Suburra la serie

Che cosa bolle in pentola

Suburra to nazwa jednej ze starożytnych dzielnic Rzymu, która pomimo położenia nieopodal najważniejszych dziś monumentów, słynęła z bardzo złej sławy. Miejsce to było świadkiem codziennych rabunków, rozbojów, mordów czy gwałtów. Zamieszkująca tu ludność w przeważającej części należała do niższych warstw społeczeństwa, a warunki życia były doprawdy nędzne. Dziś o Suburrze raczej mało kto pamięta, a turyści przechadzający się uliczkami Wiecznego Miasta rzadko kiedy w ogóle wiedzą o jej istnieniu. Ale czy na pewno…?

Termin Mafia Capitale stał się popularny mniej-więcej pięć lat temu. W 2014 roku na skutek głośnych aresztowań na światło dzienne wypłynął skandal z czołowymi politykami, biznesmenami i członkami mafii w rolach głównych. Okazało się, że Wieczne Miasto nie jest mniej uwikłane w podłe interesy niż Sycylia czy Neapol. Osobom, które znalazły się na ławie oskarżonych zarzucano między innymi przynależność do organizacji o charakterze kryminalnym, szantaże i wymuszenia, lichwę, korupcję, fałszowanie dokumentów fiskalnych czy tak zwane pranie brudnych pieniędzy. A to dopiero początek jakże długiej listy oskarżeń, którą przedstawiła prokuratura Katanii (nieprzypadkowo śledztwo i proces odbywały się z dala od Rzymu). Po początkowym zainteresowaniu mediów temat jakby ucichł. Ale czy na pewno…?

W 2015 roku na ekranach włoskich kin zadebiutował film Suburra, który opowiadał o poczynaniach mafii w stolicy Italii. Nawet jeśli obraz wyreżyserowany przez Stefana Sollimę zapowiadał się być równie ciekawym odbiciem życia kryminalnego co Gomorra, przeszedł bez większego echa. Dwa lata później Netflix zaryzykował „recykling” tematu i wypuścił serial, który co prawda nie dorównał sukcesowi serii opartej na doświadczeniach i dochodzeniach Roberta Saviano, ale zainteresował widzów na tyle, że aktualnie amerykański producent z powodzeniem publikuje kolejne odcinki drugiego sezonu Suburry.

Trochę wody musiało w Tybrze upłynąć, zanim znalazłem czas na zapoznanie się z tematem (zarówno jeśli mowa o starożytnej dzielnicy, jak i o kwestii Mafia Capitale), a jeszcze więcej jej upłynęło zanim wygospodarowałem kilka wieczorów, aby w spokoju obejrzeć pierwszy sezon Suburry. Dziś jednak mogę z satysfakcją powiedzieć, że lepiej późno niż wcale, a w tym konkretnym przypadku znaczenie powyższego stwierdzenia przybrało jeszcze bardziej na sile. Choć trudno przykryć sławę Gomorry (i Camorry), która znalazła swój odpowiednik nie tylko na stronach książek, ekranach kin i telewizorów, ale również na deskach teatrów, muszę przyznać że produkcja Netflixa jest niemniej udana.

Oczywiście trudno jest uniknąć porównań Gomorry do Suburry czy na odwrót, ale po obejrzeniu obydwu produkcji jestem przekonany, że warto się od nich powstrzymać. Więcej czy mniej krwi, bardziej czy mniej przerysowani bohaterowie, ładniejsze czy brzydsze obrazy, które przewijają się przed oczyma widzów. To wszystko zdecydowanie można by zebrać w uporządkowaną tabelkę i przedstawić w kilka chwil uwypuklając najważniejsze różnice i podobieństwa. Wydaje mi się jednak, że w ten sposób nie będziemy w stanie uchwycić tego, czym jest Suburra. Zwłaszcza dlatego, że najczęściej do amerykańskiej produkcji widzowie podchodzili dopiero po obejrzeniu wszystkich odcinków serii opartej na scenariuszu Saviano. Po pierwszych dwóch-trzech epizodach rzymskiej historii byłem nieco zawiedziony i znudzony, ale szybko spostrzegłem, że każdy kolejny odcinek wciągał mnie coraz bardziej i coraz mniej było Gomorry w Suburrze, ale przede wszystkim w mojej głowie. Z czasem przestałem porównywać, bo w tym przypadku nie ma to najmniejszego sensu. To dwie zupełnie inne produkcje, które należy oglądać w oderwaniu od siebie.

Jedno jest pewne, autorom Suburry udało się perfekcyjnie oddać charakter zarówno starożytnej dzielnicy, jak i niecnych interesów, którymi żyła stolica Włoch przez kilka tygodni w 2014 roku. Można się domyślać, że prawdziwe wydarzenia, które wstrząsnęły Wiecznym Miastem wsparły promocję netflixowskiej serii. Z drugiej jednak strony, dzięki dobrej grze aktorskiej, ciekawym ujęciom miasta i niemniej interesującej historii, serial broni się bez zbędnych zabiegów marketingowych. Odpowiadając na pytanie, które wprost nie padło w tym artykule, ale cały czas krążyło w moim myślach: tak, zdecydowanie warto poświęcić kilka godzin i sięgnąć po rzymską produkcję Netflixa.

Reklamy

Sacrum i profanum bez cenzury all’italiana

Che cosa bolle in pentola, Język

Sangue e merda. Krew i gówno. Właśnie tego chcą słuchać ponad 4 (C-Z-T-E-R-Y) miliony Włochów każdego wieczora między 18.30, a 21.00. Hordy czarnuchów, które ze swoimi długaśnymi chujami przyjeżdżają rozmnażać się na tym maluczkim skrawku ziemi, jakim są Włochy. Faszyści, którzy z tęsknotą wspominają „wujka wąsika” i jego program termowaloryzacji narodu żydowskiego, a dla społeczności romskiej zamieszkującej nielegalne obozowisko niemal w centrum Rzymu mają jedną radę: napalm. Dużo napalmu. Seksuolożka, która uważa, że homoseksualistów powinno się poddawać leczeniu, bo są chorzy psychicznie. Fundator jednego z największych dzienników we Włoszech, który w dupie ma czarnuchów, bo widzi ich jedynie wtedy, gdy przemierza ulice Wiecznego Miasta swoją limuzyną. Sześćdziesięcioletnia kurwa opowiadająca jak klient zmarł podczas lodzika. Jeden z najbardziej znanych współczesnych włoskich filozofów, który stara się umieścić walenie konia w myślach Sokratesa i Hegla. Czarnuch, który zgwałcił siedemdziesięciodwuletnią niemiecką żebraczkę żyjącą we Włoszech. Krew i gówno.

Skłamałem. Nie cztery miliony, a znacznie więcej. Bo przecież te cztery miliony to jedynie osoby słuchające audycji La Zanzara w czasie jej trwania. Doliczyć do tego należy setki tysięcy Włochów mieszkających poza granicami Bel Paese oraz obcokrajowców, którzy codziennie sięgają po podcasty już kilka minut po tym, jak komar przestaje kąsać, aby ustąpić miejsca znacznie bardziej stonowanym programom. Nieprzerwanie od ponad 12 lat Radio 24 Ore dzięki swojej wieczornej audycji ściąga do radioodbiorników miliony Włochów z całego półwyspu Apenińskiego, będąc tym samym kontynuatorem idei jednoczenia kraju przez kulturę masową. Pytanie tylko, czy idea ta miała u swego zarania krew i gówno

Beppe kurwa mać! Jesteś żałosnym wieśniakiem i lizusem. Powinni zabrać ci dzieci, jeśli je w ogóle masz. Co ty do chuja robisz w radio? Imbecyl, idiota, osioł! To najlżejsze z obelg, jakie słyszy co wieczór prowadzący audycję Giuseppe Cruciani. I chociaż sam w słowach nie przebiera, trzeba przyznać, że słuchacze nie mają dla niego litości. Sam jasno określa się jako zwolennik szeroko rozumianej wolności i legalizacji wszystkiego, co tylko można zalegalizować. Chociaż twierdzi, że nigdy w życiu nie palił marihuany, chętnie ujrzałby ją na wystawach sklepowych. Nazywa się przyjacielem kurew, nawet jeśli utrzymuje, że korzystał z ich usług sporadycznie. Przez ostatnie dwanaście lat stał się radiowym trybunem ludu, który z uwagi na swoje poglądy i umiłowanie do wolności, pozwala wypowiadać się na antenie każdemu. Dosłownie każdemu. Daje głos zarówno faszystom, jak i uciśnionym dziwkom, które muszą pracować w Szwajcarii, aby móc wykonywać swój zawód legalnie. Dzięki niemu swoje pięć minut mają islamiści nawołujący do dżihadu i ci, którzy najchętniej strzelaliby do imigrantów, bo stali się dla nich konkurencją na półwyspie Apenińskim. Przez jednych znienawidzony, przez innych hołubiony. Giuseppe, wyruchałabym cię…

vdc_8845.jpg

Parenzo, zamknij ryj i ssij kutasy. Zasrany Żydku, twoje miejsce jest w komorze gazowej. Jeden rok tylko brakował Niemcom do wygrania wojny, jeden rok… i by cię tu nie było. Współprowadzący program od 2010 roku David Parenzo z racji na żydowskie pochodzenie ma żywot nie lepszy od Crucianiego. Codziennie przez niemal trzy godziny wysłuchuje antysemitów, którzy obarczają go winą za wszystko. Ten z powodu przekonań, a po części z przekory, zawsze stara się pozostawać politycznie poprawnym. Broni praw mniejszości i milionów imigrantów. Do mieszkańców nielegalnego obozowiska w Rzymie zwraca się przyjaciele Romowie. Gdy jednak dzwoniący radiosłuchacz wykazuje się finezją i polotem w swoich obelgach, Parenzo również wybucha. Parenzo, kiedy tylko chcesz…

Sacrum i profanum w jednym obrazku trwającym każdego wieczora przez niecałe trzy godziny. Krew i gówno. Zawór bezpieczeństwa odkrywający wszystko to, co kłębi się w narodzie. Program, który chyba w większości cywilizowanych krajów zostałby zdjęty po pięciu minutach trwania. La Zanzara pokazuje zwykłym mieszkańcom Włoch, że Berlusconi to tak naprawdę starszy pan, który być może czasami miewał niewybredne żarty, ale pozostaje on tylko wierzchołkiem góry lodowej. Setki tysięcy tolerancyjnych do bólu wyznawców lewicowych ideologii ścierają się z faszystami z nostalgią wspominającymi Duce. Sarkastyczna wizja, która istnieje tylko w wyimaginowanym świecie telewizji? Nie, to codzienna walka, która odbywa się na antenie Radio 24 Ore w asyście Beppe i Parenzo. A widzami i współuczestnikami są przedstawiciele wszystkich warstw społecznych. Księża, politycy z pierwszych szeregów (również Janusz Korwin-Mikke miał tam swoje pięć minut!), ludzie świata biznesu (jakby nie było 24 Ore to radio należące do włoskiej organizacji pracodawców Confindustria), obrońcy zwierząt, pracownicy korporacji, piekarze i rzeźnicy, kurwy i dilerzy, a nawet rozumiejący po włosku jedynie kilka słów imigranci, którzy dopiero co dotarli do wybrzeży Europy. Walka na słowa, która ukazuje oblicze tego, co drzemie w ludziach. Krew i gówno.

La mia specialità è lo squirting. Specjalizuję się w squirtingu. Rzekła staruszka z Veneto, która okazuje się być zaprzyjaźnioną kurwą La Zanzary. Mówi się, że kobiety lecą na mężczyzn z długimi brodami. Jakie brody!? Jaka męskość!? Tu trzeba chuja. Bo na końcu to chuj jest dowodem na męskość. Stwierdził w dialekcie staruszek z Abruzji. Lubię cipki. I w czym problem? Idę na cipki, płacę, dostaję rachuneczek i w czym jest problem. Wyjawił czterem milionom radiosłuchaczy kierowca ciężarówki spod Rzymu. Cruciani, puszczaj reklamy bo muszę zrobić loda… seksownym głosem poprosiła jedna ze słuchaczek. Przepiękny spektakl.

 

Powyższy artykuł nie ma na celu obrażać. Zastosowany język został dopasowany do audycji, która stała się tematem niniejszego wpisu. Wszystkie wyrażenia napisane kursywą są cytatami z audycji La Zanzara, którą od 9 stycznia 2006 roku na antenie Radio 24 Ore prowadzą Giuseppe Cruciani i David Parenzo.

 

Primo Levi || Se questo è un uomo

Che cosa bolle in pentola, Książki

W ostatnich dniach znów było głośniej o zbrodniach nazistowskich z czasów II Wojny Światowej, ale bynajmniej, nie za sprawą kolejnej rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz Birkenau. Setki, jeśli nie tysiące artykułów w gazetach i na stronach internetowych, miliony tweetów i postów na portalach społecznościowych. Wszystko to krążyło nie wokół uroczystości związanych ze wspomnianą wyżej rocznicą, a wokół ustawy uchwalonej przez Polski Sejm i podpisanej przez Prezydenta RP, która to oburzyła stronę izraelską, a wraz z nią pół świata.

#germandeathcamps oraz #polishdeathcamps to chyba zwroty, które pojawiały się najczęściej na tweeterze czy facebooku w ostatnich dwóch-trzech tygodniach. Szczerze powiedziawszy, nie rozumiem dlaczego po raz kolejny z małego ognia aż tyle dymu. Tym bardziej, że właśnie skończyłem lekturę Se questo è un uomo, książki, którą bez dwóch zdań powinni przeczytać i wziąć do serca dziś wszyscy ci, którzy tak chętnie zabierają głos w polsko-izraelskiej dyskusji na temat winy za niegodziwości dokonane na narodzie żydowskim w czasie II Wojny Światowej.

Polski kanon literatury obozowej jest chyba jednym z najobszerniejszych i najlepiej opisujących realia niemieckich (również sowieckich, ale te pozostawiamy dziś poza dyskusją) obozów zagłady. Nie bez powodu, wszak obok Żydów, Polacy byli najliczniejszą grupą więźniów. Niemniej wspomnienia spisane przez rodzimych autorów jak Pożegnanie z Marią, Medaliony czy Dymy nad Birkenau warto uzupełnić właśnie o książkę Prima Leviego.

IMG_0201

Nie oczekujcie od autora wspomnień wylewności i iście epickiego rozmachu. Książki nie czyta się łatwo. Z jednej strony z powodu tematów, jakie porusza. Z drugiej strony z uwagi na sposób, w jaki są one opisywane. Z wręcz bezczelną prostotą Levi słowo po słowie, zdanie po zdaniu, akapit po akapicie, rysuje szarą, niezwykle okrutną i nierzadko wręcz obrzydliwą rzeczywistość obozową. Bez cienia emocji odnosi się do czynów, które popełniał on czy inni więźniowie, a które w wolnym świecie uznano by za godne pożałowania w najlepszym wypadku. Codzienna walka o kawałek czerstwego chleba, który dawał poczucie sytości (a raczej poczucie braku głodu) chociaż na chwilę, o buty, które nie powodują otarć i uciążliwych ran na stopach, o okrycie odpowiednie na zimowe dni… Realia, które doprawdy trudno sobie wyobrazić w sytuacji większości z nas, kiedy to nie musimy martwić się o żadną z powyższych rzeczy. Dziwić może tym bardziej podejście autora i przyjęty przez niego sposób relacji, ale zdziwienie to znika tym szybciej, im szybciej czytelnik zrozumie, że ci którzy ocaleli z Auschwitz zmieniają się na zawsze.

Po powtarzających się setkach tych samych pytań, Primo Levi postanowił odpowiedzieć na nie w obszernym uzupełnieniu niemal 20 lat po ukazaniu się pierwszej edycji Se questo è un uomo. Niech dobrym początkiem do przemyśleń i dyskusji o obozach śmierci będzie odpowiedź autora na pytanie o „nienawiść w stosunku do Niemców i czy zdążył przebaczyć im już wszystkie winy”: …sądzę, że moje słowa będą o wiele bardziej wiarygodne i użyteczne jeśli pozostaną obiektywne i dalekie od emocjonalnych uniesień; tylko tak świadek przed sądem spełni swój obowiązek, którym jest przygotowanie terenu dla sędziego. Sędziami jesteście wy.

Byliśmy tacy zakochani… || C’eravamo tanto amati

Che cosa bolle in pentola, Książki

Republika Włoska jako taka narodziła się zaledwie nieco ponad 150 lat temu. Nadal spotykam się z zaskoczeniem i niedowierzaniem, kiedy przypominam o tym tu i ówdzie. Te wszystkie piękne wąskie uliczki, ta niesamowita kuchnia oparta (wydawać by się mogło) na wielowiekowych tradycjach, ta kultura i ten klimat. To wszystko powstało jedynie półtorej wieku temu? Nic bardziej mylnego. Republika Włoska, napisałem, narodziła się nieco ponad 150 lat temu. Włosi, natomiast, i ich cały dorobek kulturowy są o wiele starsi niż większość innych europejskich nacji. Na temat historii Imperium Rzymskiego, średniowiecznych państw-miast czy w końcu Zjednoczenia Włoch powiedziano już jednak wiele. Niedawno ukazała się za to książka autorstwa znanego włoskiego dziennikarza, Bruna Vespy, w której próbuje on przybliżyć zmiany społeczne ostatnich 150 lat, czyli czasu, kiedy Republika Włoska zaistniała formalnie.

Są takie momenty i wydarzenia w historii najnowszej Włoch, o których nie sposób nie mieć pojęcia interesując się tym krajem. Duce i jego fasci di combattimento, boom economico lat ’60, następujące po nich lata ’70-’80 najczęściej określane jako Anni di piombo za sprawą licznych zamachów aż po końcówkę XX wieku z Maxiprocesso na czele – o wszystkim tym napisano już dziesiątki książek i nakręcono równie wiele filmów dokumentalnych. Aby jednak poznać prawdziwą codzienność ówczesnych Włochów, należy sięgnąć do prac badawczych. Chcąc dowiedzieć się czym żyli dwudziestolatkowie epoki Mussoliniego, do jakich kobiet wzdychali mężczyźni w czasie boomu ekonomicznego, a czego nie znosiły robić normalne włoszki w latach ’80, trzeba by niemało się natrudzić, aby dotrzeć do wiarygodnego źródła.

Najnowsza książka Bruna Vespy zbiera te i jeszcze więcej zagadnień w uporządkowaną całość. Dziennikarz zaczyna od wielkiego d’Annunzia, aby przez kolejne dziesięciolecia dojść do czasów najnowszych i wypytać czołowe postaci włoskiej sceny politycznej o najbliższą przyszłość. Autor celowo unika wielkich wydarzeń i ważnych, to znaczy takich opisywanych w podręcznikach do historii, osobistości. Skupia się natomiast na to szarej, to bardzo barwnej, w zależności od okresu, rzeczywistości przeciętnych Włochów. Nie chce pokazywać wydarzeń i osób, które zmieniły kraj w sensie politycznym. Opisuje tych, którzy wywierali największy wpływ na społeczeństwo. Seksbomby rozpalające wyobraźnie mężczyzn, literaci, którzy poruszali serca najbardziej zatwardziałych, szefowie kuchni zdolni do wyczarowania prawdziwego raju na podniebieniu swoich klientów…

Vespa z niebywałą płynnością przechodzi od jednego tematu do kolejnego, okraszając przy tym każdy z nich osobistymi wspomnieniami. Stara się pokazać życie przeciętnego Włocha w cieniu wielkich historii. Opowiada o tym, jak kiedyś wyglądała komunikacja, dlaczego listy były lepsze niż messenger, co kochał w starej Lancii, a czego nie pokocha w najnowszych modelach samochodów, jak wyglądało dziennikarstwo (czyli jego codzienność) pół wieku temu, a jak wygląda ono dzisiaj. Kto kreował mody kulinarne niegdyś, kto liczy się dziś i jaki ma to wpływ na podniebienia oraz to, co trafia na stoły zwyczajnych mieszkańców Republiki Włoskiej. Jak realizowało się wyzwolenie i równouprawnienie kobiet w Bel Paese przez ostatnie dziesięciolecia, jakie wnioski wyciągnęli z tego mężczyźni (o ile jakiekolwiek wyciągnęli!) oraz jak wyglądała rewolucja seksualna z punktu widzenia przeciętnego zjadacza pasty.

Z nutą nostalgii autor wspomina „stare, dobre czasy”. Chociaż wielokrotnie przyznaje na kartach książki, ze wymiana pokoleniowa jest niezbędna, aby świat szedł naprzód, to z łezką w oku, wydawać by się mogło, opowiada o pełnym nadziei i niepewności oczekiwaniu na list od ukochanej, zacinających się szafach grających i momentach, kiedy można było być odciętym od świata, bo nikt nie posiadał jeszcze telefonów komórkowych.

C’eravamo tanto amati to z pewnością obraz jednowymiarowy i niekompletny. Trudno bowiem, aby na kilkuset stronach jedna osoba zebrała doświadczenia społeczne 150 lat. Bruno Vespa przekazuje mimo to czytelnikowi odrobinę atmosfery lat minionych (nawet jeśli robi to czasem pobieżnie i wybiórczo). Dzięki jego książce można na chwilę przenieść się w przeszłość Bel Paese i poczuć to, co czuli Włosi gdy po raz pierwszy w życiu odbierali telefon, oglądali pierwszą w życiu transmisję telewizyjną z Mikiem Buongiorno lub po raz pierwszy wsiadali do Fiata 500. Można poczuć atmosferę boomu ekonomicznego, posiedzieć w Milano da bere, jak określano to miasto w latach ’80 czy choć trochę lepiej zrozumieć, czym żyją dzisiejsi Włosi. Obowiązkowa lektura przez wakacjami w Italii (lub w ich trakcie!).

Czy Medyceusze nosili brody?

Che cosa bolle in pentola

Tak jak Polska miała swojego Kazimierza Wielkiego, który zastał ją drewnianą, a zostawił murowaną, tak rzec by można, że miała Florencja swojego Cosimo de’ Medici. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Nie sposób bowiem odnosić się do historii ostatniego z rodu Piastów, opowiadając o jednym z pierwszych Medyceuszy.

Dokonania Kosmy, nazywanego ojcem Renesansu, postanowili Włosi przypomnieć raz jeszcze przy okazji tworzenia serialu I Medici, Masters of Florence. Pierwsze dwa odcinki serii pojawiły się na kanale RAI jeszcze w październiku ubiegłego roku. Polemikom nie było końca, zrazu stworzyły się dwie grupy: zwolenników i kategorycznych przeciwników serialu. Warto nadmienić, że już na wiele miesięcy przed premierą o serialu sporo się we Włoszech mówiło, a nadzieje na filmowy majstersztyk w odcinkach rosły im bliżej pokazu pierwszego odcinka. Wśród niezadowolonych znaleźli się jak jeden mąż niemal wszyscy znaczący historycy. Marzyli oni bowiem o opowieści bazującej w pełni na faktach, która przekazana w przystępny dla dzisiejszej młodzieży sposób, trafi do nich lepiej niż szkolne podręczniki. Przeliczyli się i zawiedli. Twórcy serialu nie skonsultowali scenariusza z żadnym ze znawców Medyceuszy, wprowadzili za to wiele zmian w życiorysach członków rodu, nie zawsze mając ku temu konkretną przyczynę.

Wśród zarzutów, tuż po projekcji pierwszego odcinka, pojawiał się ten o prawdziwej przyczynie śmierci ojca Kosmy, Giovanniego. W serialu widzimy jak głowa rodu przechadza się po swojej winnicy obserwując panoramę Florencji. Po zjedzeniu owoców zatrutych cykutą umiera. Ni jak ma się to do prawdziwej przyczyny jego śmierci. Giovanni, jak podają źródła, umarł śmiercią naturalną w lutym 1429 roku. Jeśli nie jest się historykiem, można by przymknąć oko na tę nieścisłość, która nadaje swoistej dramaturgii serialowi i pomaga budować opowieść w kolejnych odcinkach. Trudno natomiast zrozumieć dlaczego twórcy serialu przenieśli miejsce elekcji papieża popieranego przez Medyceuszy, Giovanniego XXIII, z Bolonii do Rzymu. Fakt ten nie ma strategicznego znaczenia dla historii opowiedzianej w serialu, drażni natomiast osoby, które prawdę znają.

Równie mocno mogą rzucać się w oczy różnego rodzaju niedoróbki i nieścisłości dotyczące scenografii. Począwszy od zarostów, które dumnie nosi większość pierwszo i drugoplanowych bohaterów serialu, a które przecież w XV nie były szczególnie popularne, a skończywszy na strojach ciemnych i posępnych, rodem z głębokiego średniowiecza. Wystarczy rzut oka na portret Giovanniego czy choćby Cosimo de’ Medici, aby zauważyć, że od kolorów wówczas nie stroniono. Tego typu nieścisłości w filmie pojawiło się więcej, chociaż są one uchwytne jedynie dla widza mającego pojęcie o wczesnym Renesansie.

Kto był we Florencji i pamięta cokolwiek z tego, co mu wówczas podczas wycieczek przekazano, wie na pewno, że fasada katedry Santa Maria del Fiore w czasach, w których toczy się akcja serialu, nie mogła wyglądać tak, jak to przedstawiono telewidzom. Wykończono ją dopiero w 1887 roku, a zatem ponad 400 lat po pierwszych Medyceuszach! Podobnie sprawy mają się z biegnącym (między innymi) nad Ponte Vecchio korytarzem Vasariego. Nadbudówka powstała przecież dopiero w 1565 roku na życzenie Cosimo I de’ Medici. Skąd jej obecność w serialu, trudno powiedzieć…

Porównywalnych wpadek, zamierzonych lub mniej, można by wyliczyć jeszcze sporo. Skąd zatem tak ogromna popularność serialu we Włoszech i nie tylko? Pierwsze dwa odcinki na samym Półwyspie Apenińskim zobaczyło blisko 7 milionów widzów! (Zaznaczmy, że w tym samym czasie inna stacja transmitowała mecz Juventusu w rozgrywkach Champions League…). Trudno zaprzeczyć, I Medici, Masters of Florence wciąga widza. Jeśli przymknąć oko na pewne nieścisłości, jeśli odpuścić twórcom brak pełnej zgodności z historią (czego swoją drogą trudno wymagać od tego typu produkcji) oraz jeśli pominąć niezbyt udany dubbing w wersji włoskiej (czemu można bardzo szybko zaradzić, oglądając film w oryginalnej, angielskiej, wersji językowej) to pozostaje nam cieszyć się świetnym spektaklem. Intrygi budowane na zazdrości, miłości, chciwości i pogardzie zostały przez scenarzystów opanowane do perfekcji. Kończąc oglądanie jednego odcinka, ma się ochotę sięgnąć po kolejny i jeszcze następny. Niespodziewanie krótka, bo złożona z zaledwie ośmiu części seria, wraz z ostatnim epizodem zostawia pustkę i niedosyt. Nic straconego, niedawno do mediów przeciekła wieść o planowanych zdjęciach do kontynuacji… Medyceusze powrócą do włoskiej telewizji już jesienią!