Trinacria: Camilleri || Le ali della sfinge

Książki, Podróże

Wyprawa na Sycylię nie miałaby sensu jeśli nie w towarzystwie dobrego przewodnika, a takim bez dwóch zdań może (a czasem i powinien) być komisarz Montalbano. Wielokrotnie pisałem o sympatycznym bohaterze powieści Camilleriego. Pomysłodawca i autor serii książek o Vigacie i komisarzu, który wydaje się być postacią centralnej tej wyimaginowanej miejscowości, opanował do perfekcji tworzenie pełnych napięcia, ale i ironicznego humoru, historii z Montalbano w roli głównej.

Tak więc i tym razem w moje ręce trafiła niewielka książeczka, wypełniona od pierwszej do ostatniej strony tym, co u Camilleriego najlepsze. Pojawiają się zatem bohaterowie z najniższych warstw społecznych, ludzie prości, operujący dialektem w najczystszej postaci, którzy nie brną w skomplikowane toki myślowe, a raczej podpierają się prostą ludową mądrością. Są też postaci dwuznaczne, jak politycy i inni możni dzisiejszego świata, których nieposzlakowana opinia jest nieposzlakowana tylko na pierwszy rzut oka. Nie brakuje tego, z czego (niestety) Sycylia słynie do dziś: układy i układziki, świat mafii, wielkiej polityki i biznesu, które przenikają się wzajemnie. Są wreszcie dobrze już znani bohaterowie wszystkich książek o Montalbano: on sam, choć tym razem nieco na rozdrożu (o czym za chwilę), jego bliscy współpracownicy jak Fazio, Mimì Augello, Gallo czy w końcu Catarella, który i tym razem brnie w słowotoki zaiste nie będące łatwymi do zrozumienia. Jest i Livia, ukochana komisarza, co do której on sam zaczyna mieć wątpliwości. O tych z kolei komisarz postanawia nie mówić Ingrid, szwedzkiej przyjaciółce, bez której nie może się obejść żadna z historii napisanych przez Camilleriego.

Le ali della sfinge to również bogaty zbiór przepisów kulinarnych z serca gorącej wyspy. Są przysmaki Adeliny, sprzątaczki komisarza, pojawia się parmigiana di melanzane, pojawiają się oczywście najświeższe i najlepsze ryby i owoce morza, które Montalbano pożera wręcz w niebotycznych ilościach w dobrze mu znanej pobliskiej knajpce. Brak za to… arancine di riso, dotychczas ulubionej potrawy głównego bohatera. Być może to znak, że on sam znalazł się w punkcie, w którym coś w jego życiu się zmienia?

Tym razem Montalbano będzie miał o wiele trudniejszy orzech do zgryzienia niż zazwyczaj. I nie chodzi tu o zagadkę, którą stawia przed nim życie zawodowe. Do tych już przywykł i prawdę powiedziawszy, jest ona najmniej ważna tym razem. Komisarz dochodzi bowiem do momentu w życiu, kiedy to zaczyna zadawać sobie dziesiątki pytań, na które być może jest już za późno. W jego głowie konkurują dwaj Montalbano, stary i dobrze już znany czytelnikowi komisarz zdolny do wielu poświęceń, stawiający na pierwszym miejscu uczciwość i prawdę, gotowy nieść pomoc zawsze i wszędzie, choć czasem reagujący solidną dawką ironii na otaczającą go rzeczywistość. Po drugiej stronie znajduje się natomiast Montalbano starzejący się, pełen gnuśnych i kąśliwych uwag, zwracający uwagę na wiele detali, nad którymi dotychczas nie było czasu się pochylić. Aby się przekonać, który z nich ostatecznie zwycięży, nie ma innego wyjścia jak siegnąć po Le ali della sfinge. Jednego możecie być natomiast pewni: i tym razem Camilleri postarał się o zakończenie, którego mało kto mógł się spodziewać.

 

 

Reklamy

Trinacria: Pasta alla norma

kuchnia, Podróże

Prezentowany dziś przepis to drugi najbardziej znany, obok pasta c’anciova e muddica, symbol gastronomiczny Sycylii. Bakłażany w zamierzchłych czasach zastępowały najuboższym mięso. Mięsista, w rzeczy samej, struktura tych warzyw idealnie udawała składnik, który był niegdyś niezwykle drogi i zastrzeżony tylko dla najwyższych warstw. Dodać doń soloną ricottę, produkt tani i powrzechnie dostępny, i gotowe: mamy kolejny szlagier Sycylii na talerzu w kilka chwil!

 

 Składniki dla 4 osób:

  • 400g makaronu, np. penne
  • 200ml passaty pomidorowej
  • 1 duży bakłażan
  • 1 średnia cebula
  • 1 ząbek czosnku
  • 100g solonej ricotty
  • oliwa extra vergine
  • sól
  • pieprz

 

Samo danie nie jest wyjątkowo trudne w przygotowaniu, ale zajmuje ono nieco czasu ze względu na bakłażany, które wymagają specjalnego potraktowania zanim znajdą się na talerzu. Myjemy je dokładnie, a następnie kroimy dowolnie w grubą kostkę lub inną formę. Pokrojoną oberżynę wrzucamy do durszlaka mocno przesypując solą i przyciskamy całość płaskim talerzem z obciążeniem. Po około godzinie-półtorej kawałki bakłażana puszczą sok, a wraz z nim z warzywa wypłyną substancje odpowiedzialne za goryczkowy posmak.

10484011_IMG_0064

W garnku rozgrzewamy sporą ilość mocno osolonej wody, do której jak tylko zawrze, wrzucamy makaron. W międzyczasie zdąrzymy zająć się przygotowaniem naszego sosu. Na patelni rozgrzewamy niewielką ilość oliwy extra vergine. Wrzucamy nań rozgnieciony ząbek czosnku oraz drobno posiekaną cebulę. Gdy całość zacznie się szklić, możemy pozbyć się czosnku, bowiem oddał on już swój smak. Na patelnię dodajemy passatę pomidorową i przykrywamy pokrywką zostawiając na niewielkim ogniu.

W rondlu rozgrzewamy sporą ilość oliwy i gdy nabierze ona temperatury, smażymy na niej kawałki bakłażana. Po kilku minutach nabiorą one koloru i zaczną mięknąć. Pamiętajmy, aby nie były one jednak zbyt rozgotowane, ponieważ będziemy je jeszcze przez chwilę dusić z sosem. Gdy są one w zadowalającym stanie, odcedzamy je i przekładamy na patelnię z passatą pomidorową. Możemy wcześniej odsączyć z nich nadmiar oliwy na papierowych ręcznikach, ale nie jest to konieczne.

Sos trzymamy na niewielkim ogniu jeszcze dosłownie przez krótką chwilę, a następnie wrzucamy doń ugotowany al dente makaron. Całość dokładnie mieszamy, przekładamy na talerz i posypujemy soloną ricottą startą na tarce jarzynowej.

Trinacria: Sycylia od morza po góry – Erice

Podróże

Po całym dniu na Favignanie i kilkudziesięciu kilometrach na rowerach nierzadko pod wiatr jesteśmy już mocno zmęczeni, ale to nasz ostatni wieczór w Trapani i nie darowalibyśmy sobie, jeśli opuścilibyśmy spektakl, jakim jest zachód słońca w Erice. Pogoda nam dopisuje, słońce jest jeszcze na tyle wysoko na niebie, abyśmy zdążyli dojechać do miasta na górze korzystając z komunikacji miejskiej i kolejki linowej.

Podróż z portu do dolnej stacji kolejki zajmuje niemal pół godziny. Tuż przed naszym przystankiem uprzejma starsza pani pokazuje, że powinniśmy wysiąść. Po chwili jesteśmy już w gondoli. Sami. Gondola przed nami jak i ta za nami są puste. Nic dziwnego. Środek tygodnia, późna jesień, temperatura na dole nie zachwyca, a co dopiero w Erice, gdzie jest ona zazwyczaj o kilkanaście stopni niższa. Pomimo, że podróż do góry kolejką jest kosztowniejsza niż podmiejski autobus, warto chociaż raz wybrać się tam w ten sposób. Panorama z każdą sekunda staje się coraz szersza. Z początku widzimy jedynie stację, później pierwsze zabudowania Trapani, aby w końcu mieć szeroki ogląd na solanki, port, całe wybrzeże, a ostatecznie również na majaczące w oddali Egady.

IMG_9845

Wysiadamy po dziesięciu minutach podróży pod górę, które spędziliśmy niemal w absolutnej ciszy próbując zapamiętać jak najwięcej z okalających nas widoków. Wysiadamy na stacji kolejki, która znajduje się tuż przy Porta Trapani, jednej z głównych bram Erice. Słońce wydaje się być jeszcze dostatecznie wysoko, abyśmy zdążyli zrobić i tu niewielką sesję zdjęciową. Jak się później okazało, zamarudziliśmy jednak zbyt długo. Rzut oka na południe. Zachodzące promienie oświetlają w niesamowity sposób wzgórza Sycylii. Zielono-brunatne pagórki rzucają długie cienie na te za nimi, a te z kolei na następne. Widoczność jest znakomita, jesteśmy w stanie dostrzec oddaloną o kilkadziesiąt kilometrów Marsalę.

Rozpoczynamy wędrówkę pod górę, na chwilę zbaczamy z głównej trasy prowadzącej do centrum Erice, aby zobaczyć Duomo dell’Assunta, główną świątynię, w której od wieków odbywały się najważniejsze dla miasta wydarzenia religijne. Idąc w stronę zamku wstępujemy do niewielkiego sklepu z pamiątkami i lokalnymi winami. To zadziwiające, że tu, to znaczy we Włoszech, nawet najmniejsza gmina czy miejscowość może pochwalić się lokalnym specjałem enologicznym. Znaleźć z Polsce wina z apelacji Erice DOC graniczy niemal z cudem. Mało tego, równie trudno znaleźć je na całym Półwyspie Apenińskim. Tu jednak mam przed sobą całą półkę lokalnych win. Do wyboru do koloru. Ucinamy krótką pogawędkę ze sprzedawczynią, ale po chwili spostrzegamy, że słońce jest już niebezpiecznie nisko i jeśli chcemy zobaczyć to, po co tu przybyliśmy, powinniśmy przyśpieszyć naszą wędrówkę ku górze.

Błądząc w wąskich uliczkach, które wyglądają jak żywcem wyjęte ze średniowiecza, docieramy po kilkunastu minutach do zamku. Spoglądamy właśnie na północ. Morze ma nieco przybrudzoną, granatową, barwę. Na niebie nie wiadomo skąd pojawiły się ciemnoszare chmury zapowiadające kolejną ulewę (nie dalej jak wczoraj zarówno w Trapani, jak i w Erice lało jak z cebra). Jedynie fale docierające do brzegów Sycylii wyróżniają się na tym szarym obrazie białymi grzywami.

Nad naszymi głowami zapalają się lampy miejskie, które rzucają nieco ciepłego światła na kamienne zabudowy. Również wokół zamku pojawiają się pomarańczowo-żółte punkciki, dzięki którym sceneria nabiera jeszcze bardziej magicznego charakteru. Biegniemy znów na drugą stronę, aby zobaczyć jak teraz prezentuje się Trapani i jego okolice. Woda zalegająca w solankach odbija ostatnie promienie słońca, które już zdążyło schować się za horyzontem. Wyspy Egadzkie teraz tworzą jedynie ciemne plamy na tle nieco jaśniejszego morza i nieba, które przecinają ostatnie pomarańczowe pasy. Zapada zmrok, niebo rozświetlają księżyc i zaledwie kilka gwiazd. Niesamowite przeżycie. Jeden z najpiękniejszych zachodów słońca, jakie kiedykolwiek widziałem. Warto było tu przyjechać.

 

Praktyczny punkt widzenia: do Erice z Trapani można dojechać zarówno kolejką linową, jak i autobusem. Kolejka jest znacznie droższa, ale oferuje też lepsze widoki i zapewnia dotarcie na górę w dziesięć minut. Podróż autobusem to około czterdziestu minut krętą drogą. Przewagą tego drugiego jest jednak fakt, że kursuje on zawsze, a kolejka w wietrzne dni jest zamknięta. Przed planowaną wycieczką najlepiej jest sprawdzić aktualną sytuację na oficjalnej stronie Funivia Erice. Wyruszając do Erice warto zabrać ze sobą ciepłe ubranie, nawet latem temperatura u góry jest zaskakująco niska, a zimą można tu spodziewać się opadów śniegu.

Trinacria: Sycylia od morza po góry – Favignana

Podróże

Wysiadamy z wodolotu około jedenastej. Pogoda jest przepiękna. Morze spokojne. Z ulgą stawiamy nogę na stałym lądzie, bo półgodzinna podróż z Trapanii była wyjątkowo nieprzyjemna. Zganiamy to na karb miejsc wybranych przez nas na pokładzie jednostki, która dostarczyła nas na Favignanę. Przed nami cały dzień na tej wyspie!

Mówi się, że jest to jedno z najpiękniejszych i najciekawszych miejsc na Egadach. Favignana to największa wyspa archipelagu, a mimo to jesteśmy w stanie zwiedzić ją, nawet na piechotę, w ciągu jednego dnia. Wynajmując rower lub skuter będziemy mieć jeszcze sporo czasu na leżenie na plaży, kąpiel w przejrzystej wodzie i odwiedzenie kilku lokalnych zabytków. Jej nazwa, jeśli wierzyć źródłom, pochodzi od łacińskiego terminu określającego zachodni wiatr favonius, który jak można się domyślać, występuje tu nader często. Nie brakuje jednak i bardziej przyziemnych prób etymologicznych. Są tacy, którzy uważają, że Favignana pochodzi od włoskiego farfalla (motyl). To z kolei miałoby wskazywać na kształt samej wyspy.

Nie pochodzenie nazwy wyspy jest tu jednak najważniejsze, a ona sama. To meta turystyczna Sycylijczyków, Włochów z części kontynentalnej i wielu zagranicznych turystów. Od czerwca do września wybrzeża Favignany są nieustannie oblegane przez tysiące plażowiczów. Kilka niewielkich miejscowości przeżywa prawdziwy najazd, a senna przez resztę roku wyspa wydaje się stawać na kilka miesięcy centrum świata. W listopadzie, kiedy odwiedzamy ją my, mieszka tu zaledwie garstka stałych lokatorów. Hotele są pozamykane na trzy spusty, podobnie z resztą sprawy się mają z knajpami, barami i wypożyczalniami rowerów czy skuterów.

Na szczęście udaje nam się znaleźć kilka miejsc udostępniających bicykle. Słuchając rad osób, które już odwiedziły Favignanę, decydujemy się na dwa kółka. Rezygnujemy jednak stanowczo ze skuterów lub rowerów elektrycznych, a pod koniec naszej wycieczki jedynie utwierdzamy się w przekonaniu, że to była dobra decyzja. Powód? W pół dnia zjeżdżamy większość wyspy, zatrzymując się przy tym na niemało czasu w najciekawszych miejscach. Owszem, nie leżymy bykiem na plaży bo pomimo, że temperatura powietrza przez większość dnia ma około dwudziestu stopni Celsjusza, nie jest ona idealna do relaksu na piasku. Zwłaszcza, że jesienną porą wiatr na Favignanie wydaje się nie mieć litości (czyżby był to antyczny favonius?).

Za namową lokalsów decydujemy się na wycieczkę po wschodniej części wyspy. Wiatr tu ma być niby mniej uciążliwy, a trasa o wiele ciekawsza, pozwalająca poznać dość dobrze charakter tego miejsca. Wyjeżdżamy z Piazza Europa w Favignanie (tu jako nazwa miejscowości, a nie wyspy). Zahaczamy nieco zbaczając z drogi o historyczny zakład Florio, w którym zajmowano się przerobem świeżo złowionych tuńczyków. Z tej działalności, poza turystyką rzecz jasna, przecież po dziś dzień słynie największa wyspa Egad.

Po zaledwie kilkunastu minutach docieramy do przeciwległego wybrzeża. Od teraz nasza trasa będzie biec wzdłuż brzegu aż do samego końca. Krajobraz, pomimo że dość monotonny, zapiera dech w piersiach. Po prawej stronie mamy morze odbijające promienie słoneczne, po lewej brunatno-zieloną ziemię Favignany. Co jakiś czas niewielkie wzgórza przecinają żółtawe skały i sztuczne kratery, które powstały tu w wyniku pozyskiwania przez człowieka budulca do domostw i budynków gospodarczych. Woda jesienią nie ma już tak porażająco błękitnej barwy, ale jej kolor wciąż nie pozostawia nic do życzenia. Jaka szkoda, że jest ona już zbyt zimna, aby zażyć kąpieli (no może nie jak Bałtyk latem w Polsce, ale wciąż nie zachęca do zanurzenia się nawet do pasa…).

IMG_9815

Przez większość wycieczki nie spotykamy żywej duszy. Jedynie na jednej z wielu skalistych plaż dostrzegamy w oddali lokalnego rybaka, który wydaje się być posągiem postawionym tu na część jakiegoś starożytnego herosa. Dopiero, gdy po raz kolejny zarzuca swoją wędkę w pieniące się i rozbryzgujące o płaskie skały fale, spostrzegamy, że jest to jednak człowiek z krwi i kości. W miejscu takim jak to czas wydaje się nie mieć znaczenia, ale ucieka on nieubłaganie. Mówi nam o tym nie tylko słońce szybko chylące się ku horyzontowi, ale i temperatura powietrza, która wydaje się spadać drastycznie z minuty na minutę. Przyśpieszamy nieco, aby zdążyć na wodolot powrotny, a potem z kolei na zachód słońca w Erice…

 

 

Praktyczny punkt widzenia: od marca do końca października na Favignanę z Trapani czy Marsali wypływają zarówno promy, jak i wodoloty. Cena obydwu środków transportu jest porównywalna (około 20 euro w dwie strony), ale osobom cierpiącym na chorobę morską zdecydowanie polecam podróż promem. Poza sezonem na Egady wypływają jedynie wodoloty, a i te nie w każdy dzień. Przed planowaną wycieczką warto zadzwonić do operatorów, aby mieć pewność, że z powodu złej pogody danego dnia wodoloty nie wypływają w morze. Wyspę, jak już wspomniałem, najlepiej zwiedzać na rowerach. Koszt wynajmu roweru na cały dzień to zazwyczaj 5 euro, choć w okresie letnim ceny mogą być nieco wyższe. Z kolei rower elektryczny kosztować nas będzie około 10 euro, a skuter nie powinien więcej niż 15-20 euro. Tego ostatniego nie polecam z kilku powodów, między innymi zwiedzimy wyspę zbyt szybko oraz nie dotrzemy do wszystkich miejsc, bowiem małe kółka skutera nie będą w stanie pokonać niektórych szutrowych tras.

Trinacria: Sycylia od morza po góry – Etna

Podróże

Być na Sycylii, a nie wjechać na Etnę, to jak być w Rzymie i papieża nie zobaczyć. Wierzchołek słynnego wulkanu widać praktycznie z każdego miejsca na wyspie. Ośnieżony szczyt góruje nad nią trzymając w niepewności jej mieszkańców, którzy jednak wydają się nie zwracać już uwagi na wydobywającą się zeń czasem smużkę dymu.

Etna miała wpływ na Sycylię od jej zarania. Obecność wulkanu determinowała rodzaj upraw i zapewniała żyzne podłoże dla cytrusów, winorośli czy drzew migdałowca. Jednocześnie niszczycielska siła Mongibello wielokrotnie boleśnie doświadczała śmiałków, którzy zdecydowali się osiąść w cieniu jego szczytu. Mimo to po dziś dzień nie brak ludzi, których Etna pociąga. Jej magiczna siła przyciągania sprawia, że Sycylijczycy (i nie tylko, wystarczy wspomnieć o słynnym producencie wina Franku Cornelissenie) wciąż podejmują ryzyko i budują swe życie wokół niebezpiecznego stożka.

Nasza podróż do tego niezwykłego miejsca zaczyna się wcześnie rano. Pomimo, że mamy początek listopada, pogoda dopisuje. Słońce pierwszymi porannymi promieniami ogrzewa powietrze, ale ostrzeżeni przez tych, którzy na Etnie byli przed nami, zabieramy ze sobą bluzy, puchowe kurtki i ciepłe czapki. Po godzinie jazdy autokarem z Katanii, ciągle pod górę, zatrzymujemy się w Nicolosi. Miejscowość ta historycznie uważana jest za Wrota Etny, pierwsze ważniejsze miejsce w drodze na szczyt.

Siadamy w barze nieopodal przystanku autobusowego w samym centrum tej siedmiotysięcznej miejscowości. Pijemy mocne espresso, które zagryzamy pasta di mandorla. Prawdziwie królewskie śniadanie. Na ścianie wisi potężna mapa Etny z zaznaczonymi miejscami i datami wszystkich erupcji. Jest też wyraźnie widoczny cel naszej podróży, Rifugio Sapienza. Na półkach pod mapą znajdują się wina od najlepszych producentów z tutejszej apelacji Etna DOC. Nasz autobus odjeżdża za kilka minut, więc płacimy i kierujemy się w stronę przystanku po drugiej stronie drogi.

Do naszego celu, Rifugio Sapienza, przyjeżdżamy około godziny dziesiątej. Niebo jest błękitne, pojawiają się na nim jedynie niewielkie białe puszyste obłoki. Mimo to nie żałujemy, że zabraliśmy ciepłe ubrania. Zaraz po wyjściu z autobusu czujemy przenikliwy chłód. Powietrze ma około dziewięciu stopni Celsjusza, ale zimny wiatr robi swoje. Ubieramy się we wszystko co tylko ze sobą wzięliśmy, zawijamy szale wokół szyi i zakładamy kaptury.

Rifugio Sapienza to niewielki betonowy placyk położony na południowym stoku Etny. Znajduje się tu wspomniane schronisko, a poza nim kilkanaście bud z pamiątkami przypominające stylem te z Krupówek. Są też knajpki serwujące prostą, acz zjadliwą strawę i, co dziwi najbardziej, w dających się znieść cenach. Kilka punktów oferujących wynajem sprzętu do wędrówek po górach, miejsce w którym organizowane są wycieczki z przewodnikiem (zarówno piesze jak i z użyciem wozów terenowych), stacja kolejki linowej i to by było na tyle.

Bez chwili wahania kierujemy się w stronę największej i najbliższej atrakcji, Crateri Silvestri. Te dwa stożki na zboczu Etny powstały podczas erupcji w 1982 roku. Pomimo, że jesteśmy zaledwie na wysokości niespełna 2000m n.p.m. (wysokość wulkanu to 3340m n.p.m.), już tutaj dobrze da się poznać klimat Mongibello. Czarna ziemia, na którą składają się większe odłamki skał pochodzenia wulkanicznego oraz drobny, wydawałoby się jeszcze ciemniejszy, pył, który przy każdym podmuchu wdziera się do butów, za kołnierz i, co najgorsze, w oczy. Tylko rosnące tu i ówdzie pojedyncze kępki suchej trawy zmieniają nieco krajobraz czyniąc go bardziej przystępnym.

IMG_9542.JPG

Dzięki zaskakująco dobrej jak na tę porę roku widoczności możemy dojrzeć w oddali Katanię oraz całą połać, która dzieli nas właśnie od miasta u naszych stóp. Po szybkiej sesji zdjęciowej udajemy się w dalszą wędrówkę. Podróż na szczyt odrzuciliśmy już wcześniej. Dotrzeć tam na piechotę nie będąc wprawionym w tego typu eskapadach jest ryzykowne, wyprawa kolejką linową z kolei słono kosztuje (30euro w jedną stronę…). Po około godzinnej wędrówce docieramy do kolejnego krateru. Widok ten sam. Teraz jednak jesteśmy kilkadziesiąt metrów wyżej, wiatr wieje jeszcze mocnej, a nam z trudem jest ustać na stożku usypanym z pyłu wulkanicznego. Znajdujemy niewielką skałę, za którą możemy na chwilę się schronić przed nieprzyjemnymi podmuchami. Panorama jest naprawdę niezwykła. Warto tu przyjechać chociażby dla niej (oczywiście jeśli pogoda Wam sprzyja i akurat na górze nie ma gęstej mgły).

Schodzimy do schroniska. Siadamy w przyjemnej knajpce utrzymanej w górskim stylu. Obok nas prawie sami obcokrajowcy, tylko obsługa wydaje się być rodowitymi Włochami. Zamawiamy kolejne espresso, a po nim kieliszek Etna Rosso. Na tej wysokości i w tych warunkach człowiek nie ma ochoty roztrząsać co to za wino, z czego i jak wyprodukowane. Ważne, że smakuje i idealnie oddaje charakter tej ziemi. Krwista barwa, sporo kamiennej szorstkości, ale i owocowej soczystości w ustach. Idealne zakończenie dnia na Etnie…

 

 

Praktyczny punkt widzenia: podróż na Etnę z Katanii najtaniej wychodzi jadąc autobusem miejskim. Koszt to około 6-7 euro w dwie strony. Jedynym minusem są godziny wyjazdu i powrotu – pierwszy autobus około ósmej rano, powrót około szesnastej. W autobusie powrotnym niemal zawsze panuje ścisk, więc warto czekać na niego już około pół godziny przed planowanym odjazdem. Podróżni zmotoryzowani nie mają wyboru, na Etnie wszystkie miejsca parkingowe są płatne, i to słono!