Guanciale affumicato || wędzone podgardle

kuchnia

Jest to składnik, bez którego nie obędą się prawdziwe spaghetti alla carbonara ani bucatini all’amatriciana. Włosi używają go głównie do makaronów, choć nie brak innych potraw, które bazują na jego charakterystycznym aromacie. Guanciale affumicato, czyli wędzone podgardle to również świetny dodatek do polskiej grochówki, wielkanocnego żurku czy po prostu idealne zastępstwo dla boczku w jajecznicy. Szkoda, że dla nas podgardle to wciąż tłusty kawał mięsa, który co najwyżej możemy użyć przy robieniu domowej kiełbasy. Dziś prezentuję przepis na domowe guanciale. Dzięki kilku prostym krokom przygotujecie jeden z najbardziej powszechnych (i niezastąpionych!) składników kuchni włoskiej.

 

Składniki:

  • podgardle wieprzowe
  • 200g soli peklującej
  • pieprz

 

Przygotowanie domowego wędzonego podgardla jest niezwykle proste, będziemy potrzebować dosłownie trzech składników. Sam proces nie jest bardzo skomplikowany, ale odbywa się w etapach znacznie oddalonych w czasie. Pierwszy z nich to solenie, po tym następuje suszenie, a na samym końcu wędzenie.

Zaczynamy od dokładnego umycia podgardla pod chłodną bieżącą wodą. Zachęcam do kupienia kawałka mięsa jak najbardziej tłustego. Podczas kolejnych etapów przygotowania masa tłuszczu znacznie się zredukuje, a w późniejszym wykorzystywaniu podgardla w kuchni będziemy mogli na nim smażyć bez użycia jakiegokolwiek innego tłuszczu. Po umyciu podgardle należy osuszyć na ręcznikach papierowych. Następnie obtaczamy je dokładnie w soli peklującej i umieszczamy w szczelnej torebce na mrożonki. Mięso powinno spoczywać w lodówce przez 5-7 dni. Codziennie powinno być dokładnie wymieszane z obtaczającą je solą i przewrócone na inną stronę. Do końca tego etapu cała sól powinna się rozpuścić.

Po około tygodniu podgardle wyjmujemy z torebki. Osuszamy na ręcznika papierowych. Można je również obmyć z nadmiaru soli i osuszyć na ręcznikach kuchennych, ale nie jest to konieczne. Mięso będziemy obtaczać w pieprzu, dlatego warto jest zostawić je nieco wilgotne, jeśli chcemy aby nasze guanciale było bardziej pikantne. Najlepiej jest użyć oczywiście pieprzu świeżo mielonego. Owijamy następnie podgardle w bawełniane ręczniki (lub pieluchy tetrowe), obwiązujemy sznurkiem z naturalnych włókien i wieszamy w przewiewnym pomieszczeniu, w którym panuje temperatura około 15˚C. Należy pamiętać, aby wilgotność powietrza nie była zbyt niska, ponieważ podgardle wyschnie zbyt szybko z zewnątrz, w środku pozostając wciąż wilgotnym. Przez tydzień mięso powinno stracić około 30% masy.

Innym sposobem suszenia jest zostawienie mięsa w lodówce na metalowej kratce, która zapewni dostęp powietrza z każdej strony. W zależności od chłodziarki, wielkości kawałka podgardla, które mamy oraz kilku innych czynników, mięso powinno schnąć w takich warunkach przez 2-4 tygodni.

Zasuszone podgardle należy uwędzić. Najprostszym sposobem jest wędzenie w garnku, np. sianem lub sianem z dodatkiem wiórków (zrębków) olszyny. Na dnie garnka układamy nieco suchego siana i posypujemy całość wiórkami. Podpalamy, czekamy aż większość się wypali i zostanie gorący żar. Układamy podgardle, a następnie całość przykrywamy pokrywką. Wędzimy do momentu, aż całe siano i olszyna się wypalą. Aby uzyskać więcej aromatu czynność można powtórzyć kilkukrotnie, a na końcu obtoczyć podgardle w popiele strzepując jego nadmiar.

Jeśli natomiast macie dostęp do wędzarni, zdecydowanie polecam zaprzęgnięcie jej do przygotowania Waszego guanciale affumicato. Nie jestem ekspertem w tej dziedzinie, opisuję zatem jedynie kilka prostych faktów i etapów, o których warto pamiętać przy wędzeniu. Zanim włożymy cokolwiek do wędzarni należy ją wygrzać. Rozpalamy ogień i czekamy, aż w kotle osiągniemy temperaturę około 55˚C. Przez około pół godziny osuszamy mięso w kotle bez żadnego przykrycia. Następnie wędzimy przez około 4-5 godzin pod przykryciem. Temperatura kotła nie powinna przekraczać 60˚C (w moim przypadku było to zawsze około 40˚C dzięki czemu podgardle nie wytapiało się, a jedynie wędziło). Ogień musi być bardzo mały, najlepiej jest używać jednocześnie drewna mokrego i suchego, aby uzyskać jak najwięcej dymu przy jak najniższej temperaturze. Używałem drewna olchowego i wiśniowego, taka mieszanka zapewniła podgardlu delikatny smak wędzonki, który nie zdominował całkowicie aromatu samego mięsa. Pozostaje mi życzyć Wam powodzenia w przygotowaniu domowego guanciale affumicato, być może będzie to jeden z głównych bohaterów na Waszym wielkanocnym stole!


Inspiracją do przygotowania guanciale był przepis nadesłany od jednego z czytelników Italianizzato, dzięki Paweł!

Winne Wtorki: Negroamaro dla obcych

Winne Wtorki

Jakim winem poczęstowałbyś przybyszów z innej planety, aby pokazać im jakie wspaniałości rodzi nasza Ziemia?

Na to pytanie, przynajmniej na pierwszy rzut oka, nie da się znaleźć sensownej, a już na pewno nie jednoznacznej, odpowiedzi. Zdefiniowanie motywu przewodniego dzisiejszego wpisu i dopasowanej doń odpowiedniej butelki przyszło mi z niemałym trudem. Z pierwszym zadaniem poradziłem sobie samemu, w realizacji drugiego przyszła mi w sukurs Słoneczna Winnica. Idźmy jednak po kolei, wróćmy do źródła, a tym jest Robert, autor bloga Winiacz, który właśnie tak karkołomny temat zaproponował na dzisiejszą edycję Winnych Wtorków.

Jako osoba twardo stąpająca po ziemi, nieco dopasowałem wspomniane we wstępie pytanie do tezy, z jaką dziś występuję. Trudno mi dywagować na temat istot pozaziemskich. Nie mam o nich żadnego pojęcia, nie za bardzo chce mi się w nie wierzyć, nie rozumiem też do końca całego szumu medialnego, który wybucha za każdym razem, gdy pojawia się wiadomość o bliskim spotkaniu n-tego stopnia. Skupiłem się zatem na drugiej części pytania, która mnie wydała się bardziej istotna: aby pokazać im jakie wspaniałości rodzi nasza Ziemia. Po pierwsze: im, czyli komu? Po drugie: jakie wspaniałości?

Zadałem sobie kilka prostych pytań: po co lecieć z butelką wina w kosmos, skoro wciąż przygniatająca większość ludzi, którzy żyją tuż obok rzeczonych wspaniałości nie ma o nich pojęcia. Czy nie lepiej pokazywać niesamowitą siłę natury istotom, które są nią otoczone, a wciąż nie poznały jej nawet w ułamku? O wiele bardziej od wyimaginowanych dyskusji przy kieliszku czerwonego z kosmitami, wolę dysputy z enogastronomicznymi laikami łaknącymi wiedzy i smaku przy suto zastawionym stole w akompaniamencie odpowiednich trunków. Ten oto krótki tok rozumowania doprowadził mnie do prostego stwierdzenia: odpowiedzią na zawarte w dzisiejszym temacie pytanie jest wino niezbyt skomplikowane, które sprawdzi się zarówno przy posiłku, jak i podczas dogorywającej dyskusji wyłącznie z kieliszkiem w dłoni.

Negroamaro z Apulii wydawało mi się dobrym kandydatem. Nieoczywiste, bo żyjące w cieniu sławy południa Włoch, primitivo, a zatem idealnie nadające się do niesienia kaganka oświaty. W dydaktyczny dyskurs dodatkowo można wpleść pierwiastek lingwistyczny napominając o pochodzeniu nazwy szczepu. Negroamaro w prostej linii pochodzi od niuru maru, czyli czarne gorzkie. Nietrudno znaleźć związek z cechami organoleptycznymi wina: ciemny kolor i charakterystyczna goryczka (nierzadko dość wyrazista, co na szczęście w połączeniu z odpowiednim kulinarnym akompaniamentem sprawdza się idealnie). Przy okazji napomknąć można, że szczep ten jest szóstym w kolejności pod względem wielkości zbiorów we Włoszech oraz, że aktualnie wraz z innymi lokalnymi smaczkami jest na fali wznoszącej (czy już wspominałem, że chęć bycia na czasie i podążania za modą można wykorzystać również dla bardziej wzniosłych celów?).

Tyle teorii. Praktyka zweryfikowała moje tezy i w niektórych punktach oddała im rację, w innych nie. Nigra, czyli stuprocentowe negroamaro z Apulii idealnie sprawdziło się z talerzem carbonary. Chociaż wino nie miało styczności z beczką, w nosie nie pojawiły się jedynie świeże owoce. Dało się wyczuć mocno dojrzałe ciemne owoce (jeżyny, nieco śliwek, jagody), korzenne tło, a nawet nikła nutę dymną. Ta mieszanka wydawała się wręcz stworzona po to, aby towarzyszyć zapachowi wędzonego podgardla, które wylądowało w makaronie. Całość ułożyła i wygładziła się po około godzinie, gdy wino nabrało powietrza. W tle nadal jednak majaczyła nuta wędzonki i skóry. W ustach ładna, żywa kwasowość, tuż za nią podążała wyraźna goryczka. Samo w sobie trochę męczyło, ale z nitkami makaronu oblepionymi kremowym żółtkiem i podgardlem było bezbłędne. Odrobina tanin zawartych w winie wystarczyła, aby kompensować przyciężkawe spaghetti. To negroamaro zdecydowanie pokazuje swoją najlepszą stronę w towarzystwie jedzenia, a już na pewno, gdy na talerzu znajdzie się chociaż mały wędzony akcent. Polecam do posiłku. I do częstowania kosmitów lub po prostu ludzi…

Nazwa: Nigra Negroamaro IGP

Producent: Romaldo Greco

Miejsce zakupu: Słoneczna Winnica

Cena: 49zł (moje wino otrzymałem od importera)

Rodzaj wina: czerwone, wytrawne

Ocena: 4,5/6

Duomo di Milano || Basilica di Sant’Ambrogio

Podróże

Jeszcze zanim wyszedłem ze stacji metra zauważyłem, że na zewnątrz pada rzęsisty deszcz. Woda strumykami ściekała po schodach coraz to niżej w moją stronę. Wchodząc po kolejnych stopniach towarzyszyło mi to samo uczucie co zawsze. Do uszu dochodził gwar ludzi znajdujących się na placu. Celowo nie podnosiłem głowy ku górze, szedłem ze wzrokiem wbitym w ziemię. Będąc w połowie schodów spojrzałem przed siebie. W tym samym momencie hałas dobiegający z góry jakby zniknął gdzieś na dalszym planie. Znów serce zaczęło mi bić szybciej i znów zachodziłem w głowę jak to możliwe, że coś tak ogromnego mogło powstać jedynie dzięki pracy rąk ludzkich…

***

Przed niepozorną ścianą z czerwonej cegły nie było prawie nikogo. Kilkoro zbłąkanych turystów, dwóch czy trzech lokalnych mieszkańców i na tym koniec. Za rogiem znikali właśnie ostatni pielgrzymi, którzy większą grupą, około dziesięciu osób, zwiedzali wnętrze budowli. Wszyscy mieli w dłoniach drewniane laski, a przy plecakach przytroczone muszle św. Jakuba. Gdy ich kroki przestały dochodzić do moich uszu, ocknąłem się z zamyślenia i ruszyłem w stronę ściany, w której były jedynie dwa równe wejścia. Z nieba zaczęła padać lekka mżawka. Powietrze stało w bezruchu, a cisza spowodowana brakiem kogokolwiek wokół jedynie potęgowała mój niepokój. Wybierałem się w to miejsce już tyle razy i dopiero teraz dane mi było tu dotrzeć.

***

Jak tylko znalazłem się na placu otoczyło mnie kilkoro ciemnoskórych sprzedawców, na których włosi mówią nieco pogardliwie vucumprà (od włoskiego Vuoi comprare?, które w ustach mieszkańców Czarnego Kontynentu staje się mało wyraźnie i przypomina wspomniany neologizm). Jeden z nich próbował zawiązać mi na nadgarstku tandetną bransoletkę ze sznurków, inny wciskał w dłoń garść kukurydzy i zachęcał do karmienia latających wokół chmar gołębi. Nauczony doświadczeniem stanowczo podziękowałem wszystkim, nie powstrzymałem się jednak od komentarza w języku ojczystym, na co sprzedawcy gromko krzyknęli: Polska! Kocham cię, dzień dobry. Tanio, kupić. Wyrwałem się z ich coraz ciaśniejszego uścisku. Powoli podchodziłem bliżej fasady katedry. Na placu znajdowały się setki turystów i Mediolańczyków. Wśród tych pierwszych przeważali Azjaci z najnowszymi modelami komórek pstrykający sobie selfie z Duomo. Byli też oczywiście tacy z aparatami, których obiektywy mierzyły dobre pół metra. Zawsze zastanawia mnie czy rzeczywiście są oni aż tak zaawansowani pod względem fotografii, czy po prostu podążają owczym pędem za najnowszymi trendami.

Wróciłem myślami do rzeczywistości, gdy niechcący potrąciłem jakiegoś mężczyznę. Był dość wysoki jak na Włocha, ale co do jego pochodzenia nie miałem wątpliwości: Mediolańczyk z krwi i kości. Perfekcyjnie ułożone włosy nie świeciły się od padającego deszczu, a od nałożonego na nie żelu. Piękny grafitowy garnitur był skrojony wręcz wzorowo i leżał idealnie na właścicielu. Do tego uprasowana koszula, pod szyją nie mucha, nie krawat, a fular. Pomimo panującej pogody, w jego butach można było się przeglądać. Bela ‘sta Madunina, to jedyne słowa, które zapamiętałem z krótkiej wymiany zdań z owym osobnikiem. Nie czuł się ani przez chwilę urażony tym, że go potrąciłem. Skierowałem swoje kroki ku jednemu z głównych wejść.

Po przejściu za ścianę z czerwonej cegły znalazłem się w prostokątnym przedsionku bazyliki, który w czasie pierwszych chrześcijan służył katechumenom, czyli osobom przygotowującym się do chrztu. Zgodnie z ówczesnym obrządkiem osoby nieochrzczone nie mogły brać udziału w mszy w pełni, w tym znajdować się wewnątrz świątyni. Przedsionek to tylko jeden z wielu elementów zaczerpniętych z pierwotnie stojącego tu kościoła. Podczas budowy aktualnej Bazyliki św. Ambrożego wzorowano się w dużej mierze na planie poprzedniej świątyni.

Dwupoziomowa fasada wykonana jest, podobnie jak reszta budowli, w przeważającej części z czerwonej cegły, materiału tak bardzo typowego dla stylu romańskiego w Lombardii. Białe wstawki, chociaż użyte w niewielkiej ilości, skutecznie odciążają fasadę i nadają jej charakterystycznej regularności. Nigdzie indziej niespotykane archetti pensili wykańczające szczyt skośnej fasady oraz wieńczące arkady okalające przedsionek są jedynym wyraźnym zdobieniem, jakie rzuca się tu w oczy. Bazylika przykuwa wzrok mimo to. Jej idealnie dobrane proporcje bazujące na prostych figurach geometrycznych wprowadzają poczucie spokoju. I taki też panował tu, gdy kierowałem się ku wejściu do wnętrza kościoła. W międzyczasie mżawka przerodziła się w regularny deszcz, ostatni turyści zniknęli z pola widzenia.

***

Nie byłem wewnątrz Duomo od kiedy wprowadzono opłaty za wejście. Nie, ani razu nie przyszło mi do głowy, aby poskąpić dwóch euro na renowację świątyni. Zawsze jednak przerażała mnie kilkudziesięciometrowa kolejka turystów czekających aż wojskowi stojący w wejściu łaskawie zajrzą im do torebek i plecaków, po czym ktoś spojrzy na bilet uprawniający do wejścia.

I tym razem darowałem sobie kilkugodzinne oczekiwanie, a w słuszności mojej decyzji utwierdził mnie coraz mocniej padający deszcz. Z perspektywy Galerii Vittorio Emanuele II przyglądałem się bogato zdobionej fasadzie i bocznej ścianie el Domm de Milaan. Najważniejszy kościół w Mediolanie. Nigdy nie zgadzałem się w pełni z tym stwierdzeniem. Największy, fakt. Najbardziej znany, prawda. Ale czy najważniejszy? Nawet jeśli dzisiejsi mieszkańcy stolicy Lombardii uważają statuę Mariae Nascenti wieńczącą świątynię za swoją patronkę, trudno mi się pogodzić z opinią, że to właśnie ten kościół jest najważniejszy. Czy o Mediolańczykach nie mówi się często Ambrosiani? Czy synonimem milanese w języku włoskim nie jest ambrosiano?

***

Jak tylko przekroczyłem próg bazyliki do moich nozdrzy doszedł charakterystyczny zapach starego kościoła. Minęło kilka chwil zanim wzrok przystosował się do panującego tu półmroku. Świątynia wewnątrz nie zachwyciła mnie już tak bardzo, jak jej zewnętrzna część. Bezwiednie ruszyłem w stronę ołtarza. To za nim, w absydzie, znajduje się jeden z największych skarbów.

Tuż przy ołtarzu za ramię chwycił mnie starszy Włoch. Najwidoczniej zrozumiał, że mówię w jego języku, bo czytałem informację turystyczną o dziwo napisaną tylko w jednym języku. Quest’altare è tutto d’oro. Ten ołtarz jest cały ze złota, zagadnął. Krótka wymiana zdań nie dotyczyła jednak bogato zdobionego ołtarza znajdującego się przed nami. Sempre quando ho tempo, faccio una passeggiata qua. Przychodzę tu na spacer zawsze, gdy mam czas. Słuchając jego opowieści o św. Ambrożym, historii budowy samej bazyliki i najnowszych dziejów świątyni pomyślałem, że ów miły starszy Włoch musi mieć dużo wolnego czasu i robić wspomniane spacery nader często. Na pożegnanie życzył mi szczęścia (przynajmniej tyle zrozumiałem z kilku zdań w dialetto milanese) i wskazał drogę do krypty znajdującej się pod głównym ołtarzem. Ciasne wnętrze w kształcie półkola służyło wybranym do modlitwy przed samym patronem bazyliki. Znajduje się tu bowiem ciało św. Ambrożego, obok którego spoczywają dwaj męczennicy – Gerwazy i Protazy.

Ponad 108 metrów wysokości, ponad 158 metrów długości i ponad 93 metry szerokości. Setki skrupulatnie rzeźbionych w marmurze wzorów i kolejne setki wykonanych z tego samego materiału figur. Tysiące detali niewidocznych z miejsca, w którym aktualnie się znajdowałem. Całość robi ogromne wrażenie i jednocześnie przytłacza. Zawsze, gdy stoję przed Duomo di Milano, przychodzi mi na myśl Wieża Eiffla z Paryża. Nie da się przejść obok niej obojętnie. Jedni odwracają obcesowo od niej wzrok, uważając, że jest to najbrzydsza konstrukcja w mieście, inni hołubią jej i nie wyobrażają sobie stolicy Francji bez niej. Podobnie jest z katedrą w Mediolanie. Jej bryła znana jest niemalże każdemu. Nawet osoby, które nigdy w życiu nie były w stolicy Lombardii, rozpoznają jej największą (ale nie najważniejszą!) świątynię bez zawahania. Nic dziwnego, zaraz po Bazylice św. Piotra w Rzymie i Katedrze Najświętszej Marii Panny w Sewilli, jest to trzeci największy kościół na świecie. Moloch powstały po to, aby onieśmielać rywali, aby pokazać jak potężni są władcy Mediolanu. Budowana przez ponad pół wieku świątynia połączyła tysiące żywotów. Klamrą spinającą początek i koniec budowy stały się dwie postaci o ambicjach dalece wykraczających poza ludzkie pojęcie, Gian Galeazzo Visconti i Napoleon Bonaparte. Pierwszy z nich w 1386r. rozpoczął budowę największej świątyni ówczesnego świata, drugi nakazał jej dokończenie w 1805r., miał bowiem w głowie już plan na jej zaangażowanie w przyszłym (niedoszłym) koronowaniu króla Włoch zjednoczonych po francuską egidą… Chwała historii za to, że el Domm de Milaan nie przyczynił się do planów cesarza zza Alp!

Wiosna, wiosna, ach to ty…

wino

Pierwszy prawdziwie wiosenny dzień w tym roku. I na dodatek jest to weekend. Budzę się o siódmej rano, jakby mój mózg wciąż nie rozumiał, że po ciężkim tygodniu pracy mogę wreszcie spokojnie odpocząć. Po wakacyjnych przygodach wracam do przyjemnej rutyny. W domu rozchodzi się zapach aromatycznej kawy dobiegający prosto z kawiarki, w której przyjemnie bulgocze świeży napar. Promienie wciąż nieśmiałego, wiosennego, słońca oślepiają mnie na chwilę. To będzie piękny dzień.

Jest coś takiego, że nagła zmiana pogody, pierwszy wyraźnie widoczny zwiastun nowej pory roku, wywołuje u nas falę emocji. Zazwyczaj pozytywnych (pomyślmy tylko o pierwszym śniegu w grudniu, pierwszym upalnym dniu w maju lub czerwcu), czasem negatywnych (ponury, krótki listopadowy dzień nie nastraja zbyt optymistycznie). Ze wspomnianą falą emocji wiążą się też zmiany w naszym codziennym trybie, w jakim funkcjonujemy. Robimy porządki w domu, zmieniamy czasem jego wystrój. Wprowadzamy do diety nowe elementy, niektóre odchodzą w odstawkę aż do kolejnego roku. Menu dostosowuje się do tego, co może nam zaoferować przyroda, wystarczy się w nią wsłuchać i bacznie obserwować. U winomana rodzi się jeszcze coś innego: zew nowego. Wystarczy pierwszy mocniejszy promień słońca, aby pomyśleć o białych, rześkich winach (i nie szkodzi, że za oknem wciąż temperatura bliska zeru). To samo dzieje się oczywiście jesienią lub zimą, odstawiamy w kąt biele, które królowały przez cały rok, aby lubieżnym wzrokiem spojrzeć na rozgrzewające porto lub chociaż zabeczkowane czerwienie, które idealnie wspomogą nasz układ pokarmowy w trawieniu przytłustawych, ciężkich potraw serwowanych w zimniejszych okresach roku.

Kawa gotowa. Niewielka filiżanka wypełniona mocnym espresso nie zapewnia emocji na długo, dlatego w wolnych chwilach staram się przedłużyć ten moment jak tylko to możliwe. Siadam przy komputerze i szukam przepisu, który stworzy najlepsze kulinarne tło do tego, co widzę za oknem. Traf chce, że udaje mi się dostać w sklepie świeżutkiego łososia. Klamka zapadła. Pozostaje jeszcze tylko zejść do piwniczki i znaleźć odpowiednie wino. Na pierwszy plan wysuwa się wytrawna malvasia z Emilii-Romanii. Bingo! Nie zastanawiam się ani chwili dłużej, butelka pod pachę i do lodówki na kilka godzin.

Jeszcze zanim łosoś opuszcza piekarnik otwieram wino. Trochę z ciekawości, trochę, żeby pobudzić trawienie. Wytrawna malvasia wydaje się być dobrym pomysłem jako aperitif, przynajmniej w teorii. Zaskakująco jasna, słomkowa barwa. Drobne bąbelki widoczne jedynie z bliska. W nosie delikatne suszone jabłka, kwiaty. Całość lekka i w sumie mało aromatyczna biorąc pod uwagę szczep, z jakiego wino powstało. Zdecydowanie bardziej przypomina świeży cydr. Lekkie musowanie również na języku, wyczuwalna nieznaczna ilość cukru resztkowego. Trochę suszonych i świeżych jabłek, goryczka przypominająca pestkę na finiszu. Gdyby nie 11,5% alkoholu, zaklasyfikowałbym to wino bez mrugnięcia okiem jako orzeźwiający, lekki jabłecznik. Solo fajnie, ale z delikatnie doprawionym łososiem i kuskusem na talerzu jeszcze lepiej. W sam raz na pierwsze cieplejsze dni w roku…

Nazwa: Malvasia Secco Frizzante DOC

Producent: F.lli Genari

Miejsce zakupu: otrzymane do degustacji od importera

Cena:

Rodzaj wina: białe, wytrawne

Ocena: 4/6

Che cosa bolle in pentola… – styczeń 2017

Che cosa bolle in pentola

Styczeń był wyjątkowo tragicznym miesiącem dla mieszkańców Bel Paese. Nie będę w dzisiejszej edycji Che cosa bolle in pentola… rozpisywał się o kolejnych wstrząsach w centralnych Włoszech, ani o lawinie, która pochowała żywcem ponad 20 osób w ruinach hotelu Rigopiano w miejscowości Farindola. Nawet jeśli bardzo skutecznie unikacie jakichkolwiek doniesień medialnych, prawdopodobnie nie byliście w stanie nie usłyszeć o powyższych katastrofach. Nie znaczy to jednak, że dzisiejszy wpis będzie, jak to mawiają Włosi, tutto rose e fiori

Na początku miesiąca w wieku 84 lat zmarł jeden z najwybitniejszych językoznawców włoskich, Tullio de Mauro. Jego wkład w lingwistykę jest niezaprzeczalny, również tę wykraczającą poza granice Italii. De Mauro był członkiem Accademia della Crusca, autorem tak ważnych dla języka włoskiego dzieł jak Grande dizionario italiano dell’uso czy Storia linguistica dell’Italia unita. Dzięki jego tłumaczeniu Cours de linguistique générale Ferdinanda de Saussura stał się powszechnie znany wśród włoskich kręgów humanistycznych. De Mauro był również osobą, która niezwykle sprawnie łączyła naukowe zaangażowanie z życiem codziennym, dzięki czemu wyniki jego badań mogły znajdować zastosowanie chociażby we współczesnym systemie edukacji. Przez rok pełnił również funkcję Ministra Edukacji, a za swoje zasługi został odznaczony w 2001 roku Orderem Gran Croce al Merito della Repubblica Italiana. Dla mnie zaś był on jedną z tych osób, która nauczyła mnie miłości do języka (nie tylko włoskiego), dzięki której poznałem potęgę każdego wypowiadanego słowa, dzięki której w końcu mogłem ukończyć z powodzeniem studia wyższe. Śmierć Tullio de Mauro to dla narodu włoskiego strata porównywalna do odejścia Umberta Eco.

Smutnych doniesień ciąg dalszy. W pierwszych dniach nowego roku na włoskich portalach społecznościowych rozpętała się prawdziwa burza wokół wypowiedzi przewodniczącego Parco Cinque Terre. Vittorio Alessandro po wizycie w niemieckim obozie zagłady Auschwitz napisał na swoim profilu na portalu Facebook: „Dobra, zagłada… ale przyniosła mnóstwo turystów.”. W odpowiedzi na ostrą krytykę Alessandro tłumaczył się, że nie miał zamiaru nikogo obrazić, a chciał jedynie zwrócić uwagę na problem masowej turystyki w miejscach kultu. Tłumaczenie to wydaje się o tyle dziwne, że jego post zawierał jedynie wspomniane wyżej zdanie, beż żadnych dodatkowych wyjaśnień. Pomimo licznych wniosków o dymisję przewodniczącego Parco Cinque Stelle, osoby zasiadające w radzie regionu Liguria nie biorą pod uwagę odwołania z funkcji Alessandro.

Poniekąd zahaczyliśmy już o politykę, pójdę więc dalej w tym kierunku. W lutym Parlament Europejski wybrał nowego przewodniczącego. Funkcję tę obejmie Antonio Tajani zasiadający we frakcji Europejskiej Partii Ludowej, we Włoszech należący natomiast do Forza Italia (do samego przewodniczącego tego ugrupowania, słynnego Ex-Cavaliere, jeszcze w dzisiejszym wpisie powrócę). Tajani urodził się w Rzymie, początkowo jego kariera nie miała nic wspólnego z polityką, był on bowiem dziennikarzem pracującym najpierw dla czasopisma Il Settimanale, a później prowadzącym program informacyjny w Radio 1 oraz zarządzającym gazetą Il Giornale. Od 1994 roku związał się z Silviem Berlusconim i od tego też roku pojawił się w Parlamencie Europejskim. Konkurentem Tajaniego do fotela przewodniczącego Parlamentu Europejskiego był inny Włoch, członek Partito Democratico i europejskiego Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów, Gianni Pitella.

Nie tak dawno rozpisywałem się o przegranym przez Mattea Renziego referendum w sprawie reformy konstytucyjnej oraz jego dymisji, a ten już wrócił do sfery publicznej w odnowionej formie. Idąc za przykładem swojego oponenta, przewodniczącego Movimento 5 Stelle, szef PD założył bloga. Strona ma stać się platformą, dzięki której były premier pozostanie w kontakcie ze swoimi zwolennikami. Sam Renzi inaugurował bloga słowami „Prędzej czy później, przyszłość powróci”. Większość obserwatorów komentuje jednak to nowe otwarcie z pewnym sceptycyzmem. Trudno będzie powtórzyć sukces bloga Beppe Grillo, który sam okrzyknął go już dawno temu jako „pierwszy magazyn wyłącznie on-line”, zaznaczając tym samym, że jest to platforma o określonej linii politycznej, a nie witryna służąca jedynie publikowaniu szerszemu gronu swoich przemyśleń.

Tak, drodzy Czytelnicy, tak, dochodzimy do jednego z głównych bohaterów dzisiejszej Pentoli. Silvio Berlusconi skończył 80 lat. Ex-Cavaliere po wielu zawirowaniach wydaje się wychodzić na prostą. Pomimo, że skandale nie opuszczają go ani na chwilę (pojawiły się kolejne oskarżenia w sprawie Ruby), Berlusconi kontynuuje swoją działalność polityczną. O byłym premierze zrobiło się głośniej tuż po przegranym przez PD referendum konstytucyjnym. Został on wtedy zaproszony do stołu negocjacyjnego przez prezydenta Mattarellę na równi z przewodniczącymi innymi stronnictw. Były właściciel Milanu wciąż odgrywa niemałą rolę we włoskiej polityce i ma za sobą potężny elektorat. Pomimo procesów sądowych, wielu polemik i krytyk, a także sędziwego wieku, wydaje się, że Berlusconi jest na fali wznoszącej i może jeszcze sporo namieszać w Palazzo Montecitorio.

Styczeń we Włoszech to na szczęście nie tylko smutne wieści i zawirowania polityczne. Poniżej przytaczam kilka ciekawych informacji, na które się natknąłem w mijającym miesiącu, a które nie wymagają szczegółowego komentarza:

Juve ma nowe logo! Drużyna z Turynu odeszła od historycznej tarczy w biało-czarne pasy. Zwolenników nowego logo jest nie mniej niż przeciwników. Nigdy nie sposób zadowolić wszystkich, ale trzeba przyznać, że zmiana jest znacząca i nieco… zaskakująca.

Włoski krajobraz to dla większości z nas łagodne wzgórza, pola skąpane w słońcu, stary dom z kamienia i wysokie ciemnozielone cyprysy. Pamiętajcie jednak, że zima w Bel Paese jest równie piękna! Przekonacie się o tym oglądając zdjęcia z Piemontu.

Dom we Włoszech za 1 euro? Temat powraca niczym bumerang, kolejne gminy decydują się na sprzedaż opuszczonych nieruchomości za symboliczną kwotę osobom, które zagwarantują, że w najbliższych latach podejmą się ich renowacji. Sprawdźcie gdzie we Włoszech możecie kupić dom za nieco ponad 4 złote.

Rzym w swojej historii już raz musiał stawić opór barbarzyńcom. W styczniu wandale najechali raz jeszcze stolicę Włoch niszcząc mury Koloseum. Na zewnętrznych ścianach areny czarnym sprayem namalowano obraźliwe hasła, sprawcy do dziś nie są znani służbom porządkowym.

Włoskie społeczeństwo na wszystkie możliwe sposoby próbuje zachęcić imigrantów do integracji. W jednej z zaniedbanych winnic w Ligurii do pomocy zaproszono przybyszów z Afryki. Ramię w ramię z Włochami uprawiają oni pod Genuą szczep bianchetta.

Wina biologiczne, naturalne i wegańskie zdobywają coraz większe grono zwolenników. Nic dziwnego, że rynek wychodzi im naprzeciw. Nie dziwią też artykuły w prasie fachowej na ten temat. Jeśli chcecie się dowiedzieć jak rozpoznać na półce wino wegańskie, rzućcie okiem tutaj.

Stało się! Marka Ducati otworzyła pierwszy lokal typu cibo&motori. Włoskiej marce udało się zgrabnie połączyć włoską miłość do designu i jedzenia. Restauracja Ducati Scrambler powstała nie gdzie indziej, jak w… Bolonii.

I na zakończenie, drodzy Czytelnicy, informacja szczególna. Przez najbliższy miesiąc na Italianizzato nie ukaże się prawdopodobnie żaden wpis… A to dlatego, że wyruszam na poszukiwanie materiałów do kolejnych artykułów. E dai che comincia ‘sta villeggiatura!