#LaCucinaItaliana – pappardelle al ragù di coniglio

Uncategorized

Po dwóch daniach jarskich przyszedł czas na mięso w ramach #LaCucinaItaliana. Dziś przenosimy się do Toskanii, aby odkryć jeden z najstarszych tutejszych przepisów. Tradycja podawania makaronu z mięsnym ragù sięga nie tylko w Toskanii, ale w całych Włoszech, wieków dawnych. Obok wieprzowo-wołowego ragù alla bolognese, drugim najbardziej popularnym tego typu sosem jest ten na bazie dziczyzny, pochodzący z terenów, które niegdyś zamieszkiwał tajemniczy lud Etrusków. O tym jednak już kiedyś rozpisywałem się na Italianizzato. Dziś zaprezentuję przepis na ragù z królika, a następnie skonfrontuję je z trzema winami.

Mięso królika popularne jest we Włoszech od setek lat. Niegdyś dziko żyjące króliki stanowiły jedyną okazję dla najuboższych do wprowadzenia na swoje stoły elementu mięsnego. Warto zauważyć, że królik miał mniejszą wartość niż chociażby kura, bowiem nie znosił on niezwykle cennych jajek. Króliczy potencjał do mnożenia się jest powszechnie znany, nic więc dziwnego, że w całych Włoszech nikt nie protestował przeciwko ich wybijaniu i spożywaniu na potęgę. Oczywiście nie we wszystkich regionach Półwyspu Apenińskiego populacje dzikich królików były tak liczne jak chociażby w Toskanii. Mięso królika weszło do jadłospisów mieszkańców wielu włoskich regionów (warto przy tej okazji wymienić tak leżącą na południu Sycylię, regiony centralne jak ten opisywany dzisiaj, czy położony na północy Piemont). Z biegiem kolejnych dekad dzikie króliki wyginęły, a ich miejsce zajęły te hodowlane. Nie zmienił się natomiast stosunek Włochów do tego bardzo zdrowego mięsa i właśnie dlatego wciąż w wielu miejscach podawane są dania na bazie królika pod najróżniejszymi postaciami.

Składniki na makaron dla 4 osób:

  • 400g mąki typu 00
  • 4 średnie jajka
  • pół łyżeczki soli

Ragù na bazie mięsa królika charakteryzuje się niezwykle delikatnym aromatem. Jego smak w porównaniu do sosów na bazie mięsa wołowego, wieprzowego czy dziczyzny jest zdecydowanie mniej intensywny. Nie wyobrażam sobie podania ragù di coniglio z makaronem kupionym w sklepie, bo smak domowej pasty będzie tu zdecydowanie grał na korzyść całego dania, a możemy być przy tym pewni, że nie zostanie on zagłuszony przez aromaty mięsne.

Do przygotowania ciasta na makaron potrzebujemy zaledwie trzech składników: mąki, jajek oraz soli. Wyrabiamy wszystkie składniki razem przez około kwadrans na jednolitą masę, ciasto będzie z początku dość zwarte i trudne w obróbce, zmięknie po odpoczynku. Zawijamy je w folię spożywczą i odstawiamy na minimum pół godziny. Po tym czasie rozwałkowujemy je na płat o grubości nie większej niż 0,5mm. Płat posypujemy niewielką ilością mąki, a następnie zwijamy w rulon. Kroimy go na odcinki o szerokości około 2cm. Każdy powstały w ten sposób rulonik należy natychmiast rozwinąć i przesypać mąką (chyba, że przystępujemy do gotowania natychmiast, wtedy można darować sobie posypywanie gotowych pappardelle mąką).

Składniki na ragù dla 4 osób:

  • pół tuszki królika
  • 2 średnie marchewki
  • 2 duże cebule
  • 1 mały seler
  • białe lub czerwone wino wytrawne
  • oliwa extra vergine
  • 100-150ml gęstej passaty pomidorowej
  • sól
  • pieprz
  • liść laurowy

Mięso królika należy oczyścić i podzielić na mniejsze części. Marynujemy je przez minimum 12 godzin (optymalny czas to doba). Podzieloną tuszkę doprawiamy solą, pieprzem i liśćmi laurowymi, układamy w głębokim naczyniu razem z cebulą pokrojoną w pióra i zalewamy całość czerwonym lub białym winem wytrawnym.

Po zamarynowaniu mięso oddzielamy od wina. Wraz z cebulą, z którą marynował się królik, obsmażamy go na oliwie z każdej strony, a następnie dusimy na niewielkim ogniu przez minimum pół godziny. Mięso należy wystudzić i wydobyć zeń kości. Tak przygotowaną tuszkę trzeba posiekać lub zmielić w maszynce do mięsa.

Na patelni rozgrzewamy niewielką ilość oliwy. Dodajemy posiekaną cebulę oraz drobno starte marchewkę i seler. Całość dusimy przez kilka minut, po czym dokładamy posiekane/zmielone mięso z królika. Podlewamy sos białym lub czerwonym winem wytrawnym (używając wina czerwonego sos będzie nieco cięższy i ciemniejszy). Gdy sos się zredukuje, a alkohol odparuje, dodajemy na patelnię passatę pomidorową. Po około 15 minutach pozostaje nam jedynie doprawić ragù solą i pieprzem.

Sos należy wrzucić do garnka razem z ugotowanym makaronem i energicznie wymieszać tak, aby wszystko dokładnie się połączyło, a każda wstążka była oblepiona ragù. Gotowe danie posypujemy startym twardym serem dojrzewającym (np. pecorino toscano). Czas na konfrontację z trzema kieliszkami.

Jeden. Białe (nawet bardzo lekkie) wino to zazwyczaj dobry kompan dla królika. Miałem jednak pewne obawy w przypadku zestawienia pappardelle al ragù di coniglio z Feudo Santa Tresa Grillo Viognier. Wino zdominowane przez aromaty gruszek, jabłek i brzoskwiń. Średnio-lekkie z odrobiną wyczuwalnego cukru resztkowego, który nadaje mu krągłości i ciała. Nie brakuje tu jednak przeciwwagi w postaci stonowanej ilości kwasu. To proste, ale bardzo pijalne wino okazało się idealnym towarzyszem dla dzisiejszego dania. Aromaty wina i ragù dobrze się uzupełniały, przy czym ani wino, ani sos nie dominował nad drugim elementem. Duża ilość warzyw w sosie zgrywała się z owocowymi nutami  dominującymi w winie. Zdecydowanie przyjemne połączenie.

Dwa. Czerwona riserva z Umbrii do króliczego ragù? Brzmi groźnie. Sant’Anna di Pucciarella ma rubinową, intensywną barwę. W nosie dominują wiśnie i jeżyny oraz wyraźne waniliowe tło. W ustach dochodzą nuty likierowo-nalewkowe oraz dość mocny aromat wiórek kokosowych. Wino mimo wszystko nie jest bardzo ciężkie, a koncentracja aromatów nie powala. W kontekście dzisiejszego dania niezbyt nachalne aromaty wychodzą na plus. Zgrabna, ale nie całkiem wygładzona tanina dobrze pasowała do delikatnego sosu i domowego makaronu. Zestawienie Sant’Anna di Pucciarella i ragù di coniglio zaliczam również do pozytywnych doświadczeń.

Trzy. Vino Nobile di Montepulciano Crociani 2012. Klasyka toskańskiego gatunku, wino o klarownej, połyskliwej barwie, w której pomimo czterech lat nie widać żadnych objawów ewolucji (to w końcu Szlachetne Wino z Montepulciano). W nosie nuty wręcz wzorcowe dla tego typu wina. Sangiovese pełną gębą, kora cynamonowa, wiśnie, nieco drewna, tytoń. Wszystko w ładnej harmonii. W ustach wyraźna nuta słodyczy, która natychmiast jest balansowana przez żywą, drżącą kwasowość. Owoc pełen, świeży, dojrzały. A jak wypada to wino z dzisiejszym daniem? Niestety, ale zdecydowanie dominuje nad ragù di coniglio. To, że domowy makaron ginie pod jego naciskiem nie dziwi, ale w tym zestawieniu trudno jest się nawet obronić samemu królikowi. Wino zagrałoby zdecydowanie lepiej ze wspominanym na wstępie spezzatino di cinghiale.

Podsumowując dzisiejsze zmagania pappardelle al ragù di coniglio z winami: dwa połączenia dobre i jedno nieudane. W kolejnym wpisie z serii #LaCucinaItaliana odwiedzimy zupełnie inny region, zweryfikujemy zupełnie inne połączenia, niekoniecznie kulinarno-winiarskie… Śledźcie profil Italianizzato oraz hashtag #LaCucinaItaliana, aby dowiedzieć się więcej!

Partnerami serii wpisów #LaCucinaItaliana są:

Zdjęcia do dzisiejszego wpisu dzięki uprzejmości:

Feudo di Santa Tresa Grillo Viognier otrzymałem od Faktorii Win.

Sant’Anna di Pucciarella Colli del Trasimeno otrzymałem od Słonecznej Winnicy.

Vino Nobile di Montepulciano Crociani 2012 pochodzi ze zbiorów prywatnych, zakupione u producenta.

Domowa szynka na wzór bresaoli

Uncategorized

Jeszcze nie tak dawno o bresaoli zrobiło się nieco głośniej, a to za sprawą mięsa, z jakiego można produkować ten przysmak zgodnie z obowiązującymi przepisami. Pisałem o tym w jednym z moich miesięcznych podsumowań z serii Che cosa bolle in pentola… O ile regulacje dotyczące wołowej szynki wytwarzanej na terenie prowincji Sondrio w Lombardii są bardzo restrykcyjne jeśli chodzi o części wołowiny, które mogą być wykorzystywane przy produkcji, o tyle są one nieco bardziej liberalne w kwestii rasy i pochodzenia mięsa (mogą to być rasy włoskie, europejskie, a nawet te pochodzące z Ameryki Południowej).

Składniki:

  • 500g wołowiny (np. udziec)
  • 50g soli peklującej
  • 2 łyżeczki suszonego tymianku
  • 1 łyżeczka gałki muszkatołowej
  • kilka liści laurowych (suszonych lub świeżych)
  • 2 łyżeczki pieprzu

Tytuł dzisiejszego wpisu nie pozostawia złudzeń: nie będziemy wytwarzać bresaoli w domu, bo jest to po prostu niemożliwe. Produkty DOC zawdzięczają swoją wyjątkowość nie tylko surowcom, jakie są wykorzystywane przy ich produkcji, ale również wielowiekowym tradycjom i ich lokalnemu charakterowi. Prawdziwą bresaolę produkować można jedynie na północy Lombardii, bo jedynie tam panują warunki klimatyczne zapewniające jej wyjątkowy smak. Do produkcji tej szynki używa się jedynie pięciu części wołowych i są to: fesa, sottofesa, punta d’anca, magatello, sottosso. Wybaczcie, nie będę ryzykował tłumaczenia na język polski, aby się przekonać o których częściach wołowiny mowa, rzućcie okiem na załączoną poniżej grafikę. W skrócie chodzi o to, aby mięso było możliwie chude, nieprzerośnięte tłuszczem. To właśnie dzięki odpowiednim porcjom mięsa przekrojona bresaola zawdzięcza swój czerwony, niczym nie zaburzony gładki kolor. Wyjaśniwszy kilka kwestii podstawowych przejdźmy do przepisu, a więc wołowej szynki na wzór bresaoli.

cremoninirisponde_it

Wołowinę (w moim przypadku dorodny kawałek udźca) należy umyć, oczyścić i dokładnie osuszyć na ręcznikach papierowych. Usuwamy wszelkie zbędne kawałki tłuszczu, aby mięso „odchudzić” na tyle, na ile to możliwe. Uważamy przy tym, aby nie naciąć mięsa w miejscach niepożądanych. Kolejnym krokiem jest przygotowanie mieszanki soli i ziół, w której będziemy marynować mięso. Mieszamy sól peklującą, tymianek, pieprz, pokruszone (lub posiekane jeśli używamy świeżych) liście laurowe oraz gałkę muszkatołową.

Zgodnie z regulacjami dotyczącymi produkcji prawdziwej bresaoli, marynowanie mięsa powinno zachodzić w worku naturalnego pochodzenia (może być to np. osłonka w postaci jelita). W domowych warunkach odtworzenie analogicznej sytuacji jest oczywiście możliwe, wszak sklepów z produktami potrzebnymi przy wytwarzaniu domowych wędlin już u nas nie brakuje. Ja jednak przyznaję, że poszedłem na łatwiznę i mięso wraz z przygotowaną mieszanką umieściłem w folii służącej do pieczenia. Szczelnie zawiązany rękaw należy umieścić w lodówce na 5-7 dniu, codziennie mieszając nim i zmieniając pozycję mięsa, aby było ono zamarynowane równomiernie ze wszystkich stron.

Po około tygodniu sól całkowicie się rozpuści, mięso odda znaczną część wody. Wyjmujemy je z rękawa, osuszamy dokładnie na ręcznikach papierowych, ważymy (ważny punkt!) i umieszczamy w siatce służącej do wędzenia lub tetrowej pielusze. Jeśli korzystamy z drugiej opcji, należy je również dość ciasno obwiązać sznurkiem naturalnym. Pozostał ostatni etap: suszenie. Szynkę należy umieścić w przewiewnym pomieszczeniu ze stałą temperaturą ok. 18˚C. Czas suszenia zależy od temperatury oraz wilgotności powietrza, w moim wypadku wystarczyły niecałe trzy tygodnie, aby szynka straciła odpowiednią część swojej wagi (powinno to być około 30%). Podczas suszenia należy obserwować szynkę, sprawdzać jej wagę i twardość. W razie potrzeby należy ją przewiesić w cieplejsze lub chłodniejsze miejsce.

Po suszeniu szynka jest już właściwie gotowa. Najlepiej przechowywać ją w kawałku, niepokrojoną, w lodówce, zawiniętą w papier. Taki sposób przechowywania pozwoli cieszyć się nią przed długie tygodnie (a nawet miesiące). Pamiętać musimy jednak, że z każdym dniem szynka będzie stawała się coraz bardziej dojrzała, będzie ciemniała, a jej smak będzie się zmieniał.

Refleksje na temat blogowania o winach i nie tylko

Uncategorized

Na brak zajęć nie narzekam. Obok pisania niniejszego bloga mam życie prywatne, studenckie (jeszcze) oraz zawodowe. Jakby tego było mało, w ostatnich miesiącach zacząłem piec chleby dla znajomych. Zostałem zapytany o to, czy mi się to opłaca i ile właściwie na tym zarabiam. Milczałem przez dłuższą chwilę. Bo jak wycenić czas, pracę rąk własnych oraz… pasję? Zgoda, do chleba potrzeba składników, których ceny mogę wyrecytować z  pamięci: mąka 2,39zł, łyżeczka soli 2gr, łyżeczka cukru 2gr, opakowanie drożdży 84gr i tak dalej i tak dalej. Prąd, woda, środki trwałe w postaci foremek oraz miksera, które zużywają się, ale w miarę upływu czasu zaczynają na siebie zarabiać… Jak jednak zmierzyć poświęcony czas i własną pracę? Czy wypada w ogóle mówić o kosztach w kontekście pasji? Czy może nie jest tak, że już w samą definicję pasji wpisane są jedynie wartości dodane i zyski nienamacalne? Czy każdy poniesiony przez nas nakład na rozwój pasji nie powinien być rozpatrywany ze zgoła innego, niż czysto ekonomicznego punktu widzenia?

Punktem wyjścia do powyższych rozważań stała się dyskusja, która wywiązała się podczas III Zlotu Blogosfery Winiarskiej zorganizowanego przez Winicjatywę, a sponsorowanego przez sieć sklepów Lidl (do obecności dyskontów na arenie winiarskiej powrócę w dalszej części tego wpisu). Po co nam blogi o winie?Niewinnie brzmiący i neutralny temat dyskusji stał się przyczółkiem do małej wojenki (na szczęście tylko słownej!) na linii blogerzy-importerzy. Kij w mrowisko włożył już na samym początku Sławomir Chrzczonowicz mówiąc bez ogródek, że jemu jako importerowi: „blogi winiarskie nie są do niczego potrzebne”. Michał Jancik oraz Łukasz Bogumił reprezentowali natomiast odmienny punkt widzenia, nie znaczy to jednak, że nie szczędzili krytyki polskiej blogosferze winiarskiej. Wśród wielu wypowiedzianych opinii, jednych bardziej, innych mniej trafnych, często przewijało się hasło wykorzystywania blogów o winie.

Moją uwagę wzbudził tak użyty termin, jak i idąca za nim cała dyskusja na temat tego, kto korzysta, a kto traci na współpracy pomiędzy tymi, którzy wino sprzedają, a tymi, którzy o nim piszą. No właśnie: na wstępie powinienem chyba zaznaczyć, że w moim przekonaniu, interesy importerów i blogerów nie idą, ale mogłyby iść ze sobą w parze. Import wina i jego sprzedaż to przedsięwzięcie, którego celem jest zarobek. Oczywiście jeśli towarzyszy temu jakaś głębsza misja, tym lepiej. Nie znam jednak importera, któremu bazując jedynie na wspomnianej misji, udało się utrzymać na rynku przez dłuższy czas (proszę o sprostowanie, jeśli się mylę). Pobudki skłaniające do pisania blogą są natomiast zupełnie odmienne. Piszę (będę wypowiadał się we własnym imieniu, niech każdy sam zdefiniuje swoje pobudki) z powodu własnej ambicji i arogancji. Ambicji, która podszeptuje, że wiem coś na jakiś temat i warto to pokazać innymi. Arogancji, która z kolei popycha mnie do stwierdzenia, że wiem coś więcej niż inni (a arogancja ta jest tym bardziej niebezpieczna, że odnosi się do wina, którego odbiór jest równie subiektywny, co odbiór sztuki… tak wiem, powraca niczym mantra w moich wpisach związek wino-sztuka). Dopiero po zaspokojeniu własnych potrzeb zacząłem dochodzić do momentu, w którym stwierdziłem, że z moich pisarskich wybryków może skorzystać ktoś więcej. I nie miałem ani przez chwilę na myśli importerów. Pisanie bloga, w moim przypadku, stało się czynnikiem edukującym. Uczę się ja, uczą się inni. Doszliśmy chyba do najważniejszego punktu. W odpowiedzi na pytanie po co nam blogi o winie odpowiadam: do budowania świadomości konsumenckiej i kultury picia wina w Polsce (a w przypadku Italianizzato do pokazywania prawdziwej Italii, tak na polu enogastronomicznym, jak i tym kulturowym). Punto e basta.

Jeśli nadesłana przez importera butelka lub zaproszenie na degustację (a najlepiej tę w ciemno, na której zderzamy się ze ścianą i która motywuje do jeszcze bardziej wzmożonej edukacji, co pokazała z resztą degustacja w ciemno podczas III Zlotu Blogosfery) jest jednym z elementów wspierającym pasję, samorealizację, edukację własną i innych – to świetnie. Wspomniane gifty nie powinny nigdy natomiast pojawić się w odpowiedzi na pytanie zawarte w tytule dyskusji. Sądzę, że współpraca pomiędzy importerami, blogami, a czytelnikami/klientami jest przydatna, ale nie jest natomiast konieczna. Importer bez osób piszących o winie w sieci przetrwa (wróćmy pamięcią kilka-kilkanaście lat wstecz, wtedy przecież też istnieli importerzy, a blogerzy?). Bloger, który pisze z pasji, bez wsparcia importerów również przetrwa (bo przecież pasja to nie tylko ekonomiczny rachunek zysków i strat, fundusze na jej rozwój znajdą się zawsze). Bez tego typu współpracy przetrwają również czytelnicy/klienci. Nasuwa się jednak pytanie: czy warto cofać się o kilkanaście lat wstecz? Niech korzystają wszyscy na rozsądnej współpracy blogi-importerzy-klienci/czytelnicy, ale niech każdy zna swój cel i do niego dąży.

Pisanie bloga to przedsięwzięcie długofalowe. Jego efekty widoczne będą również po czasie. Budowanie świadomości konsumenckiej oraz edukowanie to zadanie, na którym powinno zależeć wszystkim osobom mającym styczność ze światem wina. Rozumieć powinni to w pierwszej kolejności blogerzy i importerzy. Do takiego etapu doszły już powszechnie znienawidzone/uwielbiane (niepotrzebne skreślić) dyskonty. Pięknie wydane darmowe gazetki znajdujące się na działach alkoholowych, które w prosty i przystępny sposób serwują wiedzę o szczepach, terroir oraz regionach winiarskich są w mojej opinii najlepszym dowodem na to, że misja może iść w parze z ekonomicznymi pobudkami (nie wspominając już o tym, że sponsorem naszego zlotu była sieć sklepów Lidl, tym samym namacalnie wspierając winiarską blogosferę). Trudno zatem nie zgodzić się z jednym ze zdań, które padło podczas dyskusji: najwięcej dla propagowania wina wśród mas zrobiły dotychczas dyskonty. Pomimo wielu krytycznych opinii (również z mojej strony) na temat butelek znajdujących się na marketowych półkach, da się dostrzec więcej plusów niż minusów polityki sprzedażowej tak zwanych wielkich graczy.

Niech podsumowaniem moich rozważań będą słowa wypowiedziane przez gości sobotniej dyskusji, a które pokazują, że odmienne opinie co do roli blogerów na rynku winiarskim dają się ze sobą pogodzić:

Chrzczonowicz: wrócić do źródeł.

Bogumił: krzewić i zarażać pasją.

Jancik: publikować przemyślane wpisy/recenzje win.

O III Zlocie Blogosfery Winiarskiej pisali również: BlurpppWine Trip Into Your SoulVinicultureNasz Świat WinNieWinne PodróżeNóż i widelecWinne przygody,WinniczekZ winem do kinaEnoeno.

Vespizzatevi!

Uncategorized

Vespa to niekwestionowany symbol Włoch. Kultowy motorek, który znajduje się na pocztówkach i zdjęciach z Italii. Jego historia to jednak coś więcej niż tylko charakterystyczny, rozpoznawalny na całym świecie wygląd talii osy. Za produkowanym przez Piaggio skuterem kryje się cała historia powojennych Włoch. Kryją się za nim marzenia mało i wielkomiejskich rodzin o własnym środku transportu, kryją się rodzinne wakacje, kryją się sny nastolatków i romantyczne wieczory we dwoje. Obok Fiata 500, Vespa to niekwestionowany król szos, który odegrał ważną rolę w motoryzacyjnej historii włoskiego buta.

Początków Vespy należy szukać w pierwszych latach po zakończeniu II Wojny Światowej. Pierwowzorem dzisiejszego skutera Piaggio był Paperino („Kaczor Donald”) zaprojektowany jeszcze w ostatnich latach światowego konfliktu. Projekt ten jednak był nieudany, nie spełniał oczekiwań Enrica Piaggio, właściciela firmy, i szybko został odrzucony. Dopiero w 1946 zadanie stworzenia nowego środka transportu dla Włochów, którzy musieli stawić czoła trudnej sytuacji powojennej, zostało powierzone Corradino D’Ascanio – inżynierowi, który dotychczas zajmował się samolotami. Jego innowatorskie spojrzenie (warto zauważyć, że nienawidził on wszelkich pojazdów, które poruszały się na dwóch kołach) zaowocowało zupełnie nowym i niespotykanym dotychczas pojazdem.

Enrico Piaggio oniemiał na widok nowego projektu. Do skutera szybko przylgnęła nazwa Vespa. Nie wiadomo jednak do końca skąd się ona wzięła. Większość źródeł podaje, że właściciel firmy widząc skuter autorstwa D’Ascanio wykrzyknął „Sembra una vespa!” („Wydaje się być osą!”), co miało się odnosić do charakterystycznego wyglądu przypominającego talię owada. Według innej teorii nazwa wzięła początek od charakterystycznego odgłosu silnika, który miałby przypominać brzęczenie osy. Najbardziej przyziemna etymologia nazwy to po prostu skrót od Veicoli Economici Società per Azioni.

Dzień Puszczyka | Każdemu, co mu się należy

Książki, Uncategorized

Wiele książek napisano o mafii. Wiele też filmów nakręcono na ich podstawie, stworzono piosenek, a nawet wyreżyserowano sztuk teatralnych. Literatura kryminalna poświęcona tematyce mafijnej od kilku dziesięcioleci ma się dobrze i przybiera różne formy, ale aby mogło do tego dojść, trzeba było odpowiednich podwalin. Mało kto wszak wie, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu pisać o mafii, będąc przy tym

Czoła temu wyzwaniu stawił jako pierwszy Leonardo Sciascia. Pochodzący z niskich warstw społecznych Sycylijczyk, który został wychowany w laickim środowisku, do szpiku kości przesycony „sycylijskością”. Silnie zaangażowany w aktualne życie kraju i wyspy, zwłaszcza w ostatnich latach życia. Tak można w kilku prostych słowach zdefiniować Sciascię. Był to człowiek o rzadko spotykanej potrzebie działania dla dobra swojej ojczyzny, małej ojczyzny, jaką było Racalmuto, a w szerszym rozumieniu cała wyspa.

Świadczyć o tym mogłoby jego zaangażowanie w życie polityczne, a nawet startowanie do wyborów i sprawowanie funkcji państwowych przez pewien czas. Myślę jednak, że najlepszym dowodem na jego troskę o Sycylię jest jego literatura, a zwłaszcza dwa tytuły: Dzień Puszczyka (Il giorno civetta) oraz Każdemu, co mu się należy (A ciascuno il suo).

Pierwsza z wymienionych książek uznawana jest dziś za wspomniany we wstępie kamień węgielny literatury mafijnej, bo to właśnie w niej Sciascia po raz pierwszy porusza temat organizacji kryminalnej na Sycylii. Co więcej, autor przedstawia tam mafię w bardzo ważnym i specyficznym momencie – w czasie, gdy mafiosi przenoszą się ze wsi do miast, a w grę zaczynają wchodzić coraz większe sumy pieniędzy oraz coraz więcej ludzkich żyć. To właśnie z tej książki pochodzi słynny już i uznawany za kultowy (chociaż w tym kontekście brzmi to trochę dziwnie) podział ludzi na gli uomini, i mezz’uomini, gli ominicchi, i ruffiani e i quaquaraquà (ludzie, półludzie, ludziki, dziwkarze, quaquaraquà – tłumaczenie w tym wypadku jest bardzo ograniczające i nie oddaje niestety w pełni znaczenia słów…).

Druga książka, która stanowi swoistą kontynuację Dnia Puszczyka, opowiada o mafii już do cna przesyconej polityką. Ukazana zostaje sieć silnych zależności pomiędzy kryminalistami, a politykami. Sciascia operuje jednak słowem i fabułą tak, aby nic nie zostało powiedziane wprost (zarówno w Każdemu, co mu się należy, jak i w Dniu Puszczyka). Główny bohater, profesor Laurana, próbuje na własną rękę prowadzić dochodzenie w sprawie podwójnego morderstwa. Tytuł jest odpowiedzią na to, jak kończy się historia: otrzymuje on to, na co zasłużył. Czytelnik natomiast pozostaje z gorzką konstatacją: „trup to trup, pomóżmy żywym”. Czy może istnieć trafniejszy opis sycylijskiej zmowy milczenia?