Winne Wtorki: Negroamaro dla obcych

Winne Wtorki

Jakim winem poczęstowałbyś przybyszów z innej planety, aby pokazać im jakie wspaniałości rodzi nasza Ziemia?

Na to pytanie, przynajmniej na pierwszy rzut oka, nie da się znaleźć sensownej, a już na pewno nie jednoznacznej, odpowiedzi. Zdefiniowanie motywu przewodniego dzisiejszego wpisu i dopasowanej doń odpowiedniej butelki przyszło mi z niemałym trudem. Z pierwszym zadaniem poradziłem sobie samemu, w realizacji drugiego przyszła mi w sukurs Słoneczna Winnica. Idźmy jednak po kolei, wróćmy do źródła, a tym jest Robert, autor bloga Winiacz, który właśnie tak karkołomny temat zaproponował na dzisiejszą edycję Winnych Wtorków.

Jako osoba twardo stąpająca po ziemi, nieco dopasowałem wspomniane we wstępie pytanie do tezy, z jaką dziś występuję. Trudno mi dywagować na temat istot pozaziemskich. Nie mam o nich żadnego pojęcia, nie za bardzo chce mi się w nie wierzyć, nie rozumiem też do końca całego szumu medialnego, który wybucha za każdym razem, gdy pojawia się wiadomość o bliskim spotkaniu n-tego stopnia. Skupiłem się zatem na drugiej części pytania, która mnie wydała się bardziej istotna: aby pokazać im jakie wspaniałości rodzi nasza Ziemia. Po pierwsze: im, czyli komu? Po drugie: jakie wspaniałości?

Zadałem sobie kilka prostych pytań: po co lecieć z butelką wina w kosmos, skoro wciąż przygniatająca większość ludzi, którzy żyją tuż obok rzeczonych wspaniałości nie ma o nich pojęcia. Czy nie lepiej pokazywać niesamowitą siłę natury istotom, które są nią otoczone, a wciąż nie poznały jej nawet w ułamku? O wiele bardziej od wyimaginowanych dyskusji przy kieliszku czerwonego z kosmitami, wolę dysputy z enogastronomicznymi laikami łaknącymi wiedzy i smaku przy suto zastawionym stole w akompaniamencie odpowiednich trunków. Ten oto krótki tok rozumowania doprowadził mnie do prostego stwierdzenia: odpowiedzią na zawarte w dzisiejszym temacie pytanie jest wino niezbyt skomplikowane, które sprawdzi się zarówno przy posiłku, jak i podczas dogorywającej dyskusji wyłącznie z kieliszkiem w dłoni.

Negroamaro z Apulii wydawało mi się dobrym kandydatem. Nieoczywiste, bo żyjące w cieniu sławy południa Włoch, primitivo, a zatem idealnie nadające się do niesienia kaganka oświaty. W dydaktyczny dyskurs dodatkowo można wpleść pierwiastek lingwistyczny napominając o pochodzeniu nazwy szczepu. Negroamaro w prostej linii pochodzi od niuru maru, czyli czarne gorzkie. Nietrudno znaleźć związek z cechami organoleptycznymi wina: ciemny kolor i charakterystyczna goryczka (nierzadko dość wyrazista, co na szczęście w połączeniu z odpowiednim kulinarnym akompaniamentem sprawdza się idealnie). Przy okazji napomknąć można, że szczep ten jest szóstym w kolejności pod względem wielkości zbiorów we Włoszech oraz, że aktualnie wraz z innymi lokalnymi smaczkami jest na fali wznoszącej (czy już wspominałem, że chęć bycia na czasie i podążania za modą można wykorzystać również dla bardziej wzniosłych celów?).

Tyle teorii. Praktyka zweryfikowała moje tezy i w niektórych punktach oddała im rację, w innych nie. Nigra, czyli stuprocentowe negroamaro z Apulii idealnie sprawdziło się z talerzem carbonary. Chociaż wino nie miało styczności z beczką, w nosie nie pojawiły się jedynie świeże owoce. Dało się wyczuć mocno dojrzałe ciemne owoce (jeżyny, nieco śliwek, jagody), korzenne tło, a nawet nikła nutę dymną. Ta mieszanka wydawała się wręcz stworzona po to, aby towarzyszyć zapachowi wędzonego podgardla, które wylądowało w makaronie. Całość ułożyła i wygładziła się po około godzinie, gdy wino nabrało powietrza. W tle nadal jednak majaczyła nuta wędzonki i skóry. W ustach ładna, żywa kwasowość, tuż za nią podążała wyraźna goryczka. Samo w sobie trochę męczyło, ale z nitkami makaronu oblepionymi kremowym żółtkiem i podgardlem było bezbłędne. Odrobina tanin zawartych w winie wystarczyła, aby kompensować przyciężkawe spaghetti. To negroamaro zdecydowanie pokazuje swoją najlepszą stronę w towarzystwie jedzenia, a już na pewno, gdy na talerzu znajdzie się chociaż mały wędzony akcent. Polecam do posiłku. I do częstowania kosmitów lub po prostu ludzi…

Nazwa: Nigra Negroamaro IGP

Producent: Romaldo Greco

Miejsce zakupu: Słoneczna Winnica

Cena: 49zł (moje wino otrzymałem od importera)

Rodzaj wina: czerwone, wytrawne

Ocena: 4,5/6

Winne Wtorki: od Szwaba do Soave

Język, Winne Wtorki

Soav|e1arch. suave adj 1. łagodny, delikatny, miły, przyjemny; słodki; occhi ~i łagodne <słodkie> oczy; profumo ~e słodki <łagodny> zapach, słodka <łagodna> woń; voce ~e miły <przyjemny, słodki> głos; ~e al gusto delikatny <łagodny> w smaku; ~e al tatto delikatny <miły> w dotyku; książk~e ricordo słodkie <miłe> wspomnienie; książknome ~e słodkie imię 2. błogi; kojący; łagodny, pogodny, spokojny; ~e vento łagodny wiatr; sguardo ~epogodne <błogie> spojrzenie; książkuna ~e malinconia błoga <łagodna> melancholia 3. arch. łatwy, nieuciążliwy; lekki, spokojny; con ~e passo lekkim <spokojnym> krokiem 4. arch. książk. gładki, miękki advrzad. poet. miło, przyjemnie; słodko; łagodnie, spokojnie (Wielki słownik włosko-polski, 2010, Wiedza Powszechna).

Szwabić ndk VIa~ony rzad. (częstsze w formie dk: oszwabić) «okpiwać, oszukiwać»: Gdybym chciał na nim zyskiwać albo go szwabić, pisałbym 15 rzeczy na rok kiepskich, które by on mi kupował po 300 i miałbym większy przychód. CHOPIN Wyb. 128 // SW (Słownik języka polskiego pod red. W. Doroszewskiego).

Co łączy dwa zamieszczone wyżej wycinki ze słowników? Wspólne pochodzenie. O ile zrozumiałym jest dla osoby posiadającej średnią znajomość języka polskiego jako języka ojczystego, że czasownik (o)szwabić pochodzi od słowa Szwab, o tyle większości z nas nie przyszłoby do głowy, że soave w prostej linii wywodzi się od jego odpowiednika w języku włoskim. A samo Soave Polakom jest już dobrze znane, wszak jest to jedno z najlepiej rozpoznawalnych białych win regionu Wenecja Euganejska i Włoch w ogóle. Jak to możliwe, że dwa wyrazy mające wspólnego przodka, są dziś aż tak dalekie w swoich znaczeniach? Cóż, dzisiejszych różnic znaczeniowych dopatrywałbym się w historiach Polski i Włoch i ich wzajemnych stosunkach ze Szwabami.

Rejon, który słynie z produkcji (między innymi) Soave, można by określić jako mały raj na ziemi. Łagodny klimat, żyzne wulkaniczne gleby, położenie, które faworyzuje rozwój oraz bliskość gór i morza będącymi świetnymi odskoczniami od trudów życia codziennego załatwiają sprawę. Gdzie w tym wszystkim Szwabowie? Ten wywodzący się z Nadrenii szczep germański jeszcze w I w. p. n. e. był trzymany w ryzach przez Juliusza Cezara. Dopiero niespełna pięćset lat później Szwabowie wraz z innymi ludami barbarzyńskimi zbliżyli się do granic dzisiejszych Włoch. U boku Longobardów nadreński lud przesuwał się powoli na południe, aby ostatecznie osiąść na terenach oddalonych o kilkanaście-kilkadziesiąt kilometrów na wschód od jeziora Garda. Od tego momentu szwabskie podboje na ziemiach włoskich zakończyły się. Germanowie prowadzili odtąd spokojne życie nie wadząc nikomu (oczywiście jeśli mowa o Półwyspie Apenińskim, bo w Europie namieszali oni niemało jeszcze w wiekach średnich). Svevi i suave w łacinie stały się wyrazami bardzo sobie bliskimi. Nic więc dziwnego, że ten zaskakujący dla polskiego ucha związek przetrwał do dziś, a nawet więcej: jego kwintesencja wyraża się w winie, które produkuje się na wulkanicznych glebach zamieszkałych niegdyś przez Szwabów. Odpuszczę Wam historię relacji Polsko-Szwabskich (a zaznaczyć należy, że dziś często mówi się generalnie o Niemcach używając tej nazwy…), przejdę za to do sedna moich rozważań: Soave Classico DOC 2015 od Zenato.

Delikatna, słomkowa barwa. Wino połyskliwe, zachęca złocistymi refleksami. W nosie pełne nut kwiatowych, zza których wychylają się brzoskwinie i jabłko. Dość aromatyczne i mało ascetyczne jak na Soave. W ustach łagodnie kwiatowe. Niewybijająca się, ale zaznaczona na koniuszku języka kwasowość. Migdałowy, lekko goryczkowy finisz. Dominuje garganega, ale da się również wyczuć delikatną nutę chardonnay, które stanowi 30% kupażu. Na podstawie tej butelki niepodobna mówić o trudnym dla Soave roku 2015, wręcz przeciwnie. Złośliwi powiedzą, że Soave Classico od Zenato jest techniczne, ale w tym wypadku nie przeszkadza mi to ani trochę. Szwabowie górą!

Nazwa: Soave Classico 2015

Producent: Zenato

Miejsce zakupu:

Cena:

Rodzaj wina: białe, wytrawne

Ocena: 4,5/6

Dzisiejszy wpis powstał w ramach specjalnej mikołajkowej edycji Winnych Wtorków. Już trzeci raz z rzędu miałem przyjemność wymienić się z autorami innych blogów winami. Mojemu Mikołajowi (a tak de facto Mikołajom) bardzo dziękuję za nadesłaną butelkę! Poprzednie wpisy znajdziecie tutaj i tutaj. Pozostali wtorkowicze dziś napisali:

Autorom Winniczka Mikołaj przyniósł rieslinga

Prezenty dotarły również do Nowej Zelandii

Blurppp obdarowany wytrawnym furmintem

Wielkopolska w butelce doszła do autora Przy winie

Pisane winem opisuje prezent z Piemontu

Korek od wina i mikołajowe czerwone bąble z Włoch

Nasz Świat Win obdarowany Grecją

Enowersytet odwiedził Mikołaj z RPA

Św. Eufemia na blogu Winne Przygody

A Winiacza odwiedził Klemens VII

Niektóre podarki były pouczające, Dolina Mozeli

Nieco spóźniony Mikołaj u Zdegustowanego

Jongleur po czasie, ale z Mikołajem z Mołdawii!

Winne Wtorki: biała Australia

Winne Wtorki

Jeszcze nie zdążyłem na dobre zapomnieć poprzedniej butelki otwieranej przy okazji Winnych Wtorków, a autorzy Winnych Przygód już zapraszają do kolejnego testu. Na ich polecenie szukamy dziś białych win z Australii. Łatwizna, chciałoby się wykrzyknąć. Nic bardziej mylnego. Wcale nie tak łatwo znaleźć jest coś ciekawego w rozsądnej cenie z Australii w Polsce. Na szczęście mnie się udało i jeszcze nie ochłonąwszy po tegorocznych targach Enoexpo otwieram butelkę australijskiego chardonnay wyprodukowaną specjalnie dla Marks&Spencer.

Dzisiejszy temat był dla mnie trochę kłopotliwy, ale chyba właśnie z takimi najlepiej jest się mierzyć. Bo jaki jest sens w otwieraniu kolejnej dobrze znanej butelki z Toskanii, jeśli ma się okazję poznać coś nowego, a przy tym spróbować pogodzić się z chardonnay (nie, szczep ten w jakiejkolwiek odsłonie nie należy z pewnością do moich ulubionych…). W moich poszukiwaniach zabrnąłem do brytyjskiego M&S. Kupiłem tam już wiele dobrych butelek w przyzwoitych cenach (zwłaszcza jeśli akurat udało mi się trafić na przeceny). Market ten u nas znany jest przede wszystkim z rynku odzieżowego, ale sprawy mają się zupełnie inaczej na Wyspach. Tam Marks znajduje się wśród czołówki walczącej o kieliszki klientów. Markety spożywcze znajdujące się w sąsiedztwie odzieżowych regałów w Wielkiej Brytanii są potężne (nierzadko znacznie większe niż wspomniane działy odzieżowe) i oferują szeroką gamę wysokiej jakości stosunkowo tanich produktów. Oczywiście nie mówię tu o takich, które dostarczają niesamowitych wrażeń i pokonują konkurentów na każdym polu. Chodziło mi raczej o porządne, nierzadko regionalne, smakołyki, które kosztują niewiele, a naprawdę trudno się na nich przysłowiowo przejechać. Nie inaczej sprawy mają się jeśli spojrzeć na półkę z winami w M&S. W Wielkiej Brytanii regały pełne są butelek z tak klasycznych regionów jak Burgundia, Toskania, Bordeaux, Porto czy Alzacja, ale nie brakuje tam też winiarskich ciekawostek jak chociażby Etna czy Grecja. Są też wina biologiczne i lokalne szczepy. Krócej mówiąc: czego dusza winomana może zapragnąć, a wszystko to właściwie w każdym przedziale cenowym. Nawet po przeliczeniu funtów na złotówki, jak widać na półkach polskich punktów M&S, ceny win nie szybują niebezpiecznie w górę. Już za dwie dyszki można znaleźć ciekawe butelki spokojnie konkurujące z tymi z dyskontów czy innych supermarketów. Powiem więcej: nierzadko są one zdecydowane lepsze i raz jeszcze to zaznaczę, trudno natrafić tu na wino wyraźnie niepijalne. I w całym tym zachwalaniu dochodzę do punktu krytycznego: potwierdzono mi ostatnio u samego źródła, że plotki o stopniowym wycofywaniu się marki Marks&Spencer z Polski są jak najbardziej prawdziwe…

Osoby takie jak ja będą musiały pogodzić się z zamknięciem jednego z ciekawszych punktów na poznańskiej mapie winiarskiej. Nie o winopijców jednak tylko tu chodzi, bo nawet wtedy, gdy kupowałem chardonnay do dzisiejszego testu, przede mną i za mną stali inni ludzie, którzy przyszli do M&S zrobić zapasy ulubionych produktów (niekoniecznie alkoholowych). Jedyną pozytywną wieścią w związku z odejściem marki z Polski może być chyba tylko ta o wyprzedażach win, które pozostaną jeszcze na półkach. Na pewno możecie liczyć, że na profilu Italianizzato pojawi się stosowna informacja, tymczasem przejdźmy do dzisiejszego wina.

Jak już wspomniałem chardonnay do moich ulubionych szczepów się nie zalicza. Na świeżo jest on dla mnie trochę nijaki, a wersje beczkowe wydają mi się często źle skrojone, jakby wciśnięto go w niewygodny garnitur z dębowych desek. Burra Brooks z M&S było starzone w dębie zaledwie przez 3-4 miesiące i to właśnie ta informacja zachęciła mnie do sięgnięcia po to wino. W nosie mango i ananas. Po chwili również delikatna woń orzechów i jeszcze delikatniejsza wanilii. W ustach z początku zdecydowana, szczypiąca w język zielona kwasowość. Później równie zdecydowany goryczkowo-migdałowy finisz. A co pomiędzy? No właśnie tu miałem problem. Duża porcja zielonych, świeżych aromatów. Wszystko to jednak okraszone nutami oddębowymi. Jakoś mi ta kompozycja nie przypasowała sama w sobie. W towarzystwie pieczonego jesiotra było już lepiej, ale wciąż dało się wyczuć pewien dysonans pomiędzy zielonym, świeżym winem, a dębowymi klepkami, które zdecydowanie lepiej sprawdziłyby się w czymś nieco bardziej oleistym i rozwiniętym. Może za rok lub dwa całość się ułoży?

Nazwa: Chardonnay 2015

Producent: Burra Brook (dla M&S)

Miejsce zakupu: Marks&Spencer

Cena: 24,99zł (promocja, cena regularna ok. 30zł)

Rodzaj wina: białe, wytrawne

Ocena: 3,5/6

Inni wtorkowicze napisali:

Czerwone czy białe odkrywa australijskie savagnin

Blurppp omyłkowo sięgnął nie po Australię, a po… Austrię

Winiacz również udał się do M&S

Dolina Mozeli i pinot gris

Winne Przygody również z kieliszkiem szarego pinota

Winne Wtorki: wino Wysp Szczęśliwych

Podróże, Winne Wtorki

W 1312 roku kupiec i żeglarz pochodzący z Ligurii dopłynął do jednej z wysp położonych u zachodnio-północnych wybrzeży Afryki. Od jego nazwiska wyspę tę nazwano Lanzarote. Już wtedy kapitan Lancelotto Malocello dostrzegł potencjał drzemiący w Wyspach Kanaryjskich. Po niespełna dwóch dekadach pobytu na Wyspach Szczęśliwych musiał jednak skapitulować pod naporem rdzennych (no może nie do końca, ale o tym za chwilę) mieszkańców wysp, Guanczów.

Do rządzenia było wielu

Zanim Wyspy Kanaryjskie trafiły pod panowanie Króla Hiszpanii, musiało upłynąć wiele lat. Pretendentów do sprawowania tu władzy na przestrzeni wieków pojawiło się wielu. Już w okolicach trzeciego tysiąclecia przed naszą erą dopłynęli tu pierwsi osadnicy z Afryki (co dziwić nie powinno, wszak Kanary leżą u wybrzeży Afryki, nawet jeśli dziś znajdują się pod jurysdykcją państwa europejskiego). Około tysiąc lat później na Wyspy Kanaryjskie dotarł tajemniczy lud Guanczów. Na jego temat wciąż krąży wiele tajemnic, badaczom do dziś nie udało się ustalić jego pochodzenia. Przez kolejne dwa tysiące lat Guanczowie żyli w izolacji, która zapewniała im względny spokój. Dopiero w 1312 na scenę wszedł wspomniany już na wstępie włoski żeglarz. Dotychczasowym mieszkańcom archipelagu po dwudziestu latach walk udało się pokonać Malocello. Ugięli się oni jednak pod kolejnym najeźdźcą. W 1402 roku na Lanzarote dotarł Jean de Béthencourt, odkrywca urodzony w Normandii, służący wówczas Królowi Kastylii. Przybycie Francuza rozpoczęło okres krwawych walk pomiędzy Hiszpanami, a Guanczami, które zakończyły się dopiero u schyłku stulecia. Skutki tych wojen widoczne są na Kanarach do dziś. Do dziś bowiem zachowały się tu jedynie niewielkie ślady obecności Guanczów, po Hiszpanach natomiast… no cóż, Hiszpanie władają wyspami nadal.

Wyspy wina, czyli Wyspy Szczęśliwe

Dziś domeną Wysp Kanaryjskich jest przede wszystkim turystyka oraz uprawa bananów i pomidorów. Nie było tak jednak zawsze. Jeszcze w XVI wieku tutejsza gospodarka opierała się na produkcji cukru, a u schyłku kolejnego stulecia archipelag nazywano… „wyspami wina”. Produkcję wina z pewnością faworyzowało samo położenie wysp. Nierzadko były one ostatnim europejskim portem, w którym uzupełniano zapasy, tuż przed wyruszeniem w podróż przez Ocean Atlantycki ku Amerykom. Jak wiadomo, na statkach nie mogło zabraknąć i wina.

Nie jest do końca jasne jakie trunki produkowano na Wyspach Kanaryjskich w wiekach XVII i XVIII. Pewne jest jednak to, że tutejszy klimat, a przede wszystkim lokalne terroir już wtedy wywierało znaczny wpływ na jakość i smak wina. Wszystkie wyspy archipelagu są pochodzenia wulkanicznego. Księżycowy krajobraz wydaje się być skrajnie niesprzyjający uprawie czegokolwiek, a mimo to lokalni producenci wina są w stanie przelać do butelek tuf wulkaniczny wyciągając z niego to, co najlepsze. Nie o terroir jednak tylko tu chodzi…

en_losbermejos_com.jpg

Tuf wulkaniczny w kieliszku

Swoją wyjątkowość wina Wysp Kanaryjskich w równej mierze co terroir, zawdzięczają endemicznym szczepom. Jednym z nich jest Listán Negro. Czerwony szczep dający dość proste, owocowe wina, które najlepiej smakują niepotraktowane dębową beczką. Mnie w udziale przypadł Listán Negro od najstarszego i największego producenta na wyspach, Bodegas El Grifo. W kieliszku barwa purpurowa z ciemniejszymi refleksami. W nosie czarna porzeczka i jeżyna, ale nie one tu dominują. Owocowe aromaty mieszają się w kieliszku z zapachem asfaltu i smoły. W ustach wyraźna tanina i kwasowość. Drobne musowanie na języku, z początku wino szorstkie i mało przyjazne. Pierwsze wrażenie za nami, wino pokazuje drugą twarz; po dotlenieniu Listán wydaje się być nieco mniej szorstki w obyciu, nieco lżejszy i bardziej owocowy. Brakuje mu w pewnym momencie ciała, ale wyrazisty, lekko goryczkowy finisz zamyka ładnie całość. Z pewnością nie jest to wino z serii lekkie, łatwe i przyjemne. Wymaga skupienia i cierpliwości, aby odkryć jego wulkaniczne zalety.

Jedno jest pewne, gdyby Portugalczycy wiedzieli jakie winiarskie terroir kryje się pod nazwą Wyspy Szczęśliwe, nie oddaliby ich Hiszpanom za Azory, Wyspy Zielonego Przylądka i Maderę. I pomyśleć, że całe to bogactwo miało kiedyś okazje stać się własnością Republiki Genui…

IMG_6847.JPG

Nazwa: Listán Negro

Producent: El Grifo

Miejsce zakupu: w miejscu produkcji

Cena: ok. 8 euro

Rodzaj wina: czerwone, wytrawne

Ocena: 4/6

Inni wtorkowicze napisali:

Winiacz sięgnął po sherry

Blurppp z D.O. Bullas

Korek od wina tym razem z dwoma butelkami

Jongleur po długiej przerwie wraca z Macho

Przy winie przy musiaku

Enowersytet i wykład o Alta Alella

Nasz Świat Win prosto z Barcelony

Winne Wtorki: co by było gdyby…?

Winne Wtorki

Jak będzie wyglądać świat za kilkaset lat? Strefy klimatyczne, jakie są nam znane dzisiaj odejdą w niepamięć. Na skutek nieodwracalnych zmian w przyrodzie wszyscy producenci wina będą zmuszeni skapitulować i przestać tworzyć napój, który znany był ludzkości od tysięcy lat. Trudno to sobie wyobrazić, zwłaszcza jeśli jest się osobą, dla której obecność wina przy posiłku jest zasadnicza (nie licząc doborowego towarzystwa współbiesiadników, rzecz jasna). Do rozważań na temat co by było gdyby winiarstwo miało się skończyć zaprosił nas dziś autor bloga Enoeno.

Jeśli Ziemię nawiedziłby kataklizm, a wy moglibyście uratować tylko jedną odmianę, co by to było? Czy wybralibyście egoistycznie – to, co najbardziej lubicie, ekonomicznie – to, co najlepiej się sprzedaje, altruistycznie – to, co daje najwięcej zatrudnienia, czy może odmianę, z której można wyczarować najwięcej stylów, a nawet kolorów. A może jeszcze inaczej? Tak dokładnie brzmiało polecenie zadania na dziś. Sławek jak widać, stawił przed nami niecodzienne wyzwanie i zmusił nasze szare komórki do odrobiny wysiłku. Przygotowania do dzisiejszego Winnego Wtorku nie mogły skończyć się na wyprawie  do sklepu i otworzeniu zakupionej butelki w celu jej zdegustowania. Trzeba było rzeczywiście wysilić zwoje mózgowe, zejść do piwniczki pełnej skarbów i rzucając okiem to tu, to tam wybrać którąś z okurzonych butelek. A potem jeszcze uzasadnić, dlaczego wybrało się akurat tę, a nie inną.

Przez ponad miesiąc, od kiedy znany mi był temat dzisiejszego Winnego Wtorku, chodziłem po sklepach i robiłem porządki w piwnicy szukając tej właściwej butelki. Tej, którą warto byłoby ocalić od zagłady. Sangiovese? Krew Jowisza to dobra odmiana. Jedna z najważniejszych nie tylko we Włoszech, ale i na świecie. Ale czy ten szczep zaspokoiłby gusta wszystkich klientów po zagładzie? Nie, sangiovese odpada… Kandydatów było więcej, każdy jednak z jakiegoś powodu został przeze mnie odrzucony. Możecie sobie wyobrazić ostatnie tygodnie i mętlik, jaki panował w moich winiarskich notatkach. Od odmian włoskich, które pokochałem przez pasję do Italii, przez te międzynarodowe, które wydają się być naturalnie predysponowane do zajęcia wszystkich siedlisk po zagładzie, aż po… No właśnie, po co? Już miałem się poddać, gdy w ręce wpadła mi butelka z winnicy znajdującej się kilka kilometrów od mojego domu. Gaga.

O hybrydach krążą różne opinie, przeważają te negatywne. Trudno nie zgodzić się z większością z nich, nawet jeśli polscy producenci w ostatnich latach udowodnili, że i z mieszańców można wyczarować niesamowite wina. Dlaczego zatem chciałbym ratować jedną z nich, a dokładniej regenta, bo o nim mowa? A to właśnie za sprawą wina Gaga, w którym wspomniany szczep objawił mi się pod postacią dotąd nieznaną, lekką, zwiewną… idźmy jednak po kolei.

Na tegorocznej degustacji win w poznańskim SPOT. miałem okazję zetknąć się z winem z Winnicy Sama Valley po raz pierwszy. Czerwony regent był dla mnie jednym z objawień tego spotkania z winami polskimi. Nawet jeśli beczka w tym winie zdecydowanie przykrywała nieśmiały owoc, gdzieś w tyle głowy buzowała myśl: „ta butelka powstała kilka kilometrów od mojego domu!”. Potem były odwiedziny w Jankowicach. Już wtedy przekonałem się, że Sama Valley zaskoczy mnie jeszcze nie raz. Pierwszym z tych zaskoczeń okazało się Gaga. Delikatna i niezbyt intensywna purpurowa barwa. Nos przepełniony owocami leśnymi przykrytymi bitą śmietaną, dominują świeże truskawki i konfitura z jagód. W ustach znów delikatne nuty owoców leśnych. Świeżych, takich prosto z lasu okrytych jeszcze poranną rosą. Rześkie i potoczyste, krótko mówiąc. Czymże byłoby jednak to wino bez swojego finiszu? Zadziornego, pieprzno-goryczkowego, który stawia kropkę nad „i”… I to jest wino, które chciałbym pić, gdy nie byłoby już żadnego innego.

Nazwa: Gaga

Producent: Sama Valley Winnica Jankowice

Miejsce zakupu: otrzymane od producenta

Cena:

Rodzaj wina: czerwone, wytrawne

Ocena: 5/6

Inni wtorkowicze napisali:

Enoeno ratuje pinot noir

Nasz Świat Win idzie na pomoc rieslingowi

Blurppp rzucił koło ratunkowe primitivo

Winne Przygody również w obronie rieslinga

Enowersytet chce ocalić garnachę

Winiacz chciałby uratować tempranillo

Czerwone czy białe stawia na rieslinga

Wielki powrót Jongleura w obronie pinot noir