Winne Wtorki: czas na Porto

Winne Wtorki

Ostatnia edycja Winno Wtorkowych przemyśleń była dobrą okazją do pożegnania się z latem przy pomocy białego kupażu prosto z Tokaju. Autor bloga Blurppp, Irek, zaproponował, abyśmy dziś sięgnęli po wina z Doliny Douro. Jakoś mi się nie widziało wlewać do kieliszka w połowie października asfaltowe czerwienie z jednego z najgorętszych regionów winiarskich na świecie. Na szczęście autor pomysłu pozwolił na pełną dowolność, a więc obok rozpalonych słońcem wytrawnych czerwieni, mogliśmy sięgnąć po… Porto!

Pewnie pukacie się w głowę i zastanawiacie, w którym miejscu ciężkie porto ma być lepsze na nie-do-końca-zimowe dni od pełnych (ale wyzbytych ze słodyczy) czerwieni. Otóż, Szanowni Czytelnicy, istnieje pewna furtka, która sprawia, że powyższe pytanie retoryczne jest nie do końca takowym. Białe porto! Butelka wspomnianego złocistego słodkiego trunku spoczywa w mojej piwniczce od długich miesięcy. A że dotychczas żadna okazja nie wydawała się być dostatecznie dobrą, aby ją otworzyć, dziś nie było odwrotu.

IMG_9252

Zielona butelka Porto Insígna White przeleżała na mojej półce około dwóch lat. Nie pamiętam już dobrze w jakich okolicznościach do mnie trafiła, ani ile przyszło mi dokładnie za nią wówczas zapłacić. Wydaje się, że producent zrobił wszystko, aby ciekawski winopijca nie trafił na jego stronę internetową. Po kilkudziesięciu minutach poszukiwań mnie się jednak udało. Wspomniane porto to kupaż kilku lokalnych odmian (viosinho, malvasia fina, gouveio, arinto, cercial, rabigato). Producent określa je jako „mineralne, świeże i krągłe”. Z tych trzech przymiotników do trunku pasował mi jedynie ostatni. Wino ma złocistą suknię, w nosie dominuje od samego początku beczka. Ciężka, waniliowa, odurzająca. Dopiero po długim czasie przebija się przez nią wosk i nuty orzechowe. Ale wszystko to na nic, bo w ustach znów dębina. Całość krągła, to znaczy krąży wokół drewna, które wydaje się być odmienione przez wszystkie przypadki. Dodatkowo goryczkowy finisz, niziutka kwasowość i wyczuwalny w ustach alkohol pomimo porządnego schłodzenia butelki. To nie jest porto, którym chciałbym rozpoczynać jesień.

Dawno już nie przestrzegałem Was przed jakimś winem i właśnie Insígna przerywa tę passę. Producent doradza serwowanie na lodzie z tonikiem lub wodą i plasterkiem cytryny. Zgodzę się w zupełności, pod taką postacią da się wypić więcej niż kilkadziesiąt mililitrów. To ja jednak pójdę po te asfaltowe wytrawne lub sięgnę po czerwone porto…

 

 

Nazwa: Porto White

Producent: Insígna

Miejsce zakupu:

Cena: 30-40zł

Rodzaj wina: białe, słodkie

Ocena: 2,5

 

Inni wtorkowicze napisali:

Blurppp filmowo degustuje 2 PR Iter 2014

Nasz Świat Win sięgnął po dobrze znane Quinta do Vallado

Reklamy

Winne Wtorki: bielą z Węgier żegnam lato

Winne Wtorki

Jesień kojarzy mi się z Tokajem. Nie mam pojęcia dlaczego i domyślam się, że nie ma w tym ani trochę logiki. Moja stopa jeszcze nie stanęła w tym winiarskim regionie położonym na północy Węgier, którego sława dotarła już chyba do wszystkich zakątków na ziemi. Może we wrześniu moje myśli kierują się ku Aszú, furmintom i najróżniejszym puttonom, bo ukochane Włochy nie mają do zaoferowania zbyt dużo na tę porę roku? Przecież jest jeszcze zbyt wcześnie i zbyt ciepło na rozgrzane słońcem sangiovese z Toskanii lub wina z południa Półwyspu Apenińskiego! Chociaż, patrząc na zagadnienie z innej strony, właśnie teraz powinienem sięgać po nic innego, jak czerwienie z Piemontu w akompaniamencie najszlachetniejszych grzybów świata, trufli…

Tegoroczny wrzesień dostarcza nam wielu okazji ku żegnaniu się z latem dzięki słonecznym i nadzwyczaj ciepłym dniom. Ile to już białych lub różowych, koniecznie dobrze schłodzonych, win otworzyłem, aby uroczyście podać sobie rękę na do widzenia z najcieplejszą porą roku. I ile to już razy musiałem sięgnąć po kolejną lekką biel, bowiem jesień zaskoczyła mnie następnym przyjemnym popołudniem. Okazją ku jeszcze jednemu pożegnaniu (szczerze przyznam, że mam nadzieję iż nie ostatniemu) jest dzisiejsza edycja Winnych Wtorków. Rober, autor bloga Winiacz, zaproponował, abyśmy sięgnęli po białe wina z Węgier. Ok, nie do końca z kraju Orbána, a dokładniej wyprodukowane ze szczepów węgierskich, co mimo wszystko w dużej mierze się pokrywa.

IMG_9195.JPG

Pora roku wydaje się być w sam raz, moje skojarzenia (chociaż jak już zaznaczyłem niekoniecznie oparte na logice) również. A i w piwniczce od kilku miesięcy leży butelka wręcz idealnie pasująca do dzisiejszego tematu – Tokaji Dry 2015 Dereszla Pincészet. Długi romans sieci dyskontów Lidl z tym szanowanym i znanym producentem z Tokaju był już na ustach chyba wszystkich blogerów i dziennikarzy winiarskich w Polsce i nie tylko. Do niemieckiej sieci handlowej trafiło już wiele win sygnowanych nazwą Dereszla (warto nadmienić chociażby Aszú 2009, furminta w kilku odsłonach czy słodkiego Szamorodni z 2013). Nie żebym o tym nie wiedział, nie śledził tego mezaliansu. Po prostu nie sprawiał on, że moje serce biło szybciej. Z tego też powodu nigdy wcześniej nie pochylałem się nad Dereszlą z Lidla z nie wiadomo jaką nabożnością (chociaż furminty z dwóch roczników w moim kieliszku wylądowały i nie kryję, że wiązało się to z niemałą przyjemnością).

Dziś otworzyłem wspomniany kupaż, który wytrawny jest chyba tylko z nazwy, bo zarówno w nosie jak i w ustach czuć sporą dawkę cukru resztkowego. Producent na swojej nieco rachitycznej i archaicznej stronie internetowej nie podaje z czego powstał rocznik 2015 (na 2010 złożyły się furmint, muscat oraz hárslevelű). Wino ma delikatnie słomkową barwę. W bukiecie dominują dojrzałe jabłka (może to właśnie jeden z tych elementów, które sprawiają, że jesień kojarzy mi się z Tokajem?) i brzoskwinie, a w tle pojawia się nieco miodu lipowego. W ustach zdecydowanie wyczuwalny cukier resztkowy, całość miękka, oleista, z jedynie zaznaczoną na finiszu bardzo delikatną kwasowością. Na pewno nie ma tu tyle owocu, co w zapachu, jest za to odrobina mineralności. To wino wydaje się idealnym kompanem do kremowych sosów grzybowych (na przykład na bazie mascarpone), choć muszę przyznać, że o niebo lepiej dopełniłoby smaku sosu kurkowego, aniżeli tego, do którego piłem je ja (to znaczy sosu z czarnych łebków i prawdziwków). Zaskakująco pijalne i wciąż całkiem aromatyczne również drugiego dnia, zwłaszcza w kontekście ceny. Taką butelką z latem mógłbym pożegnać się jeszcze raz lub dwa tej jesieni…

 

Nazwa: Tokaji Dry 2015

Producent: Dereszla Pincészet

Miejsce zakupu: Lidl

Cena: 19,99zł

Rodzaj wina: białe, wytrawne

Ocena: 4

 

Pozostali wtorkowicze napisali:

Nasz Świat Win i Fekete Juhfark 2011

Enowersytet i Csite Toplec Furmint 2013

Winiacz i jego Tokajska podróż

Winne Wtorki: włoskie klasyki

Winne Wtorki

Na blogach winiarskich coraz częściej macie okazję przeczytać o winach pomarańczowych, winach z amfor, winach naturalnych i wielu innych, które z powodzeniem można by wrzucić do jednego wielkiego wora z etykietą „niestandardowe metody produkcji”. Pod natłokiem tego typu artykułów, pod hektolitrami win niekonwencjonalnych, pod tysiącami słów na ich temat, zapominamy czasami o tym, co w tradycji winiarskiej stanowi element fundamentalny – o wielkich klasykach. Czytamy o szczepach zapomnianych, które dziś uprawiane są tylko przez kilku producentów na zaledwie paru skrawkach ziemi. Próbujemy win wytwarzanych w minimalnych ilościach za sprawą niezwykle rzadkich i mało wydajnych metod produkcji. Przy tym wszystkim umykają nam niesamowite sangiovese z Toskanii, nebbiolo z Piemontu czy chociażby primitivo z obszaru Taurasi. Warto sobie o nich przypomnieć, zwłaszcza w tym wakacyjnym okresie, ponieważ właśnie teraz wielu z nas będzie miało na wyciągnięcie ręki butelki, które dziesiątki (bądź setki) lat temu oczarowały świat i robią to nieprzerwanie do dziś.

W celu ułatwienia Wam wyborów podczas wakacyjnych wojaży po Włoszech, zaproponowałem blogerskiej braci z okazji dzisiejszej edycji Winnych Wtorków, abyśmy zwrócili uwagę na włoskiej klasyki. Mam nadzieję, że wielu z Was znajdzie coś dla siebie w naszych dzisiejszych artykułach i wróci z urlopu kilkoma świetnymi butelkami w walizkach. Na fali wakacyjnych doznań i wspomnień, u mnie znajdziecie kilka słów na temat Vino Nobile di Montepulciano, trunku, o którym rozpisywałem się już wielokrotnie na łamach Italianizzato (Ercolani, Tenute del Cerro i Antichi Benefizi di Montepulciano, Fattoria della Talosa, Salcheto).

W południowo-wschodniej Toskanii, pomiędzy rozległymi obszarami apelacji Chianti, na wschód od niewielkiego miasteczka Montalcino słynącego z mocarnych, potężnie zbudowanych Brunello, znajduje się Montepulciano. Wina produkowane na wzgórzach wokół tej etruskiej osady można z powodzeniem umieścić, podobnie jak widzimy to na mapie, pomiędzy Chianti, a Brunello di Montalcino. Nobile di Montepulciano nie jest tak ciężkie jak produkowane kilkadziesiąt kilometrów dalej na zachód Brunello, ale ma też o wiele więcej klasy i ciała niż większość butelek z obszaru Czarnego Koguta (od którego umieszczania na etykietach, swoją drogą, producenci coraz częściej odchodzą). Pierwsze wzmianki o Nobile pojawiają się w drugiej połowie ósmego wieku. Już wtedy wina z tego obszaru cieszyły się estymą i trwało to niezmiennie przez kolejne stulecia. Trafiały one na stoły możnych, tak świeckich (w przeciwieństwie do mieszkańców Sieny zjednoczonej z Montalcino, florenccy bankierzy chętniej sięgali po wina z Montepulciano), jak i duchownych (za sprawą pochodzącego z pobliskiej Pienzy papieża Piusa II, po trosze z powodu wysokiej jakości win, po trosze kierując się lokalnym patriotyzmem, Nobile często lądowało na watykańskich stołach).

tuscany_wine_map-14dcab4cde0048ae0dd

Pomimo, że Nobile cieszy się sławą od setek lat, jego historia zna również ciemniejsze okresy. Na początku XX wieku wina z tego obszaru charakteryzował wyraźny spadek jakości. Producenci w pogoni za szybkim zarobkiem wypuszczali do sprzedaży wina, które były zbyt młode lub po prostu kiepskie. Dopiero lata ’60 ubiegłego wieku przyniosły zmianę i wprowadziły Nobile ponownie do włoskiej czołówki. Modernizacje i gruntowne remonty w winnicach, zmiana mentalności producentów oraz dobra koniunktura na krajowym, a później również światowym rynku, zapewniły Montepulciano stały dopływ gotówki, który był konieczny do dalszych ulepszeń. Kontynuację pozytywnych zmian zapewniło stworzenie w 1980 roku apelacji Nobile di Montepulciano DOCG, której wyśrubowane normy dotyczące produkcji niemalże wyeliminowały z obiegu egzemplarze o wątpliwej jakości. Dziś wina z tego rejonu konkurują z Brunello, chociaż tak naprawdę grają one w zupełnie innych ligach. Historyczne niesnaski pomiędzy Florencją, a Sieną (a co za tym idzie pomiędzy Montepulciano pozostającym niegdyś pod wpływem dzisiejszej stolicy Toskanii, a Montalcino wspierającym drugie z miast) widoczne są aktualnie przede wszystkim (a może jedynie?) w kieliszku.

Długowieczność butelek z Montepulciano to tylko jeden z wielu dowodów potwierdzających ich wysoką jakość. Za każdym razem, gdy otwierałem Nobile pozostawałem pod wrażeniem jego żywotności i charakteru, który nie ulatniał się pomimo upływu lat. Nie inaczej było w przypadku wina od producenta Buracchi, którego miałem okazję próbować już dwa lata temu, a które zdegustowałem ponownie na potrzeby dzisiejszego artykułu. Wówczas pisałem:

 

Nobile di Montepulciano Buracchi z 2012 roku (cena: 12 euro) to z kolei wino pełne i kompletne w swym jestestwie. Wyprodukowane przede wszystkim z Sangiovese z niewielkim dodatkiem Canaiolo i Mammolo (w sumie 10%). Ciemna barwa z brunatną obwódką, która sugeruje, że już czas sięgnąć po tę butelkę. W nosie śliwa, lukrecja i fiołek (prawdopodobnie pochodzący od szczepu Mammolo, nota bene sama nazwa tej odmiany w toskańskim dialekcie oznacza nic innego, jak włoskie viola, czyli „fiołek”). Wino nie jest zgaszone i stłamszone beczką, jak to się czasami zdarza w przypadku win z Montepulciano, a prezentuje żywy i elegancki bukiet. Gdybym miał je upersonifikować, to rzekłbym że jest to 40 latek już nieco utemperowany przez życie, ale wciąż pełen zapału do działania i mający dużo sił w zanadrzu. Zdecydowanie polecam to wino 5,5.

 

Co się zmieniło dokładnie po 24 miesiącach? Wino miało wciąż intensywną, ciemną suknię. Brunatna głębia przechodziła gładko w ceglane tony bliżej ścianek kieliszka. W nosie dominowały już jednak aromaty dymne, wędzone. Powidła śliwkowe, mokre drewno, nieco tytoniu i sporo przypraw korzennych. Po fiołkowych nutach nie pozostał nawet cień. W ustach za to wciąż sporo kwasowości, nieco ugładzonej przez czas, ale wciąż trzymającej całość w ryzach. Taniny, pomimo że lata w butelce pozostawiły na nich swój znak, nadal nadawały charakteru temu obrazowi i wykańczały go w pięknym stylu. Wbrew temu, co pisałem w 2015 roku, to wino nadal może zaskakiwać i podejrzewam, że jeszcze za dwa lata da dużo radości szczęściarzowi, który będzie na tyle cierpliwy, aby nie otworzyć go wcześniej.

 

Nazwa: Nobile di Montepulciano DOCG 2012

Producent: Buracchi

Miejsce zakupu: u producenta

Cena: 12 euro

Rodzaj wina: czerwone, wytrawne

Ocena: 5

 

Pozostali wtorkowicze napisali:

 

Winne Wtorki: pomiędzy spumante a frizzante

Winne Wtorki

Podczas gdy najsłynniejsze włoskie wino musujące bije kolejne rekordy popularności (zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, choć i w kraju nad Wisłą nie brakuje mu amatorów), o innych bąblach z Bel Paese jest niezwykle cicho. Prosecco, bo o nim mowa, może w niedługiej przyszłości okazać się z jednym z przegranych z powodu Brexitu. Chociaż jego spożycie rośnie generalnie na całym świecie, to trudno dorównać Anglikom, którzy jak wynika ze statystyk, w ostatnich latach upodobali sobie właśnie musiaka z północno-wschodniej Italii. Nic więc dziwnego, że winiarze z Veneto z obawą spoglądają na pertraktacje rządu brytyjskiego z władzami UE w sprawie opuszczenia wspólnoty przez Wielką Brytanię.

Na tym tle pozostałe wina musujące z Włoch wydają się być jedynie małym dodatkiem do tej świetnie działającej winiarskiej maszyny (no może z wyjątkiem Franciacorty, która z powodzeniem staje coraz częściej w szranki z szampanami). Warto zaznaczyć, że w samej Italii istnieje ponad 200 apelacji DOC oraz DOCG, które regulują produkcję win musujących (zarówno spumante, jak i frizzante). Lwią część stanowi oczywiście prosecco, nie zapominajmy jednak o reszcie bąbli, bo i tam znajdują się prawdziwe perełki. Dobrym powodem ku poznaniu tego nieco ukrytego bogactwa jest dzisiejszy temat Winnych Wtorków zaproponowany przez Zdegustowanego. Szukamy win musujących z Włoch z wyłączeniem Prosecco oraz Franciacorty.

Włoskie nazewnictwo wprowadza w tym zakresie zasadnicze rozróżnienie, które w większości innych języków wymaga doprecyzowania. To, co po angielsku kryje się pod nazwą sparkling wine, a po polsku wino musujące, w Italii jest wyraźnie rozgraniczane pomiędzy spumante, a frizzante. Pierwsza kategoria odnosi się do butelek nasyconych dwutlenkiem węgla o ciśnieniu co najmniej 3 barów. Tak wysokie stężenie CO2 sprawia, że podczas serwowania nad powierzchnią wina w kieliszku tworzy się gęsta piana (sama nazwa spumante oznacza nic innego jak pieniące się). Drugi wymieniony typ, to z kolei wina drżące, nasycone CO2 w dużo niższym stopniu (zaledwie pomiędzy 1 a 2,5 barów) i nie prezentujące tak wysokiego musowania na podniebieniu podczas degustacji. Do tej kategorii zalicza się między innymi Moscato d’Asti, jedno z najbardziej znanych włoskich win słodkich, które niestety zazwyczaj musi zadowolić się życiem w cieniu wielkiego Barolo niepodzielnie panującego w Piemoncie.

Korzystam z okazji i dziś przedstawiam reprezentanta właśnie tego DOCG, Lodali Moscato d’Asti 2015 DOCG. Mój zawodnik jest już w dojrzałym wieku, zważywszy na fakt, że większość win w tej apelacji trafia do sprzedaży dosłownie po kilku miesiącach od zbiorów. Rzadko które egzemplarze pozostają na półkach dłużej niż rok. Podszedłem doń z pewną dozą nieufności, ponieważ w pamięci mam niedościgniony wzorzec z Sèvre w kontekście Moscato d’Asto, to znaczy egzemplarz od Paolo Saracco.

Złocista suknia i drobne pęcherzyki toczące się żwawo po powierzchni wina. W nosie początkowo mało aromatu. Dopiero po chwili znad kieliszka unosi się woń miodu lipowego, kwiatów, jabłek i ziół (kolendra, bazylia, mięta). W ustach spora dawka cukru, który dopiero po chwili znajduje kontrapunkt w niezłej kwasowości. Całość zadziwiająca lekka, przynajmniej pierwszego dnia. Na końcu języka pojawia się charakterystyczne uczucie drapania, co najmniej jakby wzięło się do ust łyżeczkę wyrazistego miodu. Wino rześkie, świeże i zdecydowanie mniej aromatyczne niż wspomniany wzorzec. Daje ono jednak dużo radości i przyda się na gorące letnie wieczory. Koniecznie spróbujcie ze strudlem jabłkowym z Trentino Alto-Adige!

Nazwa: Moscato d’Asti 2015 DOCG

Producent: Lodali

Miejsce zakupu: Wino+

Cena: 50zł

Rodzaj wina: białe, słodkie

Ocena: 4,5

Pozostali wtorkowicze napisali:

Nasz Świat Win również w Italii

Zdegustowany o szczepie Durello

Winne Wtorki: wulkaniczna Kampania

Winne Wtorki

Wina wulkaniczne. Temat niesamowicie interesujący i trudny zarazem. Biorąc pod uwagę, że wino w Polsce wciąż jest na etapie wychodzenia z cienia, wina wulkaniczne można by określić niszą w niszy. A na dodatek jest to zagadnienie niemal niemożliwe do zdefiniowania. Bo co łączy je ze sobą poza tym, że dojrzewały na podłożu powstałym w podobny sposób? Konia z rzędem temu, kto poda mi chociaż jedną nutę aromatyczną pojawiającą się we wszystkich winach wulkanicznych! Siarka? Świeżo wylany asfalt? Nuty mineralne? Wolne żarty. Wystarczy kilka win powstałych z owoców dojrzewających na stokach wulkanicznych z różnych regionów winiarskich, aby się przekonać, że wszystkie te próby szufladkowania muszą spełznąć na niczym (o czym przekonało mnie swoją drogą jeszcze bardziej wino degustowane przy dzisiejszej okazji). Co innego jeśli mówimy o trunkach tylko i wyłącznie z jednego, danego rejonu wulkanicznego. Wtedy można już dojść do jakichś wniosków…

Stożki wulkaniczne obecne są w wielu miejscach na świecie. Niemal wszędzie ludzie starają się je okiełznać obsadzając te żyzne grunty najróżniejszymi uprawami. Można się domyślać, że w zamierzchłych wiekach kwestią czasu było wprowadzenie tam winorośli. Sycylia, Oregon, Węgry czy Santorini. Gdzie by nie spojrzeć na ogniste góry, przekonujemy się, że ludzie doszli do tego samego wniosku: to dobre środowisko dla winnych krzewów. A poza samymi wulkanami, ziemia obfituje przecież w rozległe tereny pochodzenia wulkanicznego. To utrudnia jeszcze bardziej rozmawianie na temat tego typu win.

Weźmy na warsztat taką Kampanię. Region od zawsze kojarzony z Neapolem, miastem leżącym w cieniu wielkiego i wciąż niebezpiecznego Wezuwiusza. Sami mieszkańcy miasta bardzo chętnie utożsamiają się z ognistym sąsiadem, mówią, że żyją z nim w symbiozie i biada temu, kto podniesie nań rękę. Od kibolskich przyśpiewek na stadionach (Lavali, lavali, lavali col fuoco…) aż po literaturę najwyższych lotów (Qui sulle brulle pendici, del terribile vulcano, Vesuvio, distruttore di genti…), Wezuwiusz zajmuje bardzo ważne miejsce w kulturze i codzienności mieszkańców Neapolu. Aż dziw bierze, że lokalni winogrodnicy nie odwołują się doń równie chętnie. Cała przecież Kampania to region naszpikowany wulkaniczną historią. Winnice oddalone o dziesiątki kilometrów od Wezuwia czerpią z jego spuścizny. W poszukiwaniu butelki na dzisiejsze Winne Wtorki musiałem niemało się natrudzić. Jak się okazuje, wulkaniczne południe Włoch nie jest w Polsce wcale takie popularne. Apulijskie primitivo zalewa sklepowe półki i panoszy się tam niepodzielnie. Tu i ówdzie pojawi się ciekawsza etykieta z Sycylii (chociaż bardzo rzadko z Sycylii wulkanicznej, to znaczy z Etny). Dla Kampanii miejsca, wydawać by się mogło, brak. Nawet o Barolo południa, jak przyjęło się nazywać aglianico produkowane w apelacji Taurasi DOCG, niezbyt łatwo.

Koniec końców udało mi się zdobyć wino oparte na jednym z flagowych białych szczepów Kampanii (któż by pił przy takich upałach mocarne Taurasi!). Falanghina to jedna z tych odmian, dla której Włosi bardzo chętnie doszukują się greckich korzeni. I nawet jeśli naukowcy zgodnie twierdzą, że jest to vinifera bardzo stara, na potwierdzenie hellenistycznego rodowodu nie ma (jeszcze!) żadnych twardych dowodów. Wiadomo natomiast, że już w czasach Imperium Rzymskiego falanghina cieszyła się dużą popularnością i chętnie obsadzano nią kolejne stoki. Sama nazwa szczepu wzięła się od słowa falanga (polskie znaczenie wyrazu falanga nie ma tu nic do rzeczy), to znaczy wysokiego pala, który służył do podtrzymywania winorośli uprawianych…w starożytnej Grecji (chociaż jakiś pierwiastek hellenistyczny się pojawia). Daje ona wina raczej dobrze zbudowane z ładnie zarysowaną kwasowością, w których bukiecie pojawiają się takie owoce jak brzoskwinie, ananas, jabłka.

W moim kieliszku tym razem wylądowała falanghina od jednego z najbardziej znanych producentów z Kampanii. Gospodarstwo założone przez rodzinę Capaldo w 1986 roku, Feudi di San Gregorio, dziś pomimo rozległych posiadłość (ponad 300 hektarów winnic) i dużego wolumenu produkcji zachowuje wysoką jakość swoich win i już najniższe etykiety mogą dać jakieś wyobrażenie o tym co może zaoferować ten region. W rzeczy samej, ich falanghina kryjąca się pod nazwą Albente ma ciemną, złocistą barwę. W nosie dominuje mieszanka kwiatowo-ziołowa. Po chwili pojawiają się również dojrzałe białe owoce (brzoskwinia, jabłko). W ustach sporo ciała, a wyraźna cytrusowa kwasowość odciąża całość i nadaje świeżości. Wyraźnie wytrawne, z nikłą zaledwie ilością cukru resztkowego, wręcz proszące się o talerz świeżych owoców morza (a gdzie jak gdzie, ale w Kampanii o to nietrudno). Czy jest to wino wulkaniczne? Cóż, o ile co do pochodzenia szczepu nie mamy pewności, to co do tej butelki tak, owoce uprawiano na glebach pochodzenia wulkanicznego. A czy da się wyczuć to w samym winie, to już zupełnie inna historia…

 

Nazwa: Albente

Producent: Feudi di San Gregorio

Miejsce zakupu: Vininova

Cena: 46zł

Rodzaj wina: białe, wytrawne

Ocena: 3,5/4

 

 Inni wtorkowicze napisali:

Nasz Świat Win i ich wulkaniczne odkrycie

Winne Przygody na wygasłym wulkanie w Somló