Buono, pulito e giusto || Carlo Petrini

Książki, kuchnia

Na pewno zdarzyło Wam się niejednokrotnie natrafić na nieudolnie przetłumaczony tytuł filmu bądź książki. Obojętnie czy to z języka angielskiego, czy każdego dowolnie wybranego. Językowe wpadki tłumaczy stanowią bogate źródło humoru i nierzadko na stałe wpisują się w historię kinematografii (wspomnieć wystarczy o sławetnym Wirującym seksie) lub literatury. Dobrze przetłumaczony, a przede wszystkim odpowiednio dobrany do treści oryginalny tytuł, często odpowiada za sukces lub totalną porażkę przedsięwzięcia. Weźmy takie Dobre, czyste i sprawiedliwe. O czym miało by mówić wspomniane dzieło? O pracy konserwatora powierzchni płaskich? Nieee… Co innego Buono, pulito e giusto. To brzmi dobrze!

Nie tylko brzmi, ale i smakuje dobrze. W tych trzech prostych słowach Carlo Petrini, pomysłodawca i ojciec założyciel ruchu Slow Food, już ponad 30 lat temu zawarł kwintesencję swojego spojrzenia na życie oraz (przede wszystkim) na żywienie. Świat idzie jednak naprzód i sam autor manifestu musiał doprecyzować o co właściwie mu chodziło. Niektóre pola znaczeniowe wymagały poszerzenia, inne zawężenia (zdecydowanie rzadki przypadek w kontekście mnogości treści, jakie przekazuje każde z trzech słów będących tytułem manifestu), jeszcze inne pojęcia należało z kolei zredefiniować.

Jakie zatem powinno być nasze pożywienie? Buono, dobre. W głowie większość odbiorców pojawiają się w tym momencie takie koncepty jak jakość (dobra, rzecz jasna) czy smak (i ten bez zarzutu). Petrini nie sili się na definiowanie wspomnianego pojęcia. Jak sam przyznaje, już trzy dekady temu zajęciem karkołomnym byłaby jakakolwiek próba zaszufladkowania tego, co nazywać moglibyśmy dobrym. Tym bardziej, że znaczenie tego słowa zmienia się w zależności od sytuacji, w której zostanie ono użyte. Co innego będzie postrzegane jako dobre przez odcięte od świata plemiona Amazonii, a jeszcze inne produkty określą w ten sposób zamożni Europejczycy na co dzień borykający się z nadciągającymi deadlinami i ciągle podnoszonymi goalami. Założyciel Slow Food zaznacza jedynie, że w kontekście gastronomicznym dobre jest to, co charakteryzuje się pewnym stopniem naturalności i jest przy tym smaczne (rzecz jasna jest to odczucie subiektywne, a więc wracamy do punktu wyjścia). Krócej: omawiany koncept zależy od wielu czynników kulturowych, personalnych, historycznych czy środowiskowych.

IMG_9167

Pulito, czyste. Oczywiście nie mówimy o czystości w najprostszym znaczeniu, nikt przecież nie ma ochoty brania do ust ubrudzonych ziemią (w najlepszym przypadku) warzyw czy owoców. Autor zaznacza, że pulito wiąże się z buono, choć definiuje produkt trafiający na nasz stół z nieco innego punktu widzenia. Czyste jedzenie to takie, przy produkcji którego nie powstała zbędna ilość zanieczyszczeń, podczas którego wytwarzania nie ucierpiało środowisko naturalne w stopniu wyższym, aniżeli należałoby tolerować. Prosty przykład: w środku zimy w sklepie w Poznaniu na półce leżą dwa pomidory. Jeden z Ameryki Południowej, produkowany w sposób ekologiczny, bez użycia jakichkolwiek środków ochrony roślin. Drugi z Podlasia (przypominam, że grudniowa pogoda nie sprzyja uprawie warzyw z rodziny psiankowatych, przynajmniej w Polsce). Który ze wspomnianych produktów powinien wybrać odpowiedzialny konsument? Wbrew pozorom sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana niż mogłoby się wydawać i patriotyczne myślenie może okazać się w tym wypadku błędne. Ekologiczna uprawa w Ameryce Południowej, gdzie nie potrzeba szklarni, ani innych wspomagaczy, nie wpływa szkodliwe na środowisko (a przynajmniej w teorii nie powinna). Wielki kontenerowiec, który dowiózł pomidora do poznańskiego sklepu, w przeliczeniu na kilogram (lub sztukę) produktu trafiającego na półkę, wytwarza zdecydowanie mniej substancji szkodliwych dla atmosfery niż odpowiednia do przewiezienia podobnej ilości pomidorów z Podlasia do Wielkopolski liczba ciężarówek. Nie wspominając już o uprawie pomidorów w Polsce zimą (koniecznie w ogrzewanej szklarni, przy użyciu wielu środków chemicznych). Jest to oczywiście schemat uproszczony, niemniej zachęca do zastanowienia się dwa razy na tym, co tak naprawdę można określić jako pulito, czyste.

Giusto, sprawiedliwe. Ostatni z trzech konceptów składających się na tytuł manifestu Slow Food wydaje się być również tym, którego możemy najprecyzyjniej określić. Jedzenie ma być sprawiedliwe dla każdego, kto ma jakąkolwiek styczność z nim podczas jego cyklu życiowego. Od środowiska naturalnego, przez rolnika, kończąc na pośrednikach (chociaż tych Petrini chciałby wyeliminować tam, gdzie to możliwe, a ich rolę zminimalizować w dziedzinach, w których całkowicie nie można zrezygnować z ich usług) i samych konsumentach. Cesarzowi co cesarskie, chciałoby się rzec. Niech produkcja żywności będzie sprawiedliwa względem natury (temat poruszony już w poprzednim akapicie), niech słuszną zapłatę otrzyma ten, który odpowiada za produkcję i niech odpowiednią cenę płaci ostatnie ogniwo tego łańcucha, czyli klient. Nie znaczy to, że za wygiętą marchewkę o nieregularnych kształtach mamy płacić trzykrotność ceny za tę ładną, długą, prostą, bez uchybień. Pamiętajmy jednak, że wyższa cena za produkt naturalny, wytworzony w oparciu o savoir fair i wielowiekowe tradycje bez szkody dla środowiska, wydaje się być czymś logicznym.

Podsumowaniem powyższych rozważań może być komentarz jednego z włoskich czytelników Petriniego: „Prodotto soprattutto per essere venduto e spogliato del suo significato autentico, il cibo finisce con il mangiarci”, to znaczy: „Produkowane przede wszystkim po to, aby zostało sprzedane i obdarte ze swojego oryginalnego znaczenia, jedzenie ostatecznie nas pożera”. Teraz już wiecie, o czy może być książka zatytułowana Dobre, czyste i sprawiedliwe. Nawet jeśli jej polski tytuł został sprowadzony do jakże ubogiego w znaczenia Slow Food. Prawo do smaku.

 

Reklamy

Byliśmy tacy zakochani… || C’eravamo tanto amati

Che cosa bolle in pentola, Książki

Republika Włoska jako taka narodziła się zaledwie nieco ponad 150 lat temu. Nadal spotykam się z zaskoczeniem i niedowierzaniem, kiedy przypominam o tym tu i ówdzie. Te wszystkie piękne wąskie uliczki, ta niesamowita kuchnia oparta (wydawać by się mogło) na wielowiekowych tradycjach, ta kultura i ten klimat. To wszystko powstało jedynie półtorej wieku temu? Nic bardziej mylnego. Republika Włoska, napisałem, narodziła się nieco ponad 150 lat temu. Włosi, natomiast, i ich cały dorobek kulturowy są o wiele starsi niż większość innych europejskich nacji. Na temat historii Imperium Rzymskiego, średniowiecznych państw-miast czy w końcu Zjednoczenia Włoch powiedziano już jednak wiele. Niedawno ukazała się za to książka autorstwa znanego włoskiego dziennikarza, Bruna Vespy, w której próbuje on przybliżyć zmiany społeczne ostatnich 150 lat, czyli czasu, kiedy Republika Włoska zaistniała formalnie.

Są takie momenty i wydarzenia w historii najnowszej Włoch, o których nie sposób nie mieć pojęcia interesując się tym krajem. Duce i jego fasci di combattimento, boom economico lat ’60, następujące po nich lata ’70-’80 najczęściej określane jako Anni di piombo za sprawą licznych zamachów aż po końcówkę XX wieku z Maxiprocesso na czele – o wszystkim tym napisano już dziesiątki książek i nakręcono równie wiele filmów dokumentalnych. Aby jednak poznać prawdziwą codzienność ówczesnych Włochów, należy sięgnąć do prac badawczych. Chcąc dowiedzieć się czym żyli dwudziestolatkowie epoki Mussoliniego, do jakich kobiet wzdychali mężczyźni w czasie boomu ekonomicznego, a czego nie znosiły robić normalne włoszki w latach ’80, trzeba by niemało się natrudzić, aby dotrzeć do wiarygodnego źródła.

Najnowsza książka Bruna Vespy zbiera te i jeszcze więcej zagadnień w uporządkowaną całość. Dziennikarz zaczyna od wielkiego d’Annunzia, aby przez kolejne dziesięciolecia dojść do czasów najnowszych i wypytać czołowe postaci włoskiej sceny politycznej o najbliższą przyszłość. Autor celowo unika wielkich wydarzeń i ważnych, to znaczy takich opisywanych w podręcznikach do historii, osobistości. Skupia się natomiast na to szarej, to bardzo barwnej, w zależności od okresu, rzeczywistości przeciętnych Włochów. Nie chce pokazywać wydarzeń i osób, które zmieniły kraj w sensie politycznym. Opisuje tych, którzy wywierali największy wpływ na społeczeństwo. Seksbomby rozpalające wyobraźnie mężczyzn, literaci, którzy poruszali serca najbardziej zatwardziałych, szefowie kuchni zdolni do wyczarowania prawdziwego raju na podniebieniu swoich klientów…

Vespa z niebywałą płynnością przechodzi od jednego tematu do kolejnego, okraszając przy tym każdy z nich osobistymi wspomnieniami. Stara się pokazać życie przeciętnego Włocha w cieniu wielkich historii. Opowiada o tym, jak kiedyś wyglądała komunikacja, dlaczego listy były lepsze niż messenger, co kochał w starej Lancii, a czego nie pokocha w najnowszych modelach samochodów, jak wyglądało dziennikarstwo (czyli jego codzienność) pół wieku temu, a jak wygląda ono dzisiaj. Kto kreował mody kulinarne niegdyś, kto liczy się dziś i jaki ma to wpływ na podniebienia oraz to, co trafia na stoły zwyczajnych mieszkańców Republiki Włoskiej. Jak realizowało się wyzwolenie i równouprawnienie kobiet w Bel Paese przez ostatnie dziesięciolecia, jakie wnioski wyciągnęli z tego mężczyźni (o ile jakiekolwiek wyciągnęli!) oraz jak wyglądała rewolucja seksualna z punktu widzenia przeciętnego zjadacza pasty.

Z nutą nostalgii autor wspomina „stare, dobre czasy”. Chociaż wielokrotnie przyznaje na kartach książki, ze wymiana pokoleniowa jest niezbędna, aby świat szedł naprzód, to z łezką w oku, wydawać by się mogło, opowiada o pełnym nadziei i niepewności oczekiwaniu na list od ukochanej, zacinających się szafach grających i momentach, kiedy można było być odciętym od świata, bo nikt nie posiadał jeszcze telefonów komórkowych.

C’eravamo tanto amati to z pewnością obraz jednowymiarowy i niekompletny. Trudno bowiem, aby na kilkuset stronach jedna osoba zebrała doświadczenia społeczne 150 lat. Bruno Vespa przekazuje mimo to czytelnikowi odrobinę atmosfery lat minionych (nawet jeśli robi to czasem pobieżnie i wybiórczo). Dzięki jego książce można na chwilę przenieść się w przeszłość Bel Paese i poczuć to, co czuli Włosi gdy po raz pierwszy w życiu odbierali telefon, oglądali pierwszą w życiu transmisję telewizyjną z Mikiem Buongiorno lub po raz pierwszy wsiadali do Fiata 500. Można poczuć atmosferę boomu ekonomicznego, posiedzieć w Milano da bere, jak określano to miasto w latach ’80 czy choć trochę lepiej zrozumieć, czym żyją dzisiejsi Włosi. Obowiązkowa lektura przez wakacjami w Italii (lub w ich trakcie!).

Il conformista è uno che di solito sta sempre dalla parte giusta

Książki, Muzyka

Istnieją słowa, które niezależnie od epoki i okoliczności nie wychodzą z użycia, a ich znaczenie w każdej sytuacji opisuje dane zjawisko w pełni. W świecie, w którym posługiwanie się żelazną niemal dotychczas opozycją prawica-lewica nie ma już większego sensu, istnieją wciąż terminy, które do otaczającej nas rzeczywistości politycznej pasują wręcz wzorcowo. Wśród słów tych jedno jest niczym kameleon. Dostosowuje się i zmienia formę, aby zawsze znaleźć się na wierzchu, aby zawsze móc wcisnąć się w usta tego czy innego publicysty bądź polityka. Znamienny jest tym bardziej fakt, że wyraz ten sam w sobie oznacza zachowanie godne pożałowania, które do zdolności wspomnianego gada można śmiało przyrównać.

Conformismo – tendenza a conformarsi, anche solo in apparenza, a dottrine, usi, opinioni prevalenti socialmente e politicamente. Il conformista tende infatti a fare proprie, in modo passivo, le dottrine politiche e religiose seguite dalla maggioranza dei componenti del gruppo cui appartiene. In senso più ampio, il conformista è visto come accezione negativa di chi si adatta facilmente alle opinioni o agli usi prevalenti, alla politica ufficiale, alle disposizioni e ai desideri di chi è al potere. [L’Enciclopedia on-line Treccani]

Konformizm [łac.] – 1. ujednolicenie danej grupy społecznej pod względem określonej normy zachowania; 2. konformizm normatywny w grupie umożliwia jej zachowanie spójności i przetrwanie; 3. konformizmem nazywa się również zmianę zachowania lub opinii jednostki zgodnie z naciskiem grupy; 4. u podłoża konformizmu leży potrzeba akceptacji ze strony innych ludzi oraz unikanie kary w postaci odrzucenia ze strony grupy; w sytuacjach niejasnych zachowanie innych osób stanowi także źródło informacji o właściwym zachowaniu; przeciwieństwem konformizmu jest nonkonformizm. [Encyklopedia PWN on-line]

Idealna symetria znaczeniowa pomiędzy powyższymi terminami jest mi dziś bardzo na rękę. Trudno byłoby wszak opisywać po polsku koncept campanilismo, który  naszej kulturze jest raczej obcy. W przypadku konformizmu sprawy mają się jednak zupełnie inaczej, bo wielu przecież politycznych (i nie tylko!) kameleonów wydał polski naród, a dzisiejsze czasy są niechlubną tego kontynuacją. Nie inaczej sprawy miały się i mają nadal w Bel Paese. Właśnie dlatego o conformismo chętnie pisali niegdyś, między innymi, wielcy włoscy literaci (jaka szkoda, że brakuje dziś podobnych głosów rozsądku…).

Inspiracją do niniejszego wpisu stała się książka Alberta Moravii, Il Conformista (polski tytuł Konformista). Rok 1938, faszyzm przeżywa swój złoty okres. Popiersia Duce stoją w każdej państwowej placówce, a nie brakuje ich również w domach co bardziej gorliwych zwolenników reżimu. Duża część włoskiego społeczeństwa opowiada się za Mussolinim i jego wizją państwa, ale to nie ona stanowi większość. W przewadze są ci, którzy do faszyzmu podchodzą na chłodno, kalkulując niczym w rachunku zysku i strat. Rząd, jak każdy inny. Przyjdzie i na niego czas, na razie jednak warto okazać swoje umiarkowane poparcie, bo jest na fali wznoszącej. Podobnie myśli główny bohater powieści, Marcello Clerici.

Życie Marcella jest naznaczone od najmłodszych lat poszukiwaniem normalności (i pomyśleć, że żyjemy dziś w epoce, w której każdy chce być indywidualistą, a ostatecznie większość kończy i tak w worku z etykietą masa). Bohater powieści Moravii od dzieciństwa porównuje siebie i swoje zachowania do innych. Chce być taki, jak inne dzieci, aby później przypominać pozostałych nastolatków. Wszedłszy w wiek dorosły życzy sobie być jak inni dorośli. Palić te same papierosy, mieć tak samo urządzone mieszkanie, w takiej samej kamienicy. Poślubić równie pospolitą, niewyróżniającą się kobietę, a później spłodzić z nią dzieci, te też jak najbardziej podobne do potomstwa sąsiadów. Wychowywać je tak samo, jak czyni to większość społeczeństwa, posłać do tych samych szkół (do których zawoziłby je takim samym autem jak inni). Krótko mówiąc, słowem klucz do życia pana Clericiego jest normalność.

Nie inaczej sprawy mają się pod względem życia politycznego i religijnego u Marcella. Po krótkim bilansie wszystkich za i przeciw decyduje się wesprzeć reżim Mussoliniego (ale w pewnych granicach, nie chce przecież uchodzić za osobę wyróżniającą się z tłumu). Na podstawie tego samego rachunku zysków i strat bierze ślub kościelny, chociaż do katolicyzmu było mu równie daleko co do faszyzmu. Obsesyjne poszukiwanie normalności i konformistyczne podejście do życia prowadzi Clericiego w prostej linii do katastrofy. Jedna pomyłka prowadzi go do kolejnych, wmawia on sobie jednak przy tym, że tak powinien zrobić, bo w ten sposób czynią inni i dzięki temu będzie ich przypominał. Refleksja przychodzi pod koniec. Wojska włoskie znajdują się w odwrocie, przystąpienie do wojny tak hucznie ogłoszone przez Mussoliniego okazuje się błędem, faszyzm upada i w tej atmosferze Marcello zdaje sobie sprawę, że większość społeczeństwa tym razem się myliła. Przez jego głowę przechodzi myśl, którą równie dobrze można by zaaplikować do rzeczywistości otaczającej nas dzisiaj:

Całe nasze życie – pomyślał sarkastycznie, zdejmując z krzesła marynarkę i wkładając ją na siebie – jest na raty… ale te ostatnie są największe i nie spłacimy ich nigdy.

Nie był Moravia jedynym włoskim intelektualistą, który dzięki celnym uwagom z powodzeniem krytykował postawę konformistyczną. O ile u wspomnianego pisarza negacja naśladowania innych objawiała się przede wszystkim na przykładzie faszyzmu, o tyle dalej poszedł włoski piosenkarz i kompozytor Giorgio Gaber, włączając w swoją krytykę większość współczesnych prądów politycznych.

Jestem człowiekiem nowym – śpiewa Gaber – aż tak nowym, że porzuciłem faszyzm. Jestem czułym altruistą, jestem orientalistą, a ostatnio poczułem się nawet socjalistą. Mówię wam, naprawdę jestem człowiekiem nowym, jestem zwolennikiem zmian, antyrasistą, animalistą, feministą. Stałem się nawet federalistą, marksistą i pacyfistą. Konformista – kontynuuje piosenkarz – to ktoś, kto stoi zawsze po słusznej stronie. To ktoś, kto na podorędziu zawsze ma kilka trafnych odpowiedzi. Naśladuje innych i, żyjąc w swoistym raju, nie zwraca już na to uwagi. To wreszcie ktoś, kto zanurza się w morzu większości, kto płynie zgodnie z prądem rzeki, unosi się niejako na jej powierzchni. Żyje i to już mu wystarcza.

Książkę Konformista warto przeczytać wraz z wywiadem rzeką z autorem powieści zatytułowanym Życie Alberta Moravii (A. Elkann). Na podstawie powieści Moravii wielki włoski reżyser, Bernardo Bertolucci, nakręcił film o takim samym tytule, do obejrzenia którego oczywiście zachęcam, aby w pełni zrozumieć antykonformistyczny przekaż Alberta Pincherlego (prawdzie nazwisko autora książki).

Od Doliny Krzemowej do domowego chleba

Książki, kuchnia

Czas to pieniądz?

Mawiają, że czas to pieniądz. Obserwując dzisiejszy świat trudno się z tym nie zgodzić. Odrzucam jednak kapitalistyczny pierwiastek, który chyba już każdy z nas ma w  mniejszym lub większym stopniu wpisany w geny. Dla mnie czas to zdecydowanie coś więcej. Doceniam go tym bardziej, im bardziej mi go brakuje. Jego prawdziwą wartość odkrywam z każdym kolejnym dniem, a od momentu, gdy zacząłem piec w domu chleb, nauczyłem się wykorzystać go jako mojego sprzymierzeńca. I nawet jeśli od samego początku nie zdawałem sobie z tego do końca sprawy, potwierdzenie znalazłem w książce, która w ręce wpadła mi zupełnie przypadkiem.

Mąka, woda drożdże, sól. Ken Forkish umieścił w tytule swojej książki cztery składniki, dzięki którym odkrył potęgę czasu i temperatury. Jeśli spojrzeć na pieczenie chleba z perspektywy autora, warto byłoby zmienić tytuł na Mąka, woda, drożdże, sól, czas, temperatura (podejrzewam, że nie stało się tak jedynie za namową wydawcy, który na czas patrzył jak na pieniądz, a nie sprzymierzeńca w wypieku chleba). Forkish zadowolił się tytułem czteroczłonowym, nieobecność dwóch ostatnich na okładce wynagrodził jednak im samym (oraz czytelnikom) w treści. Autor wielokrotnie podkreśla, że pieczenie domowego chleba to nie tyle wielka filozofa, specjalne zdolności czy najlepszej klasy sprzęt, o ile dobór składników, umiar i korzystanie z tego, co jest bezcenne – czasu rzecz jasna.

Mąka, woda, drożdże, sól. Czas, temperatura.

Niewielu z Was, drodzy Czytelnicy, dałoby wiarę, że korzystając zaledwie z mąki, wody oraz odrobiny soli i drożdży można stworzyć aż 16 różnych bochnów (a to jedynie początek dla każdego domowego piekarza, który ma nieco więcej zapału i czasu aniżeli wspomnianych składników). Forkish fachowy język nieco upraszcza, rezygnuje z tego co zbędne, zostawia to co konieczne. Ucieka się do realiów znanych osobiście z piekarni, aby przedstawić laikom jak wygląda pieczenie chleba z jego perspektywy. Tłumaczy i objaśnia niczym dobry ojciec. Spokojnie, powoli, nieraz zatrzymując się, robiąc dwa kroki w tył i powtarzając wszystko od początku.

Autor skupia się na metodzie. Próżno szukać w całej książce wskazówek w jaki piekarnik zainwestować, po które koszyki do garowania sięgnąć, czy jaką mąkę wybrać. O tym będziemy musieli zdecydować sami po kilku lub kilkunastu próbach. Forkish opisuje za to bardzo szczegółowo, krok po kroku, metody, z których sam korzysta tak w domu, jak i w piekarni. Trudno o lepiej i ciekawiej napisany przewodnik dla całkowitego laika w kwestii domowego pieczenia. I nie, nawet jeśli upiekłeś już niejeden chleb w swoim życiu, nie kończ proszę czytania recenzji w tym punkcie. Piszący te słowa w swoim zuchwalstwie myślał, że ciężko będzie mu zaimponować, a jak widać Forkishowi się to udało bez większego trudu. Ojcowski ton autora nie zniechęcił mnie jednak, a jedynie rozbudził moją ciekawość eksperymentów. Szczegółowiej przyglądam się używanej mące, wodzie, drożdżom i soli. Lepiej wykorzystuję czas, który poświęcam na pieczenie chleba. Nie traktuję go już jako wroga, który nie pozwala mi na spokojne przebywanie w kuchni. Postrzegam go za to jako przyjaciela, dzięki któremu mój chleb staje się bardziej miękki w środku i bardziej chrupiący z zewnątrz. Pilnuję temperatury uważając, aby nie spadła lub nie podniosła się nawet o stopień od tej, którą na początku sobie założyłem. Testuję i obserwuję w poszukiwaniu bochenka idealnego.

Uciekinier z Doliny Krzemowej

Kilka słów o samym autorze. Romantyczna historia, jakich dziś wiele, chciałoby się rzec. Kariera, która nabrał rozpędu dzięki temu, że Forkish czas odliczał nie wskazówkami zegara, a wysokością zysków. Dolina Krzemowa była dla niego drugim domem. Jak sam jednak twierdzi, to nie było to, o czym marzył przez całe życie. Tak jak ja przypadkiem sięgnąłem po jego książkę, tak on zdecydował się na otwarcie piekarni. Rzucił najnowsze technologie dla, zmienił postrzeganie czasu, chwycił za worek z mąką i wziął się za pieczenie chleba.

Na jego drodze pojawiło się wiele przeciwności. Od tych, których można było się spodziewać (związane z wykorzystywaną metodą pieczenia, sprzętem zakupionym do piekarni czy po prostu ludźmi, z którymi współpracował), po te, które zaskoczyłyby piekarza z kilkudziesięcioletnim stażem (niechętne nastawienie klientów do ciemno-brązowego chleba, bo takiego przecież nie sprzedaje się w marketach; wrogo nastawieni mieszkańcy mający swoje domostwa nieopodal piekarni i obawiający się wybuchających lub płonących worków z mąką – to nie żart, skądś się przecież bierze stereotyp głupiego Amerykanina).  Mimo to nie poddał się, uniknął bankructwa i rozkręcił najlepszą piekarnię w Portland, która z czasem stała się chlubą miasta. Mało tego. Sława piekarni pozwoliła Forkishowi na dalsze eksperymenty, których namacalnym efektem stała się pizzeria serwująca pizzę bazującą na najlepszych neapolitańskich wzorcach.

Czy powinniście sięgnąć po książkę Forkisha z powodów opisanych przeze mnie wyżej? Nie sądzę. Sięgnijcie po nią, bo jest napisał ją pasjonat, który dla realizacji marzeń zszedł z raz obranej, wygodnej ścieżki.

Nie boję się//Niccolò Ammaniti

Książki

Z ręką na sercu przyznaję, że zakładka książki niniejszego bloga była nieco zaniedbana przez ostatnie miesiące. Wiązało się to z brakiem czasu na codzienną lekturę, który z kolei hojnie dedykowałem kolejnym testom w kuchni i przy kieliszku. Dziś jednak robię pierwszy krok, który prowadzić ma do następnych, a te zmierzać będą do poprawy i częstszych relacji na temat przeczytanych książek. Oczywiście nie zmienia się fundamentalny zamysł wspomnianej rubryki: sięgam po dzieła autorów włoskich, książki opowiadające o Włoszech lub wiążące się luźno z szeroko pojętą włoskością.

O Niccolò Ammanitim pisałem już na łamach Italianizzato przy okazji książki …zabiorę cię ze sobą. Gorzki, pesymistyczny ton poznany przy okazji tamtej pozycji będzie towarzyszył również każdemu, kto zdecyduje się sięgnąć po Nie boję się (tytuł oryginalny Io non ho paura). Autor dość szybko dał się poznać jako pisarz zdecydowanie pesymistyczny, stawiający rzeczywistość w szarym świetle, który stanowczo odrzuca różowe okulary. Jego świat mimo to nie jest czarno biały. Ammaniti raz jeszcze sięga po dziecięce marzenia, aby skonfrontować je z prozą życia dorosłych. Dziewięcioletni Michele, bohater Nie boję się, żyje z dala od miejskiego zgiełku. Jest prawdopodobnie najgorętsze lato stulecia. Kończą się smutne dla Włochów lata ’70. Biegając i bawiąc się z okolicznymi dziećmi po polach złocistej, rosnącej na południu kraju pszenicy, mały Michele nie jest jeszcze świadomy, że niebawem obrazy te będą jedynie ułudą i sennym wspomnieniem.

Życie w beztrosce kończy się bardzo szybko, bowiem już na pierwszych stronach książki czytelnik wraz z Michele odkrywa tajemnicę kryjącą się w jamie na jednym z okolicznych wzgórz. Od tego momentu świat małego bohatera staje się coraz bardziej mroczny. Bajkowe pejzaże i dni spędzone na zabawie przestają mieć większe znaczenie. Tak dla samej historii, jak i dla dziewięciolatka. Z każdą przeczytaną stroną sprawy zmierzają ku gorszemu. Ammaniti trzyma jednak czytelnika w napięciu, nie pozwalając aby ten chociaż przez chwilę domyślał się, jak może zakończyć się cała historia. A koniec ten jest kwintesencją twórczości Ammanitiego…

Pisarz będący bohaterem dzisiejszego wpisu jest jednym z tych, których albo się kocha, albo nienawidzi. Żadnych półśrodków i żadnych półprawd. Realizm i pesymizm jakie charakteryzują jego twórczość sięgają najlepszych wzorów z historii literatury. Ammaniti doprowadził do perfekcji przedstawianie świata realnego w odcieniach szarości. O tym jak ciekawy jest jego styl może świadczyć chociażby niezbyt udana (w mojej opinii) ekranizacja Nie boję się skądinąd świetnego włoskiego reżysera, Gabriela Salvatoresa. Nawet tak znakomity twórca jak on nie był w stanie przedstawić na ekranie tego, co przekazuje nam Ammaniti w swoich książkach, w tym tej, o której piszę dzisiaj.