Winne Wtorki: wulkaniczna Kampania

Winne Wtorki

Wina wulkaniczne. Temat niesamowicie interesujący i trudny zarazem. Biorąc pod uwagę, że wino w Polsce wciąż jest na etapie wychodzenia z cienia, wina wulkaniczne można by określić niszą w niszy. A na dodatek jest to zagadnienie niemal niemożliwe do zdefiniowania. Bo co łączy je ze sobą poza tym, że dojrzewały na podłożu powstałym w podobny sposób? Konia z rzędem temu, kto poda mi chociaż jedną nutę aromatyczną pojawiającą się we wszystkich winach wulkanicznych! Siarka? Świeżo wylany asfalt? Nuty mineralne? Wolne żarty. Wystarczy kilka win powstałych z owoców dojrzewających na stokach wulkanicznych z różnych regionów winiarskich, aby się przekonać, że wszystkie te próby szufladkowania muszą spełznąć na niczym (o czym przekonało mnie swoją drogą jeszcze bardziej wino degustowane przy dzisiejszej okazji). Co innego jeśli mówimy o trunkach tylko i wyłącznie z jednego, danego rejonu wulkanicznego. Wtedy można już dojść do jakichś wniosków…

Stożki wulkaniczne obecne są w wielu miejscach na świecie. Niemal wszędzie ludzie starają się je okiełznać obsadzając te żyzne grunty najróżniejszymi uprawami. Można się domyślać, że w zamierzchłych wiekach kwestią czasu było wprowadzenie tam winorośli. Sycylia, Oregon, Węgry czy Santorini. Gdzie by nie spojrzeć na ogniste góry, przekonujemy się, że ludzie doszli do tego samego wniosku: to dobre środowisko dla winnych krzewów. A poza samymi wulkanami, ziemia obfituje przecież w rozległe tereny pochodzenia wulkanicznego. To utrudnia jeszcze bardziej rozmawianie na temat tego typu win.

Weźmy na warsztat taką Kampanię. Region od zawsze kojarzony z Neapolem, miastem leżącym w cieniu wielkiego i wciąż niebezpiecznego Wezuwiusza. Sami mieszkańcy miasta bardzo chętnie utożsamiają się z ognistym sąsiadem, mówią, że żyją z nim w symbiozie i biada temu, kto podniesie nań rękę. Od kibolskich przyśpiewek na stadionach (Lavali, lavali, lavali col fuoco…) aż po literaturę najwyższych lotów (Qui sulle brulle pendici, del terribile vulcano, Vesuvio, distruttore di genti…), Wezuwiusz zajmuje bardzo ważne miejsce w kulturze i codzienności mieszkańców Neapolu. Aż dziw bierze, że lokalni winogrodnicy nie odwołują się doń równie chętnie. Cała przecież Kampania to region naszpikowany wulkaniczną historią. Winnice oddalone o dziesiątki kilometrów od Wezuwia czerpią z jego spuścizny. W poszukiwaniu butelki na dzisiejsze Winne Wtorki musiałem niemało się natrudzić. Jak się okazuje, wulkaniczne południe Włoch nie jest w Polsce wcale takie popularne. Apulijskie primitivo zalewa sklepowe półki i panoszy się tam niepodzielnie. Tu i ówdzie pojawi się ciekawsza etykieta z Sycylii (chociaż bardzo rzadko z Sycylii wulkanicznej, to znaczy z Etny). Dla Kampanii miejsca, wydawać by się mogło, brak. Nawet o Barolo południa, jak przyjęło się nazywać aglianico produkowane w apelacji Taurasi DOCG, niezbyt łatwo.

Koniec końców udało mi się zdobyć wino oparte na jednym z flagowych białych szczepów Kampanii (któż by pił przy takich upałach mocarne Taurasi!). Falanghina to jedna z tych odmian, dla której Włosi bardzo chętnie doszukują się greckich korzeni. I nawet jeśli naukowcy zgodnie twierdzą, że jest to vinifera bardzo stara, na potwierdzenie hellenistycznego rodowodu nie ma (jeszcze!) żadnych twardych dowodów. Wiadomo natomiast, że już w czasach Imperium Rzymskiego falanghina cieszyła się dużą popularnością i chętnie obsadzano nią kolejne stoki. Sama nazwa szczepu wzięła się od słowa falanga (polskie znaczenie wyrazu falanga nie ma tu nic do rzeczy), to znaczy wysokiego pala, który służył do podtrzymywania winorośli uprawianych…w starożytnej Grecji (chociaż jakiś pierwiastek hellenistyczny się pojawia). Daje ona wina raczej dobrze zbudowane z ładnie zarysowaną kwasowością, w których bukiecie pojawiają się takie owoce jak brzoskwinie, ananas, jabłka.

W moim kieliszku tym razem wylądowała falanghina od jednego z najbardziej znanych producentów z Kampanii. Gospodarstwo założone przez rodzinę Capaldo w 1986 roku, Feudi di San Gregorio, dziś pomimo rozległych posiadłość (ponad 300 hektarów winnic) i dużego wolumenu produkcji zachowuje wysoką jakość swoich win i już najniższe etykiety mogą dać jakieś wyobrażenie o tym co może zaoferować ten region. W rzeczy samej, ich falanghina kryjąca się pod nazwą Albente ma ciemną, złocistą barwę. W nosie dominuje mieszanka kwiatowo-ziołowa. Po chwili pojawiają się również dojrzałe białe owoce (brzoskwinia, jabłko). W ustach sporo ciała, a wyraźna cytrusowa kwasowość odciąża całość i nadaje świeżości. Wyraźnie wytrawne, z nikłą zaledwie ilością cukru resztkowego, wręcz proszące się o talerz świeżych owoców morza (a gdzie jak gdzie, ale w Kampanii o to nietrudno). Czy jest to wino wulkaniczne? Cóż, o ile co do pochodzenia szczepu nie mamy pewności, to co do tej butelki tak, owoce uprawiano na glebach pochodzenia wulkanicznego. A czy da się wyczuć to w samym winie, to już zupełnie inna historia…

 

Nazwa: Albente

Producent: Feudi di San Gregorio

Miejsce zakupu: Vininova

Cena: 46zł

Rodzaj wina: białe, wytrawne

Ocena: 3,5/4

 

 Inni wtorkowicze napisali:

Nasz Świat Win i ich wulkaniczne odkrycie

Winne Przygody na wygasłym wulkanie w Somló 

Winne Wtorki: winiarskie zaskoczenie ubiegłego roku

Winne Wtorki

Kiedy Gustaw, autor bloga Przy winie, zaproponował temat dzisiejszych Winnych Wtorków, miałem niełatwy orzech do zgryzienia. Wino, które nas zaskoczyło w ubiegłym roku. Problem w tym, że raczej staram się opisywać natychmiast po wypiciu wszystkie te butelki, które mnie zachwyciły. Czy to poświęcam im obszerne posty, czy też wrzucam krótkie notki na profilu facebookowym Italianizzato, ślad po nich pozostaje. A jeśli jakiegoś wina nie opisałem, to po prostu uważałem, że nie było ono tego warte. Czytaj: nie wywołało ono u mnie żadnych emocji.

W pierwszej chwili chciałem się skupić na którymś z win odnalezionych na Sandomierskim Szlaku Winiarskim. Te jednak już prezentowałem w ramach serii wpisów Enoturystyka na dwóch kółkach. W sukurs przyszła Winkolekcja, która niedawno zorganizowała w Poznaniu degustację win z ich portfolio zapraszając przy tym niektórych producentów, aby sami zaprezentowali swoje produkty.

Na wspomnianą degustację wpadłem jak po ogień i mając zaledwie godzinę wolnego czasu zdecydowałem się spróbowanie tylko kilku butelek. Traf chciał, że już na samym wstępie znalazłem się w objęciach przedstawicielki Vini Velenosi, Annalisy. Przyjechała ona do Polski z regionu raczej mało znanego na arenie międzynarodowej, żyjącego w cieniu wielkiej Toskanii, tłustej Emilii-Romanii czy usłanej krzewami oliwnymi Umbrii, a mianowicie z Marchii. O ile sama nazwa regionu niektórym obiła się o uszy, o tyle jeśli chodzi o wina pochodzące z tych rejonów to rzadko kto bez trudu wymieni jakąkolwiek apelację. No ok, jest Verdicchio dei Castelli di Jesi, ale i tak trafia ono sporadycznie w zacnych egzemplarzach na nasz rynek (pomijam tutaj masowo produkowane zlewki, które pojawiają się czasem na półkach marketów).

Nie na tym jednak dziś się skupię, bo Verdicchio dei Castelli di Jesi raczej nie należy do win zaskakujących. Zgoda, ze spokojem możemy zaklasyfikować je do grupy smacznych i porządnie zrobionych, ale na pewno nie wywołujących zaskoczenie u degustujących. Od słowa do słowa Annalisa poprowadziła mnie przez historię winnicy Velenosi znajdującej się na południu Marchii, tuż przy granicy z Abruzzo (ten region z kolei boleśnie doświadczyły w ostatnich latach trzęsienia ziemi). Rodzinny projekt rozpoczął się w 1984 roku. Właściciele początkowo stawiali na odmiany międzynarodowe, ale wystarczyło zaledwie kilka lat produkcji, aby przekonali się, że potencjał ich terroir uwydatnia się najlepiej w odmianach lokalnych. Kolejne dokupywane hektary były obsadzane takimi szczepami jak pecorino, passerina czy trebbiano i verdicchio. Wśród czerwonych pojawił się italski szlagier, sangiovese, oraz jeden z enologicznych skarbów Marchii, lacrima di Morro d’Alba.

Ten ostatni gościł w moim kieliszku zaledwie kilka razy, zawsze jednak wywoływał na mojej twarzy zaskoczenie. Szczep raczej trudny w uprawie bo podatny na choroby i bardzo lubiany przez szkodniki, w południowych częściach Marchii, a zwłaszcza w prowincji Ancona, udaje się znakomicie i pokazuje swe najpiękniejsze (to znaczy ekstremalnie aromatyczne) oblicze. Nic więc dziwnego, że już w 1985 roku włoski rząd stworzył specjalnie dla niego apelację Lacrima di Morro d’Alba DOC. Produkcja jest niewielka, zarówno jeśli mówimy o samej winnicy Velenosi, jak i o wszystkich winiarzach w apelacji. Ma to dwojakie skutki. Wina na bazie szczepu lacrima trzymają dość równy poziom, raczej wszyscy producenci dbają o zachowanie jak najlepszej jakości. Z drugiej jednak strony ze świecą ich szukać u większości importerów (chociażby w Polsce), bo zdecydowana większość zostaje sprzedana albo na miejscu, w regionie, albo co najwyżej na terenie Włoch.

Do sedna: jak smakuje lacrima i czemu wywołuje takie zdziwienie? Wyobraź sobie, Czytelniku, wino aromatyczne niczym porządny gewürztraminer. A teraz wpleć te aromaty w delikatną, ale kwasową strukturę pinot noir. Rozumiem, że raczej ciężko to sobie poukładać w głowie, dlatego śpieszę z pomocą na bazie konkretnego przykładu. Wino od Velenosi ma jasną, niezbyt mocno wysyconą barwę, jest prześwitujące. Już na tym etapie pojawia się pierwsze skojarzenie z pinotem. W ustach porządna dawka kwiatów róży, piwonii i fiołków. Dopiero po chwili pojawia się garść miękkich owoców. Rozwijają się nuty jagód, malin i poziomek. Taki obraz aż się prosi o porównanie poziomu aromatyczności z gewürzem. Dochodzimy jednak do ust, w których wino atakuje owocową, żywą kwasowością. Są też delikatne, miękkie taniny. Obok wymienionych wyżej aromatów w tle pojawiają się również ściółka leśna i czarna herbata. Średnia budowa, dużo kwasowości i bogactwo aromatów sprawiają, że Querciantica Lacrima di Morro d’Alba jest wręcz idealnym kompanem wielu dań. Już przy pierwszym zetknięciu się z tym winem każdy, kto ma choć odrobinę zacięcia do gotowania, zaczyna szukać najlepszych połączeń. Moi drodzy, nic nie stoi na przeszkodzie, abyście spróbowali i Wy!

P.s. Według mnie absolutnym numerem jeden pozostaje połączenie hołubiące kulinarnej zasadzie decorum: wino z Marche, przepis z Marche – Olive all’Ascolana. Buon appettito!

 

Nazwa: Querciantica Lacrima di Morro DOC

Producent: Vini Velenosi

Miejsce zakupu: Winkolekcja

Cena: 55zł

Rodzaj wina: czerwone, wytrawne

Ocena: 4,5/6

 

Inni wtorkowicze napisali:

Nasz Świat Win zdziwiony również Włochami

Blurpppa zakoczyła najnowsza oferta Biedronki

Pomysłodawca tematu zdziwiony świetną zawartością odpustowej butelki

Enoturystyka na dwóch kółkach: Winnica Sandomierska

Podróże, Winne Wtorki, wino

Z Ostrowca Świętokrzyskiego wyjechaliśmy o poranku. Był weekend majowy, więc ruch w mieście nie specjalny. Dla nas lepiej, ponieważ pierwsze kilometry w kierunku Sandomierza (a przede wszystkim Winnicy Sandomierskiej) mieliśmy przemierzyć jadąc ścieżką rowerową wzdłuż ruchliwej zazwyczaj drogi w stronę Ożarowa.

Pogoda zaczęła się psuć, wiatr wiał nam w twarze niemiłosiernie. Wlekliśmy się niczym żółwie, a poprzednie dni na rowerowym siodełku dawały nam o sobie znać nie poprawiając sytuacji. Zatrzymaliśmy się w Ćmielowie, gdzie Ł. i D. koniecznie chcieli zwiedzić Polską Fabrykę Porcelany. Niezbyt zainteresowani tematem, w tym czasie, ja i I. nadrobiliśmy zaległości odpowiadając na dziesiątki wiadomości. Wyjazd rowerowy pod namioty ma jedną z tych zalet, że człowiek jest poniekąd odcięty od świata i naprawdę odpoczywa od codzienności. Do czasu…

Ł. i D. zakończyli swoją wycieczkę po ćmielowskim muzeum porcelany po około godzinie. Wsiedliśmy na rowery i ruszyliśmy w dalszą trasę, za sobą mieliśmy dopiero nieco ponad 10km, a od celu naszej dzisiejszej wyprawy dzieliło nas kolejne 35.

***

Było już wczesne popołudnie, do winnicy mieliśmy wciąż dobre kilka kilometrów, ale zmieniający się krajobraz jednoznacznie wskazywał, że znajdowaliśmy się już blisko naszego celu podróży. Łagodne wzniesienia zastąpiły teraz strome podjazdy i zjazdy. Dwa czy trzy razy przejechaliśmy już przez lessowe wąwozy to gnając na złamanie karku dzięki sile grawitacji, to mozolnie wdrapując się na następne wzgórze.

Minęliśmy kolejny tego dnia znak ostrzegający o stromym zjeździe, mocniej chwyciliśmy kierownice rowerów i puściliśmy się w dół drogi, która prowadziła do Garbowa, rodzinnej miejscowości Zawiszy Czarnego i Generała Józefa Dowbora Muśnickiego (o ile ten pierwszy znany jest raczej większości Polaków, o tyle z tyle ze znajomością tego drugiego, ubolewam, jest znacznie gorzej). W centrum wioski znajduje się tablica upamiętniająca wielkiego polskiego rycerza. Jest tam też niewielka izba pamięci. Na drzwiach wisiała kartka z numerem telefonu, pod który należało dzwonić, aby spotkać się z Zawiszą. Niestety po trzech nieodebranych połączeniach odpuściliśmy i ruszyliśmy w dalszą drogę, Winnica Sandomierska znajdowała się prawie tuż za rogiem.

***

Kolejny wąwóz przed nami. Zjazd był tym razem bardziej stromy niż wszystkie pokonane dotychczas. Po prawej i lewej stronie mijaliśmy to grubsze, to cieńsze konary i korzenie, które przecinały intensywnie żółtą glebę. Obładowane bagażami rowery przy nadmiernej prędkości traciły równowagę i niebezpiecznie się chybotały, przez co użycie hamulców było konieczne już w połowie wąwozu. Pomimo nieustannych prób zwalniania, rowery przyśpieszały w zaskakującym tempie pchane wspomnianymi sakwami i innymi ładunkami. Do moich nozdrzy dotarł zapach przegrzanych klocków hamulcowych. Na szczęście właśnie dojechałem do końca wąwozu. Ł. i D. niesieni większym ciężarem tandemu odstawili nas trochę. Razem z I. minęliśmy kolejny zakręt i już ich widzieliśmy. Zobaczyliśmy też sporych rozmiarów biały dom i baner reklamujący cel naszej dzisiejszej podróży.

Zaparkowaliśmy przy przetwórni. Po chwili wyszedł z niej gospodarz, Marceli, właściciel Winnicy Sandomierskiej. Pomimo, że był to weekend majowy, pracy miał co nie miara. Wskazał nam szybko miejsce w ogrodzie, w którym mogliśmy rozbić namioty i wrócił do swoich obowiązków. Jeszcze zanim powstało nasze mikro obozowisko, wiedzieliśmy, że będzie to idealne miejsce na nocleg. Miękka trawa pod nami (po spaniu w środku lasu na ściółce wymieszanej z gałęziami to naprawdę był luksus), z jednej strony widok na pasiekę, z drugiej na położoną ponad nami winnicę łagodnie wznoszącą się ku horyzontowi.

Z Marcelim umówiliśmy się na wieczór, mieliśmy jeszcze jakieś dwie godziny dla siebie, więc na własną rękę zwiedziliśmy okolicę. Kątem oka dostrzegaliśmy co jakiś czas autokary i grupy wycieczkowe, które przyjechały tu z Sandomierza, aby zobaczyć winnicę i poznać podstawy uprawy winorośli.

***

Właściciel winnicy zaprosił nas na degustację, gdy na dworze było już ciemno. Ostatni zwiedzający opuścili gospodarstwo kilkadziesiąt minut temu. Rozsiedliśmy się w przestronnej, niedawno wyremontowanej, salce degustacyjnej. Gospodarz zaczął snuć opowieść o gospodarstwie i historii rodziny. Niemałym zaskoczeniem był dla nas fakt, że uprawę winorośli w rodzinie zapoczątkował nie Marceli, nie jego ojciec, a nawet nie jego dziadek. Pierwsze krzewy winne w gospodarstwie zasadził pradziadek Marcelego, a jeden z najstarszych rośnie po dziś dzień pod ścianą białego domu. Prawnuk założyciela pierwszej parceli postanowił wrócić do korzeni i wznowić uprawę. Doświadczenie zdobył już przy zakładaniu pierwszej winnicy uniwersyteckiej w Polsce, to znaczy winnicy przy Uniwersytecie Rolniczym im. Hugona Kołłątaja w Krakowie.

To właśnie tam Marceli stawiał pierwsze kroki w winiarskim świecie. Także tam nabrał przekonania do hybryd. Otwarcie wyznaje, że mieszańce stanowią trzon jego winnicy i za szybko się to nie zmieni (chociaż pierwsze nasadzenia vinifer zostały już poczynione). Właściciel Winnicy Sandomierskiej nie tworzy kupaży, wszystkie jego wina produkowane są w oparciu wyłącznie o jeden szczep. Jak tłumaczy, chce najpierw wychować konsumentów i klientów, chce pokazać im cechy poszczególnych odmian. Na kupaże i szczepy winne przyjdzie jeszcze czas. Mając jeszcze w pamięci słowa Tomasza, u którego gościliśmy poprzedniego wieczora, znów doszliśmy do wniosku, że na naszej drodze poznajemy nie tylko winnice, ale przede wszystkim ludzi, którzy podchodzą do tego samego zagadnienia w zupełnie inny sposób. Zapewne różne filozofie i teorie głoszone przez poszczególnych winiarzy z Sandomierszczyzny mają swoje silne i słabe strony, o tym które z nich sprawdzą się w dłuższej perspektywie przekonamy się nie wcześniej jak za kilkanaście lat.

Wracając do miejsca, w którym przebywaliśmy tamtego wieczora. Winnica Sandomierska to tak naprawdę jedynie wycinek działalności, jaką zajmuje się Marceli i jego rodzice. W gospodarstwie powstają również sery dojrzewające, jest pasieka, a co za tym idzie produkcja miodów. Są wreszcie sady owocowe, piaskowania i… przetwórnia wpisana na listę Dziedzictwa Kulinarnego Świętokrzyskiego, w której produkowane są różnego rodzaju kiszonki z warzyw i inne przetwory.

Podczas gdy gawędziliśmy z właścicielem, w kieliszkach znalazł się Seyval Blanc z 2016 roku. Wino miało jasną suknię. W nosie dominowały nuty zielonego jabłka, było też niezbyt intensywne ziołowo-kwiatowe tło. Na języku dało się wyczuć wyraźną kwasowość i nieco goryczki na finiszu. Całość sprawiała wrażenie lekkości i rześkości. Na pewno to wino sprawdziłoby się jako aperitif, a i do lekkich ryb bym nim nie pogardził.

Różowy Marechal Foch (ukłon w stronę dzisiejszej edycji Winnych Wtorków, których tematem są różowe wina z Europy Środkowej – w tym z Polski), również z 2016 roku, z początku był nieco zamknięty. Wino zaczęło się otwierać dopiero po mocnym dotlenieniu. Wyczuwalny z początku aromat lekarstwa na kaszel (jak stwierdził Ł., lekarz z zawodu) został zastąpiony kompotem truskawkowym i dojrzałymi poziomkami. W ustach również różowe owoce, a całość okraszona sporą dawką cukru resztkowego.

Solaris 2016 miał nieco ciemniejszą barwę niż próbowany wcześniej Seyval. Obdarowywał mocno aromatycznym nosem, zdominowanym przez nuty kwiatowo-owocowe z miodowym tłem. Spora kwasowość została skutecznie zdominowana przez wysoki cukier resztkowy. Zabieg ten sprawił, że wino to nie jest wymagające. Ot, taki niezobowiązujący, aczkolwiek porządny, towarzysz letnich wieczorów. I. była zachwycona.

Na koniec pozostał Regent rok starszy od pozostałych towarzyszy. Fermentował w stali, po czym dojrzewał przez rok w dębinie. Wino miało ciemnoczerwoną, mocno intensywną barwę z brunatną głębią. W nosie przyjemny owocowo-beczkowy bukiet. Dominowały owoce jagodowe, pojawiło się też trochę śliwek. Co najważniejsze, nie było tu nawet śladu po charakterystycznych dla tego szczepu buraczkach. W ustach niziutka kwasowość przez co całość wydawała się trochę płaska. Na pewno schłodzenie go nawet do 12˚C zadziała na jego korzyść, czego doświadczyliśmy próbując Regenta rok starszego…

…wspomnianą powyżej butelkę Regenta z 2014 otworzyliśmy do kolacji. W menażkach znalazła się kasza z sosem serowym, danie raczej mdłe ze zdecydowanie dominującą solą. Wspomniane wino sprawdziło się w tym połączeniu idealnie. Niska temperatura uwypukliła taniny, a sos na bazie serów wyciągnął na wierzch całą kwasowość, jaką kryła w sobie butelka. Było to na pewno połączenie o niebo lepsze od poprzedniego, którego mieliśmy okazję „doświadczyć” dwa dni wcześniej popijając półsłodkim frizzante kaszę z kiełbasą i serem…

***

Obudziliśmy się wczesnym rankiem. Pierwszy widok po wyjściu z namiotu nie mógł nie nastrajać nas pozytywnie, winnica w świetle pierwszych promieni słońca robiła niesamowite wrażenie. Nie mieliśmy jednak czasu podziwiać tego widoku zbyt długo, czekał na nas Sandomierz i Winnica św. Jakuba, ostatni punkt naszej wyprawy. Odwiedziny w Winnicy Sandomierskiej były dla nas bardzo ciekawym doświadczeniem. Mając już jakiś bagaż doświadczeń po kilku dniach i odwiedzeniu pozostałych winnic, mogliśmy skonfrontować opinie poszczególnych producentów i porównać je ze sobą. Nasze kubki smakowe też zaczęły kalibrować się na wina z Sandomierszczyzny, a po tych kilku dniach byliśmy w stanie dostrzec pewne cechy wspólne i ewentualne różnice. Marceli pokazał nam nie tylko swoje gospodarstwo, ale i otworzył przed nami rodzinną historię, która wiąże się z obecnością winorośli w okolicach Sandomierza. Jednak prawdziwy powrót do pierwszych winnych krzewów w Świętokrzyskim dopiero nas czekał, o tym w kolejnym wpisie…

 

Pozostali wtorkowicze napisali:

Autorzy bloga Winniczek sięgnęli po różowego Cfajgelda z… Winnicy Modła!

Blurppp rozwodzi się nad tym czym jest Europa Środkowa i otwiera róż z Węgier

Winne Wtorki: za stare by pić

Winne Wtorki

Jak wino, im starsze tym lepsze. Jak bardzo byśmy nie próbowali uciec od tego porównania, jak często byśmy go nie negowali, wróci ono do nas prędzej czy później ze zdwojoną siłą. W świecie, w którym już spora grupa konsumentów doskonale wie, że nie każde wino, a właściwie ich zdecydowana większość, wraz z wiekiem niekoniecznie przybiera uroku, wciąż nietrudno o znawcę, który stojąc przy półce suto zastawionej najróżniejszymi butelkami, sięgnie po tę najstarszą.

Cóż, świadczy to tylko o jednym: dużo jeszcze pracy przed producentami, importerami, dziennikarzami i blogerami, aby uświadomić klientom, że powiedzenie „im starsze tym lepsze” prawdziwe jest tylko w niewielkim procencie, bo tylko taki odsetek światowej produkcji nadaje się do przechowywania przez długie lata. Mało tego, duża część tego niewielkiego odsetka trafia nie tam, gdzie wina kupuje najczęściej statystyczny Polak, to znaczy nie na marketowe półki.

Nieco na przekór marketowym znawcom, chciałoby się rzec „im młodsze tym lepsze”. Pamiętajmy o tym, gdy następnym razem będziemy zastanawiać się co położyć w koszyku obok świeżej bagietki, wiejskiego twarożku i kilograma ziemniaków… A jeśli mamy wątpliwości co do tego, jaki wiek jest odpowiedni dla wybranego przez nas wina, weźmy dwie butelki. Jedną otworzymy dziś, drugą za dwa lub trzy lata i spróbujmy porównać ich smak i zapach.

Do podobnego testu zaprosił nas Irek, autor bloga Blurppp. Tematem dzisiejszych Winnych Wtorków jest bowiem wino za stare. O zakup takiego nietrudno. Wystarczy wybrać się do pierwszego lepszego marketu, gdzie zalegają leciuchne biele z przed kilku lat lub udać się na poszukiwanie mega promocji u importerów. Wino, jak każdy inny produkt spożywczy, ma określony czas przydatności do spożycia. To, że producent o tym nie informuje na etykiecie, jeszcze o niczym nie świadczy. Wiedzą o tym najlepiej osoby, które wina sprzedają. Każde wino, które zaczyna wchodzić w fazę schyłkową, należy wypchnąć z magazynu jak najszybciej, stąd też czasem pojawiają się świetne okazje (choć oczywiście nie zawsze promocja wiąże się z wiekiem danej butelki).

IMG_8106

Ja odpowiedniej butelki szukać daleko nie musiałem, bo leżała ona u mnie w piwnicy. Jak większość zapalonych amatorów wina, mam w zapasach kilka butelek, których nie zdążyłem otworzyć na czas. Z różnych powodów, a to nie ma okazji, a to pogoda nie pasuje, a to na talerzu coś, co domaga się innej butelki… i tak dalej i tak dalej. Dwa lata temu przytargałem w bagażu z Toskanii kilka butelek, wśród nich było również Ercolani Nobile di Montepulciano Riserva 2008. Gdy próbowałem go jeszcze w podziemiach należących do producenta, wydawało mi się winem gotowym do picia, będącym w kwiecie wieku. Napisałem wtedy:

 

Wyprodukowane z Prugnolo Gentile i Canaiolo Nero ciężkie i głębokie wino charakteryzuje się ciemnofioletowym, niemalże granatowym i aksamitnym kolorem. Ma mocny kręgosłup i dużo ciała. Potężna dawka beczki i dżemów owocowych. Na pierwszym planie powidła śliwkowe, wędzona śliwa, jeżyny i czarna porzeczka. Bohaterowie drugoplanowi to lukrecja, wanilia i skóra. Statyści w postaci żurawiny i tytoniu. Od śródsmaku do bardzo długiego finiszu ciągną się taniny, eleganckie, ale też nieco agresywne. Warto dotleniać to wino przez 2-3 godziny przed spożyciem. Cena 18 euro może odstraszać, ale jestem przekonany, że ta Riserva jest warta każdego eurocenta. Wino do picia natychmiast.

IMG_8115.JPG

Wino poddałem ponownemu testowi z okazji dzisiejszych Winnych Wtorków, mając niewielką nadzieję, że po tym czasie będę już w stanie wychwycić pierwsze oznaki wieku starczego. I tak do kieliszka trafiło wino o aksamitnej czerwonej barwie z zauważalnymi refleksami w kolorze ceglastym. Wspomniane wyżej granatowe odcienie zniknęły bezpowrotnie. W nosie nie pojawiły się już ani jeżyny, ani czarna porzeczka. Wędzona śliwka i powidła stały się nieco przygaszone, choć wciąż dość intensywne. Świeżości za grosz. Jest za to wciąż odrobina tytoniu i skóry, są również aromaty mokrej leśnej ściółki i zbutwiałych liści. W ustach zdecydowanie skromniej, z dawnego bogactwa aromatów pozostało niewiele. Kwasowość i taniny również znacząco się wycofały. Znów garść zbutwiałych liści, mocno przesmażonych śliwek i kropla octu balsamicznego. Wino wciąż daje dużo radości, ale nie da się zaprzeczyć, że znajduje się w swojej fazie schyłkowej.

Może nie jest to najlepszy egzemplarz na dzisiejsze Winne Wtorki, bo moja Riserva miała wciąż sporo życia i nie do końca zgasła, ale porównanie opisów sporządzonych w odstępie dwóch lata daje do myślenia. Pamiętajmy zatem przy następnych zakupach: im młodsze, tym lepsze!

 

Nazwa: Nobile di Montepulciano Riserva 2008

Producent: Ercolani

Miejsce zakupu: u producenta

Cena: 18 euro

Rodzaj wina: czerwone, wytrawne

Ocena: 4/6

 

Inni wtorkowicze napisali:

Irek sięgnął po hiszpański róż

Nasz Świat Win sprawdził jak się starzeje Lugana

Winne Wtorki: Negroamaro dla obcych

Winne Wtorki

Jakim winem poczęstowałbyś przybyszów z innej planety, aby pokazać im jakie wspaniałości rodzi nasza Ziemia?

Na to pytanie, przynajmniej na pierwszy rzut oka, nie da się znaleźć sensownej, a już na pewno nie jednoznacznej, odpowiedzi. Zdefiniowanie motywu przewodniego dzisiejszego wpisu i dopasowanej doń odpowiedniej butelki przyszło mi z niemałym trudem. Z pierwszym zadaniem poradziłem sobie samemu, w realizacji drugiego przyszła mi w sukurs Słoneczna Winnica. Idźmy jednak po kolei, wróćmy do źródła, a tym jest Robert, autor bloga Winiacz, który właśnie tak karkołomny temat zaproponował na dzisiejszą edycję Winnych Wtorków.

Jako osoba twardo stąpająca po ziemi, nieco dopasowałem wspomniane we wstępie pytanie do tezy, z jaką dziś występuję. Trudno mi dywagować na temat istot pozaziemskich. Nie mam o nich żadnego pojęcia, nie za bardzo chce mi się w nie wierzyć, nie rozumiem też do końca całego szumu medialnego, który wybucha za każdym razem, gdy pojawia się wiadomość o bliskim spotkaniu n-tego stopnia. Skupiłem się zatem na drugiej części pytania, która mnie wydała się bardziej istotna: aby pokazać im jakie wspaniałości rodzi nasza Ziemia. Po pierwsze: im, czyli komu? Po drugie: jakie wspaniałości?

Zadałem sobie kilka prostych pytań: po co lecieć z butelką wina w kosmos, skoro wciąż przygniatająca większość ludzi, którzy żyją tuż obok rzeczonych wspaniałości nie ma o nich pojęcia. Czy nie lepiej pokazywać niesamowitą siłę natury istotom, które są nią otoczone, a wciąż nie poznały jej nawet w ułamku? O wiele bardziej od wyimaginowanych dyskusji przy kieliszku czerwonego z kosmitami, wolę dysputy z enogastronomicznymi laikami łaknącymi wiedzy i smaku przy suto zastawionym stole w akompaniamencie odpowiednich trunków. Ten oto krótki tok rozumowania doprowadził mnie do prostego stwierdzenia: odpowiedzią na zawarte w dzisiejszym temacie pytanie jest wino niezbyt skomplikowane, które sprawdzi się zarówno przy posiłku, jak i podczas dogorywającej dyskusji wyłącznie z kieliszkiem w dłoni.

Negroamaro z Apulii wydawało mi się dobrym kandydatem. Nieoczywiste, bo żyjące w cieniu sławy południa Włoch, primitivo, a zatem idealnie nadające się do niesienia kaganka oświaty. W dydaktyczny dyskurs dodatkowo można wpleść pierwiastek lingwistyczny napominając o pochodzeniu nazwy szczepu. Negroamaro w prostej linii pochodzi od niuru maru, czyli czarne gorzkie. Nietrudno znaleźć związek z cechami organoleptycznymi wina: ciemny kolor i charakterystyczna goryczka (nierzadko dość wyrazista, co na szczęście w połączeniu z odpowiednim kulinarnym akompaniamentem sprawdza się idealnie). Przy okazji napomknąć można, że szczep ten jest szóstym w kolejności pod względem wielkości zbiorów we Włoszech oraz, że aktualnie wraz z innymi lokalnymi smaczkami jest na fali wznoszącej (czy już wspominałem, że chęć bycia na czasie i podążania za modą można wykorzystać również dla bardziej wzniosłych celów?).

Tyle teorii. Praktyka zweryfikowała moje tezy i w niektórych punktach oddała im rację, w innych nie. Nigra, czyli stuprocentowe negroamaro z Apulii idealnie sprawdziło się z talerzem carbonary. Chociaż wino nie miało styczności z beczką, w nosie nie pojawiły się jedynie świeże owoce. Dało się wyczuć mocno dojrzałe ciemne owoce (jeżyny, nieco śliwek, jagody), korzenne tło, a nawet nikła nutę dymną. Ta mieszanka wydawała się wręcz stworzona po to, aby towarzyszyć zapachowi wędzonego podgardla, które wylądowało w makaronie. Całość ułożyła i wygładziła się po około godzinie, gdy wino nabrało powietrza. W tle nadal jednak majaczyła nuta wędzonki i skóry. W ustach ładna, żywa kwasowość, tuż za nią podążała wyraźna goryczka. Samo w sobie trochę męczyło, ale z nitkami makaronu oblepionymi kremowym żółtkiem i podgardlem było bezbłędne. Odrobina tanin zawartych w winie wystarczyła, aby kompensować przyciężkawe spaghetti. To negroamaro zdecydowanie pokazuje swoją najlepszą stronę w towarzystwie jedzenia, a już na pewno, gdy na talerzu znajdzie się chociaż mały wędzony akcent. Polecam do posiłku. I do częstowania kosmitów lub po prostu ludzi…

Nazwa: Nigra Negroamaro IGP

Producent: Romaldo Greco

Miejsce zakupu: Słoneczna Winnica

Cena: 49zł (moje wino otrzymałem od importera)

Rodzaj wina: czerwone, wytrawne

Ocena: 4,5/6