Duomo di Milano || Basilica di Sant’Ambrogio

Podróże

Jeszcze zanim wyszedłem ze stacji metra zauważyłem, że na zewnątrz pada rzęsisty deszcz. Woda strumykami ściekała po schodach coraz to niżej w moją stronę. Wchodząc po kolejnych stopniach towarzyszyło mi to samo uczucie co zawsze. Do uszu dochodził gwar ludzi znajdujących się na placu. Celowo nie podnosiłem głowy ku górze, szedłem ze wzrokiem wbitym w ziemię. Będąc w połowie schodów spojrzałem przed siebie. W tym samym momencie hałas dobiegający z góry jakby zniknął gdzieś na dalszym planie. Znów serce zaczęło mi bić szybciej i znów zachodziłem w głowę jak to możliwe, że coś tak ogromnego mogło powstać jedynie dzięki pracy rąk ludzkich…

***

Przed niepozorną ścianą z czerwonej cegły nie było prawie nikogo. Kilkoro zbłąkanych turystów, dwóch czy trzech lokalnych mieszkańców i na tym koniec. Za rogiem znikali właśnie ostatni pielgrzymi, którzy większą grupą, około dziesięciu osób, zwiedzali wnętrze budowli. Wszyscy mieli w dłoniach drewniane laski, a przy plecakach przytroczone muszle św. Jakuba. Gdy ich kroki przestały dochodzić do moich uszu, ocknąłem się z zamyślenia i ruszyłem w stronę ściany, w której były jedynie dwa równe wejścia. Z nieba zaczęła padać lekka mżawka. Powietrze stało w bezruchu, a cisza spowodowana brakiem kogokolwiek wokół jedynie potęgowała mój niepokój. Wybierałem się w to miejsce już tyle razy i dopiero teraz dane mi było tu dotrzeć.

***

Jak tylko znalazłem się na placu otoczyło mnie kilkoro ciemnoskórych sprzedawców, na których włosi mówią nieco pogardliwie vucumprà (od włoskiego Vuoi comprare?, które w ustach mieszkańców Czarnego Kontynentu staje się mało wyraźnie i przypomina wspomniany neologizm). Jeden z nich próbował zawiązać mi na nadgarstku tandetną bransoletkę ze sznurków, inny wciskał w dłoń garść kukurydzy i zachęcał do karmienia latających wokół chmar gołębi. Nauczony doświadczeniem stanowczo podziękowałem wszystkim, nie powstrzymałem się jednak od komentarza w języku ojczystym, na co sprzedawcy gromko krzyknęli: Polska! Kocham cię, dzień dobry. Tanio, kupić. Wyrwałem się z ich coraz ciaśniejszego uścisku. Powoli podchodziłem bliżej fasady katedry. Na placu znajdowały się setki turystów i Mediolańczyków. Wśród tych pierwszych przeważali Azjaci z najnowszymi modelami komórek pstrykający sobie selfie z Duomo. Byli też oczywiście tacy z aparatami, których obiektywy mierzyły dobre pół metra. Zawsze zastanawia mnie czy rzeczywiście są oni aż tak zaawansowani pod względem fotografii, czy po prostu podążają owczym pędem za najnowszymi trendami.

Wróciłem myślami do rzeczywistości, gdy niechcący potrąciłem jakiegoś mężczyznę. Był dość wysoki jak na Włocha, ale co do jego pochodzenia nie miałem wątpliwości: Mediolańczyk z krwi i kości. Perfekcyjnie ułożone włosy nie świeciły się od padającego deszczu, a od nałożonego na nie żelu. Piękny grafitowy garnitur był skrojony wręcz wzorowo i leżał idealnie na właścicielu. Do tego uprasowana koszula, pod szyją nie mucha, nie krawat, a fular. Pomimo panującej pogody, w jego butach można było się przeglądać. Bela ‘sta Madunina, to jedyne słowa, które zapamiętałem z krótkiej wymiany zdań z owym osobnikiem. Nie czuł się ani przez chwilę urażony tym, że go potrąciłem. Skierowałem swoje kroki ku jednemu z głównych wejść.

Po przejściu za ścianę z czerwonej cegły znalazłem się w prostokątnym przedsionku bazyliki, który w czasie pierwszych chrześcijan służył katechumenom, czyli osobom przygotowującym się do chrztu. Zgodnie z ówczesnym obrządkiem osoby nieochrzczone nie mogły brać udziału w mszy w pełni, w tym znajdować się wewnątrz świątyni. Przedsionek to tylko jeden z wielu elementów zaczerpniętych z pierwotnie stojącego tu kościoła. Podczas budowy aktualnej Bazyliki św. Ambrożego wzorowano się w dużej mierze na planie poprzedniej świątyni.

Dwupoziomowa fasada wykonana jest, podobnie jak reszta budowli, w przeważającej części z czerwonej cegły, materiału tak bardzo typowego dla stylu romańskiego w Lombardii. Białe wstawki, chociaż użyte w niewielkiej ilości, skutecznie odciążają fasadę i nadają jej charakterystycznej regularności. Nigdzie indziej niespotykane archetti pensili wykańczające szczyt skośnej fasady oraz wieńczące arkady okalające przedsionek są jedynym wyraźnym zdobieniem, jakie rzuca się tu w oczy. Bazylika przykuwa wzrok mimo to. Jej idealnie dobrane proporcje bazujące na prostych figurach geometrycznych wprowadzają poczucie spokoju. I taki też panował tu, gdy kierowałem się ku wejściu do wnętrza kościoła. W międzyczasie mżawka przerodziła się w regularny deszcz, ostatni turyści zniknęli z pola widzenia.

***

Nie byłem wewnątrz Duomo od kiedy wprowadzono opłaty za wejście. Nie, ani razu nie przyszło mi do głowy, aby poskąpić dwóch euro na renowację świątyni. Zawsze jednak przerażała mnie kilkudziesięciometrowa kolejka turystów czekających aż wojskowi stojący w wejściu łaskawie zajrzą im do torebek i plecaków, po czym ktoś spojrzy na bilet uprawniający do wejścia.

I tym razem darowałem sobie kilkugodzinne oczekiwanie, a w słuszności mojej decyzji utwierdził mnie coraz mocniej padający deszcz. Z perspektywy Galerii Vittorio Emanuele II przyglądałem się bogato zdobionej fasadzie i bocznej ścianie el Domm de Milaan. Najważniejszy kościół w Mediolanie. Nigdy nie zgadzałem się w pełni z tym stwierdzeniem. Największy, fakt. Najbardziej znany, prawda. Ale czy najważniejszy? Nawet jeśli dzisiejsi mieszkańcy stolicy Lombardii uważają statuę Mariae Nascenti wieńczącą świątynię za swoją patronkę, trudno mi się pogodzić z opinią, że to właśnie ten kościół jest najważniejszy. Czy o Mediolańczykach nie mówi się często Ambrosiani? Czy synonimem milanese w języku włoskim nie jest ambrosiano?

***

Jak tylko przekroczyłem próg bazyliki do moich nozdrzy doszedł charakterystyczny zapach starego kościoła. Minęło kilka chwil zanim wzrok przystosował się do panującego tu półmroku. Świątynia wewnątrz nie zachwyciła mnie już tak bardzo, jak jej zewnętrzna część. Bezwiednie ruszyłem w stronę ołtarza. To za nim, w absydzie, znajduje się jeden z największych skarbów.

Tuż przy ołtarzu za ramię chwycił mnie starszy Włoch. Najwidoczniej zrozumiał, że mówię w jego języku, bo czytałem informację turystyczną o dziwo napisaną tylko w jednym języku. Quest’altare è tutto d’oro. Ten ołtarz jest cały ze złota, zagadnął. Krótka wymiana zdań nie dotyczyła jednak bogato zdobionego ołtarza znajdującego się przed nami. Sempre quando ho tempo, faccio una passeggiata qua. Przychodzę tu na spacer zawsze, gdy mam czas. Słuchając jego opowieści o św. Ambrożym, historii budowy samej bazyliki i najnowszych dziejów świątyni pomyślałem, że ów miły starszy Włoch musi mieć dużo wolnego czasu i robić wspomniane spacery nader często. Na pożegnanie życzył mi szczęścia (przynajmniej tyle zrozumiałem z kilku zdań w dialetto milanese) i wskazał drogę do krypty znajdującej się pod głównym ołtarzem. Ciasne wnętrze w kształcie półkola służyło wybranym do modlitwy przed samym patronem bazyliki. Znajduje się tu bowiem ciało św. Ambrożego, obok którego spoczywają dwaj męczennicy – Gerwazy i Protazy.

Ponad 108 metrów wysokości, ponad 158 metrów długości i ponad 93 metry szerokości. Setki skrupulatnie rzeźbionych w marmurze wzorów i kolejne setki wykonanych z tego samego materiału figur. Tysiące detali niewidocznych z miejsca, w którym aktualnie się znajdowałem. Całość robi ogromne wrażenie i jednocześnie przytłacza. Zawsze, gdy stoję przed Duomo di Milano, przychodzi mi na myśl Wieża Eiffla z Paryża. Nie da się przejść obok niej obojętnie. Jedni odwracają obcesowo od niej wzrok, uważając, że jest to najbrzydsza konstrukcja w mieście, inni hołubią jej i nie wyobrażają sobie stolicy Francji bez niej. Podobnie jest z katedrą w Mediolanie. Jej bryła znana jest niemalże każdemu. Nawet osoby, które nigdy w życiu nie były w stolicy Lombardii, rozpoznają jej największą (ale nie najważniejszą!) świątynię bez zawahania. Nic dziwnego, zaraz po Bazylice św. Piotra w Rzymie i Katedrze Najświętszej Marii Panny w Sewilli, jest to trzeci największy kościół na świecie. Moloch powstały po to, aby onieśmielać rywali, aby pokazać jak potężni są władcy Mediolanu. Budowana przez ponad pół wieku świątynia połączyła tysiące żywotów. Klamrą spinającą początek i koniec budowy stały się dwie postaci o ambicjach dalece wykraczających poza ludzkie pojęcie, Gian Galeazzo Visconti i Napoleon Bonaparte. Pierwszy z nich w 1386r. rozpoczął budowę największej świątyni ówczesnego świata, drugi nakazał jej dokończenie w 1805r., miał bowiem w głowie już plan na jej zaangażowanie w przyszłym (niedoszłym) koronowaniu króla Włoch zjednoczonych po francuską egidą… Chwała historii za to, że el Domm de Milaan nie przyczynił się do planów cesarza zza Alp!

Winne Wtorki: wino Wysp Szczęśliwych

Podróże, Winne Wtorki

W 1312 roku kupiec i żeglarz pochodzący z Ligurii dopłynął do jednej z wysp położonych u zachodnio-północnych wybrzeży Afryki. Od jego nazwiska wyspę tę nazwano Lanzarote. Już wtedy kapitan Lancelotto Malocello dostrzegł potencjał drzemiący w Wyspach Kanaryjskich. Po niespełna dwóch dekadach pobytu na Wyspach Szczęśliwych musiał jednak skapitulować pod naporem rdzennych (no może nie do końca, ale o tym za chwilę) mieszkańców wysp, Guanczów.

Do rządzenia było wielu

Zanim Wyspy Kanaryjskie trafiły pod panowanie Króla Hiszpanii, musiało upłynąć wiele lat. Pretendentów do sprawowania tu władzy na przestrzeni wieków pojawiło się wielu. Już w okolicach trzeciego tysiąclecia przed naszą erą dopłynęli tu pierwsi osadnicy z Afryki (co dziwić nie powinno, wszak Kanary leżą u wybrzeży Afryki, nawet jeśli dziś znajdują się pod jurysdykcją państwa europejskiego). Około tysiąc lat później na Wyspy Kanaryjskie dotarł tajemniczy lud Guanczów. Na jego temat wciąż krąży wiele tajemnic, badaczom do dziś nie udało się ustalić jego pochodzenia. Przez kolejne dwa tysiące lat Guanczowie żyli w izolacji, która zapewniała im względny spokój. Dopiero w 1312 na scenę wszedł wspomniany już na wstępie włoski żeglarz. Dotychczasowym mieszkańcom archipelagu po dwudziestu latach walk udało się pokonać Malocello. Ugięli się oni jednak pod kolejnym najeźdźcą. W 1402 roku na Lanzarote dotarł Jean de Béthencourt, odkrywca urodzony w Normandii, służący wówczas Królowi Kastylii. Przybycie Francuza rozpoczęło okres krwawych walk pomiędzy Hiszpanami, a Guanczami, które zakończyły się dopiero u schyłku stulecia. Skutki tych wojen widoczne są na Kanarach do dziś. Do dziś bowiem zachowały się tu jedynie niewielkie ślady obecności Guanczów, po Hiszpanach natomiast… no cóż, Hiszpanie władają wyspami nadal.

Wyspy wina, czyli Wyspy Szczęśliwe

Dziś domeną Wysp Kanaryjskich jest przede wszystkim turystyka oraz uprawa bananów i pomidorów. Nie było tak jednak zawsze. Jeszcze w XVI wieku tutejsza gospodarka opierała się na produkcji cukru, a u schyłku kolejnego stulecia archipelag nazywano… „wyspami wina”. Produkcję wina z pewnością faworyzowało samo położenie wysp. Nierzadko były one ostatnim europejskim portem, w którym uzupełniano zapasy, tuż przed wyruszeniem w podróż przez Ocean Atlantycki ku Amerykom. Jak wiadomo, na statkach nie mogło zabraknąć i wina.

Nie jest do końca jasne jakie trunki produkowano na Wyspach Kanaryjskich w wiekach XVII i XVIII. Pewne jest jednak to, że tutejszy klimat, a przede wszystkim lokalne terroir już wtedy wywierało znaczny wpływ na jakość i smak wina. Wszystkie wyspy archipelagu są pochodzenia wulkanicznego. Księżycowy krajobraz wydaje się być skrajnie niesprzyjający uprawie czegokolwiek, a mimo to lokalni producenci wina są w stanie przelać do butelek tuf wulkaniczny wyciągając z niego to, co najlepsze. Nie o terroir jednak tylko tu chodzi…

en_losbermejos_com.jpg

Tuf wulkaniczny w kieliszku

Swoją wyjątkowość wina Wysp Kanaryjskich w równej mierze co terroir, zawdzięczają endemicznym szczepom. Jednym z nich jest Listán Negro. Czerwony szczep dający dość proste, owocowe wina, które najlepiej smakują niepotraktowane dębową beczką. Mnie w udziale przypadł Listán Negro od najstarszego i największego producenta na wyspach, Bodegas El Grifo. W kieliszku barwa purpurowa z ciemniejszymi refleksami. W nosie czarna porzeczka i jeżyna, ale nie one tu dominują. Owocowe aromaty mieszają się w kieliszku z zapachem asfaltu i smoły. W ustach wyraźna tanina i kwasowość. Drobne musowanie na języku, z początku wino szorstkie i mało przyjazne. Pierwsze wrażenie za nami, wino pokazuje drugą twarz; po dotlenieniu Listán wydaje się być nieco mniej szorstki w obyciu, nieco lżejszy i bardziej owocowy. Brakuje mu w pewnym momencie ciała, ale wyrazisty, lekko goryczkowy finisz zamyka ładnie całość. Z pewnością nie jest to wino z serii lekkie, łatwe i przyjemne. Wymaga skupienia i cierpliwości, aby odkryć jego wulkaniczne zalety.

Jedno jest pewne, gdyby Portugalczycy wiedzieli jakie winiarskie terroir kryje się pod nazwą Wyspy Szczęśliwe, nie oddaliby ich Hiszpanom za Azory, Wyspy Zielonego Przylądka i Maderę. I pomyśleć, że całe to bogactwo miało kiedyś okazje stać się własnością Republiki Genui…

IMG_6847.JPG

Nazwa: Listán Negro

Producent: El Grifo

Miejsce zakupu: w miejscu produkcji

Cena: ok. 8 euro

Rodzaj wina: czerwone, wytrawne

Ocena: 4/6

Inni wtorkowicze napisali:

Winiacz sięgnął po sherry

Blurppp z D.O. Bullas

Korek od wina tym razem z dwoma butelkami

Jongleur po długiej przerwie wraca z Macho

Przy winie przy musiaku

Enowersytet i wykład o Alta Alella

Nasz Świat Win prosto z Barcelony

Winnica Sama Valley Jankowice

Podróże, wino

Lokalna droga, którą znam na pamięć i którą przejeżdżałem już kilkadziesiąt razy w moim życiu. Niewielkie wzgórze, które znam na wylot przede wszystkim dlatego, że zaraz za nim znajduje się wybijający zakręt wymagający od kierowcy szczególnej ostrożności. Mgły unoszące się tuż za zakrętem i wzgórzem również są mi dobrze znane. Jankowice. To właśnie tu znajduje się pierwsza winnica w Wielkopolsce.

Panie, tu nie ma żadnej winnicy

Było nieco chłodne czerwcowe popołudnie. Słońce powoli znikało za wzniesieniem. Skuter nie podołał na polnej drodze i musiałem pchać go przez kilkadziesiąt metrów. Rzeczka Sama przepływała z mojej lewej strony, oddzielał mnie od niej pas drzew i niewielkie wzniesienie. Z prawej strony natomiast jak okiem sięgnąć były tylko pola uprawne. Doszedłem do pierwszego domostwa. Usłyszałem dźwięk kosy spalinowej, który po chwili ucichł. Skorzystałem z okazji i podszedłem do starszego mężczyzny, który akurat zmieniał żyłkę w głowicy kosy.

– Dzień dobry, słyszałem że gdzieś tu w okolicy jest winnica, niewielka, w dolinie rzeki Sama.

– Panie, tu nie ma żadnej winnicy. – Odpowiedział mężczyzna patrząc na mnie jakbym urwał się z choinki.

– To jest rzeka Sama? – Zapytałem wskazując na wąski strumień przepływający tuż obok nas.

– Tak.

– Jesteśmy jeszcze w Jankowicach?

– Tak.

– To gdzieś tu powinna znajdować się winnica, Sama Valley się nazywa.

– Panie, mieszkam tu od urodzenia, od kiedy pamiętam tu nigdy winnicy nie było, na pewno nic pan tu nie znajdziesz. – Uciął mężczyzna w momencie, kiedy skończył zmieniać żyłkę. Odpalił kosę ponownie i wrócił do pracy. Rozmowę uznałem za zakończoną.

Włosi mówią na to campanilismo

Po raz pierwszy nazwę Sama usłyszałem jeszcze w szkole podstawowej. Piesze wycieczki, na trasie których znajdowały się lokalne zabytki i pomniki przyrody szybko wyparowały z pamięci, ale niektóre hasła pozostały. Na długi czas o rzece (chociaż chyba lepiej byłoby używać w tym wypadku formy zdrobniałej, rzeczce) Sama zapomniałem. Usłyszałem o niej ponownie podczas tegorocznej degustacji komentowanej polskich win i cydrów w poznańskim SPOT.

Winnica Sama Valley, Jankowice. Wino czerwone wytrawne podane do rostbefu w towarzystwie kukurydzianego pieczywa, musztardy, maliny i lubczyku. W takim połączeniu nie wybijało się ono ponad resztę konkurentów. Próbowane jednak solo, już bez kulinarnych akompaniamentów, wzbudziło moje zainteresowanie. Dębowe nuty są rzeczywiście zauważalne, ale pojawiają się również aromaty dojrzałych wiśni, kory cynamonowej, przypraw, a nawet eukaliptusa. I nic nie szkodzi, że brakuje tu odrobiny ciała. To przecież wino z Jankowic!

Toskania w sercu Wielkopolski

W dolinie rzeki Sama mgły unoszą się nie tylko jesienią. Nawet podczas letnich miesięcy, wczesnymi rankami, rzeczka spowita jest szarą zasłoną, która wraz ze słońcem unosi się leniwie ku górze. Dociera do najniżej położonych winnych krzewów, aby ostatecznie osiąść na trawie i liściach winorośli, a następnie wyparować wraz z pierwszymi mocniejszymi promieniami słońca.

Położona na stoku o niewielkim nachyleniu, sąsiadująca z polami uprawnymi oraz małym dębowym lasem winnica znajduje się w niecce. Okoliczne wzniesienia wystawione są na działanie warunków atmosferycznych, ale nie winorośle. One otulone są mgłą oraz wspierane przez słońce, które w tym zagłębieniu grzeje jakby mocniej. Takie usytuowanie winnicy jest jednak również przyczyną problemów. Mgła docierająca tu znad Samy pozwala utrzymać odpowiednią wilgotność gleby, ale jednocześnie faworyzuje rozwój chorób roślin. Cieplejsze o 2-3˚C powietrze w winnicy wspiera dojrzewanie gron, ale duża koncentracja cukrów w owocach powoduje problemy związane z nadmiernym stężeniem alkoholu w winie. Właściciel Sama Valley, pan Tomasz Kudla, próbując stawić czoła tym wyzwaniom, podkreśla, że praca w winnicy to praca na żywym organizmie i ciągle się uczy.

Opisane położenie nasadzeń ma jeszcze jedną zaletę. Winorośle są ukryte przed niekorzystnymi warunkami naturalnymi oraz… niepożądanymi oczami ciekawskich. Jak mówi sam właściciel, od 2010 roku, kiedy to powstały pierwsze nasadzenia, najwięcej szkód spowodował tak zwany czynnik ludzki. Część miejscowej ludności, dla której winnica nie jest powodem do chluby, a jedynie kolejnym miejscem, z którego można by coś „pożyczyć”. Urzędy i organizacje, które nie znają przepisów, ale są skore do kontrolowania i wypisywania mandatów. Prawo, które tworzą ludzie nie mający najmniejszego pojęcia o pracy w winnicy. Dzika zwierzyna, czy choroby to najmniejszy problem w Sama Valley. Z tym można sobie poradzić wsłuchując się w rytmy natury.

Wielkopolska precyzja w winiarskiej odsłonie

Jakość, dbałość o szczegóły, najwyższej klasy sprzęt i wyposażenie. Wszystko to przy poszanowaniu przyrody i tradycji. Nie winiarskich, bo takich w Wielkopolsce ze świecą szukać. Rodzina pana Tomasza od zawsze związana była z pracą na gospodarstwie. Naturalnym przedłużeniem tych tradycji stała się Sama Valley, która jest przedsięwzięciem rodzinnym.

Sprzęt używany w winnicy zakupiono w krajach, które specjalizują się w produkcji wina od lat. Zarówno maszyny służące podczas prac przy samych winoroślach, jak i te znajdujące się w przetwórni są na najwyższym poziomie. O utrzymanie ich w należytym porządku dba właściciel osobiście. Butelki, korki, etykiety, a nawet kartony, do których trafiają wina są kolejnym dowodem na obecność wielkopolskiego porządku sygnowanego hasłem ordnung muss sein.

Nie inaczej jest z samymi winami. Pan Tomasz czekał ponad 5 lat zanim zdecydował się na sprzedaż swoich win. Chciał zaoferować klientom wina, których nie musiałby się wstydzić. Wina, które swoim smakiem i aromatem pomogą mu w dalszym rozwoju winnicy, a z których pokłosiem nie musiałby w przyszłości walczyć.

Sama Valley tworzy historię

Sama Valley to pionier pod wieloma względami. Pierwsza winnica w Wielkopolsce. Pierwszy hektar Solarisa i Regenta, który z czasem ma się rozrastać (w planach powiększenie winnicy być może nawet do 8ha). Pierwsze duże plany związane z uprawą winorośli w tym regionie. To tylko kolejny znak potwierdzający tezę wielokrotnie już powtarzaną: winiarstwo w Polsce ma sens i perspektywy. A od teraz można lansować kolejną tezę: winiarstwo w Wielkopolsce ma sens i perspektywy!

Artykuł opisujący wina z Sama Valley zostanie opublikowany w najbliższych tygodniach.

Artykuł na temat Sama Valley w wersji włoskiej niebawem.

Wina z Winnicy Sama Valley w Jankowicach można kupić między innymi w lokalach grupy City Park, Country Park w Gaju, winiarni Pod Czarnym Kotem, SPOT., restauracji Figaro, restauracji Ratuszova.

W góry czy nad jezioro?

Podróże

Gdy zjecie już kolejny talerz sycącej polenty, gdy wychylicie następny kieliszek Valcalepio lub Moscato di Scanzo, a mury miejskie Città Alta nie będą już dla Was żadnym wyzwaniem, zapragniecie czegoś innego. Tak się składa, że Bergamo to idealna baza wypadowa zarówno w góry, jak i nad jezioro(a).

Dosłownie o rzut kamieniem od Bergamo znajduje się Lago d’Iseo, ale to nie ono przyciąga większość turystów. Nazwy Como-Maggiore-Garda powtarzają się niczym mantra w przewodnikach najlepszych wydawnictw. I takim samym echem odbijają się w głowach italofilów. Pomimo, że ostatnie z wymienionych jezior znajduje się o ponad 100km od Bergamo, dojazd do niego jest bardzo prosty. Sama Peschiera del Garda, czyli jedna z najchętniej odwiedzanych miejscowości nad tym jeziorem, znajduje się na głównej trasie łączącej Bergamo z Veroną. Równie łatwo dotrzeć jest nad Lago Maggiore oraz Como. Ja wybrałem się na zwiedzanie miejscowości leżących nad tym drugim.

Jezioro Como to trzecie pod względem wielkości jezioro Włoch, a w klasyfikacji wyprzedzają je dwa zbiorniki wymienione wyżej. Jest to jednocześnie najgłębsze jezioro na Półwyspie Apenińskim. Trzymając się faktów, powinienem właściwie mówić nie o jeziorze, a „jeziorach”. Como jest bowiem zazwyczaj dzielone na Lago di Como oraz Lago di Lecco, niektórzy silą się na dodawanie tu trzeciej części: Ramo di Colico.

Moją podróż zacząłem od miejscowości leżącej nad jeziorem Como i jednocześnie znajdującej się najbliżej Bergamo. Mowa o Lecco, dojedziemy tam pociągiem. Bezpośrednie połączenie kolejowe z Bergamo do Lecco kosztuje 3,60 euro. Pociągi jeżdżą co godzinę, a sama podróż trwa około 40 minut. Bez zbędnej zwłoki przesiadłem się na autobus, który miał mnie zawieźć do Bellagio, miejscowości powszechnie uznawanej za „perłę jeziora Como”. Bilet kosztuje niecałe 3 euro, ale dużo do życzenia pozostawia częstotliwość kursowania wspomnianego autobusu (co 1,5-2h). Trasa biegnie wzdłuż zachodniego brzegu jeziora Lecco, warto mieć aparat fotograficzny na podorędziu, bo widoki są przepiękne (wliczając w to panoramę Lecco).

Bellagio to niewielka miejscowość znajdująca się w miejscu, w którym Lago di Como łączy się z Lago di Lecco w jedno. Jest to znany wśród Włochów i Francuzów kurort wypoczynkowy. Niestety nie znajdziemy tu wiele atrakcji; urok tego miejsca polega na jego położeniu oraz zabudowie. Dwie równoległe arterie – jedna tuż nad brzegiem jeziora, druga o kilkanaście do kilkudziesięciu metrów wyżej – połączone są ze sobą rzędami długich schodów, do których ciasno przyklejone są kolorowe kamienice. Poza tym wiele drogich hoteli oraz nieustępujących im cenami restauracji. Tu i ówdzie jednak przebijają się znaki przeszłości, jak chociażby XII wieczna Bazylika S. Giacomo, czy niektóre zabudowania wyraźnie różniące się od innych. Zbudowane z szarych kamieni niskie budynki mieszkalne oraz charakterystyczne arkady nad niektórymi rzędami schodów to nieliczne pozostałości budownictwa z XII i XIII wieku typowego dla tego regionu.

Będąc w Bellagio z pewnością trzeba udać się na Punta Spartivento – miejsce, w którym Lago di Lecco i Lago di Como łączą się ze sobą. Znajduje się tu falochron, po którym spacerując można „wyjść” w jezioro, by lepiej zobaczyć obydwie gałęzie jeziora. Właściwie na tym kończą się „atrakcje” Bellagio. Dwie, maksymalnie trzy godziny to czas, jaki zajmie nam spokojne zwiedzanie miejscowości. Nawet wliczając w harmonogram obiad lub kawę, wystarczy nam pół dnia, aby się tu zadomowić i zobaczyć właściwie wszystko.

Z Bellagio warto udać się promem do Varenny. Jest to połączenie używane standardowo przez mieszkańców miejscowości leżących nad jeziorem. Bilety są tanie, łodzie pływają często i oferują nawet przeprawę dla aut. Nie wiedzieć czemu wpadłem na ten pomysł trochę za późno, mając już w kieszeni bilet powrotny do Lecco i siedząc w autobusie, który właśnie pokonywał kolejne zakręty trasy przebytej wcześniej tego samego ranka.

Lecco z kolei to jedna z dwóch najważniejszych miejscowości nad jeziorem. Drugą z nich jest Como, od której to jezioro wzięło swoją nazwę. Przechadzając się po Lecco nie sposób nie zauważyć komu mieszkańcy są wierni i komu po dziś dzień oddają hołd. Znajdujący się w centrum miasta ogromny pomnik Alessandra Manzoniego nie pozostawia złudzeń. Dodać do tego należy znajdującą się kilkadziesiąt do kilkuset metrów dalej willę należącą do rodziny pisarza, gdzie on sam spędził swoje dzieciństwo i młodość. Przechadzając się nad brzegiem jeziora Lecco (to jest wschodniej części jeziora Como) w głowie pojawiają się pierwsze słowa największego dzieła Manzoniego i prawdopodobnie jednego z najważniejszych dzieł w historii Włoch: Quel ramo di Lago di Como…

I jak tu się dziwić mieszkańcom Lecco? Czyż Manzoni swoimi Promessi Sposi nie położył bazy dla dzisiejszego języka włoskiego? Czyż nie dokonał on rewolucji językowej i nie zabrał głosu w jednym z najważniejszych sporów przed i pozjednoczeniowych Włoch? Takiej postaci należna jest pamięć, tym bardziej jeśli umiejscowił on akcję swojego dzieła między innymi nad jeziorem Como…

Najmniejszy producent najmniejszej włoskiej apelacji D.O.C.G.

Podróże, Winne Wtorki

Był słoneczny niedzielny poranek. Autobus z Città Bassa z początku wlókł się po ulicach Bergamo. Jak tylko jednak zabudowa miejska zrobiła się rzadsza, kierowca dodał znacząco gazu. Po około dwóch kwadransach wysiedliśmy (bo było nas dwoje) na niewielkim przystanku postawionym przy spokojnej ulicy na obrzeżach małej mieściny. Tablica, która pomimo, że była ode nas oddalona o kilkadziesiąt metrów, rzuciła mi się wyraźnie w oczy. Benvenuti a Scanzorosciate – Terra del Moscato di Scanzo.

Około pół godziny drogi od centrum Bergamo znajduje się najmniejsza apelacja D.O.C.G. we Włoszech (przynajmniej zgodnie z ostatnimi danymi, które miałem okazję widzieć). Przez niektórych wyśmiewana, przez innych ignorowana, przez jeszcze innych z kolei egzaltowana. Jedno jest pewne: Moscato di Scanzo to ciekawostka enologiczno-turystyczna, która znajduje się dosłownie tuż obok jednego z ważniejszych włoskich lotnisk. Zwłaszcza jeśli mówimy o tanich liniach lotniczych.

Pierwsze wzmianki o słodkim Moscato z okolic Bergamo pochodzą z połowy XIV wieku. W tym samym dokumencie z 1347 roku pojawia się również nazwisko jednego z aktualnych patronów wina ze Scanzo: Alberico da Rosciate. Jego podobizna, wspólnie z tą przedstawiającą Simone da Scanzo, widnieje na logo lokalnego konsorcjum. W historii tego wina pojawiają się Gwelfowie i Gibellini, pojawia się caryca Katarzyna II, pojawia się wreszcie londyńska giełda, gdzie Moscato di Scanzo było notowane już w XIX wieku (fakt ten nie powinien dziwić, biorąc pod uwagę ówczesne zamiłowanie anglików do win mocnych i słodkich).

Tak pokrótce wygląda historia Moscato di Scanzo. W odkrywaniu lokalnych tradycji i smaków pomagała nam owego niedzielnego poranka Francesca, właścicielka winnicy Pagnoncelli Folcieri. Kilka minut po dziesiątej zadzwoniłem domofonem do jej domu. Szary mur odgradzający jedno z okazalszych i najstarszych zabudowań w Scanzo od głównej ulicy nie zdradzał ani przez moment tego, czego powinniśmy się spodziewać. Metalową furtkę otworzyła młoda kobieta o przyjaznym wyrazie twarzy, na której w tamtym momencie malował się uroczy uśmiech (który z resztą nie znikał z twarzy Franceski nawet wtedy, gdy opowiadała o problemach, jakim muszą stawiać czoła lokalni producenci wina). Od razu zaproponowała przejście na „ty”, po czym wprost zapytała: „Gdzie u licha nas znalazłeś?”. Cóż, w dobie Internetu…

Po krótkiej prezentacji dotyczącej historii Moscato di Scanzo (którą przytoczyłem kilka chwil wcześniej), Francesca zaczęła oprowadzać nas po domu jednocześnie opowiadając o rodzinnej tradycji dotyczącej produkcji wina. Niemałą rolę odegrała w tym wypadku rodzinna apteka. Pagnoncelli Folcieri zaczęli produkować Moscato di Scanzo na początku XX wieku. W pracę w winnicy oraz później przy samej produkcji wina zaangażowani byli zawsze wszyscy członkowie familii. Sama Francesca z zaangażowaniem wspominała, jak wraz z rodzeństwem mając zaledwie kilka lat, ugniatała winogrona nogami. Moscato produkował jej pradziadek oraz dziadek, powstawało właściwie co roku (z krótką przerwą na czas wojny). Owoce ich pracy przeznaczone były zazwyczaj dla rodziny i znajomych. Dopiero od niedługiego czasu postanowili sprzedawać swoje Moscato, nawet jeśli wielkość produkcji mierzona jest w skali mikro (na swojej stronie internetowej Pagnoncelli Folcieri reklamują się jako najmniejszy producent najmniejszej włoskiej apelacji D.O.C.G.). Aktualnie winnica angażuje ją, jej męża, brata oraz ojca. Wszystko pozostało zatem w rodzinie.

Francesca dogląda winnicy wspólnie z mężem. Obydwoje wcześniej nie byli związani zawodowo z enologią, aktualnie oddają się jej bez reszty. Działają nie tylko na rzecz produkowanego przez nich wina, ale i dla dobra całej apelacji. Są silnie zaangażowani w działania lokalnego konsorcjum oraz próbują przekonać innych do ciągłego doskonalenia i podnoszenia jakości wytwarzanych tutaj win.

Podczas wizyty w domu Pagnoncellich mieliśmy okazję spróbować rocznika, który właśnie ma wejść do sprzedaży, Moscato di Scanzo D.O.C.G. 2012. Wino miało intensywną, ciemną, wchodzącą w brunatne tony, wiśniową barwę. W nosie eksplodowało od samego początku nutami dojrzałych owoców i słodkich śliwkowych powideł. Do tego przewijały się aromaty lukrecji i nuty balsamiczne. Zapach wraz z upływem czasu ujawniał kolejne pokłady nieodkrytych aromatów. W ustach dość wysoka słodycz (jakby nie było wino produkowane jest z winogron podsuszanych przez kilka tygodni) zbalansowana była wciąż nieco zieloną kwasowością. Do tego niesamowita koncentracja aromatów oraz gęsty i długi finisz. Jeszcze na kilka minut po przełknięciu wina można było wspominać coraz to nowe smaki, które pojawiały się na języku. Rocznik 2012 to wciąż młodzieniaszek, niemniej już wyraźnie widać, że ma bardzo duży potencjał. A jakby tak móc spróbować tego wina za 5, 10 czy 15 lat?

Pomimo, że nasza wizyta w domu Pagnoncelli Folcieri trwała dwa razy tyle, ile zaplanowaliśmy na początku, wychodząc ponownie za szary mur i opuszczając to niezwykłe miejsce czułem niedosyt. Wystarczyło kilka chwil, aby przekonać się, że związek, który łączy Franceskę i jej rodzinę z produkcją wina jest niezwykły. Patrząc na jej zaangażowanie i optymizm, zaczyna się rozumieć na czym polega fenomen małych, rodzinnych winnic. Grazie per tutto Francesca!