Il sesso inutile || Oriana Fallaci

Książki

Płeć niepotrzebna? Jak można się spodziewać, podobny tytuł w dzisiejszych czasach to wręcz proszenie się o zaognioną dyskusję na temat roli kobiet i mężczyzn w społeczeństwie (z naciskiem na tę pierwszą płeć). Co zatem mógł wywołać podobny nagłówek ponad pół wieku temu? Pozostawmy odpowiedź na to pytanie w sferze domysłów, wspomnę jedynie że pod takim tytułem (no prawie, bo nie w formie pytania, a twierdzenia) w 1961 roku ukazała się książka-reportaż autorstwa Oriany Fallaci, w której dziennikarska skupiła się na pozycji płci pięknej w różnych kulturach i społeczeństwach świata.

Napisanie wspomnianego obrazu kobiety w ówczesnym świecie poprzedziła podróż dokoła globu, w którą Fallaci wybrała się wraz z włoskim fotografem, swoją drogą, żeby było ciekawiej, kobieciarzem wiecznie poszukującym sypialnianych przygód. Kto z tej podróży wrócił z tarczą, a kto na niej nie jest tajemnicą. Oriana napisała książkę, która po dziś dzień cieszy się ogromnym powodzeniem, została przetłumaczona na 11 języków, a kolejne edycje i dodruki wciąż trafiają do księgarń niemal na całym świecie. Nawiasem mówiąc, polskiej wersji wciąż brakuje. Drugi z uczestników wyprawy, cóż, musiał obyć się smakiem, bowiem każdy kolejny kraj opuszczał z coraz większym żalem z powodu braku jakichkolwiek sukcesów…

Podróż dokoła kobiety, jak brzmi podtytuł książki, okazała się być niezwykłym obrazem ówczesnego świata, który o dziwo pod pewnymi względami nie różni się tak bardzo od rzeczywistości, w której żyjemy my. Na swojej drodze Fallaci spotykała kobiety z ludu, proste żony i matki, które całe życie spędzają okryte szatami od stóp do głów, a swe wdzięki ukazują tylko mężowi. Rozmawiała z księżniczkami, które pomimo wpływu tysiącletnich tradycji bazujących na patriarchacie, potrafiły podążać swoją drogą wbrew wszystkim wokół. Obserwowała kobiety buntujące się przeciwko obowiązującym podwójnym standardom, które miały dość odwagi, aby wyjść na ulice miast i głośno mówić o tym, czego chcą. Na jej drodze pojawiły się jednak również kobiety uległe woli mężczyzn, którym, wydawać by się mogło, taka sytuacja bardzo odpowiadała. Były tez i kobiety wyzwolone, przedsiębiorcze, ówczesne businesswoman, chciało by się rzec.

Podróż, do której z początku sama autorka podchodziła bardzo sceptycznie, z nieskrywaną wręcz niechęcią, okazała się być impulsem do napisania, nie mam oporów, żeby to stwierdzić, jednej z najważniejszych książek traktujących o płci pięknej. Co więcej, dokument ten jest równie aktualny teraz, jak i pół wieku temu. I nawet jeśli dziś w wielu zakątkach świata pozycja kobiet uległa zmianie, w wielu przypadkach polepszeniu, wciąż pozostaje wiele do zrobienia, a co powinno chyba smucić najbardziej, to fakt, że właśnie ten rozwinięty, cywilizowany zachód, ma coraz więcej problemów z równością płci. Nie, absurdalne przepisy i wprowadzane na siłę parytety nie rozwiążą problemu mentalności naszych społeczeństw. Jaka szkoda, że duża część ruchów feministycznych zatrzymuje się na wykrzykiwaniu chwytliwych haseł, a mało kto próbuje zgłębić istotę problemu. Jaka szkoda, że mało dziś naśladowczyń Fallaci… Jakie szczęście, że mamy wciąż książki Fallaci!

 

 

Reklamy

Primo Levi || Se questo è un uomo

Che cosa bolle in pentola, Książki

W ostatnich dniach znów było głośniej o zbrodniach nazistowskich z czasów II Wojny Światowej, ale bynajmniej, nie za sprawą kolejnej rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz Birkenau. Setki, jeśli nie tysiące artykułów w gazetach i na stronach internetowych, miliony tweetów i postów na portalach społecznościowych. Wszystko to krążyło nie wokół uroczystości związanych ze wspomnianą wyżej rocznicą, a wokół ustawy uchwalonej przez Polski Sejm i podpisanej przez Prezydenta RP, która to oburzyła stronę izraelską, a wraz z nią pół świata.

#germandeathcamps oraz #polishdeathcamps to chyba zwroty, które pojawiały się najczęściej na tweeterze czy facebooku w ostatnich dwóch-trzech tygodniach. Szczerze powiedziawszy, nie rozumiem dlaczego po raz kolejny z małego ognia aż tyle dymu. Tym bardziej, że właśnie skończyłem lekturę Se questo è un uomo, książki, którą bez dwóch zdań powinni przeczytać i wziąć do serca dziś wszyscy ci, którzy tak chętnie zabierają głos w polsko-izraelskiej dyskusji na temat winy za niegodziwości dokonane na narodzie żydowskim w czasie II Wojny Światowej.

Polski kanon literatury obozowej jest chyba jednym z najobszerniejszych i najlepiej opisujących realia niemieckich (również sowieckich, ale te pozostawiamy dziś poza dyskusją) obozów zagłady. Nie bez powodu, wszak obok Żydów, Polacy byli najliczniejszą grupą więźniów. Niemniej wspomnienia spisane przez rodzimych autorów jak Pożegnanie z Marią, Medaliony czy Dymy nad Birkenau warto uzupełnić właśnie o książkę Prima Leviego.

IMG_0201

Nie oczekujcie od autora wspomnień wylewności i iście epickiego rozmachu. Książki nie czyta się łatwo. Z jednej strony z powodu tematów, jakie porusza. Z drugiej strony z uwagi na sposób, w jaki są one opisywane. Z wręcz bezczelną prostotą Levi słowo po słowie, zdanie po zdaniu, akapit po akapicie, rysuje szarą, niezwykle okrutną i nierzadko wręcz obrzydliwą rzeczywistość obozową. Bez cienia emocji odnosi się do czynów, które popełniał on czy inni więźniowie, a które w wolnym świecie uznano by za godne pożałowania w najlepszym wypadku. Codzienna walka o kawałek czerstwego chleba, który dawał poczucie sytości (a raczej poczucie braku głodu) chociaż na chwilę, o buty, które nie powodują otarć i uciążliwych ran na stopach, o okrycie odpowiednie na zimowe dni… Realia, które doprawdy trudno sobie wyobrazić w sytuacji większości z nas, kiedy to nie musimy martwić się o żadną z powyższych rzeczy. Dziwić może tym bardziej podejście autora i przyjęty przez niego sposób relacji, ale zdziwienie to znika tym szybciej, im szybciej czytelnik zrozumie, że ci którzy ocaleli z Auschwitz zmieniają się na zawsze.

Po powtarzających się setkach tych samych pytań, Primo Levi postanowił odpowiedzieć na nie w obszernym uzupełnieniu niemal 20 lat po ukazaniu się pierwszej edycji Se questo è un uomo. Niech dobrym początkiem do przemyśleń i dyskusji o obozach śmierci będzie odpowiedź autora na pytanie o „nienawiść w stosunku do Niemców i czy zdążył przebaczyć im już wszystkie winy”: …sądzę, że moje słowa będą o wiele bardziej wiarygodne i użyteczne jeśli pozostaną obiektywne i dalekie od emocjonalnych uniesień; tylko tak świadek przed sądem spełni swój obowiązek, którym jest przygotowanie terenu dla sędziego. Sędziami jesteście wy.

Trinacria: Camilleri || Le ali della sfinge

Książki, Podróże

Wyprawa na Sycylię nie miałaby sensu jeśli nie w towarzystwie dobrego przewodnika, a takim bez dwóch zdań może (a czasem i powinien) być komisarz Montalbano. Wielokrotnie pisałem o sympatycznym bohaterze powieści Camilleriego. Pomysłodawca i autor serii książek o Vigacie i komisarzu, który wydaje się być postacią centralnej tej wyimaginowanej miejscowości, opanował do perfekcji tworzenie pełnych napięcia, ale i ironicznego humoru, historii z Montalbano w roli głównej.

Tak więc i tym razem w moje ręce trafiła niewielka książeczka, wypełniona od pierwszej do ostatniej strony tym, co u Camilleriego najlepsze. Pojawiają się zatem bohaterowie z najniższych warstw społecznych, ludzie prości, operujący dialektem w najczystszej postaci, którzy nie brną w skomplikowane toki myślowe, a raczej podpierają się prostą ludową mądrością. Są też postaci dwuznaczne, jak politycy i inni możni dzisiejszego świata, których nieposzlakowana opinia jest nieposzlakowana tylko na pierwszy rzut oka. Nie brakuje tego, z czego (niestety) Sycylia słynie do dziś: układy i układziki, świat mafii, wielkiej polityki i biznesu, które przenikają się wzajemnie. Są wreszcie dobrze już znani bohaterowie wszystkich książek o Montalbano: on sam, choć tym razem nieco na rozdrożu (o czym za chwilę), jego bliscy współpracownicy jak Fazio, Mimì Augello, Gallo czy w końcu Catarella, który i tym razem brnie w słowotoki zaiste nie będące łatwymi do zrozumienia. Jest i Livia, ukochana komisarza, co do której on sam zaczyna mieć wątpliwości. O tych z kolei komisarz postanawia nie mówić Ingrid, szwedzkiej przyjaciółce, bez której nie może się obejść żadna z historii napisanych przez Camilleriego.

Le ali della sfinge to również bogaty zbiór przepisów kulinarnych z serca gorącej wyspy. Są przysmaki Adeliny, sprzątaczki komisarza, pojawia się parmigiana di melanzane, pojawiają się oczywście najświeższe i najlepsze ryby i owoce morza, które Montalbano pożera wręcz w niebotycznych ilościach w dobrze mu znanej pobliskiej knajpce. Brak za to… arancine di riso, dotychczas ulubionej potrawy głównego bohatera. Być może to znak, że on sam znalazł się w punkcie, w którym coś w jego życiu się zmienia?

Tym razem Montalbano będzie miał o wiele trudniejszy orzech do zgryzienia niż zazwyczaj. I nie chodzi tu o zagadkę, którą stawia przed nim życie zawodowe. Do tych już przywykł i prawdę powiedziawszy, jest ona najmniej ważna tym razem. Komisarz dochodzi bowiem do momentu w życiu, kiedy to zaczyna zadawać sobie dziesiątki pytań, na które być może jest już za późno. W jego głowie konkurują dwaj Montalbano, stary i dobrze już znany czytelnikowi komisarz zdolny do wielu poświęceń, stawiający na pierwszym miejscu uczciwość i prawdę, gotowy nieść pomoc zawsze i wszędzie, choć czasem reagujący solidną dawką ironii na otaczającą go rzeczywistość. Po drugiej stronie znajduje się natomiast Montalbano starzejący się, pełen gnuśnych i kąśliwych uwag, zwracający uwagę na wiele detali, nad którymi dotychczas nie było czasu się pochylić. Aby się przekonać, który z nich ostatecznie zwycięży, nie ma innego wyjścia jak siegnąć po Le ali della sfinge. Jednego możecie być natomiast pewni: i tym razem Camilleri postarał się o zakończenie, którego mało kto mógł się spodziewać.

 

 

Trinacria: Camilleri || Donne

Książki

Słowo femminicidio robi we Włoszech w ostatnim czasie zawrotną karierę. Termin ten w ciągu zaledwie kilku lat stał się jednym z najczęściej pojawiających się w nagłówkach gazet. Dziwić może znaczna popularność tego słowa w kraju, który przecież na świat wydał setki jeśli nie tysiące kobiet silnych i pełnych charyzmy. Kobiet, które wniosły niemało przecież do historii ludzkości i warto zaznaczyć, że nie mówimy tu o tylko o modzie czy designie.

Co właściwie oznacza termin femminicidio? Wyraz ten przywędrował do lingua del dolce sì, jak mawiał ex-cavaliere Silvio Berlusconi (jego nazwisko w temacie dotyczącym kobiet pada zawsze nieprzypadkowo i zawsze wywołuje ono w takich okolicznościach sporo kontrowersji), z języka angielskiego. Pierwowzorem był termin femicide, odnoszący się po prostu do aktu morderstwa dokonanego na osobie płci żeńskiej. Czymże zatem jest femminicidio, nie będące synonimem przecież włoskiego femicidio? Odwołując się do feministki i badaczki Diany Rusell, różnica polega na motywach, którymi kierował się morderca. Podczas gdy w przypadku femicidio ofiarą staje się kobieta przez czysty przypadek, przy femminicidio mówimy o zabójstwie wynikającym z innej formy przemocy lub dyskryminacji płciowej. Różnica wydawać by się mogła nieznaczna, zwłaszcza w samym zapisie i wymowie obu terminów. Włoskie media upodobały sobie jednak tę niewielką różnicę i od wielu miesięcy grają nią w zależności od potrzeb.

Co ciekawe policyjne statystyki w ostatnich latach wcale nie wykazały wzrostu liczby morderstw kobiet na terenie Półwyspu Apenińskiego. Wręcz przeciwnie: w latach 2014-2017 zanotowano nieznaczny spadek liczby ofiar płci żeńskiej. Inną kwestią jest, że osoby sporządzające owe statystyki nie bawią się w gry słowno-językowe i po prostu podają liczby odnoszące się do morderstw kobiet bądź mężczyzn, nie doprecyzowując przy tym motywów, jakimi kierowali się przestępcy. Nie przeszkadza to mediom szafować wspomnianymi statystykami zgodnie z upodobaniem, skrzętnie unikając przy tym używania przeciwieństwa słowa femicidio, to znaczy androcidio. Zabójstwo kobiety (w zależności od motywów zbrodniarza) doczekało się zatem dwóch bardzo popularnych form nazewnictwa, mord dokonany natomiast na mężczyźnie, wciąż pozostaje zwykłym mordem (omicidio).

IMG_9374

W świecie dwuznaczności i neologizmów, których istnienie trudno umotywować czymkolwiek, pojawia się jednak światło w tunelu. Autor poczytny, który dziś znany już jest nie tylko we Włoszech, ale również na całym świecie, chwycił ponownie za pióro, tym razem w obronie kobiet. Jest to jeden z niewielu rozsądnych głosów, które mają szansę przebić się w tym szowinistyczno-feministycznym bełkocie. Zwłaszcza, że pisarz którego mam na myśli, pochodzi z Sycylii, wyspy naznaczonej niejako silnym uprzedmiotowieniem kobiet przez setki lat. Miejscem, gdzie delitto d’onore było rzeczywistością jeszcze wcale nie tak dawno temu. Andrea Camilleri, autor serii książek o komisarzu Montalbano, tym razem zabiera głos w sprawie ważnej społecznie. Nie sili się przy tym na przemądrzałe felietony w poczytnych tytułach. Zamiast tego pisze kolejną świetną książkę niosącą ważną wiadomość.

Donne to seria kilkudziesięciu krótkich opowieści, których głównymi bohaterkami są kobiety mające wpływ na życie Camilleriego. Myli się ten, kto myśli, że leciwy już dziś pisarz postanowił zabawić czytelników serią historyjek z życia wziętych, chwaląc się swoimi podbojami miłosnymi z młodzieńczych lat (skądinąd nie wiem czy ktokolwiek miałby ochotę czytać i wyobrażać sobie Nené w chwilach miłosnych uniesień). Na książkę składają się tak historie prawdziwe, jak i te pochodzące wyłącznie z wyobraźni autora. Część z nich opowiada o kobietach, które Camilleri rzeczywiście spotkał na swojej drodze, inne to zapis przeżyć różnych osób, które pisarz zasłyszał i postanowił umieścić w zbiorze. Jeszcze inne kobiety stanęły przed autorem tylko i wyłącznie w sensie metaforycznym (jak chociażby bohaterki antycznych tragedii).

Wszystkie te historie i wszystkie te postaci łączy natomiast jedna cecha wspólna: femmina jest punktem, wokół którego rozgrywa się cała akcja. I jest to zawsze femmina niecodzienna. Nawet jeśli ubrana jak każda inna i zachowująca się na pozór podobnie do każdej innej kobiety (chociaż każda z nich z umiłowaniem lubi powtarzać „ja nie jestem jak inne”), to kryjąca w sobie pewien pierwiastek niezwykłości. W ten oto sposób Camilleri postanawia dorzucić swoje trzy grosze do trwającej od lat dyskusji na temat roli kobiety we współczesnym społeczeństwie. Trzy grosze, które szybko staną się czymś więcej, a świadczyć może o tym chociażby ciesząca się popularnością ekranizacja dziesięciu historyjek wyemitowana w dziesięciominutowych odcinkach przez włoską RaiUno.

Buono, pulito e giusto || Carlo Petrini

Książki, kuchnia

Na pewno zdarzyło Wam się niejednokrotnie natrafić na nieudolnie przetłumaczony tytuł filmu bądź książki. Obojętnie czy to z języka angielskiego, czy każdego dowolnie wybranego. Językowe wpadki tłumaczy stanowią bogate źródło humoru i nierzadko na stałe wpisują się w historię kinematografii (wspomnieć wystarczy o sławetnym Wirującym seksie) lub literatury. Dobrze przetłumaczony, a przede wszystkim odpowiednio dobrany do treści oryginalny tytuł, często odpowiada za sukces lub totalną porażkę przedsięwzięcia. Weźmy takie Dobre, czyste i sprawiedliwe. O czym miało by mówić wspomniane dzieło? O pracy konserwatora powierzchni płaskich? Nieee… Co innego Buono, pulito e giusto. To brzmi dobrze!

Nie tylko brzmi, ale i smakuje dobrze. W tych trzech prostych słowach Carlo Petrini, pomysłodawca i ojciec założyciel ruchu Slow Food, już ponad 30 lat temu zawarł kwintesencję swojego spojrzenia na życie oraz (przede wszystkim) na żywienie. Świat idzie jednak naprzód i sam autor manifestu musiał doprecyzować o co właściwie mu chodziło. Niektóre pola znaczeniowe wymagały poszerzenia, inne zawężenia (zdecydowanie rzadki przypadek w kontekście mnogości treści, jakie przekazuje każde z trzech słów będących tytułem manifestu), jeszcze inne pojęcia należało z kolei zredefiniować.

Jakie zatem powinno być nasze pożywienie? Buono, dobre. W głowie większość odbiorców pojawiają się w tym momencie takie koncepty jak jakość (dobra, rzecz jasna) czy smak (i ten bez zarzutu). Petrini nie sili się na definiowanie wspomnianego pojęcia. Jak sam przyznaje, już trzy dekady temu zajęciem karkołomnym byłaby jakakolwiek próba zaszufladkowania tego, co nazywać moglibyśmy dobrym. Tym bardziej, że znaczenie tego słowa zmienia się w zależności od sytuacji, w której zostanie ono użyte. Co innego będzie postrzegane jako dobre przez odcięte od świata plemiona Amazonii, a jeszcze inne produkty określą w ten sposób zamożni Europejczycy na co dzień borykający się z nadciągającymi deadlinami i ciągle podnoszonymi goalami. Założyciel Slow Food zaznacza jedynie, że w kontekście gastronomicznym dobre jest to, co charakteryzuje się pewnym stopniem naturalności i jest przy tym smaczne (rzecz jasna jest to odczucie subiektywne, a więc wracamy do punktu wyjścia). Krócej: omawiany koncept zależy od wielu czynników kulturowych, personalnych, historycznych czy środowiskowych.

IMG_9167

Pulito, czyste. Oczywiście nie mówimy o czystości w najprostszym znaczeniu, nikt przecież nie ma ochoty brania do ust ubrudzonych ziemią (w najlepszym przypadku) warzyw czy owoców. Autor zaznacza, że pulito wiąże się z buono, choć definiuje produkt trafiający na nasz stół z nieco innego punktu widzenia. Czyste jedzenie to takie, przy produkcji którego nie powstała zbędna ilość zanieczyszczeń, podczas którego wytwarzania nie ucierpiało środowisko naturalne w stopniu wyższym, aniżeli należałoby tolerować. Prosty przykład: w środku zimy w sklepie w Poznaniu na półce leżą dwa pomidory. Jeden z Ameryki Południowej, produkowany w sposób ekologiczny, bez użycia jakichkolwiek środków ochrony roślin. Drugi z Podlasia (przypominam, że grudniowa pogoda nie sprzyja uprawie warzyw z rodziny psiankowatych, przynajmniej w Polsce). Który ze wspomnianych produktów powinien wybrać odpowiedzialny konsument? Wbrew pozorom sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana niż mogłoby się wydawać i patriotyczne myślenie może okazać się w tym wypadku błędne. Ekologiczna uprawa w Ameryce Południowej, gdzie nie potrzeba szklarni, ani innych wspomagaczy, nie wpływa szkodliwe na środowisko (a przynajmniej w teorii nie powinna). Wielki kontenerowiec, który dowiózł pomidora do poznańskiego sklepu, w przeliczeniu na kilogram (lub sztukę) produktu trafiającego na półkę, wytwarza zdecydowanie mniej substancji szkodliwych dla atmosfery niż odpowiednia do przewiezienia podobnej ilości pomidorów z Podlasia do Wielkopolski liczba ciężarówek. Nie wspominając już o uprawie pomidorów w Polsce zimą (koniecznie w ogrzewanej szklarni, przy użyciu wielu środków chemicznych). Jest to oczywiście schemat uproszczony, niemniej zachęca do zastanowienia się dwa razy na tym, co tak naprawdę można określić jako pulito, czyste.

Giusto, sprawiedliwe. Ostatni z trzech konceptów składających się na tytuł manifestu Slow Food wydaje się być również tym, którego możemy najprecyzyjniej określić. Jedzenie ma być sprawiedliwe dla każdego, kto ma jakąkolwiek styczność z nim podczas jego cyklu życiowego. Od środowiska naturalnego, przez rolnika, kończąc na pośrednikach (chociaż tych Petrini chciałby wyeliminować tam, gdzie to możliwe, a ich rolę zminimalizować w dziedzinach, w których całkowicie nie można zrezygnować z ich usług) i samych konsumentach. Cesarzowi co cesarskie, chciałoby się rzec. Niech produkcja żywności będzie sprawiedliwa względem natury (temat poruszony już w poprzednim akapicie), niech słuszną zapłatę otrzyma ten, który odpowiada za produkcję i niech odpowiednią cenę płaci ostatnie ogniwo tego łańcucha, czyli klient. Nie znaczy to, że za wygiętą marchewkę o nieregularnych kształtach mamy płacić trzykrotność ceny za tę ładną, długą, prostą, bez uchybień. Pamiętajmy jednak, że wyższa cena za produkt naturalny, wytworzony w oparciu o savoir fair i wielowiekowe tradycje bez szkody dla środowiska, wydaje się być czymś logicznym.

Podsumowaniem powyższych rozważań może być komentarz jednego z włoskich czytelników Petriniego: „Prodotto soprattutto per essere venduto e spogliato del suo significato autentico, il cibo finisce con il mangiarci”, to znaczy: „Produkowane przede wszystkim po to, aby zostało sprzedane i obdarte ze swojego oryginalnego znaczenia, jedzenie ostatecznie nas pożera”. Teraz już wiecie, o czy może być książka zatytułowana Dobre, czyste i sprawiedliwe. Nawet jeśli jej polski tytuł został sprowadzony do jakże ubogiego w znaczenia Slow Food. Prawo do smaku.