na dwóch kółkach: Winnica Modła

Podróże, wino

Od Płochockich wyjechaliśmy, gdy słońce już kierowało się ku horyzontowi. Ostatnie promienie ogrzewały nam twarze, ale jak tylko złocisty krąg zniknął za sadami majaczącymi przed nami, zrobiło się jeszcze chłodniej niż w ciągu dnia. Byliśmy już blisko miejsca, gdzie planowaliśmy rozbić namioty. To, co na mapie wydawało się być dość sporym lasem, w rzeczywistości okazało się niewielkim zagajnikiem. Drzewa były wciąż nagie, na gałęziach nie było nawet zapowiedzi młodych liści w postaci pączków.

Aby nie było nas widać z niewielkiej asfaltowej drogi, prowadziliśmy rowery w głąb zagajnika podmokłą dróżką przez dobre kilkanaście minut. Robiło się coraz ciemniej i chcąc rozłożyć namioty bez potrzeby korzystania ze światła latarek, musieliśmy zadowolić się tym, co znaleźliśmy dotychczas. Przygotowaliśmy teren pod obozowisko wyrzucając spróchniałe konary i wyrywając niewielkie krzewy. Rozłożenie namiotów zajęło nam dosłownie kilka chwil, Ł. w międzyczasie przykrył rowery zabezpieczając je przed wilgocią. Na noc zapowiadano temperaturę poniżej zera, więc czym prędzej zaszyliśmy się w śpiworach nie zdejmując przy tym grubych spodni i puchowych kurtek. Szybka kolacja przygotowana nad palnikiem gazowym i kilka łyków aromatycznego półsłodkiego frizzante (połączenie niezbyt udane biorąc pod uwagę obecność kaszy, sera i kiełbasy w menażkach, ale z kolei patrząc na okoliczności, najlepsze z możliwych) ukoiły nas do snu.

***

Noc minęła spokojnie, bez żadnych przygód, o dziwo również bez mrozu wdzierającego się w każdy odkryty fragment ciała. Dopiero po otworzeniu namiotu dotarło do nas zimne poranne powietrze, ale wraz z nim poczuliśmy też niesamowity zapach ściółki leśnej i rosy.

Czym prędzej wyszliśmy ze śpiworów, złożyliśmy namioty i zapakowaliśmy całe obozowisko na bagażniki rowerów. Od zamku Krzyżtopór dzieliło nas zaledwie kilka kilometrów, odległość w sam raz, aby się rozgrzać i rozbudzić. Na miejsce dojechaliśmy tuż po otwarciu zabytku dla zwiedzających. Dzięki temu mieliśmy szczęście przechadzać się po praktycznie opustoszałych ruinach z pierwszej połowy XVII wieku. Pojawił się i wątek italianistyczny, zamek w Krzyżtoporze bowiem jest przykładem fortecy budowanej na wzór włoskiego palazzo in fortezza, to jest pałacu posiadającego cechy obronne (jak chociażby baszty czy fosa i most zwodzony prowadzący do bramy głównej). Tego typu budowle powstawały w renesansie we Włoszech, rozpowszechniając się później na terenie całej Europy. Zamek w Krzyżtoporze, co ciekawe, był największą budowlą pałacową w Europie aż do momentu powstania Wersalu!

Śniadanie w takich okolicznościach wydało nam się wręcz obowiązkowym punktem programu, tym bardziej, że nasze żołądki zaczęły domagać się strawy. Szybkie zakupy w małym sklepiku i prawdziwa uczta w jarze, w którym niegdyś płynęła woda broniąca dostępu do zamku.

Jeszcze zanim ruszyliśmy w dalszą drogę zebraliśmy się wokół mapy, aby dokonać modyfikacji trasy przewidzianej na ten dzień. Początkowe założenia przewidywały przejazd do Ostrowca Świętokrzyskiego drogą o długości około 80km. Wszyscy jednak doskonale wiedzieliśmy, że nie jesteśmy w stanie wykonać tego planu w pełni. Dla mnie i I. ten wyjazd był właściwie pierwszym takim wyskokiem w tym roku, już 50km wydawało się dla nas niezłym osiągnięciem. Do takiej właśnie długości skróciliśmy trasę, po czym zebraliśmy nasz dobytek i zaczęliśmy pedałować w stronę celu wycieczki, Winnicy Modła.

***

Dystans pobyty tego dnia dał nam nieźle w kość, a to za sprawą licznych wzniesień, które musieliśmy pokonywać niemal do samego Ostrowca. Gdy już mieliśmy zatrzymać się na kolejny postój, nieoczekiwanie dojechaliśmy do jednej z głównych dróg prowadzących do miasta. Wstąpiły w nas nowe siły i ochoczo ruszyliśmy ku mecie.

Z właścicielem Winnicy Modła umówiliśmy się na wieczór. Przyjechał po nas tuż przed zmrokiem. Gdy weszliśmy do auta szybko zaproponował, abyśmy przeszli na „ty” i zabrał nas do swojej parceli. Wysiedliśmy z auta na niewielkim wzgórzu. W dole znajdowały się drzewa i niskie zarośla skutecznie kryjące rzekę, od której nazwę wzięła sama winnica. Teren stromo zbiegał ku wąskiemu ciekowi wodnemu. Tak nachylonego stoku obsadzonego winoroślą w Polsce jeszcze nie spotkałem! Kilka zdjęć i pytań do właściciela, po czym ruszyliśmy do winiarni znajdującej się przy domu Tomasza.

***

Po dotarciu na miejsce zobaczyliśmy pierwsze krzewy winne nasadzone przez właściciela Modłej. Rosną one spokojne po dziś dzień w przydomowym ogródku. Zeszliśmy do piwnicy, którą zaadaptowano jako winiarnię, salę degustacyjną i miejsce, gdzie dojrzewają wina.

Właściciel winnicy szczerze wierzy, że przyszłość polskiego winiarstwa leży w uprawie vitis vinifera, a dowodem na prawdziwość tej tezy są jego wina. Wypuszczane przez Winnicę Modła rok w rok niezwykle świeże, czyste i bogate w aromaty butelki potwierdzają, że nad Wisłą szczepy winne mają rację bytu (chociaż sama winnica Tomasza oddalona jest od najdłuższej polskiej rzeki o jakieś 30km). Jedno jest pewne, wina produkowane pod Ostrowcem mogą spokojnie konkurować z najlepszymi butelkami pochodzącymi z innych krajów winiarskich.

Przy akompaniamencie kilku rodzajów serów zagrodowych, oliwek, świeżej bagietki i aromatycznej oliwy zaczęliśmy degustację. Na pierwszy ogień poszedł Wrestling XV, czyli Riesling z 2015 roku. Wino o jaśniutkiej barwie, które obdarowało nas czystymi nutami zielonych jabłek i cytrusów. Zarówno w nosie, jak i na podniebieniu oferowało potężną dawkę rześkości i świeżości, a nawet nieco mineralnego tła. Wysoka kwasowość tego wina była tym bardziej wyczuwalna, że praktycznie nie pojawił się w nim kontrapunkt w postaci cukru resztkowego. W skrócie? Po prostu świetny polski Riesling!

Pod nazwą Pigriner XV krył się kupaż Pinot Gris i Gewürztraminera. Wino miało nieco ciemniejszą barwę, wchodzącą nawet w tony różowe, a to za sprawą wydłużonej maceracji. W nosie zdecydowanie dominował pierwszy ze szczepów, drugi być może da o sobie znać, gdy krzewy winnej latorośli zapuszczą głębiej swoje korzenie. Pojawiły się dojrzałe gruszki i jabłka, w ustach nieco pestkowej, ale delikatnej goryczki na finiszu. Więcej ciała niż u poprzednika. Już teraz jest bardzo dobrze, ale jeśli w kolejnych rocznikach pojawi się nieco więcej nut charakterystycznych dla Gewürztraminera, obraz będzie pełniejszy.

Różowy Cfajgeld XV miał ciepłą, malinową barwę, niezbyt intensywną. Wino w nosie oferowało typowe dla Zweigelta pod tą postacią nuty: dojrzałe poziomki, truskawki i maliny. Wino dość proste, ale czyściutkie i zniewalające w swojej prostocie. Delikatne musowanie na języku odciążało całość i nadawało lekkości. Kolejny przykład przyjemnego wina tarasowego z Polski.

Apricus XV to jeden z niewielu reprezentantów mieszańców w Winnicy Modła. Ładna, złocista barwa. Cytrusowe z początku, ale wciąż nieco zamknięte. Otworzyło się po dłuższej chwili w kieliszku i porządnym dotlenieniu oferując bogaty aromat złożony z agrestu, kwiatów czarnego bzu i białych owoców. Dość dużą kwasowość zbalansował wyraźnie wyczuwalny cukier resztkowy. Aromatyczność i rześkość w idealnej równowadze. Na pewno jest to wino, które zasmakuje większej rzeszy konsumentów. Proste w obsłudze zadowoli początkujących fanów polskiego wina, ale będące jednocześnie świetną interpretacją hybrydowego Solarisa zaciekawi znawców.

Po tych owocowych doznaniach przyszła pora na ciekawostkę. Riesling z 2014 roku, który nie trafił do sprzedaży za sprawą przypadku. Zabutelkowane wino pozostawiono do leżakowania. Okazało się jednak, że działalność drożdży się nie zatrzymała i trwała w najlepsze, tworząc wino musujące metodą tradycyjną. Riesling pozostał na osadzie drożdżowym, przez co nad kieliszkiem unosiły się silne aromaty chałki drożdżowej i pieczonych jabłek.  Drobne bąbelki odrywające się od dna kieliszka i wędrujące w górę przez złocisty płyn przyjemnie głaskały podniebienie… aż szkoda, że ten Riesling nie jest dostępny w regularnej sprzedaży…

Słyszeliście kiedyś o szczepie Bouvier? Jest to jedna z najczęściej występujących białych odmian w Austrii, dokąd dotarła z kolei ze Słowenii. Poza Burgenlandem jednak nie zrobiła ona większej kariery. Jej obecność pod Ostrowcem Świętokrzyskim jest zatem nie lada gratką dla enoturystów. Buwjer XVI produkowany przez Tomasza ma bledziutką suknię. W nosie dominują nuty kwiatowe, pojawia się też nieco białych owoców. Delikatne musowanie i kwasowość zdominowana przez aż 17g cukru resztkowego świetnie się uzupełniają. Ładne ciało i ładny balans. Wino kompletne krótko mówiąc.

Doszliśmy niemalże to końca tej niezwykłej podróży przez prawie same vinifery dojrzewające na stoku pod Ostrowcem Świętokrzyskim. Najlepsze (no dobra, jedno z najlepszych) zostało jednak na sam koniec. Cuvee XV to kupaż zdominowany przez odmiany Cabernet Sauvignon i Merlot z niewielką domieszką Blaufränkisch i hybrydy Léon Millot. Wino miało przepiękny aromat złożony z dojrzałych czarnych porzeczek i jeżyn, a w tle pojawiły się delikatne nuty beczkowe (mokre drewno, kora, tytoń, skóra). W ustach eleganckie taniny skrojone wręcz na miarę i kwasowość, która nadawała całości charakteru. Przepyszna czerwień, która stanowi dowód na to, że w Polsce udają się nie tylko wina białe!

***

Znów musieliśmy zmierzyć się z syndromem „podegustacyjnym”. Po całym dniu na świeżym powietrzu i nieustannym wysiłku, spotkania z producentami z Sandomierszczyzny stały się dla nas niezwykle miłym momentem dającym chwilę wytchnienia. Czas spędzony z właścicielem Winnicy Modła był dla nas nie lada przeżyciem, a samo spotkanie dało nam dużo do myślenia, nie tylko w kontekście winiarskim. Jedyne czego tym razem nie wynieśliśmy ze sobą, to wino. Każda z kolejnych butelek otwieranych przez Tomasza wywierała na nas coraz to większe wrażenie. Aby za bardzo nie obciążyć naszych rowerów na dalszą drogę, zdecydowaliśmy się zamówić wina po powrocie do domu.

P.s. Tej nocy spaliśmy pod dachem, na łóżkach!

Enoturystyka na dwóch kółkach: Winnica Płochockich

Podróże, wino

Prowadząc ze sobą rowery z trudem wdrapaliśmy się w górę dróżki, która prowadziła do Winnicy Nad Jarem. Za radami jej właścicieli zmieniliśmy naszą trasę i zdecydowaliśmy się pojechać pomiędzy oblepionymi białymi kwiatami sadami jabłkowymi. Słońce zaczęło nieco śmielej przebijać się zza chmur, a po kilku zdegustowanych winach poczuliśmy, jakby zrobiło nam się cieplej.

Wsiedliśmy na rowery i ruszyliśmy w dalszą drogę. Traf chciał, że pogoda z jednej strony była dla nas najlepsza z możliwych (to znaczy nie padał deszcz, ani nie wiał silny wiatr), z drugiej strony natomiast była to również idealna pogoda dla sadowników, którzy ochoczo ruszyli ze swoimi opryskiwaczami, aby chronić jabłonki przed chorobami…

Po około godzinie zatrzymaliśmy się na posiłek wśród (jeszcze) nieopryskanego sadu. Wprowadziliśmy rowery w głąb, pomiędzy dwa rzędy dość gęsto posadzonych drzewek, aby ukryć się przed wzrokiem tutejszych mieszkańców i oddalić się nieco od, w sumie mało uczęszczanej, asfaltowej drogi. Godzinne lenistwo i obżarstwo na świeżym powietrzu przerwał warkot zbliżającego się starego ciągnika, który zostawiał za sobą cuchnącą mgiełkę fungicydów…

***

Do Winnicy Płochockich dotarliśmy z małym opóźnieniem względem początkowych założeń. Słońce wciąż było na niebie, ale powoli zaczęło zmierzać ku horyzontowi. Zatrzymaliśmy się na niewielkim placu wysypanym kamieniami. Właściciel, Marcin Płochocki uwijał się właśnie pomiędzy małym autem dostawczym, a przetwórnią. Podszedł do nas, przywitał się, zamieniliśmy kilka słów i czekaliśmy na jego żonę. Pani Basia pojawiła się po kilku minutach prowadząc ze sobą już dwójkę enoturystów z Warszawy.

Nie chcąc sprawiać problemów naszym gospodarzom, zgodziliśmy się najpierw na degustację wspólnie ze wspomnianymi turystami ze stolicy, a dopiero potem na odwiedziny w winnicy. Rozsiedliśmy się przy dużym drewnianym stole w przestronnej salce degustacyjnej. Pierwszym słowem jakie padło z naszych ust było: ciepło. Dopiero teraz zauważyliśmy, że podczas całego dnia temperatura na dworze wcale nas nie rozpieszczała, ale podczas pedałowania i równomiernego wysiłku tego nie dostrzegaliśmy.

Nasza gospodyni nalała do kieliszków pierwsze wino, Hibia 2015. Był to kupaż Hibernala, węgierskiego Cserszegi Fűszeres i Gewürztraminera. Jasna słomkowa barwa, w nosie czysty bukiet oparty na takich nutach jak kwiaty czarnego bzu i nieco muszkatu, a w tle pokrzywy i gruszki. Wino było aromatyczne i rześkie zarazem. Również w ustach dało się wyczuć podobny balans, chociaż chwilami dominowały nuty zielone. O ile dwa pierwsze szczepy dawały o sobie znać śmiało, o tyle chociaż bardzo się starałem, Gewürztraminera nie znalazłem.

Na drugi ogień poszło Rose XVI, czyli kupaż odmian Bolero i Marechal Foch w równych proporcjach. Delikatnie różowa barwa, dość jasna. Aromaty jakie się pojawiły to bliżej nieokreślone miękkie owoce, nieco brzoskwiń. Wino było smaczne i sprawiało dużo przyjemności, ale zabrakło mi w nim czegoś, dzięki czemu bym je zapamiętał.

Przypominać za to nie muszę sobie smaku Rege XV. W skład tego wina weszły Regent i Cabernet Cortis. Intensywna, ciemna barwa wina zapowiadała bogate doznania na podniebieniu. Pierwszy nos przypomniał mi zapach 4 z Domu Bliskowice, to prawdopodobnie za sprawą Cortisa. Dużo owocu i liści czarnej porzeczki w natarciu. Po chwili również śliwka, przyprawy i nieco wanilii oraz nut korzennych pochodzących od beczki, w której wino dojrzewało. W ustach ładne, żywe aromaty jeżyn, jagód i czarnych porzeczek. Dobra kwasowość, średnie ciało i wyrazista, ale dobrze zintegrowana z całością tanina. Do tego długi, pieprznie podkręcony finisz. Wino samo w sobie bardzo nam zasmakowało, ale od razu zrodziły mi się w głowie pomysły, jaki charakter ukazałoby przy stole zastawionym polskimi przysmakami. No i potencjał do leżakowania też ma!

***

Państwo z Warszawy zakupili kilka butelek i zapakowali je do swojego auta, po czym zniknęli za kamiennym murkiem. My natomiast wybraliśmy się z panią Basią do winnicy. Wdrapaliśmy się ponad wyremontowane pokoje gościnne i dom właścicieli. Przeszliśmy wzdłuż parceli dopytując o plany na rozbudowę winnicy. W najbliższej przyszłości Płochoccy mają zamiar uporządkować stromy stok biegnący w dół, w stronę gospodarstwa. Teraz był on porośnięty wysoką trawą, niewielkimi krzewami i smukłymi, młodymi drzewkami. Jedno jest pewne, stosunek vinifer do hybryd w Winnicy Płochockich po tej rozbudowie będzie bardziej korzystny na rzecz tych pierwszych. Mnie ta informacja bardzo się spodobała.

Zeszliśmy z powrotem do przetwórni, aby zobaczyć i tę część winnego królestwa. Stalowe tanki, drewniane beczki, szklane gąsiory, czyli wszystko w jak najlepszym porządku. Ciekawość rozbudziły w nas natomiast dwie amfory zamurowane w jednej z części piwnicy. Jak przyznała właścicielka, ich sprowadzenie do Polski było czystym przypadkiem. Po krótkiej rozmowie ze znajomym importerem Płochoccy w ciągu tygodnia zdecydowali się na zakup dwóch kvevri prosto z Gruzji. Poza wspomnianym handlowcem pomógł również jeden z gruzińskich producentów wina. I tak dwie amfory, jedna o pojemności 1000l, druga o połowę mniejsza, trafiły do piwnicy w Darominie. Widząc nasze rozochocenie nasza przewodniczka zaoferowała degustację jeszcze jednego wina: Kvevri 2014, czyli Seyvala fermentującego i dojrzewającego w oglądanych przez nas amforach. Podczas produkcji miazga owocowa trafia do kvevri w październiku, po zbiorach. Spoczywa tam fermentując aż do kwietnia, kiedy to jest częściowo wypompowywana, a częściowo wybierana ręcznie. Po oddzieleniu miazgi od płynu, młode wino wraca z powrotem do amfory. Niefiltrowany, wyraźnie zamglony Seyval miał ciemnożółtą, przybrudzoną barwę. W nosie wino było woskowe, z nutami goździków i wyraźnym aromatem skórki pomarańczowej w tle. W ustach najpierw oszczędne, bardzo wytrawne, a nawet taniczne. Na finiszu robiło się bardziej wyraziste i słonawe. Z pewnością nie jest to trunek dla każdego, ale pomyślcie tylko co mógłby on zdziałać z odpowiednio dobranym kompanem na talerzu! No i jeszcze ta myśl, że jest to wino z jednej z niewielu kvevri w Polsce!

***

Zrobiliśmy szybkie zakupy w sklepiku obok salki degustacyjnej. Dwie butelki Kvevri 2014 trafiły do naszych sakw wyraźnie obciążając i tak już nieźle obładowane rowery. Po chwili spędzonej na świeżym powietrzu poczuliśmy zbliżający się zmierzch, a przed nami wciąż pozostawało sporo kilometrów do przejechania. Zależało nam, aby nazajutrz obudzić się w okolicach ruin zamku Krzyżtopór, więc pożegnaliśmy się z właścicielami winnicy i ruszyliśmy w dalszą drogę.

 

Enoturystyka na dwóch kółkach: Winnica Nad Jarem

Podróże, wino

Założenie było banalnie proste i składało się z dwóch elementów: są rowery, są winnice. Pomysł, jak to często bywa, narodził się przypadkiem. Podziwiając piękno Wielkopolski z pozycji rowerowego siodełka padło hasło: a może by tak zorganizować wyprawę rowerową na winnice? Ok, wszyscy szybko przyklasnęli, ale po chwili pojawiły się wątpliwości: tylko trzeba by mieć więcej dni wolnych, na weekend za granicę nie opłaca się wyjeżdżać… Zaraz, zaraz… Czy ktoś tu mówił o winnicach poza Polską. Jedźmy do Sandomierza!

Temat na kilka miesięcy ucichł. Wrócił w pierwszych tygodniach nowego roku. Przy czterech uczestnikach wycieczki znalezienie dogodnego terminu i urlopu dla wszystkich to nie lada wyzwanie, ale jak się okazało nie jest to zadanie niemożliwe. Majówka wydawała się być z perspektywy lutego idealnym czasem. Niestety majowa pogoda lubi płatać psikusy, co poczuliśmy na własnej skórze już pierwszego dnia wyjazdu…

***

Gdyby sławna już PARPA dowiedziała się o naszym projekcie, prawdopodobnie zostalibyśmy zdyskwalifikowani jeszcze zanim włożylibyśmy nogi w bloki startowe, to znaczy na pedałach rowerów. Na szczęście od tej strony nic nam nie przeszkodziło. Ja zająłem się winiarską stroną projektu, rowerowo-obozową natomiast Ł. i D. Organizacja przebiegła bez większych zakłóceń. Na trasie znalazło się w sumie pięć winnic należących do Sandomierskiego Szlaku Winiarskiego. Trzech producentów i ich wina miałem okazję już poznać podczas różnych imprez i degustacji, dwie winnice (chociaż zdarzało mi się o nich czytać) stanowiły tak dla mnie jak i dla reszty uczestników terra incognita.

***

Do Sandomierza wyjechaliśmy wczesnym popołudniem, jak tylko udało nam się wymknąć z biur. Ja z I. z Poznania, Ł. i D. z Wrocławia. Mieliśmy spotkać się na miejscu, zostawić gdzieś auta, szybko poskładać rowery, zapakować na nie bagaż i wyjechać kawałek za miasto, aby rozbić namioty. Wszystkie prognozy pogody jednoznacznie zapowiadały ulewne deszcze na tę noc, ale staraliśmy się tego nie słuchać. Wystarczyło spakować ciepłe i nieprzemakalne ubrania, a damską część wyprawy przekonać, że nie będzie aż tak tragicznie. W miarę pokonywania kolejnych kilometrów i zbliżania się do celu, zaczęliśmy mieć coraz większe obawy co do naszego nocowania pod namiotem.

Początkowy plan uległ szybko zmianie w okolicach Kielc. Godzina dwudziesta, rzęsisty deszcz i temperatura zbliżająca się nieubłaganie do zera. Szybkie wyszukiwanie kwater i zmiana planów, tym razem darowaliśmy sobie namioty, jeszcze się w nich naśpimy podczas wyjazdu.

***

Ranek obudził nas pochmurnym niebem, chłodnym i przenikliwym wiatrem oraz rześkim powietrzem. Dokończyliśmy składanie rowerów, zjedliśmy szybkie śniadanie i mozolnie spakowaliśmy wszystkie bagaże. Około godziny dziesiątej byliśmy gotowi do drogi. No prawie, bo przerzutki w tandemie Ł. i D. wymagały regulacji, na szczęście w ten sobotni poranek bez trudu znaleźliśmy sklep rowerowy z właścicielem, który poradził sobie z zadaniem nadzwyczaj sprawnie. Dobra, ruszamy. Winnica Nad Jarem czeka!

Początkowo mieliśmy wrażenie jakbyśmy pedałowali cały czas pod górkę (chociaż tak naprawdę przemierzaliśmy kolejne podjazdy i zjazdy w samym Sandomierzu). Wiatr był okropnie nieprzyjemny, wnikał wszędzie gdzie tylko się dało. Ciaśniej zapięliśmy rzepy na nadgarstkach, nogawki spodni trafiły pod skarpety, a na głowie wylądował jeszcze jeden kaptur. Oby tylko pogoda się poprawiła…

Wyjechaliśmy poza Sandomierz, droga przestała być usiana górami i dołami, jechaliśmy po względnie poziomym terenie. Znak kierujący do Winnicy Nad Jarem był dla nas miłym zaskoczeniem, podczas zmagań z chłodnym wiatrem chyba wszyscy zapomnieli, że winnica oddalona jest od centrum miasta zaledwie o kilka kilometrów. Wprowadziliśmy rowery po dość stromym podjeździe prowadzącym do przetwórni i samej parceli. Przywitała nas właścicielka, Sylwia Paciura, jej mąż, współwłaściciel i prezes tutejszego stowarzyszenia winiarzy, miał do nas dołączyć za kilka chwil. Zostawiliśmy nasze rowery i udaliśmy się do winnicy.

Widok z góry był przepiękny, u naszych stóp rozpościerała się płaska dolina. Widoczność tego ranka nie była zbyt dobra, ale i tak od tej panoramy nie sposób było oderwać wzroku. Etymologia nazwy winnicy była nam już dobrze znana. Właścicielka stała się naszym przewodnikiem. Poprowadziła nas wzdłuż długiej parceli. Rzędy winorośli były nadal nagie po zimie. Dowiedzieliśmy się o niedawnych przymrozkach, które prawdopodobnie uszczuplą nieco tegoroczne zbiory, choć aby ocenić dokładnie straty, trzeba będzie jeszcze poczekać. Dotarliśmy do końca parceli i wąskiej, asfaltowej dróżki. Tuż za nią rozpościerała się kolejna winnica, poza nią wokół nas były same sady pokryte białymi kwiatkami.

Zaczęliśmy podróż powrotną, nasza przewodniczka zatrzymała się jeszcze kilka razy, aby pokazać nam ślady po szkodnikach czy wytłumaczyć jak prowadzą łozy w swojej winnicy. Dotarliśmy do niewielkiej drewnianej ławeczki. Wokół niej nasadzono lawendę. Wtedy było zimno i nieprzyjemnie, ale wystarczyła odrobina wyobraźni, aby znaleźć się tu podczas sierpniowego wieczora, otoczonym zapachem lawendy, z kieliszkiem aromatycznego Muskata Odeskiego (którego mieliśmy swoją drogą za chwilę spróbować).

***

Po zejściu do winiarni jeszcze chwilę rozmawialiśmy z właścicielami. Mateusz, mąż Sylwii, dotarł do nas kilka chwil wcześniej. Oglądaliśmy zabutelkowane wina z poprzedniego rocznika, dębowe beczki, w których spoczywało czerwone wino czekające na swoje pięć minut za kilka miesięcy. Rozmawialiśmy o szczegółach uprawy, o pracy w winnicy i o procesach w winiarni. Do kieliszków w międzyczasie trafiła Odesa, wino zbudowane na bazie szczepu Muskat Odeski. Do nozdrzy od samego początku dotarła intensywnie muszkatowa nuta. Temperatura otoczenia była dość niska, więc ogrzaliśmy kieliszki w zziębniętych od wiatru dłoniach. W bukiecie pojawiły się wyraźne nuty kwieciste (jak chociażby płatki róż czy kwiaty czarnego bzu). Aromat był intensywny, z każdą chwilą dawało się wyczuć jak wino się otwierało. W ustach świetnie zbalansowane kwasowość i cukier resztkowy, wino było nieco bardziej wytrawne na języku niż zapowiadał to aromat unoszący się znad kieliszka. Jedno jest pewne: rześkości i świeżości mu nie brakowało.

Kolejno spróbowaliśmy Rose na bazie szczepów Rondo i Zweigelt. Wino miało jasną, malinową barwę. W nosie z początku dość oszczędne, ale po kilku energicznych ruchach kieliszkiem i ogrzaniu ukazało bukiet oparty na malinach, poziomkach i truskawkach. Towarzyszyły im nuty kwiatowe w tle. Pomimo, że na etykiecie pojawił się epitet półsłodkie, trudno nam było w to uwierzyć mając wino w ustach. I tu dla cukru resztkowego znalazła się przeciwwaga w postaci kwasowości. Aromatyczne i rześkie jednocześnie. Gdyby tylko pogoda bardziej dopisała, usiedlibyśmy z taką butelką na ławeczce wśród lawendy w winnicy ponad nami.

Mój stosunek do szczepów hybrydowych jest to lepszy to gorszy, w zależności od butelki, której akurat mam okazję spróbować. Po kilku mocno buraczanych Regentach jakoś ostatnio przestałem wierzyć w mieszańców. Cuvée, którego spróbowaliśmy w Nad Jarem przywróciło mi częściowo wiarę w te odmiany. Kupaż złożony ze szczepów Hibernal, Bianca i Pinot Blanc. Wyczuwalne nuty białych i zielonych owoców. Pojawiły się agrest, liść porzeczki, grejpfrut czy brzoskwinia. Było też kwiatowe podbicie majaczące w tle. W ustach mniej cukru niż w Odesie, wino nieco pełniejsze, z lepszą budową, ale równie świeże co poprzednicy. Jakaś rybka na masełku by mu podpasowała bez dwóch zdań.

Został jeszcze jeden zawodnik. Tym razem niebutelkowany, lany prosto z tanka. Regelt, czyli kupaż Regenta i Zweigelta. Poprzedni rocznik rozsprzedał się w mig, następny trafi do sprzedaży za kilka tygodni. Butelkę tego wina z 2015 mam w swoich zbiorach, głęboko schowaną pod innymi winami, bo jak twierdzą znawcy, ma on potencjał na jakąś dekadę. O prawdziwości tej tezy dowiemy się nie wcześniej jak w 2025, nam pozostało spróbować świeżutkiego wina z poprzedniego roku. Intensywna, purpurowa barwa świadczyła o jego młodzieńczym wieku. Zbyt chłodne kryło swój owocowo-kwiatowy bukiet. Na języku wydawało się trochę bardziej cierpkie i taniczne, dopiero po ogrzaniu łagodniało. Trudno nam było ocenić to wino w aktualnym jego stadium. Na pewno potrzebuje czasu, dużo czasu, aby sprawiało dużo radości. Tak więc: jeśli kupicie Regelta z 2016, schowajcie go dobrze i przypomnijcie sobie o nim za kilka lat!

***

Prawdę mówiąc trochę nawet się cieszyliśmy, że portfolio Winnicy Nad Jarem jest jeszcze dość skromne. Po degustacji nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa, a towarzystwo właścicieli winnicy bardzo nam odpowiadało i wcale nie mieliśmy ochoty wyruszać w dalszą trasę. Czekali na nas jednak Płochoccy, a przed nami wciąż była lwia część trasy do pokonania na ten dzień. Podziękowaliśmy za gościnę gospodarzom, umówiliśmy się na spotkanie w Sandomierzu za kilka dni i przy pierwszych nieśmiałych promieniach słońca ruszyliśmy w dalszą drogę pośród sadów.

IMG_8183.JPG

Torta pasticciotto

kuchnia

Na Italianizzato raczej rzadko pojawiają się słodkości. Tym razem będzie inaczej! Torta pasticciotto to jeden z tych deserów, który nie zdołał zdobyć sławy poza granicami Włoch. Na terenie półwyspu Apenińskiego natomiast ten przysmak rodem z Salento podbija podniebienia łasuchów niezależnie od regionu. I co najważniejsze, serce torta pasticciotto stanowi chyba najważniejszy krem we włoskim cukiernictwie – crema pasticcera.

 

Składniki na crema pasticcera:

  • 1l mleka
  • 300g cukru
  • 100g mąki pszennej
  • 3 średnie jajka
  • łyżeczka mąki ziemniaczanej
  • laska wanilii
  • skórka z jednej cytryny

 

Przygotowanie zaczynamy od kremu, ponieważ zanim wypełnimy nim nasze ciasto, musi on porządnie wystygnąć. Do miski wsypujemy cukier, mąkę, mąkę ziemniaczaną i startą skórkę z cytryny (wcześniej dokładnie umytej!). Mieszamy wszystkie produkty sypkie ze sobą bardzo dokładnie i dodajemy do nich całe jajka. Kontynuujemy mieszanie, aby powstała dość gęsta masa. Przekładamy misę nad garnek z gotującą się wodą, aby stworzyć kąpiel wodną dla naszego kremu.

Dolewamy stopniowo mleko, które powinno być ogrzane do temperatury pokojowej. W zależności od użytej mąki, wielkości jajek i dokładnych ilości pozostałych składników możemy potrzebować nieco mniej lub więcej niż litr mleka. Najlepiej jest dolewać je stopniowo do momentu, kiedy krem będzie miał gęstą, zwartą, ale gładką konsystencję. Nie zapominamy o nieustannym mieszaniu masy. Na sam koniec dodajemy ziarna wybrane z jednej laski wanilii i trzymamy jeszcze kilka minut na kąpieli wodnej. Następnie miskę zdejmujemy ze źródła ciepła, przykrywamy i odstawiamy do wystygnięcia.

Składniki na ciasto:

  • 400g mąki pszennej
  • 100g masła
  • 100g smalcu
  • 150g cukru
  • 3 średnie jajka
  • skórka z jednej cytryny
  • płaska łyżeczka suszonych drożdży

 

Gdy crema pasticcera stygnie, możemy zabrać się za przygotowanie ciasta. Jego podstawą według oryginalnego przepisu jest smalec, ale po kilku próbach doszedłem do wniosku, że najlepiej jest zastąpić jego połowę masłem. Do dzieży miksera wsypujemy mąkę, masło, cukier, startą skórkę cytryny oraz drożdże. Dodajemy pokrojone w grubą kostkę smalec i masło (powinny mieć temperaturę pokojową). Wbijamy trzy jajka i mieszamy całość do momentu, kiedy wszystkie składniki dokładnie się ze sobą połączą. Zawijamy ciasto w folię spożywczą i umieszczamy na około godzinę w lodówce.

Gdy zarówno krem, jak i ciasto osiągną pożądaną temperaturę, możemy przystąpić do złożenia ciasta i pieczenia. Użyjemy tortownicy o standardowych wymiarach. Ciasto należy podzielić na trzy części, dwie z nich powinny być znacznie większe. Rozwałkowujemy je tworząc koła przykrywające mniej-więcej spód tortownicy. Jedną porcję układamy na dnie formy, brzegi natomiast obkładamy pasem ciasta uformowanym z ostatniej porcji. Przekładamy do formy krem, który powinien sięgać niemal jej brzegów. Całość przykrywamy drugim kołem z ciasta, ewentualne szczeliny czy dziurki zaklejamy.

Ciasto pieczemy przez około 15-20 minut w temperaturze 200˚C, a następnie przez kolejne 25-30 minut w temperaturze 170˚C. Gdy wierzch torta pasticciotto będzie miał jasnobrązowy kolor, ciasto możemy wyjąć z piekarnika. Po wystygnięciu pokrywamy je przesianym na sitku cukrem pudrem. Buon appettito!

Czy Medyceusze nosili brody?

Che cosa bolle in pentola

Tak jak Polska miała swojego Kazimierza Wielkiego, który zastał ją drewnianą, a zostawił murowaną, tak rzec by można, że miała Florencja swojego Cosimo de’ Medici. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Nie sposób bowiem odnosić się do historii ostatniego z rodu Piastów, opowiadając o jednym z pierwszych Medyceuszy.

Dokonania Kosmy, nazywanego ojcem Renesansu, postanowili Włosi przypomnieć raz jeszcze przy okazji tworzenia serialu I Medici, Masters of Florence. Pierwsze dwa odcinki serii pojawiły się na kanale RAI jeszcze w październiku ubiegłego roku. Polemikom nie było końca, zrazu stworzyły się dwie grupy: zwolenników i kategorycznych przeciwników serialu. Warto nadmienić, że już na wiele miesięcy przed premierą o serialu sporo się we Włoszech mówiło, a nadzieje na filmowy majstersztyk w odcinkach rosły im bliżej pokazu pierwszego odcinka. Wśród niezadowolonych znaleźli się jak jeden mąż niemal wszyscy znaczący historycy. Marzyli oni bowiem o opowieści bazującej w pełni na faktach, która przekazana w przystępny dla dzisiejszej młodzieży sposób, trafi do nich lepiej niż szkolne podręczniki. Przeliczyli się i zawiedli. Twórcy serialu nie skonsultowali scenariusza z żadnym ze znawców Medyceuszy, wprowadzili za to wiele zmian w życiorysach członków rodu, nie zawsze mając ku temu konkretną przyczynę.

Wśród zarzutów, tuż po projekcji pierwszego odcinka, pojawiał się ten o prawdziwej przyczynie śmierci ojca Kosmy, Giovanniego. W serialu widzimy jak głowa rodu przechadza się po swojej winnicy obserwując panoramę Florencji. Po zjedzeniu owoców zatrutych cykutą umiera. Ni jak ma się to do prawdziwej przyczyny jego śmierci. Giovanni, jak podają źródła, umarł śmiercią naturalną w lutym 1429 roku. Jeśli nie jest się historykiem, można by przymknąć oko na tę nieścisłość, która nadaje swoistej dramaturgii serialowi i pomaga budować opowieść w kolejnych odcinkach. Trudno natomiast zrozumieć dlaczego twórcy serialu przenieśli miejsce elekcji papieża popieranego przez Medyceuszy, Giovanniego XXIII, z Bolonii do Rzymu. Fakt ten nie ma strategicznego znaczenia dla historii opowiedzianej w serialu, drażni natomiast osoby, które prawdę znają.

Równie mocno mogą rzucać się w oczy różnego rodzaju niedoróbki i nieścisłości dotyczące scenografii. Począwszy od zarostów, które dumnie nosi większość pierwszo i drugoplanowych bohaterów serialu, a które przecież w XV nie były szczególnie popularne, a skończywszy na strojach ciemnych i posępnych, rodem z głębokiego średniowiecza. Wystarczy rzut oka na portret Giovanniego czy choćby Cosimo de’ Medici, aby zauważyć, że od kolorów wówczas nie stroniono. Tego typu nieścisłości w filmie pojawiło się więcej, chociaż są one uchwytne jedynie dla widza mającego pojęcie o wczesnym Renesansie.

Kto był we Florencji i pamięta cokolwiek z tego, co mu wówczas podczas wycieczek przekazano, wie na pewno, że fasada katedry Santa Maria del Fiore w czasach, w których toczy się akcja serialu, nie mogła wyglądać tak, jak to przedstawiono telewidzom. Wykończono ją dopiero w 1887 roku, a zatem ponad 400 lat po pierwszych Medyceuszach! Podobnie sprawy mają się z biegnącym (między innymi) nad Ponte Vecchio korytarzem Vasariego. Nadbudówka powstała przecież dopiero w 1565 roku na życzenie Cosimo I de’ Medici. Skąd jej obecność w serialu, trudno powiedzieć…

Porównywalnych wpadek, zamierzonych lub mniej, można by wyliczyć jeszcze sporo. Skąd zatem tak ogromna popularność serialu we Włoszech i nie tylko? Pierwsze dwa odcinki na samym Półwyspie Apenińskim zobaczyło blisko 7 milionów widzów! (Zaznaczmy, że w tym samym czasie inna stacja transmitowała mecz Juventusu w rozgrywkach Champions League…). Trudno zaprzeczyć, I Medici, Masters of Florence wciąga widza. Jeśli przymknąć oko na pewne nieścisłości, jeśli odpuścić twórcom brak pełnej zgodności z historią (czego swoją drogą trudno wymagać od tego typu produkcji) oraz jeśli pominąć niezbyt udany dubbing w wersji włoskiej (czemu można bardzo szybko zaradzić, oglądając film w oryginalnej, angielskiej, wersji językowej) to pozostaje nam cieszyć się świetnym spektaklem. Intrygi budowane na zazdrości, miłości, chciwości i pogardzie zostały przez scenarzystów opanowane do perfekcji. Kończąc oglądanie jednego odcinka, ma się ochotę sięgnąć po kolejny i jeszcze następny. Niespodziewanie krótka, bo złożona z zaledwie ośmiu części seria, wraz z ostatnim epizodem zostawia pustkę i niedosyt. Nic straconego, niedawno do mediów przeciekła wieść o planowanych zdjęciach do kontynuacji… Medyceusze powrócą do włoskiej telewizji już jesienią!