Winne Wtorki: włoskie klasyki

Winne Wtorki

Na blogach winiarskich coraz częściej macie okazję przeczytać o winach pomarańczowych, winach z amfor, winach naturalnych i wielu innych, które z powodzeniem można by wrzucić do jednego wielkiego wora z etykietą „niestandardowe metody produkcji”. Pod natłokiem tego typu artykułów, pod hektolitrami win niekonwencjonalnych, pod tysiącami słów na ich temat, zapominamy czasami o tym, co w tradycji winiarskiej stanowi element fundamentalny – o wielkich klasykach. Czytamy o szczepach zapomnianych, które dziś uprawiane są tylko przez kilku producentów na zaledwie paru skrawkach ziemi. Próbujemy win wytwarzanych w minimalnych ilościach za sprawą niezwykle rzadkich i mało wydajnych metod produkcji. Przy tym wszystkim umykają nam niesamowite sangiovese z Toskanii, nebbiolo z Piemontu czy chociażby primitivo z obszaru Taurasi. Warto sobie o nich przypomnieć, zwłaszcza w tym wakacyjnym okresie, ponieważ właśnie teraz wielu z nas będzie miało na wyciągnięcie ręki butelki, które dziesiątki (bądź setki) lat temu oczarowały świat i robią to nieprzerwanie do dziś.

W celu ułatwienia Wam wyborów podczas wakacyjnych wojaży po Włoszech, zaproponowałem blogerskiej braci z okazji dzisiejszej edycji Winnych Wtorków, abyśmy zwrócili uwagę na włoskiej klasyki. Mam nadzieję, że wielu z Was znajdzie coś dla siebie w naszych dzisiejszych artykułach i wróci z urlopu kilkoma świetnymi butelkami w walizkach. Na fali wakacyjnych doznań i wspomnień, u mnie znajdziecie kilka słów na temat Vino Nobile di Montepulciano, trunku, o którym rozpisywałem się już wielokrotnie na łamach Italianizzato (Ercolani, Tenute del Cerro i Antichi Benefizi di Montepulciano, Fattoria della Talosa, Salcheto).

W południowo-wschodniej Toskanii, pomiędzy rozległymi obszarami apelacji Chianti, na wschód od niewielkiego miasteczka Montalcino słynącego z mocarnych, potężnie zbudowanych Brunello, znajduje się Montepulciano. Wina produkowane na wzgórzach wokół tej etruskiej osady można z powodzeniem umieścić, podobnie jak widzimy to na mapie, pomiędzy Chianti, a Brunello di Montalcino. Nobile di Montepulciano nie jest tak ciężkie jak produkowane kilkadziesiąt kilometrów dalej na zachód Brunello, ale ma też o wiele więcej klasy i ciała niż większość butelek z obszaru Czarnego Koguta (od którego umieszczania na etykietach, swoją drogą, producenci coraz częściej odchodzą). Pierwsze wzmianki o Nobile pojawiają się w drugiej połowie ósmego wieku. Już wtedy wina z tego obszaru cieszyły się estymą i trwało to niezmiennie przez kolejne stulecia. Trafiały one na stoły możnych, tak świeckich (w przeciwieństwie do mieszkańców Sieny zjednoczonej z Montalcino, florenccy bankierzy chętniej sięgali po wina z Montepulciano), jak i duchownych (za sprawą pochodzącego z pobliskiej Pienzy papieża Piusa II, po trosze z powodu wysokiej jakości win, po trosze kierując się lokalnym patriotyzmem, Nobile często lądowało na watykańskich stołach).

tuscany_wine_map-14dcab4cde0048ae0dd

Pomimo, że Nobile cieszy się sławą od setek lat, jego historia zna również ciemniejsze okresy. Na początku XX wieku wina z tego obszaru charakteryzował wyraźny spadek jakości. Producenci w pogoni za szybkim zarobkiem wypuszczali do sprzedaży wina, które były zbyt młode lub po prostu kiepskie. Dopiero lata ’60 ubiegłego wieku przyniosły zmianę i wprowadziły Nobile ponownie do włoskiej czołówki. Modernizacje i gruntowne remonty w winnicach, zmiana mentalności producentów oraz dobra koniunktura na krajowym, a później również światowym rynku, zapewniły Montepulciano stały dopływ gotówki, który był konieczny do dalszych ulepszeń. Kontynuację pozytywnych zmian zapewniło stworzenie w 1980 roku apelacji Nobile di Montepulciano DOCG, której wyśrubowane normy dotyczące produkcji niemalże wyeliminowały z obiegu egzemplarze o wątpliwej jakości. Dziś wina z tego rejonu konkurują z Brunello, chociaż tak naprawdę grają one w zupełnie innych ligach. Historyczne niesnaski pomiędzy Florencją, a Sieną (a co za tym idzie pomiędzy Montepulciano pozostającym niegdyś pod wpływem dzisiejszej stolicy Toskanii, a Montalcino wspierającym drugie z miast) widoczne są aktualnie przede wszystkim (a może jedynie?) w kieliszku.

Długowieczność butelek z Montepulciano to tylko jeden z wielu dowodów potwierdzających ich wysoką jakość. Za każdym razem, gdy otwierałem Nobile pozostawałem pod wrażeniem jego żywotności i charakteru, który nie ulatniał się pomimo upływu lat. Nie inaczej było w przypadku wina od producenta Buracchi, którego miałem okazję próbować już dwa lata temu, a które zdegustowałem ponownie na potrzeby dzisiejszego artykułu. Wówczas pisałem:

 

Nobile di Montepulciano Buracchi z 2012 roku (cena: 12 euro) to z kolei wino pełne i kompletne w swym jestestwie. Wyprodukowane przede wszystkim z Sangiovese z niewielkim dodatkiem Canaiolo i Mammolo (w sumie 10%). Ciemna barwa z brunatną obwódką, która sugeruje, że już czas sięgnąć po tę butelkę. W nosie śliwa, lukrecja i fiołek (prawdopodobnie pochodzący od szczepu Mammolo, nota bene sama nazwa tej odmiany w toskańskim dialekcie oznacza nic innego, jak włoskie viola, czyli „fiołek”). Wino nie jest zgaszone i stłamszone beczką, jak to się czasami zdarza w przypadku win z Montepulciano, a prezentuje żywy i elegancki bukiet. Gdybym miał je upersonifikować, to rzekłbym że jest to 40 latek już nieco utemperowany przez życie, ale wciąż pełen zapału do działania i mający dużo sił w zanadrzu. Zdecydowanie polecam to wino 5,5.

 

Co się zmieniło dokładnie po 24 miesiącach? Wino miało wciąż intensywną, ciemną suknię. Brunatna głębia przechodziła gładko w ceglane tony bliżej ścianek kieliszka. W nosie dominowały już jednak aromaty dymne, wędzone. Powidła śliwkowe, mokre drewno, nieco tytoniu i sporo przypraw korzennych. Po fiołkowych nutach nie pozostał nawet cień. W ustach za to wciąż sporo kwasowości, nieco ugładzonej przez czas, ale wciąż trzymającej całość w ryzach. Taniny, pomimo że lata w butelce pozostawiły na nich swój znak, nadal nadawały charakteru temu obrazowi i wykańczały go w pięknym stylu. Wbrew temu, co pisałem w 2015 roku, to wino nadal może zaskakiwać i podejrzewam, że jeszcze za dwa lata da dużo radości szczęściarzowi, który będzie na tyle cierpliwy, aby nie otworzyć go wcześniej.

 

Nazwa: Nobile di Montepulciano DOCG 2012

Producent: Buracchi

Miejsce zakupu: u producenta

Cena: 12 euro

Rodzaj wina: czerwone, wytrawne

Ocena: 5

 

Pozostali wtorkowicze napisali:

 

Winne Wtorki: pomiędzy spumante a frizzante

Winne Wtorki

Podczas gdy najsłynniejsze włoskie wino musujące bije kolejne rekordy popularności (zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, choć i w kraju nad Wisłą nie brakuje mu amatorów), o innych bąblach z Bel Paese jest niezwykle cicho. Prosecco, bo o nim mowa, może w niedługiej przyszłości okazać się z jednym z przegranych z powodu Brexitu. Chociaż jego spożycie rośnie generalnie na całym świecie, to trudno dorównać Anglikom, którzy jak wynika ze statystyk, w ostatnich latach upodobali sobie właśnie musiaka z północno-wschodniej Italii. Nic więc dziwnego, że winiarze z Veneto z obawą spoglądają na pertraktacje rządu brytyjskiego z władzami UE w sprawie opuszczenia wspólnoty przez Wielką Brytanię.

Na tym tle pozostałe wina musujące z Włoch wydają się być jedynie małym dodatkiem do tej świetnie działającej winiarskiej maszyny (no może z wyjątkiem Franciacorty, która z powodzeniem staje coraz częściej w szranki z szampanami). Warto zaznaczyć, że w samej Italii istnieje ponad 200 apelacji DOC oraz DOCG, które regulują produkcję win musujących (zarówno spumante, jak i frizzante). Lwią część stanowi oczywiście prosecco, nie zapominajmy jednak o reszcie bąbli, bo i tam znajdują się prawdziwe perełki. Dobrym powodem ku poznaniu tego nieco ukrytego bogactwa jest dzisiejszy temat Winnych Wtorków zaproponowany przez Zdegustowanego. Szukamy win musujących z Włoch z wyłączeniem Prosecco oraz Franciacorty.

Włoskie nazewnictwo wprowadza w tym zakresie zasadnicze rozróżnienie, które w większości innych języków wymaga doprecyzowania. To, co po angielsku kryje się pod nazwą sparkling wine, a po polsku wino musujące, w Italii jest wyraźnie rozgraniczane pomiędzy spumante, a frizzante. Pierwsza kategoria odnosi się do butelek nasyconych dwutlenkiem węgla o ciśnieniu co najmniej 3 barów. Tak wysokie stężenie CO2 sprawia, że podczas serwowania nad powierzchnią wina w kieliszku tworzy się gęsta piana (sama nazwa spumante oznacza nic innego jak pieniące się). Drugi wymieniony typ, to z kolei wina drżące, nasycone CO2 w dużo niższym stopniu (zaledwie pomiędzy 1 a 2,5 barów) i nie prezentujące tak wysokiego musowania na podniebieniu podczas degustacji. Do tej kategorii zalicza się między innymi Moscato d’Asti, jedno z najbardziej znanych włoskich win słodkich, które niestety zazwyczaj musi zadowolić się życiem w cieniu wielkiego Barolo niepodzielnie panującego w Piemoncie.

Korzystam z okazji i dziś przedstawiam reprezentanta właśnie tego DOCG, Lodali Moscato d’Asti 2015 DOCG. Mój zawodnik jest już w dojrzałym wieku, zważywszy na fakt, że większość win w tej apelacji trafia do sprzedaży dosłownie po kilku miesiącach od zbiorów. Rzadko które egzemplarze pozostają na półkach dłużej niż rok. Podszedłem doń z pewną dozą nieufności, ponieważ w pamięci mam niedościgniony wzorzec z Sèvre w kontekście Moscato d’Asto, to znaczy egzemplarz od Paolo Saracco.

Złocista suknia i drobne pęcherzyki toczące się żwawo po powierzchni wina. W nosie początkowo mało aromatu. Dopiero po chwili znad kieliszka unosi się woń miodu lipowego, kwiatów, jabłek i ziół (kolendra, bazylia, mięta). W ustach spora dawka cukru, który dopiero po chwili znajduje kontrapunkt w niezłej kwasowości. Całość zadziwiająca lekka, przynajmniej pierwszego dnia. Na końcu języka pojawia się charakterystyczne uczucie drapania, co najmniej jakby wzięło się do ust łyżeczkę wyrazistego miodu. Wino rześkie, świeże i zdecydowanie mniej aromatyczne niż wspomniany wzorzec. Daje ono jednak dużo radości i przyda się na gorące letnie wieczory. Koniecznie spróbujcie ze strudlem jabłkowym z Trentino Alto-Adige!

Nazwa: Moscato d’Asti 2015 DOCG

Producent: Lodali

Miejsce zakupu: Wino+

Cena: 50zł

Rodzaj wina: białe, słodkie

Ocena: 4,5

Pozostali wtorkowicze napisali:

Nasz Świat Win również w Italii

Zdegustowany o szczepie Durello

Winne Wtorki: wulkaniczna Kampania

Winne Wtorki

Wina wulkaniczne. Temat niesamowicie interesujący i trudny zarazem. Biorąc pod uwagę, że wino w Polsce wciąż jest na etapie wychodzenia z cienia, wina wulkaniczne można by określić niszą w niszy. A na dodatek jest to zagadnienie niemal niemożliwe do zdefiniowania. Bo co łączy je ze sobą poza tym, że dojrzewały na podłożu powstałym w podobny sposób? Konia z rzędem temu, kto poda mi chociaż jedną nutę aromatyczną pojawiającą się we wszystkich winach wulkanicznych! Siarka? Świeżo wylany asfalt? Nuty mineralne? Wolne żarty. Wystarczy kilka win powstałych z owoców dojrzewających na stokach wulkanicznych z różnych regionów winiarskich, aby się przekonać, że wszystkie te próby szufladkowania muszą spełznąć na niczym (o czym przekonało mnie swoją drogą jeszcze bardziej wino degustowane przy dzisiejszej okazji). Co innego jeśli mówimy o trunkach tylko i wyłącznie z jednego, danego rejonu wulkanicznego. Wtedy można już dojść do jakichś wniosków…

Stożki wulkaniczne obecne są w wielu miejscach na świecie. Niemal wszędzie ludzie starają się je okiełznać obsadzając te żyzne grunty najróżniejszymi uprawami. Można się domyślać, że w zamierzchłych wiekach kwestią czasu było wprowadzenie tam winorośli. Sycylia, Oregon, Węgry czy Santorini. Gdzie by nie spojrzeć na ogniste góry, przekonujemy się, że ludzie doszli do tego samego wniosku: to dobre środowisko dla winnych krzewów. A poza samymi wulkanami, ziemia obfituje przecież w rozległe tereny pochodzenia wulkanicznego. To utrudnia jeszcze bardziej rozmawianie na temat tego typu win.

Weźmy na warsztat taką Kampanię. Region od zawsze kojarzony z Neapolem, miastem leżącym w cieniu wielkiego i wciąż niebezpiecznego Wezuwiusza. Sami mieszkańcy miasta bardzo chętnie utożsamiają się z ognistym sąsiadem, mówią, że żyją z nim w symbiozie i biada temu, kto podniesie nań rękę. Od kibolskich przyśpiewek na stadionach (Lavali, lavali, lavali col fuoco…) aż po literaturę najwyższych lotów (Qui sulle brulle pendici, del terribile vulcano, Vesuvio, distruttore di genti…), Wezuwiusz zajmuje bardzo ważne miejsce w kulturze i codzienności mieszkańców Neapolu. Aż dziw bierze, że lokalni winogrodnicy nie odwołują się doń równie chętnie. Cała przecież Kampania to region naszpikowany wulkaniczną historią. Winnice oddalone o dziesiątki kilometrów od Wezuwia czerpią z jego spuścizny. W poszukiwaniu butelki na dzisiejsze Winne Wtorki musiałem niemało się natrudzić. Jak się okazuje, wulkaniczne południe Włoch nie jest w Polsce wcale takie popularne. Apulijskie primitivo zalewa sklepowe półki i panoszy się tam niepodzielnie. Tu i ówdzie pojawi się ciekawsza etykieta z Sycylii (chociaż bardzo rzadko z Sycylii wulkanicznej, to znaczy z Etny). Dla Kampanii miejsca, wydawać by się mogło, brak. Nawet o Barolo południa, jak przyjęło się nazywać aglianico produkowane w apelacji Taurasi DOCG, niezbyt łatwo.

Koniec końców udało mi się zdobyć wino oparte na jednym z flagowych białych szczepów Kampanii (któż by pił przy takich upałach mocarne Taurasi!). Falanghina to jedna z tych odmian, dla której Włosi bardzo chętnie doszukują się greckich korzeni. I nawet jeśli naukowcy zgodnie twierdzą, że jest to vinifera bardzo stara, na potwierdzenie hellenistycznego rodowodu nie ma (jeszcze!) żadnych twardych dowodów. Wiadomo natomiast, że już w czasach Imperium Rzymskiego falanghina cieszyła się dużą popularnością i chętnie obsadzano nią kolejne stoki. Sama nazwa szczepu wzięła się od słowa falanga (polskie znaczenie wyrazu falanga nie ma tu nic do rzeczy), to znaczy wysokiego pala, który służył do podtrzymywania winorośli uprawianych…w starożytnej Grecji (chociaż jakiś pierwiastek hellenistyczny się pojawia). Daje ona wina raczej dobrze zbudowane z ładnie zarysowaną kwasowością, w których bukiecie pojawiają się takie owoce jak brzoskwinie, ananas, jabłka.

W moim kieliszku tym razem wylądowała falanghina od jednego z najbardziej znanych producentów z Kampanii. Gospodarstwo założone przez rodzinę Capaldo w 1986 roku, Feudi di San Gregorio, dziś pomimo rozległych posiadłość (ponad 300 hektarów winnic) i dużego wolumenu produkcji zachowuje wysoką jakość swoich win i już najniższe etykiety mogą dać jakieś wyobrażenie o tym co może zaoferować ten region. W rzeczy samej, ich falanghina kryjąca się pod nazwą Albente ma ciemną, złocistą barwę. W nosie dominuje mieszanka kwiatowo-ziołowa. Po chwili pojawiają się również dojrzałe białe owoce (brzoskwinia, jabłko). W ustach sporo ciała, a wyraźna cytrusowa kwasowość odciąża całość i nadaje świeżości. Wyraźnie wytrawne, z nikłą zaledwie ilością cukru resztkowego, wręcz proszące się o talerz świeżych owoców morza (a gdzie jak gdzie, ale w Kampanii o to nietrudno). Czy jest to wino wulkaniczne? Cóż, o ile co do pochodzenia szczepu nie mamy pewności, to co do tej butelki tak, owoce uprawiano na glebach pochodzenia wulkanicznego. A czy da się wyczuć to w samym winie, to już zupełnie inna historia…

 

Nazwa: Albente

Producent: Feudi di San Gregorio

Miejsce zakupu: Vininova

Cena: 46zł

Rodzaj wina: białe, wytrawne

Ocena: 3,5/4

 

 Inni wtorkowicze napisali:

Nasz Świat Win i ich wulkaniczne odkrycie

Winne Przygody na wygasłym wulkanie w Somló 

Winne Wtorki: winiarskie zaskoczenie ubiegłego roku

Winne Wtorki

Kiedy Gustaw, autor bloga Przy winie, zaproponował temat dzisiejszych Winnych Wtorków, miałem niełatwy orzech do zgryzienia. Wino, które nas zaskoczyło w ubiegłym roku. Problem w tym, że raczej staram się opisywać natychmiast po wypiciu wszystkie te butelki, które mnie zachwyciły. Czy to poświęcam im obszerne posty, czy też wrzucam krótkie notki na profilu facebookowym Italianizzato, ślad po nich pozostaje. A jeśli jakiegoś wina nie opisałem, to po prostu uważałem, że nie było ono tego warte. Czytaj: nie wywołało ono u mnie żadnych emocji.

W pierwszej chwili chciałem się skupić na którymś z win odnalezionych na Sandomierskim Szlaku Winiarskim. Te jednak już prezentowałem w ramach serii wpisów Enoturystyka na dwóch kółkach. W sukurs przyszła Winkolekcja, która niedawno zorganizowała w Poznaniu degustację win z ich portfolio zapraszając przy tym niektórych producentów, aby sami zaprezentowali swoje produkty.

Na wspomnianą degustację wpadłem jak po ogień i mając zaledwie godzinę wolnego czasu zdecydowałem się spróbowanie tylko kilku butelek. Traf chciał, że już na samym wstępie znalazłem się w objęciach przedstawicielki Vini Velenosi, Annalisy. Przyjechała ona do Polski z regionu raczej mało znanego na arenie międzynarodowej, żyjącego w cieniu wielkiej Toskanii, tłustej Emilii-Romanii czy usłanej krzewami oliwnymi Umbrii, a mianowicie z Marchii. O ile sama nazwa regionu niektórym obiła się o uszy, o tyle jeśli chodzi o wina pochodzące z tych rejonów to rzadko kto bez trudu wymieni jakąkolwiek apelację. No ok, jest Verdicchio dei Castelli di Jesi, ale i tak trafia ono sporadycznie w zacnych egzemplarzach na nasz rynek (pomijam tutaj masowo produkowane zlewki, które pojawiają się czasem na półkach marketów).

Nie na tym jednak dziś się skupię, bo Verdicchio dei Castelli di Jesi raczej nie należy do win zaskakujących. Zgoda, ze spokojem możemy zaklasyfikować je do grupy smacznych i porządnie zrobionych, ale na pewno nie wywołujących zaskoczenie u degustujących. Od słowa do słowa Annalisa poprowadziła mnie przez historię winnicy Velenosi znajdującej się na południu Marchii, tuż przy granicy z Abruzzo (ten region z kolei boleśnie doświadczyły w ostatnich latach trzęsienia ziemi). Rodzinny projekt rozpoczął się w 1984 roku. Właściciele początkowo stawiali na odmiany międzynarodowe, ale wystarczyło zaledwie kilka lat produkcji, aby przekonali się, że potencjał ich terroir uwydatnia się najlepiej w odmianach lokalnych. Kolejne dokupywane hektary były obsadzane takimi szczepami jak pecorino, passerina czy trebbiano i verdicchio. Wśród czerwonych pojawił się italski szlagier, sangiovese, oraz jeden z enologicznych skarbów Marchii, lacrima di Morro d’Alba.

Ten ostatni gościł w moim kieliszku zaledwie kilka razy, zawsze jednak wywoływał na mojej twarzy zaskoczenie. Szczep raczej trudny w uprawie bo podatny na choroby i bardzo lubiany przez szkodniki, w południowych częściach Marchii, a zwłaszcza w prowincji Ancona, udaje się znakomicie i pokazuje swe najpiękniejsze (to znaczy ekstremalnie aromatyczne) oblicze. Nic więc dziwnego, że już w 1985 roku włoski rząd stworzył specjalnie dla niego apelację Lacrima di Morro d’Alba DOC. Produkcja jest niewielka, zarówno jeśli mówimy o samej winnicy Velenosi, jak i o wszystkich winiarzach w apelacji. Ma to dwojakie skutki. Wina na bazie szczepu lacrima trzymają dość równy poziom, raczej wszyscy producenci dbają o zachowanie jak najlepszej jakości. Z drugiej jednak strony ze świecą ich szukać u większości importerów (chociażby w Polsce), bo zdecydowana większość zostaje sprzedana albo na miejscu, w regionie, albo co najwyżej na terenie Włoch.

Do sedna: jak smakuje lacrima i czemu wywołuje takie zdziwienie? Wyobraź sobie, Czytelniku, wino aromatyczne niczym porządny gewürztraminer. A teraz wpleć te aromaty w delikatną, ale kwasową strukturę pinot noir. Rozumiem, że raczej ciężko to sobie poukładać w głowie, dlatego śpieszę z pomocą na bazie konkretnego przykładu. Wino od Velenosi ma jasną, niezbyt mocno wysyconą barwę, jest prześwitujące. Już na tym etapie pojawia się pierwsze skojarzenie z pinotem. W ustach porządna dawka kwiatów róży, piwonii i fiołków. Dopiero po chwili pojawia się garść miękkich owoców. Rozwijają się nuty jagód, malin i poziomek. Taki obraz aż się prosi o porównanie poziomu aromatyczności z gewürzem. Dochodzimy jednak do ust, w których wino atakuje owocową, żywą kwasowością. Są też delikatne, miękkie taniny. Obok wymienionych wyżej aromatów w tle pojawiają się również ściółka leśna i czarna herbata. Średnia budowa, dużo kwasowości i bogactwo aromatów sprawiają, że Querciantica Lacrima di Morro d’Alba jest wręcz idealnym kompanem wielu dań. Już przy pierwszym zetknięciu się z tym winem każdy, kto ma choć odrobinę zacięcia do gotowania, zaczyna szukać najlepszych połączeń. Moi drodzy, nic nie stoi na przeszkodzie, abyście spróbowali i Wy!

P.s. Według mnie absolutnym numerem jeden pozostaje połączenie hołubiące kulinarnej zasadzie decorum: wino z Marche, przepis z Marche – Olive all’Ascolana. Buon appettito!

 

Nazwa: Querciantica Lacrima di Morro DOC

Producent: Vini Velenosi

Miejsce zakupu: Winkolekcja

Cena: 55zł

Rodzaj wina: czerwone, wytrawne

Ocena: 4,5/6

 

Inni wtorkowicze napisali:

Nasz Świat Win zdziwiony również Włochami

Blurpppa zakoczyła najnowsza oferta Biedronki

Pomysłodawca tematu zdziwiony świetną zawartością odpustowej butelki

Enoturystyka na dwóch kółkach: Winnica Sandomierska

Podróże, Winne Wtorki, wino

Z Ostrowca Świętokrzyskiego wyjechaliśmy o poranku. Był weekend majowy, więc ruch w mieście nie specjalny. Dla nas lepiej, ponieważ pierwsze kilometry w kierunku Sandomierza (a przede wszystkim Winnicy Sandomierskiej) mieliśmy przemierzyć jadąc ścieżką rowerową wzdłuż ruchliwej zazwyczaj drogi w stronę Ożarowa.

Pogoda zaczęła się psuć, wiatr wiał nam w twarze niemiłosiernie. Wlekliśmy się niczym żółwie, a poprzednie dni na rowerowym siodełku dawały nam o sobie znać nie poprawiając sytuacji. Zatrzymaliśmy się w Ćmielowie, gdzie Ł. i D. koniecznie chcieli zwiedzić Polską Fabrykę Porcelany. Niezbyt zainteresowani tematem, w tym czasie, ja i I. nadrobiliśmy zaległości odpowiadając na dziesiątki wiadomości. Wyjazd rowerowy pod namioty ma jedną z tych zalet, że człowiek jest poniekąd odcięty od świata i naprawdę odpoczywa od codzienności. Do czasu…

Ł. i D. zakończyli swoją wycieczkę po ćmielowskim muzeum porcelany po około godzinie. Wsiedliśmy na rowery i ruszyliśmy w dalszą trasę, za sobą mieliśmy dopiero nieco ponad 10km, a od celu naszej dzisiejszej wyprawy dzieliło nas kolejne 35.

***

Było już wczesne popołudnie, do winnicy mieliśmy wciąż dobre kilka kilometrów, ale zmieniający się krajobraz jednoznacznie wskazywał, że znajdowaliśmy się już blisko naszego celu podróży. Łagodne wzniesienia zastąpiły teraz strome podjazdy i zjazdy. Dwa czy trzy razy przejechaliśmy już przez lessowe wąwozy to gnając na złamanie karku dzięki sile grawitacji, to mozolnie wdrapując się na następne wzgórze.

Minęliśmy kolejny tego dnia znak ostrzegający o stromym zjeździe, mocniej chwyciliśmy kierownice rowerów i puściliśmy się w dół drogi, która prowadziła do Garbowa, rodzinnej miejscowości Zawiszy Czarnego i Generała Józefa Dowbora Muśnickiego (o ile ten pierwszy znany jest raczej większości Polaków, o tyle z tyle ze znajomością tego drugiego, ubolewam, jest znacznie gorzej). W centrum wioski znajduje się tablica upamiętniająca wielkiego polskiego rycerza. Jest tam też niewielka izba pamięci. Na drzwiach wisiała kartka z numerem telefonu, pod który należało dzwonić, aby spotkać się z Zawiszą. Niestety po trzech nieodebranych połączeniach odpuściliśmy i ruszyliśmy w dalszą drogę, Winnica Sandomierska znajdowała się prawie tuż za rogiem.

***

Kolejny wąwóz przed nami. Zjazd był tym razem bardziej stromy niż wszystkie pokonane dotychczas. Po prawej i lewej stronie mijaliśmy to grubsze, to cieńsze konary i korzenie, które przecinały intensywnie żółtą glebę. Obładowane bagażami rowery przy nadmiernej prędkości traciły równowagę i niebezpiecznie się chybotały, przez co użycie hamulców było konieczne już w połowie wąwozu. Pomimo nieustannych prób zwalniania, rowery przyśpieszały w zaskakującym tempie pchane wspomnianymi sakwami i innymi ładunkami. Do moich nozdrzy dotarł zapach przegrzanych klocków hamulcowych. Na szczęście właśnie dojechałem do końca wąwozu. Ł. i D. niesieni większym ciężarem tandemu odstawili nas trochę. Razem z I. minęliśmy kolejny zakręt i już ich widzieliśmy. Zobaczyliśmy też sporych rozmiarów biały dom i baner reklamujący cel naszej dzisiejszej podróży.

Zaparkowaliśmy przy przetwórni. Po chwili wyszedł z niej gospodarz, Marceli, właściciel Winnicy Sandomierskiej. Pomimo, że był to weekend majowy, pracy miał co nie miara. Wskazał nam szybko miejsce w ogrodzie, w którym mogliśmy rozbić namioty i wrócił do swoich obowiązków. Jeszcze zanim powstało nasze mikro obozowisko, wiedzieliśmy, że będzie to idealne miejsce na nocleg. Miękka trawa pod nami (po spaniu w środku lasu na ściółce wymieszanej z gałęziami to naprawdę był luksus), z jednej strony widok na pasiekę, z drugiej na położoną ponad nami winnicę łagodnie wznoszącą się ku horyzontowi.

Z Marcelim umówiliśmy się na wieczór, mieliśmy jeszcze jakieś dwie godziny dla siebie, więc na własną rękę zwiedziliśmy okolicę. Kątem oka dostrzegaliśmy co jakiś czas autokary i grupy wycieczkowe, które przyjechały tu z Sandomierza, aby zobaczyć winnicę i poznać podstawy uprawy winorośli.

***

Właściciel winnicy zaprosił nas na degustację, gdy na dworze było już ciemno. Ostatni zwiedzający opuścili gospodarstwo kilkadziesiąt minut temu. Rozsiedliśmy się w przestronnej, niedawno wyremontowanej, salce degustacyjnej. Gospodarz zaczął snuć opowieść o gospodarstwie i historii rodziny. Niemałym zaskoczeniem był dla nas fakt, że uprawę winorośli w rodzinie zapoczątkował nie Marceli, nie jego ojciec, a nawet nie jego dziadek. Pierwsze krzewy winne w gospodarstwie zasadził pradziadek Marcelego, a jeden z najstarszych rośnie po dziś dzień pod ścianą białego domu. Prawnuk założyciela pierwszej parceli postanowił wrócić do korzeni i wznowić uprawę. Doświadczenie zdobył już przy zakładaniu pierwszej winnicy uniwersyteckiej w Polsce, to znaczy winnicy przy Uniwersytecie Rolniczym im. Hugona Kołłątaja w Krakowie.

To właśnie tam Marceli stawiał pierwsze kroki w winiarskim świecie. Także tam nabrał przekonania do hybryd. Otwarcie wyznaje, że mieszańce stanowią trzon jego winnicy i za szybko się to nie zmieni (chociaż pierwsze nasadzenia vinifer zostały już poczynione). Właściciel Winnicy Sandomierskiej nie tworzy kupaży, wszystkie jego wina produkowane są w oparciu wyłącznie o jeden szczep. Jak tłumaczy, chce najpierw wychować konsumentów i klientów, chce pokazać im cechy poszczególnych odmian. Na kupaże i szczepy winne przyjdzie jeszcze czas. Mając jeszcze w pamięci słowa Tomasza, u którego gościliśmy poprzedniego wieczora, znów doszliśmy do wniosku, że na naszej drodze poznajemy nie tylko winnice, ale przede wszystkim ludzi, którzy podchodzą do tego samego zagadnienia w zupełnie inny sposób. Zapewne różne filozofie i teorie głoszone przez poszczególnych winiarzy z Sandomierszczyzny mają swoje silne i słabe strony, o tym które z nich sprawdzą się w dłuższej perspektywie przekonamy się nie wcześniej jak za kilkanaście lat.

Wracając do miejsca, w którym przebywaliśmy tamtego wieczora. Winnica Sandomierska to tak naprawdę jedynie wycinek działalności, jaką zajmuje się Marceli i jego rodzice. W gospodarstwie powstają również sery dojrzewające, jest pasieka, a co za tym idzie produkcja miodów. Są wreszcie sady owocowe, piaskowania i… przetwórnia wpisana na listę Dziedzictwa Kulinarnego Świętokrzyskiego, w której produkowane są różnego rodzaju kiszonki z warzyw i inne przetwory.

Podczas gdy gawędziliśmy z właścicielem, w kieliszkach znalazł się Seyval Blanc z 2016 roku. Wino miało jasną suknię. W nosie dominowały nuty zielonego jabłka, było też niezbyt intensywne ziołowo-kwiatowe tło. Na języku dało się wyczuć wyraźną kwasowość i nieco goryczki na finiszu. Całość sprawiała wrażenie lekkości i rześkości. Na pewno to wino sprawdziłoby się jako aperitif, a i do lekkich ryb bym nim nie pogardził.

Różowy Marechal Foch (ukłon w stronę dzisiejszej edycji Winnych Wtorków, których tematem są różowe wina z Europy Środkowej – w tym z Polski), również z 2016 roku, z początku był nieco zamknięty. Wino zaczęło się otwierać dopiero po mocnym dotlenieniu. Wyczuwalny z początku aromat lekarstwa na kaszel (jak stwierdził Ł., lekarz z zawodu) został zastąpiony kompotem truskawkowym i dojrzałymi poziomkami. W ustach również różowe owoce, a całość okraszona sporą dawką cukru resztkowego.

Solaris 2016 miał nieco ciemniejszą barwę niż próbowany wcześniej Seyval. Obdarowywał mocno aromatycznym nosem, zdominowanym przez nuty kwiatowo-owocowe z miodowym tłem. Spora kwasowość została skutecznie zdominowana przez wysoki cukier resztkowy. Zabieg ten sprawił, że wino to nie jest wymagające. Ot, taki niezobowiązujący, aczkolwiek porządny, towarzysz letnich wieczorów. I. była zachwycona.

Na koniec pozostał Regent rok starszy od pozostałych towarzyszy. Fermentował w stali, po czym dojrzewał przez rok w dębinie. Wino miało ciemnoczerwoną, mocno intensywną barwę z brunatną głębią. W nosie przyjemny owocowo-beczkowy bukiet. Dominowały owoce jagodowe, pojawiło się też trochę śliwek. Co najważniejsze, nie było tu nawet śladu po charakterystycznych dla tego szczepu buraczkach. W ustach niziutka kwasowość przez co całość wydawała się trochę płaska. Na pewno schłodzenie go nawet do 12˚C zadziała na jego korzyść, czego doświadczyliśmy próbując Regenta rok starszego…

…wspomnianą powyżej butelkę Regenta z 2014 otworzyliśmy do kolacji. W menażkach znalazła się kasza z sosem serowym, danie raczej mdłe ze zdecydowanie dominującą solą. Wspomniane wino sprawdziło się w tym połączeniu idealnie. Niska temperatura uwypukliła taniny, a sos na bazie serów wyciągnął na wierzch całą kwasowość, jaką kryła w sobie butelka. Było to na pewno połączenie o niebo lepsze od poprzedniego, którego mieliśmy okazję „doświadczyć” dwa dni wcześniej popijając półsłodkim frizzante kaszę z kiełbasą i serem…

***

Obudziliśmy się wczesnym rankiem. Pierwszy widok po wyjściu z namiotu nie mógł nie nastrajać nas pozytywnie, winnica w świetle pierwszych promieni słońca robiła niesamowite wrażenie. Nie mieliśmy jednak czasu podziwiać tego widoku zbyt długo, czekał na nas Sandomierz i Winnica św. Jakuba, ostatni punkt naszej wyprawy. Odwiedziny w Winnicy Sandomierskiej były dla nas bardzo ciekawym doświadczeniem. Mając już jakiś bagaż doświadczeń po kilku dniach i odwiedzeniu pozostałych winnic, mogliśmy skonfrontować opinie poszczególnych producentów i porównać je ze sobą. Nasze kubki smakowe też zaczęły kalibrować się na wina z Sandomierszczyzny, a po tych kilku dniach byliśmy w stanie dostrzec pewne cechy wspólne i ewentualne różnice. Marceli pokazał nam nie tylko swoje gospodarstwo, ale i otworzył przed nami rodzinną historię, która wiąże się z obecnością winorośli w okolicach Sandomierza. Jednak prawdziwy powrót do pierwszych winnych krzewów w Świętokrzyskim dopiero nas czekał, o tym w kolejnym wpisie…

 

Pozostali wtorkowicze napisali:

Autorzy bloga Winniczek sięgnęli po różowego Cfajgelda z… Winnicy Modła!

Blurppp rozwodzi się nad tym czym jest Europa Środkowa i otwiera róż z Węgier