Winne Wtorki: (nie)pedant z Emilii-Romanii

Język, wino

Niniejszy wpis w swoich założeniach opierać miał się na językowo-winiarskich porównaniach. Rozochocony początkowymi sukcesami w żmudnie postępujących pracach badawczych dotarłem jednak do ściany. Punktu krytycznego, który stanowczo nie pozwalał na dalsze brnięcie w raz obranym kierunku. Na nic zdałby się również krok w tył. Po prostu moje wyjściowe założenia były błędne, a spowodowało je małe niedopatrzenie już u samego początku.

Do dzieła!

Tuż obok hasła pignolo w słownikach włosko-polskich znajdziemy następujące tłumaczenia: pedant, pedantyczny, skrupulatny, drobiazgowy, małostkowy. Hasła pignoletto za to w słownikach nie znajdziemy. W ogóle mało gdzie poza Emilią-Romanią je znajdziemy. Rzadko kiedy piszą o nim winiarskie sławy, bo i za bardzo nie ma o czym. Sklasyfikowana, względnie poznana, biała, raczej przeciętna i niezbyt obiecująca odmiana, które swoje korzenie zapuściła w okolicach Bolonii. Skoro winiarski świat zesłał pignoletto na niebyt, to dlaczego mieliby interesować się nim lingwiści? To pytanie nie wymaga odpowiedzi. Mimo wszystko postanowiłem sprawdzić, czy pomiędzy pedantyzmem, a nazwą szczepu jest jakiś związek.

Eureka?

Pignolo i pignoletto nawet osobie, dla której język włoski to pizzapasta i basta, już na pierwszy rzut oka bezspornie wydają się być ze sobą spokrewnione. Coś te dwa słowa fonetycznie i graficznie łączy. Bingo! Wystarczy do pignolo dodać sufiks -etto i jesteśmy w domu. I rzeczywiście, w jednym z konsultowanych słowników trafiłem na formę pignoletto znajdującą się przy haśle pignolo, a znaczyła ona ni mniej, ni więcej niż pedancik. Naprawdę? Godziny spędzone nad słownikami, żeby dowiedzieć się, że nazwa szczepu po polsku brzmi wręcz śmiesznie, a co gorsza nie ma żadnego związku z jego charakterem? Bo przecież powiedzieć o pignoletto pedancik, to jak powiedzieć o Barolo księciunio. Strzał jak kulą w płot. Już Pliniusz Starszy w swoim dziele Naturalis Historia pisał o bolońskim szczepie w tych słowach: non dolce abbastanza per essere buono (niewystarczająco słodkie, aby było dobre). Nawet jeśli odrzucimy antyczne umiłowanie do win słodkich, trzeba przyznać, że dobrego PR Pliniusz tej odmianie nie zrobił.

Eureka!

Nieco zrezygnowany przeglądałem kolejne dzieła antyczne i te mniej. Miałem już zaniechać lingwistycznych podjazdów do pignoletto, gdy przypominała mi się nazwa innego (skądinąd również włoskiego) szczepu: PIGNOLO. Tym razem jednak nie dałem się tak łatwo wpędzić w pułapkę błędnych założeń. Z góry odrzuciłem pokrewieństwo bohatera dzisiejszego wpisu z pignolo. Ten pierwszy, jak rzekło się wcześniej, uprawiany w Emilii-Romanii i chuderlawy w swej naturze. Ten drugi pochodzi z Friuli, daje wina zdecydowanie dobrze zbudowane, pełne owocu, ale i nierzadko nut balsamicznych. Nie o pokrewieństwo genetyczne mi jednak chodziło, a o lingwistyczne koligacje. W swoich poszukiwaniach dotarłem do celu: pignolo i pignoletto pochodzą od tego samego słowa, pigna (szyszka jodły). Nazewnictwo wspomnianych szczepów powstało przez wzgląd na podobieństwo grona (nawet jeśli niektórzy twierdzą, że nie o kiść, a o poszczególne jagody tu chodzi) do szyszki.

Trzeba to uczcić.

Nawet jeśli moje początkowe założenia okazały się błędne, kilkugodzinna praca nie poszła na marne. Poznałem pochodzenie nazwy nie jednego, a dwóch szczepów. Obydwu lokalnych, obydwu włoskich. A wszystko to za sprawą dzisiejszej edycji Winnych Wtorków. Braci blogerskiej zaproponowałem poszukanie odmian endemicznych. Oni wywiązali się ze swojego zadania na czas, mój żołądek nie pozwolił mi na to wczoraj, ale dziś nadrabiam zaległości. Świętując mały sukces wieńczący dochodzenie oraz moje uzdrowienie otworzyłem, nie inaczej, butelkę Pignoletto Frizzante Chiarli 1860. Wino w kieliszku bledziutkie, trochę jakby rozwodnione. Duże bąble odrywały się od dna i szybowały ku górze, której nie wieńczyła gęsta piana (wszak mówimy o frizzante, winie drżącym, a nie spumante, pieniącym się). Kwiecisty, świeży i rześki nos. Gdzieś majaczy nieco białych owoców, ale aromaty nie są mocno skondensowane. W ustach lekko mineralne, choć nadal dominują kwiaty polne. Trochę jabłka i gruszki. Wytrawne do cna. Proste, ale idealnie rozbudziło apetyt. Może spokojnie konkurować z prostymi prosecco, a w tym rejestrze cenowym o nic więcej nie proszę.

…i pozostał tylko niesmak, gdy odkładając kieliszek obok nadal otwartego słownika zauważyłem: 2. (pinolo) orzeszek m piniowy.

Nazwa: Pignoletto Frizzante

Producent: Chiarli 1860

Miejsce zakupu: Auchan

Cena: 30zł

Rodzaj wina: białe, wytrawne, musujące

Ocena: 3,5/6

Pozostali wtorkowicze dziś napisali:

Blurppp pojechał aż do Bośni i Hercegowiny po swojego lokalsa

Nasz Świat Win ruszył do kraju słynnego ze szczepów lokalnych, Włoch

Czerwone czy Białe również odwiedziło włoskiego buta

Enowersytet wziął na warsztat greckie Moschofilero

Winne Przygody również we Włoszech

Reklamy

Winne Wtorki: od Szwaba do Soave

Język, Winne Wtorki

Soav|e1arch. suave adj 1. łagodny, delikatny, miły, przyjemny; słodki; occhi ~i łagodne <słodkie> oczy; profumo ~e słodki <łagodny> zapach, słodka <łagodna> woń; voce ~e miły <przyjemny, słodki> głos; ~e al gusto delikatny <łagodny> w smaku; ~e al tatto delikatny <miły> w dotyku; książk~e ricordo słodkie <miłe> wspomnienie; książknome ~e słodkie imię 2. błogi; kojący; łagodny, pogodny, spokojny; ~e vento łagodny wiatr; sguardo ~epogodne <błogie> spojrzenie; książkuna ~e malinconia błoga <łagodna> melancholia 3. arch. łatwy, nieuciążliwy; lekki, spokojny; con ~e passo lekkim <spokojnym> krokiem 4. arch. książk. gładki, miękki advrzad. poet. miło, przyjemnie; słodko; łagodnie, spokojnie (Wielki słownik włosko-polski, 2010, Wiedza Powszechna).

Szwabić ndk VIa~ony rzad. (częstsze w formie dk: oszwabić) «okpiwać, oszukiwać»: Gdybym chciał na nim zyskiwać albo go szwabić, pisałbym 15 rzeczy na rok kiepskich, które by on mi kupował po 300 i miałbym większy przychód. CHOPIN Wyb. 128 // SW (Słownik języka polskiego pod red. W. Doroszewskiego).

Co łączy dwa zamieszczone wyżej wycinki ze słowników? Wspólne pochodzenie. O ile zrozumiałym jest dla osoby posiadającej średnią znajomość języka polskiego jako języka ojczystego, że czasownik (o)szwabić pochodzi od słowa Szwab, o tyle większości z nas nie przyszłoby do głowy, że soave w prostej linii wywodzi się od jego odpowiednika w języku włoskim. A samo Soave Polakom jest już dobrze znane, wszak jest to jedno z najlepiej rozpoznawalnych białych win regionu Wenecja Euganejska i Włoch w ogóle. Jak to możliwe, że dwa wyrazy mające wspólnego przodka, są dziś aż tak dalekie w swoich znaczeniach? Cóż, dzisiejszych różnic znaczeniowych dopatrywałbym się w historiach Polski i Włoch i ich wzajemnych stosunkach ze Szwabami.

Rejon, który słynie z produkcji (między innymi) Soave, można by określić jako mały raj na ziemi. Łagodny klimat, żyzne wulkaniczne gleby, położenie, które faworyzuje rozwój oraz bliskość gór i morza będącymi świetnymi odskoczniami od trudów życia codziennego załatwiają sprawę. Gdzie w tym wszystkim Szwabowie? Ten wywodzący się z Nadrenii szczep germański jeszcze w I w. p. n. e. był trzymany w ryzach przez Juliusza Cezara. Dopiero niespełna pięćset lat później Szwabowie wraz z innymi ludami barbarzyńskimi zbliżyli się do granic dzisiejszych Włoch. U boku Longobardów nadreński lud przesuwał się powoli na południe, aby ostatecznie osiąść na terenach oddalonych o kilkanaście-kilkadziesiąt kilometrów na wschód od jeziora Garda. Od tego momentu szwabskie podboje na ziemiach włoskich zakończyły się. Germanowie prowadzili odtąd spokojne życie nie wadząc nikomu (oczywiście jeśli mowa o Półwyspie Apenińskim, bo w Europie namieszali oni niemało jeszcze w wiekach średnich). Svevi i suave w łacinie stały się wyrazami bardzo sobie bliskimi. Nic więc dziwnego, że ten zaskakujący dla polskiego ucha związek przetrwał do dziś, a nawet więcej: jego kwintesencja wyraża się w winie, które produkuje się na wulkanicznych glebach zamieszkałych niegdyś przez Szwabów. Odpuszczę Wam historię relacji Polsko-Szwabskich (a zaznaczyć należy, że dziś często mówi się generalnie o Niemcach używając tej nazwy…), przejdę za to do sedna moich rozważań: Soave Classico DOC 2015 od Zenato.

Delikatna, słomkowa barwa. Wino połyskliwe, zachęca złocistymi refleksami. W nosie pełne nut kwiatowych, zza których wychylają się brzoskwinie i jabłko. Dość aromatyczne i mało ascetyczne jak na Soave. W ustach łagodnie kwiatowe. Niewybijająca się, ale zaznaczona na koniuszku języka kwasowość. Migdałowy, lekko goryczkowy finisz. Dominuje garganega, ale da się również wyczuć delikatną nutę chardonnay, które stanowi 30% kupażu. Na podstawie tej butelki niepodobna mówić o trudnym dla Soave roku 2015, wręcz przeciwnie. Złośliwi powiedzą, że Soave Classico od Zenato jest techniczne, ale w tym wypadku nie przeszkadza mi to ani trochę. Szwabowie górą!

Nazwa: Soave Classico 2015

Producent: Zenato

Miejsce zakupu:

Cena:

Rodzaj wina: białe, wytrawne

Ocena: 4,5/6

Dzisiejszy wpis powstał w ramach specjalnej mikołajkowej edycji Winnych Wtorków. Już trzeci raz z rzędu miałem przyjemność wymienić się z autorami innych blogów winami. Mojemu Mikołajowi (a tak de facto Mikołajom) bardzo dziękuję za nadesłaną butelkę! Poprzednie wpisy znajdziecie tutaj i tutaj. Pozostali wtorkowicze dziś napisali:

Autorom Winniczka Mikołaj przyniósł rieslinga

Prezenty dotarły również do Nowej Zelandii

Blurppp obdarowany wytrawnym furmintem

Wielkopolska w butelce doszła do autora Przy winie

Pisane winem opisuje prezent z Piemontu

Korek od wina i mikołajowe czerwone bąble z Włoch

Nasz Świat Win obdarowany Grecją

Enowersytet odwiedził Mikołaj z RPA

Św. Eufemia na blogu Winne Przygody

A Winiacza odwiedził Klemens VII

Niektóre podarki były pouczające, Dolina Mozeli

Nieco spóźniony Mikołaj u Zdegustowanego

Jongleur po czasie, ale z Mikołajem z Mołdawii!

Dialekty. Od rychłej śmierci do rezurekcji.

Język

Jeszcze kilkanaście lat temu językoznawcy przepowiadali ich rychłą śmierć. Statystyk nie da się oszukać, mawiali. Z roku na rok spadał i spada odsetek mieszkańców Włoch, którzy posługują się wyłącznie dialektem na rzecz tych, którzy komunikują się jedynie za pomocą języka włoskiego. W zależności od regionu zmiany te są mniej lub bardziej widoczne, ale zauważalna jest pewna tendencja zmierzająca do pełnego „zitalianizowania się” włoskiego społeczeństwa. Gdyby jednak wziąć pod uwagę odsetek osób, które w kolejnych badaniach deklarują, że na co dzień używają tak języka włoskiego, jak i ich lokalnego dialektu, sytuacja nabiera nieco innego kształtu.

Kolejne ankiety przeprowadzone przez ISTAT (Istituto Nazionale di Statistica, odpowiednik polskiego Głównego Urzędu Statystycznego), które ukazały się w latach 1995-2012, wydają się potwierdzać tendencję wspomnianą przeze mnie we wstępie. Ukazują one jednocześnie, że niezmiennie około 30-35% włoskiego społeczeństwa w rozmowach w gronie rodzinnym i z przyjaciółmi chętnie korzysta zarówno z języka narodowego, jak i poszczególnych dialektów. Dialekty przestają być zatem systemem językowym samowystarczalnym, w którym można wyrazić wszystko to, co się chce. Zajmują one obszary dotychczas zarezerwowane dla języka włoskiego, stając się nieodłącznym elementem codziennych konwersacji. Przejście to nie jest jednak nagłe i bolesne, mowa tu raczej o powolnym, acz zauważalnym procesie, który prowadzi do kontaktu językowego w pełnym tego słowa znaczeniu.

O kontakcie językowym, trzymając się teorii i definicji, można we włoskich realiach mówić już od czasu schyłku Imperium Rzymskiego. Tego momentu bowiem sięgają początki włoskich volgari, a w dłuższej perspektywie dialektów. Wtedy też lokalne systemy językowe zaczęły koegzystować tuż obok oficjalnej łaciny, oddziałując na siebie wzajemnie. Dziś jednak mówimy o kontakcie żywym, mającym odzwierciedlenie w realnej komunikacji. Mówimy o wypowiedziach, w których użytkownicy języka(ów) płynnie przechodzą od jednego systemu językowego do drugiego, nie zdając sobie nawet czasami z tego sprawy, ani tym bardziej nie znając natury tych zjawisk.

W ciągu ostatnich kilkunastu lat obserwujemy odradzanie się dialektów na różnych płaszczyznach. Po części są to obszary istniejące prawie od zarania dziejów (jak literatura, czy muzyka), istnieją jednak również i takie, które narodziły się wcale nie tak dawno, a dialekty w porę zdążyły znaleźć tam miejsce dla siebie (chociażby social media). Potwierdzenie tych słów znajdujemy nie tylko w statystykach zebranych w tabelki i wykresy. Zachowania i poglądy językowe zauważalne są od pewnego czasu bardzo wyraźnie w reklamie. Wystarczy wspomnieć przy tej okazji ostatnią kampanię reklamową Nutelli. Do udziału w pierwszym spocie reklamowym zaproszono osoby w podeszłym wieku z różnych regionów Włoch, aby zaprezentowały swoje dialekty. Kolejne filmiki przedstawiały ludzi w średnim wieku, a nawet młodych, którzy z równą łatwością, co staruszkowie, wypowiadali zdania w dialektach (dochodzimy do innego ważnego zagadnienia: obecność dialektu w języku młodzieży; ten temat zostawmy sobie jednak na inną okazję). Zwieńczeniem kampanii reklamowej będącej hołdem dla włoskiego lokalnego patriotyzmu jest podręcznik i zarazem słownik zbierający najbardziej znane słowa z poszczególnych włoskich dialektów (możecie go znaleźć tutaj).

Teorie o zapowiadanym wyginięciu dialektów pozostały jedynie teoriami, nic przy tym nie zapowiada, aby miały się one ziścić w najbliższej przyszłości. Dialekty, wydaje się, żyją dziś w zgodzie z językiem włoskim i przestają być postrzegane jako oznaka zacofania, głupoty, czy wiejskiej prostoty. Wręcz przeciwnie, kolejne pokolenia Włochów z radością odkrywają ich językowe korzenie starając się ocalić je od zapomnienia. A czy robią to pisząc w dialekcie wiersz, powieść (a nawet całą serię, jak bliski mi w ostatnim czasie Camilleri), tekst piosenki, czy chociażby posta na portalu społecznościowym  – nie ma to większego znaczenia.

Pan zamawiał pene czy gnoczi?

Język

Ile to już razy usłyszałem w Polsce, że gnoczi z gorgonzolą są przepyszne? Ile to już razy w kawiarni ktoś zamawiał ekspresso lub lejt macziato? A lambordżini? No wiadomo – najlepsze włoskie samochody. I za każdym razem, gdy słyszałem jedno z powyższych uszy mi więdły, a w kieszeni otwierał się niewidzialny nóż sprężynowy. Błędy Polaków we włoskich (i nie tylko) nazwach są nagminne. Można o nich mówić wiele razy, a te i tak niczym natarczywa mucha wracają. Cwaniak, powiecie. Studiował włoski i teraz chce innych uczyć. Mądrala, chwalipięta. No cóż… jeśli ktoś wymawia słowo z błędem po prostu z niewiedzy, to jeszcze to jestem w stanie zrozumieć (wszak sam nie znam np. gruzińskiego, niemieckiego, czy portugalskiego i nazwy win z tych krajów to dla mnie zawsze wielkie wyzwanie). Problem pojawia się jednak, gdy ktoś uporczywie wymawia słowo z błędem, nawet gdy już takiego delikwenta się uświadomi… A najbardziej mi się śmiać chce, gdy ktoś mi próbuje wmówić, że tadżiatele to przecież poprawna forma i gdzie ja tu z tagliatelle wyjeżdżam?

wymowa_tabela

Zostawmy zwykłych śmiertelników na boku. A co z obsługą lokali, gdzie włoskie dania, wina czy inne produkty są serwowane? Karty w restauracjach po włosku? Dla niektórych właścicieli to niemalże tak trudne, jak stworzenie karty po chińsku. Poprawnej wymowy poszukać to jest jakiś tam problem (w otoczeniu, gdzie wszyscy wymawiają dane słowo z błędem), ale żeby pisowni w zwykłym słowniku nie sprawdzić? Lenistwo i brak szacunku do klienta! Ba! Znam przypadek, gdzie managerem pizzerii jest osoba po filologii włoskiej, która wielokrotnie pisała do szefostwa w sprawie błędów w menu. Odpowiedź? „Koszty wymienienia wszystkich kart są niewspółmierne do powagi problemu”. Naprawdę? Bez komentarza. Przejdę do sedna. Co by już (niektórych chociaż) błędów móc uniknąć prezentuję listę słów z różnych dziedzin życia, które są obecne w naszym polskim środowisku, a mogą nam sprawiać problem. Proszę Państwa, oto mój subiektywny Appendix Probi:

inne_wymowa

kulinaria_wymowa

makarony_wymowa

wina_wymowa

Powyższe listy zawierają jedynie słowa, które zasłyszałem ja lub moi znajomi wypowiadane (czy też pisane) z błędem. Jeśli jesteś świadkiem „gwałtu językowego” i wiesz, że do tego dochodzi – działaj! Osoby zainteresowane proszę również o kontakt, by lista była dłuższa, a błędów mniej! Dziękuje Basi Warczyńskiej za pomoc w stworzeniu tej listy.

Fabrizio De André

Język, Muzyka

Do napisania kilku słów o Fabrizio De André zbieram się już od dłuższego czasu, ale tak wielka postać w świecie włoskiej piosenki wymaga specyficznego nastawienia, wymaga czasu, skupienia i spokoju. Bowiem Faber, jak często go nazywano, to postać nietuzinkowa, z pewnością jedna z największych gwiazd, jakie kiedykolwiek wydała italska ziemia.

Urodzony 18 lutego 1940 roku w Genui Fabrizio swój przydomek Faber zawdzięcza nie nazwisku, a kredkom (jakkolwiek śmiesznie to nie brzmi). Przyjaciel piosenkarza z dzieciństwa nazywał go tak, ponieważ De André uwielbiał pastele i kredki produkowane właśnie przez firmę “Faber-Castell”. Pomimo, że postać ta poza granicami Bel Paese jest raczej mało znana lub właściwie nieznana, to warto zwrócić nań uwagę. Fabrizio De André bardzo szybko stał się kimś w rodzaju wieszcza (lub poety) narodowego. W swoich piosenkach poruszał tematy kontrowersyjne, aktualne, dotykające problemów zwykłych ludzi. Chętnie śpiewał o prostytutkach, przedstawiał je w innym świetle niż to czyniono (o ile w ogóle czyniono) zazwyczaj. Słynna stała się piosenka Bocca di Rosa, która to opisuje scenę wyjazdu pewnej damy lekkich obyczajów z miasta, gdzie świadczyła swoje usługi. Znamienny jest fakt, że przy tej okoliczności zbierają się właściwie wszyscy mieszkańcy, by pożegnać tak ważną personę.

Inne utwory autorstwa Fabera, których z pewnością pominąć nie wolno to La domenica delle salme, Il testamento di Tito czy Guerra di Piero. Pierwsza z nich opisuje w dosadnych, często wulgarnych, lecz celnych stwierdzeniach II Wojnę Światową oraz politykę zachodu i wschodu zaraz po konflikcie. Co ciekawe pojawia się tam również akcent polski:

„I polacchi non morirono subito e inginocchiati agli ultimi semafori rifacevano il trucco alle troie di regime lanciate verso il mare…”(„Polacy nie umarli natychmiast i na kolanach, przy ostatnich światłach, ponownie oszukiwali dziwki reżimu rzucone na morze…”)

Il testamento di Tito do interpretacja Dziesięciu Przykazań Bożych z punkt

u widzenia Tito – jednego ze złoczyńców, którzy zostali ukrzyżowani razem z Jezusem. W piosence tej Faber kolejno wymienia nakazy Boskie, a następnie usprawiedliwia przestępcę podając wyjaśnienia nie do końca zgodne z nauką Kościoła, które mimo wszystko wydają się być poprawne z punktu widzenia logiki.

Guerra di Piero (zwana też La ballata d’eroe) to niezwykle proste, ale mrożące krew w żyłach przedstawienie frontu i konfliktu zbrojnego. W kilku słowach Fabrizio De André zdołał ukazać tragedię, jaką jest wojna. Temat ten pojawia się równie często w piosenkach Fabera, jak prostytutki, ludzie biedni, czy złoczyńcy. Nie siląc się na piękne zakończenie tekstu, oddaję głos mistrzowi: