Trinacria: Camilleri || Le ali della sfinge

Książki, Podróże

Wyprawa na Sycylię nie miałaby sensu jeśli nie w towarzystwie dobrego przewodnika, a takim bez dwóch zdań może (a czasem i powinien) być komisarz Montalbano. Wielokrotnie pisałem o sympatycznym bohaterze powieści Camilleriego. Pomysłodawca i autor serii książek o Vigacie i komisarzu, który wydaje się być postacią centralnej tej wyimaginowanej miejscowości, opanował do perfekcji tworzenie pełnych napięcia, ale i ironicznego humoru, historii z Montalbano w roli głównej.

Tak więc i tym razem w moje ręce trafiła niewielka książeczka, wypełniona od pierwszej do ostatniej strony tym, co u Camilleriego najlepsze. Pojawiają się zatem bohaterowie z najniższych warstw społecznych, ludzie prości, operujący dialektem w najczystszej postaci, którzy nie brną w skomplikowane toki myślowe, a raczej podpierają się prostą ludową mądrością. Są też postaci dwuznaczne, jak politycy i inni możni dzisiejszego świata, których nieposzlakowana opinia jest nieposzlakowana tylko na pierwszy rzut oka. Nie brakuje tego, z czego (niestety) Sycylia słynie do dziś: układy i układziki, świat mafii, wielkiej polityki i biznesu, które przenikają się wzajemnie. Są wreszcie dobrze już znani bohaterowie wszystkich książek o Montalbano: on sam, choć tym razem nieco na rozdrożu (o czym za chwilę), jego bliscy współpracownicy jak Fazio, Mimì Augello, Gallo czy w końcu Catarella, który i tym razem brnie w słowotoki zaiste nie będące łatwymi do zrozumienia. Jest i Livia, ukochana komisarza, co do której on sam zaczyna mieć wątpliwości. O tych z kolei komisarz postanawia nie mówić Ingrid, szwedzkiej przyjaciółce, bez której nie może się obejść żadna z historii napisanych przez Camilleriego.

Le ali della sfinge to również bogaty zbiór przepisów kulinarnych z serca gorącej wyspy. Są przysmaki Adeliny, sprzątaczki komisarza, pojawia się parmigiana di melanzane, pojawiają się oczywście najświeższe i najlepsze ryby i owoce morza, które Montalbano pożera wręcz w niebotycznych ilościach w dobrze mu znanej pobliskiej knajpce. Brak za to… arancine di riso, dotychczas ulubionej potrawy głównego bohatera. Być może to znak, że on sam znalazł się w punkcie, w którym coś w jego życiu się zmienia?

Tym razem Montalbano będzie miał o wiele trudniejszy orzech do zgryzienia niż zazwyczaj. I nie chodzi tu o zagadkę, którą stawia przed nim życie zawodowe. Do tych już przywykł i prawdę powiedziawszy, jest ona najmniej ważna tym razem. Komisarz dochodzi bowiem do momentu w życiu, kiedy to zaczyna zadawać sobie dziesiątki pytań, na które być może jest już za późno. W jego głowie konkurują dwaj Montalbano, stary i dobrze już znany czytelnikowi komisarz zdolny do wielu poświęceń, stawiający na pierwszym miejscu uczciwość i prawdę, gotowy nieść pomoc zawsze i wszędzie, choć czasem reagujący solidną dawką ironii na otaczającą go rzeczywistość. Po drugiej stronie znajduje się natomiast Montalbano starzejący się, pełen gnuśnych i kąśliwych uwag, zwracający uwagę na wiele detali, nad którymi dotychczas nie było czasu się pochylić. Aby się przekonać, który z nich ostatecznie zwycięży, nie ma innego wyjścia jak siegnąć po Le ali della sfinge. Jednego możecie być natomiast pewni: i tym razem Camilleri postarał się o zakończenie, którego mało kto mógł się spodziewać.

 

 

Reklamy

Trinacria: Camilleri || Donne

Książki

Słowo femminicidio robi we Włoszech w ostatnim czasie zawrotną karierę. Termin ten w ciągu zaledwie kilku lat stał się jednym z najczęściej pojawiających się w nagłówkach gazet. Dziwić może znaczna popularność tego słowa w kraju, który przecież na świat wydał setki jeśli nie tysiące kobiet silnych i pełnych charyzmy. Kobiet, które wniosły niemało przecież do historii ludzkości i warto zaznaczyć, że nie mówimy tu o tylko o modzie czy designie.

Co właściwie oznacza termin femminicidio? Wyraz ten przywędrował do lingua del dolce sì, jak mawiał ex-cavaliere Silvio Berlusconi (jego nazwisko w temacie dotyczącym kobiet pada zawsze nieprzypadkowo i zawsze wywołuje ono w takich okolicznościach sporo kontrowersji), z języka angielskiego. Pierwowzorem był termin femicide, odnoszący się po prostu do aktu morderstwa dokonanego na osobie płci żeńskiej. Czymże zatem jest femminicidio, nie będące synonimem przecież włoskiego femicidio? Odwołując się do feministki i badaczki Diany Rusell, różnica polega na motywach, którymi kierował się morderca. Podczas gdy w przypadku femicidio ofiarą staje się kobieta przez czysty przypadek, przy femminicidio mówimy o zabójstwie wynikającym z innej formy przemocy lub dyskryminacji płciowej. Różnica wydawać by się mogła nieznaczna, zwłaszcza w samym zapisie i wymowie obu terminów. Włoskie media upodobały sobie jednak tę niewielką różnicę i od wielu miesięcy grają nią w zależności od potrzeb.

Co ciekawe policyjne statystyki w ostatnich latach wcale nie wykazały wzrostu liczby morderstw kobiet na terenie Półwyspu Apenińskiego. Wręcz przeciwnie: w latach 2014-2017 zanotowano nieznaczny spadek liczby ofiar płci żeńskiej. Inną kwestią jest, że osoby sporządzające owe statystyki nie bawią się w gry słowno-językowe i po prostu podają liczby odnoszące się do morderstw kobiet bądź mężczyzn, nie doprecyzowując przy tym motywów, jakimi kierowali się przestępcy. Nie przeszkadza to mediom szafować wspomnianymi statystykami zgodnie z upodobaniem, skrzętnie unikając przy tym używania przeciwieństwa słowa femicidio, to znaczy androcidio. Zabójstwo kobiety (w zależności od motywów zbrodniarza) doczekało się zatem dwóch bardzo popularnych form nazewnictwa, mord dokonany natomiast na mężczyźnie, wciąż pozostaje zwykłym mordem (omicidio).

IMG_9374

W świecie dwuznaczności i neologizmów, których istnienie trudno umotywować czymkolwiek, pojawia się jednak światło w tunelu. Autor poczytny, który dziś znany już jest nie tylko we Włoszech, ale również na całym świecie, chwycił ponownie za pióro, tym razem w obronie kobiet. Jest to jeden z niewielu rozsądnych głosów, które mają szansę przebić się w tym szowinistyczno-feministycznym bełkocie. Zwłaszcza, że pisarz którego mam na myśli, pochodzi z Sycylii, wyspy naznaczonej niejako silnym uprzedmiotowieniem kobiet przez setki lat. Miejscem, gdzie delitto d’onore było rzeczywistością jeszcze wcale nie tak dawno temu. Andrea Camilleri, autor serii książek o komisarzu Montalbano, tym razem zabiera głos w sprawie ważnej społecznie. Nie sili się przy tym na przemądrzałe felietony w poczytnych tytułach. Zamiast tego pisze kolejną świetną książkę niosącą ważną wiadomość.

Donne to seria kilkudziesięciu krótkich opowieści, których głównymi bohaterkami są kobiety mające wpływ na życie Camilleriego. Myli się ten, kto myśli, że leciwy już dziś pisarz postanowił zabawić czytelników serią historyjek z życia wziętych, chwaląc się swoimi podbojami miłosnymi z młodzieńczych lat (skądinąd nie wiem czy ktokolwiek miałby ochotę czytać i wyobrażać sobie Nené w chwilach miłosnych uniesień). Na książkę składają się tak historie prawdziwe, jak i te pochodzące wyłącznie z wyobraźni autora. Część z nich opowiada o kobietach, które Camilleri rzeczywiście spotkał na swojej drodze, inne to zapis przeżyć różnych osób, które pisarz zasłyszał i postanowił umieścić w zbiorze. Jeszcze inne kobiety stanęły przed autorem tylko i wyłącznie w sensie metaforycznym (jak chociażby bohaterki antycznych tragedii).

Wszystkie te historie i wszystkie te postaci łączy natomiast jedna cecha wspólna: femmina jest punktem, wokół którego rozgrywa się cała akcja. I jest to zawsze femmina niecodzienna. Nawet jeśli ubrana jak każda inna i zachowująca się na pozór podobnie do każdej innej kobiety (chociaż każda z nich z umiłowaniem lubi powtarzać „ja nie jestem jak inne”), to kryjąca w sobie pewien pierwiastek niezwykłości. W ten oto sposób Camilleri postanawia dorzucić swoje trzy grosze do trwającej od lat dyskusji na temat roli kobiety we współczesnym społeczeństwie. Trzy grosze, które szybko staną się czymś więcej, a świadczyć może o tym chociażby ciesząca się popularnością ekranizacja dziesięciu historyjek wyemitowana w dziesięciominutowych odcinkach przez włoską RaiUno.

Buono, pulito e giusto || Carlo Petrini

Książki, kuchnia

Na pewno zdarzyło Wam się niejednokrotnie natrafić na nieudolnie przetłumaczony tytuł filmu bądź książki. Obojętnie czy to z języka angielskiego, czy każdego dowolnie wybranego. Językowe wpadki tłumaczy stanowią bogate źródło humoru i nierzadko na stałe wpisują się w historię kinematografii (wspomnieć wystarczy o sławetnym Wirującym seksie) lub literatury. Dobrze przetłumaczony, a przede wszystkim odpowiednio dobrany do treści oryginalny tytuł, często odpowiada za sukces lub totalną porażkę przedsięwzięcia. Weźmy takie Dobre, czyste i sprawiedliwe. O czym miało by mówić wspomniane dzieło? O pracy konserwatora powierzchni płaskich? Nieee… Co innego Buono, pulito e giusto. To brzmi dobrze!

Nie tylko brzmi, ale i smakuje dobrze. W tych trzech prostych słowach Carlo Petrini, pomysłodawca i ojciec założyciel ruchu Slow Food, już ponad 30 lat temu zawarł kwintesencję swojego spojrzenia na życie oraz (przede wszystkim) na żywienie. Świat idzie jednak naprzód i sam autor manifestu musiał doprecyzować o co właściwie mu chodziło. Niektóre pola znaczeniowe wymagały poszerzenia, inne zawężenia (zdecydowanie rzadki przypadek w kontekście mnogości treści, jakie przekazuje każde z trzech słów będących tytułem manifestu), jeszcze inne pojęcia należało z kolei zredefiniować.

Jakie zatem powinno być nasze pożywienie? Buono, dobre. W głowie większość odbiorców pojawiają się w tym momencie takie koncepty jak jakość (dobra, rzecz jasna) czy smak (i ten bez zarzutu). Petrini nie sili się na definiowanie wspomnianego pojęcia. Jak sam przyznaje, już trzy dekady temu zajęciem karkołomnym byłaby jakakolwiek próba zaszufladkowania tego, co nazywać moglibyśmy dobrym. Tym bardziej, że znaczenie tego słowa zmienia się w zależności od sytuacji, w której zostanie ono użyte. Co innego będzie postrzegane jako dobre przez odcięte od świata plemiona Amazonii, a jeszcze inne produkty określą w ten sposób zamożni Europejczycy na co dzień borykający się z nadciągającymi deadlinami i ciągle podnoszonymi goalami. Założyciel Slow Food zaznacza jedynie, że w kontekście gastronomicznym dobre jest to, co charakteryzuje się pewnym stopniem naturalności i jest przy tym smaczne (rzecz jasna jest to odczucie subiektywne, a więc wracamy do punktu wyjścia). Krócej: omawiany koncept zależy od wielu czynników kulturowych, personalnych, historycznych czy środowiskowych.

IMG_9167

Pulito, czyste. Oczywiście nie mówimy o czystości w najprostszym znaczeniu, nikt przecież nie ma ochoty brania do ust ubrudzonych ziemią (w najlepszym przypadku) warzyw czy owoców. Autor zaznacza, że pulito wiąże się z buono, choć definiuje produkt trafiający na nasz stół z nieco innego punktu widzenia. Czyste jedzenie to takie, przy produkcji którego nie powstała zbędna ilość zanieczyszczeń, podczas którego wytwarzania nie ucierpiało środowisko naturalne w stopniu wyższym, aniżeli należałoby tolerować. Prosty przykład: w środku zimy w sklepie w Poznaniu na półce leżą dwa pomidory. Jeden z Ameryki Południowej, produkowany w sposób ekologiczny, bez użycia jakichkolwiek środków ochrony roślin. Drugi z Podlasia (przypominam, że grudniowa pogoda nie sprzyja uprawie warzyw z rodziny psiankowatych, przynajmniej w Polsce). Który ze wspomnianych produktów powinien wybrać odpowiedzialny konsument? Wbrew pozorom sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana niż mogłoby się wydawać i patriotyczne myślenie może okazać się w tym wypadku błędne. Ekologiczna uprawa w Ameryce Południowej, gdzie nie potrzeba szklarni, ani innych wspomagaczy, nie wpływa szkodliwe na środowisko (a przynajmniej w teorii nie powinna). Wielki kontenerowiec, który dowiózł pomidora do poznańskiego sklepu, w przeliczeniu na kilogram (lub sztukę) produktu trafiającego na półkę, wytwarza zdecydowanie mniej substancji szkodliwych dla atmosfery niż odpowiednia do przewiezienia podobnej ilości pomidorów z Podlasia do Wielkopolski liczba ciężarówek. Nie wspominając już o uprawie pomidorów w Polsce zimą (koniecznie w ogrzewanej szklarni, przy użyciu wielu środków chemicznych). Jest to oczywiście schemat uproszczony, niemniej zachęca do zastanowienia się dwa razy na tym, co tak naprawdę można określić jako pulito, czyste.

Giusto, sprawiedliwe. Ostatni z trzech konceptów składających się na tytuł manifestu Slow Food wydaje się być również tym, którego możemy najprecyzyjniej określić. Jedzenie ma być sprawiedliwe dla każdego, kto ma jakąkolwiek styczność z nim podczas jego cyklu życiowego. Od środowiska naturalnego, przez rolnika, kończąc na pośrednikach (chociaż tych Petrini chciałby wyeliminować tam, gdzie to możliwe, a ich rolę zminimalizować w dziedzinach, w których całkowicie nie można zrezygnować z ich usług) i samych konsumentach. Cesarzowi co cesarskie, chciałoby się rzec. Niech produkcja żywności będzie sprawiedliwa względem natury (temat poruszony już w poprzednim akapicie), niech słuszną zapłatę otrzyma ten, który odpowiada za produkcję i niech odpowiednią cenę płaci ostatnie ogniwo tego łańcucha, czyli klient. Nie znaczy to, że za wygiętą marchewkę o nieregularnych kształtach mamy płacić trzykrotność ceny za tę ładną, długą, prostą, bez uchybień. Pamiętajmy jednak, że wyższa cena za produkt naturalny, wytworzony w oparciu o savoir fair i wielowiekowe tradycje bez szkody dla środowiska, wydaje się być czymś logicznym.

Podsumowaniem powyższych rozważań może być komentarz jednego z włoskich czytelników Petriniego: „Prodotto soprattutto per essere venduto e spogliato del suo significato autentico, il cibo finisce con il mangiarci”, to znaczy: „Produkowane przede wszystkim po to, aby zostało sprzedane i obdarte ze swojego oryginalnego znaczenia, jedzenie ostatecznie nas pożera”. Teraz już wiecie, o czy może być książka zatytułowana Dobre, czyste i sprawiedliwe. Nawet jeśli jej polski tytuł został sprowadzony do jakże ubogiego w znaczenia Slow Food. Prawo do smaku.

 

Byliśmy tacy zakochani… || C’eravamo tanto amati

Che cosa bolle in pentola, Książki

Republika Włoska jako taka narodziła się zaledwie nieco ponad 150 lat temu. Nadal spotykam się z zaskoczeniem i niedowierzaniem, kiedy przypominam o tym tu i ówdzie. Te wszystkie piękne wąskie uliczki, ta niesamowita kuchnia oparta (wydawać by się mogło) na wielowiekowych tradycjach, ta kultura i ten klimat. To wszystko powstało jedynie półtorej wieku temu? Nic bardziej mylnego. Republika Włoska, napisałem, narodziła się nieco ponad 150 lat temu. Włosi, natomiast, i ich cały dorobek kulturowy są o wiele starsi niż większość innych europejskich nacji. Na temat historii Imperium Rzymskiego, średniowiecznych państw-miast czy w końcu Zjednoczenia Włoch powiedziano już jednak wiele. Niedawno ukazała się za to książka autorstwa znanego włoskiego dziennikarza, Bruna Vespy, w której próbuje on przybliżyć zmiany społeczne ostatnich 150 lat, czyli czasu, kiedy Republika Włoska zaistniała formalnie.

Są takie momenty i wydarzenia w historii najnowszej Włoch, o których nie sposób nie mieć pojęcia interesując się tym krajem. Duce i jego fasci di combattimento, boom economico lat ’60, następujące po nich lata ’70-’80 najczęściej określane jako Anni di piombo za sprawą licznych zamachów aż po końcówkę XX wieku z Maxiprocesso na czele – o wszystkim tym napisano już dziesiątki książek i nakręcono równie wiele filmów dokumentalnych. Aby jednak poznać prawdziwą codzienność ówczesnych Włochów, należy sięgnąć do prac badawczych. Chcąc dowiedzieć się czym żyli dwudziestolatkowie epoki Mussoliniego, do jakich kobiet wzdychali mężczyźni w czasie boomu ekonomicznego, a czego nie znosiły robić normalne włoszki w latach ’80, trzeba by niemało się natrudzić, aby dotrzeć do wiarygodnego źródła.

Najnowsza książka Bruna Vespy zbiera te i jeszcze więcej zagadnień w uporządkowaną całość. Dziennikarz zaczyna od wielkiego d’Annunzia, aby przez kolejne dziesięciolecia dojść do czasów najnowszych i wypytać czołowe postaci włoskiej sceny politycznej o najbliższą przyszłość. Autor celowo unika wielkich wydarzeń i ważnych, to znaczy takich opisywanych w podręcznikach do historii, osobistości. Skupia się natomiast na to szarej, to bardzo barwnej, w zależności od okresu, rzeczywistości przeciętnych Włochów. Nie chce pokazywać wydarzeń i osób, które zmieniły kraj w sensie politycznym. Opisuje tych, którzy wywierali największy wpływ na społeczeństwo. Seksbomby rozpalające wyobraźnie mężczyzn, literaci, którzy poruszali serca najbardziej zatwardziałych, szefowie kuchni zdolni do wyczarowania prawdziwego raju na podniebieniu swoich klientów…

Vespa z niebywałą płynnością przechodzi od jednego tematu do kolejnego, okraszając przy tym każdy z nich osobistymi wspomnieniami. Stara się pokazać życie przeciętnego Włocha w cieniu wielkich historii. Opowiada o tym, jak kiedyś wyglądała komunikacja, dlaczego listy były lepsze niż messenger, co kochał w starej Lancii, a czego nie pokocha w najnowszych modelach samochodów, jak wyglądało dziennikarstwo (czyli jego codzienność) pół wieku temu, a jak wygląda ono dzisiaj. Kto kreował mody kulinarne niegdyś, kto liczy się dziś i jaki ma to wpływ na podniebienia oraz to, co trafia na stoły zwyczajnych mieszkańców Republiki Włoskiej. Jak realizowało się wyzwolenie i równouprawnienie kobiet w Bel Paese przez ostatnie dziesięciolecia, jakie wnioski wyciągnęli z tego mężczyźni (o ile jakiekolwiek wyciągnęli!) oraz jak wyglądała rewolucja seksualna z punktu widzenia przeciętnego zjadacza pasty.

Z nutą nostalgii autor wspomina „stare, dobre czasy”. Chociaż wielokrotnie przyznaje na kartach książki, ze wymiana pokoleniowa jest niezbędna, aby świat szedł naprzód, to z łezką w oku, wydawać by się mogło, opowiada o pełnym nadziei i niepewności oczekiwaniu na list od ukochanej, zacinających się szafach grających i momentach, kiedy można było być odciętym od świata, bo nikt nie posiadał jeszcze telefonów komórkowych.

C’eravamo tanto amati to z pewnością obraz jednowymiarowy i niekompletny. Trudno bowiem, aby na kilkuset stronach jedna osoba zebrała doświadczenia społeczne 150 lat. Bruno Vespa przekazuje mimo to czytelnikowi odrobinę atmosfery lat minionych (nawet jeśli robi to czasem pobieżnie i wybiórczo). Dzięki jego książce można na chwilę przenieść się w przeszłość Bel Paese i poczuć to, co czuli Włosi gdy po raz pierwszy w życiu odbierali telefon, oglądali pierwszą w życiu transmisję telewizyjną z Mikiem Buongiorno lub po raz pierwszy wsiadali do Fiata 500. Można poczuć atmosferę boomu ekonomicznego, posiedzieć w Milano da bere, jak określano to miasto w latach ’80 czy choć trochę lepiej zrozumieć, czym żyją dzisiejsi Włosi. Obowiązkowa lektura przez wakacjami w Italii (lub w ich trakcie!).

Il conformista è uno che di solito sta sempre dalla parte giusta

Książki, Muzyka

Istnieją słowa, które niezależnie od epoki i okoliczności nie wychodzą z użycia, a ich znaczenie w każdej sytuacji opisuje dane zjawisko w pełni. W świecie, w którym posługiwanie się żelazną niemal dotychczas opozycją prawica-lewica nie ma już większego sensu, istnieją wciąż terminy, które do otaczającej nas rzeczywistości politycznej pasują wręcz wzorcowo. Wśród słów tych jedno jest niczym kameleon. Dostosowuje się i zmienia formę, aby zawsze znaleźć się na wierzchu, aby zawsze móc wcisnąć się w usta tego czy innego publicysty bądź polityka. Znamienny jest tym bardziej fakt, że wyraz ten sam w sobie oznacza zachowanie godne pożałowania, które do zdolności wspomnianego gada można śmiało przyrównać.

Conformismo – tendenza a conformarsi, anche solo in apparenza, a dottrine, usi, opinioni prevalenti socialmente e politicamente. Il conformista tende infatti a fare proprie, in modo passivo, le dottrine politiche e religiose seguite dalla maggioranza dei componenti del gruppo cui appartiene. In senso più ampio, il conformista è visto come accezione negativa di chi si adatta facilmente alle opinioni o agli usi prevalenti, alla politica ufficiale, alle disposizioni e ai desideri di chi è al potere. [L’Enciclopedia on-line Treccani]

Konformizm [łac.] – 1. ujednolicenie danej grupy społecznej pod względem określonej normy zachowania; 2. konformizm normatywny w grupie umożliwia jej zachowanie spójności i przetrwanie; 3. konformizmem nazywa się również zmianę zachowania lub opinii jednostki zgodnie z naciskiem grupy; 4. u podłoża konformizmu leży potrzeba akceptacji ze strony innych ludzi oraz unikanie kary w postaci odrzucenia ze strony grupy; w sytuacjach niejasnych zachowanie innych osób stanowi także źródło informacji o właściwym zachowaniu; przeciwieństwem konformizmu jest nonkonformizm. [Encyklopedia PWN on-line]

Idealna symetria znaczeniowa pomiędzy powyższymi terminami jest mi dziś bardzo na rękę. Trudno byłoby wszak opisywać po polsku koncept campanilismo, który  naszej kulturze jest raczej obcy. W przypadku konformizmu sprawy mają się jednak zupełnie inaczej, bo wielu przecież politycznych (i nie tylko!) kameleonów wydał polski naród, a dzisiejsze czasy są niechlubną tego kontynuacją. Nie inaczej sprawy miały się i mają nadal w Bel Paese. Właśnie dlatego o conformismo chętnie pisali niegdyś, między innymi, wielcy włoscy literaci (jaka szkoda, że brakuje dziś podobnych głosów rozsądku…).

Inspiracją do niniejszego wpisu stała się książka Alberta Moravii, Il Conformista (polski tytuł Konformista). Rok 1938, faszyzm przeżywa swój złoty okres. Popiersia Duce stoją w każdej państwowej placówce, a nie brakuje ich również w domach co bardziej gorliwych zwolenników reżimu. Duża część włoskiego społeczeństwa opowiada się za Mussolinim i jego wizją państwa, ale to nie ona stanowi większość. W przewadze są ci, którzy do faszyzmu podchodzą na chłodno, kalkulując niczym w rachunku zysku i strat. Rząd, jak każdy inny. Przyjdzie i na niego czas, na razie jednak warto okazać swoje umiarkowane poparcie, bo jest na fali wznoszącej. Podobnie myśli główny bohater powieści, Marcello Clerici.

Życie Marcella jest naznaczone od najmłodszych lat poszukiwaniem normalności (i pomyśleć, że żyjemy dziś w epoce, w której każdy chce być indywidualistą, a ostatecznie większość kończy i tak w worku z etykietą masa). Bohater powieści Moravii od dzieciństwa porównuje siebie i swoje zachowania do innych. Chce być taki, jak inne dzieci, aby później przypominać pozostałych nastolatków. Wszedłszy w wiek dorosły życzy sobie być jak inni dorośli. Palić te same papierosy, mieć tak samo urządzone mieszkanie, w takiej samej kamienicy. Poślubić równie pospolitą, niewyróżniającą się kobietę, a później spłodzić z nią dzieci, te też jak najbardziej podobne do potomstwa sąsiadów. Wychowywać je tak samo, jak czyni to większość społeczeństwa, posłać do tych samych szkół (do których zawoziłby je takim samym autem jak inni). Krótko mówiąc, słowem klucz do życia pana Clericiego jest normalność.

Nie inaczej sprawy mają się pod względem życia politycznego i religijnego u Marcella. Po krótkim bilansie wszystkich za i przeciw decyduje się wesprzeć reżim Mussoliniego (ale w pewnych granicach, nie chce przecież uchodzić za osobę wyróżniającą się z tłumu). Na podstawie tego samego rachunku zysków i strat bierze ślub kościelny, chociaż do katolicyzmu było mu równie daleko co do faszyzmu. Obsesyjne poszukiwanie normalności i konformistyczne podejście do życia prowadzi Clericiego w prostej linii do katastrofy. Jedna pomyłka prowadzi go do kolejnych, wmawia on sobie jednak przy tym, że tak powinien zrobić, bo w ten sposób czynią inni i dzięki temu będzie ich przypominał. Refleksja przychodzi pod koniec. Wojska włoskie znajdują się w odwrocie, przystąpienie do wojny tak hucznie ogłoszone przez Mussoliniego okazuje się błędem, faszyzm upada i w tej atmosferze Marcello zdaje sobie sprawę, że większość społeczeństwa tym razem się myliła. Przez jego głowę przechodzi myśl, którą równie dobrze można by zaaplikować do rzeczywistości otaczającej nas dzisiaj:

Całe nasze życie – pomyślał sarkastycznie, zdejmując z krzesła marynarkę i wkładając ją na siebie – jest na raty… ale te ostatnie są największe i nie spłacimy ich nigdy.

Nie był Moravia jedynym włoskim intelektualistą, który dzięki celnym uwagom z powodzeniem krytykował postawę konformistyczną. O ile u wspomnianego pisarza negacja naśladowania innych objawiała się przede wszystkim na przykładzie faszyzmu, o tyle dalej poszedł włoski piosenkarz i kompozytor Giorgio Gaber, włączając w swoją krytykę większość współczesnych prądów politycznych.

Jestem człowiekiem nowym – śpiewa Gaber – aż tak nowym, że porzuciłem faszyzm. Jestem czułym altruistą, jestem orientalistą, a ostatnio poczułem się nawet socjalistą. Mówię wam, naprawdę jestem człowiekiem nowym, jestem zwolennikiem zmian, antyrasistą, animalistą, feministą. Stałem się nawet federalistą, marksistą i pacyfistą. Konformista – kontynuuje piosenkarz – to ktoś, kto stoi zawsze po słusznej stronie. To ktoś, kto na podorędziu zawsze ma kilka trafnych odpowiedzi. Naśladuje innych i, żyjąc w swoistym raju, nie zwraca już na to uwagi. To wreszcie ktoś, kto zanurza się w morzu większości, kto płynie zgodnie z prądem rzeki, unosi się niejako na jej powierzchni. Żyje i to już mu wystarcza.

Książkę Konformista warto przeczytać wraz z wywiadem rzeką z autorem powieści zatytułowanym Życie Alberta Moravii (A. Elkann). Na podstawie powieści Moravii wielki włoski reżyser, Bernardo Bertolucci, nakręcił film o takim samym tytule, do obejrzenia którego oczywiście zachęcam, aby w pełni zrozumieć antykonformistyczny przekaż Alberta Pincherlego (prawdzie nazwisko autora książki).