Melissinos Winery

Podróże, wino

Słońce, plaża, krystalicznie czysta woda, pięciogwiazdkowy hotel z opcją all inclusive, basen otoczony leżakami i błogie lenistwo. Dobra, to nie moja bajka. Wolę rower, plecak i spartańskie lub chociaż pół-spartańskie warunki. Gdy męczy się ciało, umysł odpoczywa. I na odwrót. Po ostatnich cholernie trudnych miesiącach jednak zmieniłem zdanie i po raz pierwszy z nieskrywaną radością jechałem na wakacje, podczas których miałem palcem nie kiwnąć (chyba u każdego pojawia się w końcu taki moment w życiu)…

Lądujemy po południu na Kefalonii, grecka wyspa o której istnieniu mało kto ma pojęcie. Korfu, Rodos, Kreta, Zakynthos – to są wyspy, które należą do Grecji, w głowie usłyszałem głos Freda z kultowego filmu Chłopaki nie płaczą. Nie żebyśmy byli tacy do przodu, dla nas nazwa tego miejsca dotychczas pozostawała nic nieznaczącą… nazwą. Słońce grzało przyjemnie w twarze, lekki wiatr znad morza sprawiał, że upał nie dawał się we znaki. Z lotniska poszliśmy prosto do autobusu, który miał nas przetransportować do hotelu. Wakacje all inclusive.

Jadąc uliczkami Kefalonii widzieliśmy tu i ówdzie mocno już zniszczone tabliczki z napisem local wine oraz wine tours. W razie czego będzie jakieś zajęcie, pomyślałem. Następnego dnia spotykamy rezydentkę, która zaprezentowała wyspę recytując wyuczone na pamięć opowiadanie. Nie zabrakło też żartu typowego Janusza: …ostatniego dnia dla chętnych będzie wycieczka fakultatywna z wizytą w winiarni. A z jakiego wina słynie Kefalonia? Robola! No widzicie Państwo, my też w Polsce mieliśmy kiedyś wino robola. W tym momencie obecni na sali spojrzeli po sobie z zażenowaniem. No ale to tutaj, to jest inne. Kurtyny opadły, przedstawienie się zakończyło, a nas skutecznie zniechęciło do udziału w wycieczce fakultatywnej. Wynajęliśmy auto i na własną rękę zdecydowaliśmy się dotrzeć do wszystkich zakątków wyspy, w tym do winnic, gdzie produkują, wybaczcie, wino Robola.

Godzina dziesiąta rano, dzień drugi przecierania szlaków Kefalonii naszą niezmordowaną czerwoną Pandziałką. Od ostatniego znaku wskazującego drogę do Melissinos minęło już kilka minut, a kręta dróżka wydawała się prowadzić nas coraz bardziej w dzicz. Stała się jeszcze węższa niż dotychczas (o ile było to możliwe), a z zasięgu wzroku zniknęły nawet stare rudery i blaszaki. Jeszcze kilkadziesiąt metrów przez zarośla i jest! Naszym oczom ukazała się niewielka miejscowość, a na jej skraju stary dom z tabliczką jednoznacznie wskazującą, że udało nam się dotrzeć do celu.

Na posesji wita nas absolwent ateńskiej Alma Mater, kierunku enologia, właściwy człowiek na właściwym miejscu, rzec by się chciało. Filip (posłużę się spolszczoną wersją, wszak nie każdy zna grekę) nie należy do rodziny, pracuje w Melissinos Winery już drugi sezon. Po tym, jak przyjechał tu na praktyki, właściciel winnicy postanowił zaproponować mu stałą posadę. Samego Nikosa Petrakopoulosa niestety nie udało nam się poznać.

Bez dłuższej zwłoki Filip oprowadza nas wokół domu, po piwnicy i winiarni. Przechodzimy przyśpieszony kurs wiedzy o greckich winach, ale przede wszystkim, o winach Kefalonii. Najpopularniejszą odmianą na wyspie jest osławiona już biała Robola. Obok niej równie często w lokalnych winnicach pojawia się Mavrodaphne, choć tu o endemiczności już mówić nie możemy. Producentów na wyspie nie ma wielu, godnych odwiedzenia i poznania jest pięć, może sześć miejsc, pozostałe kilka winnic bez żalu można sobie odpuścić. Przeważają niewielkie przedsięwzięcia nastawione na dobrej jakości wina z Roboli, nierzadko mówimy o uprawach biologicznych i ciekawych eksperymentach z tym szczepem (przedłużona maceracja idąca w stronę win pomarańczowych czy dojrzewanie w amforach). Jest też jeden większy producent oraz kooperatywa zrzeszająca około 50 niewielkich rolników. Melissinos należy do tych kilku małych inicjatyw, bowiem roczna produkcja w zależności od rocznika nie przekracza 20-25tys. butelek. W polskich warunkach to już coś, ale nawet na niewielkiej Kefalonii są podmioty, których produkcja nie zamyka się w 500 tysiącach butelek rocznie.

IMG_1215.JPG

Siadamy pod drewnianą altaną i studiujemy mapę wyspy planując kolejne miejsca, do których mamy zamiar zawitać. Filip w tym czasie przynosi kieliszki, butelkę zimnej wody i to, na co czekaliśmy najbardziej (nic nie szkodzi, że jest dopiero godzina 11). Zaczynamy degustację od Lefko 2017, lekkiego białego wina złożonego ze szczepów Robola, Muskat oraz Vostilidi. W nosie sporo dojrzałej brzoskwini i ananasa. Lekki owocowy charakter sprawia, że ten blend posmakuje wielu. W ustach pojawia się również kamienne tło i sporo rześkości, zaledwie odrobina słodyczy na końcu wykańcza i zaokrągla całość. Wino tarasowe jak się patrzy.

IMG_1216.JPG

Kokkino 2017 to czerwony odpowiednik Lefko. Oparte wyłącznie na Mavrodaphne wino ma być lekkie i przyjemne w piciu, zdecydowanie bez zadęcia. I takie właśnie jest. Barwą klasyfikuje się w pół drogi pomiędzy różem, a czerwienią. Aromatami gumy balonowej, czereśni, kwiatu piwonii oraz lekkim ciałem i prostą, choć nie prostacką kwasowością Kokkino po prostu urzeka. Ale tylko na chwilę, bo miało być bez zadęcia.

Kilka poziomów wyżej stoi Robola Natural 2016. Wino biologiczne wyprodukowane z winnicy, która położona jest na wysokości ponad 700 m. n. p. m. Zielonkawa barwa jednoznacznie mówi, że nadejdzie jeszcze odpowiedni czas dla tej butelki. W nosie jednak już ładnie się układa, jest zielona herbata, tymianek, rumianek i kwaśne jabłko. W ustach również melon i gruszka, ale herbaciano-ziołowa dominanta wciąż pozostaje. Charakterne i godne zapamiętania, również dzięki kamiennemu tłu.

IMG_1218.JPG

Melissinos Winery nie tylko Robolą stoi, producent może się pochwalić bardzo starą (jak starą, nie wie on sam) parcelą porośniętą Mavrodaphne, które cudem uratowało się przed filokserą. To właśnie owoce tych winorośli są wykorzystywane do produkcji mocarnej czerwieni, MOV 2015. Po dwóch latach w używanych barrique z francuskiego dębu wino jest już ładnie ułożone, choć jego potencjał oszacowałbym na co najmniej dekadę. Suknia ciemna, nieprzejrzysta, mocno wysycona barwa. W nosie ziemia, tymianek, zioła, ale i dojrzałe, przesmażone maliny i wiśnie. Na podniebieniu jednoznacznie czuć, że to zaledwie osesek. Taniny dominują, jeszcze się nie wtopiły, aromaty są wciąż rozbieganie. Jedynie tostowo-czekoladowy finisz z nutą mocnego espresso wydaje się być już na swoim miejscu. Niewątpliwie wielkie wino, które swoją moc pokaże dopiero za kilka lat.

Na osłodę i zakończenie degustacji Melitino 2017. Wino produkowane z podsuszanych owoców szczepu Zakynthino (jak głosi legenda, szczep ten zawędrował tu wraz z przybyszami z wyspy Zakynthos, gdzie dziś właściwie nie jest już uprawiany). Po dwóch tygodniach na słońcu w owocach koncentruje się to, co w nich najlepsze. Pod bursztynową barwą kryją się aromaty suszonych fig, syropu klonowego, miodu lipowego. W gardło drapią herbaciane taniny. Wysoka słodycz jest zgrabnie balansowana przez wyczuwalną kwasowość. Po chwili wino otwiera się jeszcze bardziej i prezentuje całą feerię aromatów suszonych owoców i bakalii…

Nasz Fiat Panda świetnie się spisał. Stroma i kręta wąska dróżka od kilku kilometrów nie była już asfaltowa, a szutrowa. Mimo to auto dzielnie pokonywało kolejne zakręty. Byliśmy już na wysokości około 700 metrów. Parcela Roboli należąca do Melissinos powinna być gdzieś w okolicy. Zgodnie z tym, co powiedział nam Filip, minęliśmy duży głaz po lewej. Jest! Na krępych krzewach winnej latorośli wciąż wisiały liście, które powoli zmieniały barwę z zielonej na żółtą. Z powodu suszy część z nich zdążyło już zbrązowieć. Po owocach, które rosły tu jeszcze nieco ponad miesiąc temu nie pozostało ani śladu. Parcela ostro schodziła w dół, czasami tak mocno, że bez odpowiedniego zabezpieczenia człowiek nie mógłby na niej stanąć na dwóch nogach. Gdzieś w dole, w oddali, widzę błękit morza. Takie wakacje all inclusive to ja rozumiem!

 

 

Reklamy

Nowy początek

wino

Długo było tu cicho. Cicho, jak makiem zasiał. Miałem jednak ku temu powodu. Wszak nie codziennie bierze się ślub, nieprawdaż? Chociaż pewnie znajdą się i tacy, dla których to chleb powszedni. Wracam jednak do pracy, nadrabiam zaległości, robię porządki w notatkach i zabieram się do opracowania nagromadzonego materiału. Dziś jednak jeszcze kilka prostych słów i przemyśleń, taki powrót do korzeni blogowania. Od następnego artykułu wróci Italianizzato reportersko-dziennikarskie, z odpowiednią dawką praktycznych informacji podbudowanych teorią (ale w umiarze!).

 

Polacy są winni…

Winni, ale czego? Chyba nie tego, że zamiłowanie do zmrożonej czystej nie jest już równie powszechne, co dwie dekady temu? Jakież było moje zdziwienie, gdy po weselu odkryliśmy, że z tradycyjnego pół litra na głowę ostało się nadal jakieś 0,4 litra na głowę w nienaruszonych kartonach! Z góry zaznaczam, że abstynenci nie stanowili znaczącej części zaproszonych gości…

Do czego zatem zapałali miłością Polacy? Jeszcze większe zdziwienie malowało się na naszych twarzach, gdy krótko po obiedzie obsługa poinformowała nas, że „skończyło się białe wino”. Trudno, będą pić czerwone. No i wypili. Godzinę później zabrakło również czerwonego wina. Nikogo nie zachęciło to jednak do wzmożonego spożycia czystej zbożowej. Goście z ochotą wypili niemal wszystkie butelki domowej nalewki… Tak dla ścisłości, wódeczka na weselu była nie byle jaka, co potwierdzili nieliczni zawodnicy mierzący się z nią tego wieczora. Potwierdzili dnia następnego, rzecz jasna.

40307386_665789290457346_7279592752059252736_n

…a Polki świetnie się starzeją

Na weselnym stole pod schabowego, tatara i inne dania, których nie mogło zabraknąć na takiej imprezie, oprócz wspomnianej czystej, zaserwowaliśmy Polki z Winnicy Srebrna Góra. Tak charakter białego i czerwonego wina, jak i wygląd etykiet idealnie wpisały się w to, co zaplanowaliśmy. A i cena nie zrujnowała budżetu przewidzianego na zakupy alkoholowe. Były to jednak wina nie z aktualnie dostępnego w sprzedaży ubiegłego roku, a z 2016. Nieco z obawą spróbowałem białej Polki. Czy aby korek wytrzymał, czy wino nie zmieniło się nie do poznania po dwunastu miesiącach w mojej piwniczce? Uff, na szczęście wciąż tryskało energią. Było nadal świeże i aromatyczne. Dominujące nuty ananasa i brzoskwini nie odeszły w cień, a ziołowy szlif wciąż nie wybił się na pierwszy plan. Nic dziwnego, że białe Polki rozeszły się w mig. Czerwień jednak nie ustępowała im ani na krok. I tu wciąż pozostało sporo owocowej świeżości, kwasowość w punkt i odrobina tanin, które zaledwie muskały podniebienie, a w towarzystwie dań kuchni polskiej były wręcz niewyczuwalne. No i ten zapach polskiego ogrodu w czerwcu (czerwone porzeczki, czereśnie i wiśnie). Polki świetnie się starzeją!

IMG_1051.JPG

Na dobry (nowy) początek

Emocje opadły. Goście rozjechali się do swoich domów. Czas na winiarską ucztę i nieco już skromniejszy toast. Moja I. (teraz już to stwierdzenie jest w pełni uprawnione!) wielbicielką win wytrawnych nie jest, choć nieskromnie powiem, że przez ostatnie lata moje metody nauczania zaczęły odnosić sukcesy. Jak głosi stare łacińskie przysłowie, kropla wina drąży kobiece podniebienie. Tego wieczora jednak raz jeszcze dla najwspanialszej kobiety na świecie sięgnąłem po jej ulubioną słodkość z Piemontu. Moscato d’Asti Araldica 2017. Całe lata nie widziałem win tego producenta na półkach w Polsce (choć sprzedaje je chociażby Dar Wina). Na szczęście nie tak dawno odwiedziłem Asti (i między innymi Nadię Verruę), dzięki czemu mogłem przytargać do domu wspomnianą butelkę. Wino miało słomkową barwę, od dna kieliszka urywały się i szybowały ku górze drobne bąbelki. W nosie sporo świeżego jabłka, słodyczy waty cukrowej, miodu i kwiatu lipy. Całość z początku nieco oszczędna, wszak wino było za mocno schłodzone. Ogrzane ukazało pełnię aromatu. Również na podniebieniu, a tam do wspomnianego bukietu doszła rześka kwasowość (mogłoby jej być jeszcze więcej!), domowa szarlotka i pestka na finiszu. Salute, mio amore!

 

 

Cascina Tavijn || Nadia Verrua

Podróże, wino

Jest kilka minut przed godziną szóstą rano. Budzę się w moim pokoju w Asti. Pościel leży gdzieś na ziemi, jest tak gorąco, że pomimo spuszczonych rolet na oknach, czuję się jakbym był w piekle. Włączam klimatyzator, ustawiam go na maksymalną moc i próbuję jeszcze na chwilę zasnąć. Nic z tego. Dźwięk jednostki chłodzącej ustawionej na balkonie tuż za oknem nie pozwala mi zmrużyć oka. No cóż, chcąc nie chcąc wstaję i biorę zimny prysznic, a w oczekiwaniu na śniadanie próbuję przejrzeć plan trasy na dziś.

 

***

 

Rower odebrałem z wypożyczalni już o dziewiątej. Nie pytano mnie o dowód osobisty, nie chciano mojego numeru telefonu, a nawet zapłaty. Dość odważne podejście jak na północne Włochy. O ile na Sycylii zdarzyło mi się już spotkać z tego rodzaju wyluzowaniem, o tyle Piemont przyzwyczaił mnie do porządku i iście niewłoskich standardów. Mniejsza. Mountain bike, który przypadł mi w udziale był naprawdę dobry. Jedynie czego mi brakowało, to bagażnika mogącego unieść kilka butelek wina. Trudno, na szczęście zabrałem ze sobą konkretnych rozmiarów plecak.

Wróciłem do pokoju hotelowego, znów wziąłem zimny prysznic. Pomimo, że było zaledwie przed dziesiątą, słupki rtęci przekroczyły już 30 kreskę, a wilgotność powietrza sięgała powyżej 80%. Zacząłem mieć pewne obawy co do powodzenia mojej wycieczki. Nawet wstępnie sprawdziłem możliwości skrócenia trasy, gdyby się okazało, że mój organizm odmówi posłuszeństwa. Wypiłem potężną dawkę elektrolitów, zjadłem mnóstwo owoców i świeżych warzyw, aby mieć zapas witamin i soli mineralnych w ciele na później i uciąłem sobie jeszcze drzemkę.

 

***

 

Nieco przed godziną czternastą ubrałem obcisłe ciuchy kolarskie i założyłem plecak (już ciężki, bo wrzuciłem tam dwie litrowe butelki z elektrolitami i kilka innych niezbędnych rzeczy). Raczej nie spodziewałem się otwartych sklepów na swojej trasie, więc musiałem zabrać ze sobą odpowiednią ilość jedzenia i picia, aby nie paść po drodze. Wystarczył mi niespełna kwadrans pedałowania przy średniej prędkości około 20 km/h, abym poczuł jak słone krople zbierają mi się na brwiach i brodzie, a następnie rozgrzane od słońca spadają na kolana, te również pokryte już błyszczącą warstwą potu… Przerwa na wodopój i ruszam w dalszą drogę.

Jak tylko wyjechałem z Asti i pokonałem most nad obwodnicą, krajobraz zmienił się o 180 stopni. Kamienice ustąpiły miejsca zakładom produkcyjnym, a te z kolei połaciom łąk, pól i lasów. Jeszcze tylko przez chwilę jechałem po płaskiej ziemi. Z każdym kolejnym przebytym metrem zaczynałem wspinać się ku górze. Dotarło do mnie, dlaczego mapy Google wskazywały, że pokonanie około 20 km powinno zająć więcej niż dwie godziny.

38539026_1922421584512351_7064196792090361856_o.jpg

Wystarczył pierwszy podjazd, abym zrozumiał co czeka mnie tego dnia. Zagryzłem zęby i pomyślałem, jak przyjemny będzie powrót. Po stu metrach trasa skręcała ostro w prawo. Niestety, tuż za zakrętem okazało się, że podjazd nie tylko się nie kończy, ale ciągnie dalej i staje się jeszcze bardziej stromy. Znów zebrałem się w sobie i po kilku minutach dotarłem do szczytu pierwszego wzniesienia. Stop. Przerwa na sesję fotograficzną. Pole słoneczników po horyzont z jednej strony, długie rzędy orzechów laskowych z drugiej. Gdzieś nade mną majaczą już pierwsze winnice. To właśnie jest piękno Piemontu!

Pociągnąłem z butelki kilka głębokich łyków elektrolitów i wsiadłem ponownie na rower. Z zagajnika po prawej wybiegła młoda sarna i przecięła drogę dosłownie na kilka metrów przede mną. Zauważyłem, że od kiedy przejechałem przez most nad obwodnicą Asti, nie spotkałem na trasie żywej duszy (sarny nie licząc). Ciekawe czy jest tu tak spokojnie zawsze, czy może to tylko ten piekielny upał przepędził wszelkich śmiałków gotowych mierzyć się z krętą górską drogą.

 

***

 

Wystarczyło zaledwie minąć tablicę z nazwą miejscowości Scurzolengo, a winnice pokryły wzgórza po prawej i lewej stronie drogi. Tu już nie było mowy o słonecznikach, choć leszczyna jeszcze pojawiała się tu i ówdzie na horyzoncie. Nawigacja jasno wskazywała „dotarłeś do celu”, ale znaku prowadzącego do winnicy Cascina Tavijn ni widu ni słychu. Napisałem do właścicielki, Nadii Verruy. W tym samym czasie ujrzałem wypalony od słońca drogowskaz. Zaparkowałem rower na podjeździe i z ulgą zdjąłem plecak. Przywitała mnie starsza pani w dużym słomkowym kapeluszu. Zza jednych z drzwi wyszła Nadia. Przedstawiła mi swoją mamę i przyniosła butelkę zimnej wody. Tego mi było trzeba. Jednym haustem opróżniłem szklankę, a na moim czole pojawiło się mnóstwo drobnych kropelek potu.

Właścicielkę Casciny Tavijn poznałem kilka lat wcześniej w Poznaniu, podczas degustacji win naturalnych zorganizowanej w SPOT. z udziałem Isabelle Legeron. Udało mi się wtedy zamienić kilka zdań z Nadią i obiecałem, że jeśli kiedykolwiek pojawię się w okolicach Asti, postaram się ją odwiedzić. Bez większej zwłoki przeszliśmy do winiarni, gdzie w stalowych tankach dojrzewały wina z zeszłego roku (oraz jedna barbera z 2016). Wróciliśmy do dyskursu dotyczącego win naturalnych i tego, czy kilka lat wcześniej Polska i Poznań były gotowe na tego typu ekstrawagancje. Obydwoje przyznaliśmy, że nasz rynek jest wciąż zbyt kiepsko rozwinięty, aby próbować przekonać klientów do win produkowanych w sposób ekologiczny. Nadia przyznała jednak, że również we Włoszech, kraju przecież winiarskim od wieków, uprawa biologiczna to wciąż margines i klientów na tego typu produkty nie ma wielu. Ona mimo to nie narzeka na brak zainteresowanych.

Już w Poznaniu przekonałem się o wysokiej jakości jej win, nie tylko w kontekście zdrowego podejścia do uprawy, do natury i produkcji, ale również w kontekście smaku i aromatu, jakie prezentują wina naturalne z Casciny Tavijn.

Pomimo, że dziś Nadia posiada około 13 hektarów ziemi, kierowana przez nią winnica to wciąż rodzinne przedsięwzięcie. Ona sama jest czwartym pokoleniem winiarzy i to właśnie ona dokonała znaczących zmian w podejściu do uprawy i produkcji. Od sprzedaży wina luzem lub w 5-litrowych damigianach przeszła do butelkowania i produkowania win naturalnych wysokiej jakości. Skupia się na tym, na czym skupiali się od zawsze jej przodkowie: winach czerwonych z lokalnych odmian, ale od niedawna zaczyna też myśleć o produkcji lekkich win białych i podjęła już pierwsze kroki w tym kierunku.

IMG_1070.JPG

Za sprawą współpracy z turyńskim artystą Cascina Tavijn zmieniła również to, w jakim sposób odbierają ją klienci. Urzekające prostotą etykiety świetnie oddają ducha win i obrazują filozofię, jaka przyświeca Nadii i jej rodzinie. Poszczególne wina zadedykowane są ojcu, matce czy innym członkom familii. Jedynie Bandita wymyka się schematom i nieco zalotnie spogląda z etykiety na osoby żądne poznania jej smaku (barbera znajdująca się w butelce z tą etykietą nie załapała się w sztywne i surowe ramy apelacji, stąd nazwa wina). Jak widać, nie potrzeba wielkich słów, starych zamków i górnolotnych haseł na etykiecie, aby urzec potencjalnego klienta i przekonać go do zakupu. Całe szczęście, w tym wypadku opakowanie to jedynie fragment całej układanki, bo wina trafiające do butelek prezentują równie wysoki poziom.

Próbujemy prosto z tanka zeszłorocznego grignolino. Wino ma purpurowy kolor, barwa jest bardzo ładnie wysycona, intensywna. W nosie pojawia się garść czerwonych owoców, nieco leśnego poszycia i sporo kwiatów. Wino ma raczej lekką strukturę, ale całkiem sporo tanin (długa maceracja na skórkach robi swoje) i kwasowości. Całość wieńczy goryczkowy finisz. Już dziś jest dobre, choć potrzebuje jeszcze trochę czasu na ułożenie się. Będzie butelkowanie niebawem, dzięki czemu dostanie jeszcze nieco tlenu i okazję, aby zbalansować się już w butelkach, a nie w potężnym tanku.

IMG_1081.JPG

Ruché to kolejna z odmian popularnych na tych ziemiach. Nadia przyznaje, że ma z nią problem, ponieważ co roku w winie musi zostawić sporo cukru resztkowego, aby alkohol nie poszybował do zbyt wysokich rejestrów. Rocznik 2017 ma nieco wspomnianej słodyczy i oszałamiające 15% alkoholu, którego na szczęście nie czuć tu ani przez chwilę. Ładne ciało (podbudowane również wspomnianym cukrem), dużo owoców i aromatycznych kwiatów (piwonia, bez). Jest też koszyk dojrzałych jagód i malin. Gdyby tak dostało nieco więcej kwasu, byłoby naprawdę spektakularne. Bez tego kontrapunktu, jest bardzo dobre.

Różowe ruché jest nieco przygaszone i czuć tu raczej dżemy owocowe, aniżeli świeże poziomki czy truskawki. Wino, którego próbujemy stoi przy tuż przy drzwiach winiarni, przez co jest też zdecydowanie za ciepłe. Nadia przyznaje, że owoce mogły być zebrane znacznie wcześniej.

Tę ekskluzywną degustację przerywa mąż właścicielki, który przywiózł córki. Przez chwilę wokół panuje zamieszanie, dziewczynki przekrzykują się opowiadając Nadii ostatnie godziny spędzone z tatą. Uciekają do domu, ale po chwili znów wracają. Mąż Nadii zabiera dwa kartony wina, żegna się i wyjeżdża. Już mamy sięgnąć do kolejnego tanka, ale pojawia się teść właścicielki. I on zabiera dwa kartony, zamienia dwa zdania ze mną i z synową, po czym wyjeżdża.

Sięgamy wreszcie do tanka z freisą. I tu mamy do czynienia z pięknie wybarwioną suknią. Wino bardziej niż w elegancję, zmierza w kierunku nut rustykalnych, wiejskich. Są świeże, dojrzałe owoce prosto z sadu i nieco wiejskiego obejścia. Nadia twierdzi, że z freisy można produkować naprawdę wielkie, subtelne i eleganckie wina i do tego celu zmierza. Będzie próbowała osiągnąć go w kolejnym roczniku.

IMG_1062.JPG

Barbera to jeden z książąt Piemontu. Tutejsze winiarstwo bez nebbiolo i barbery właśnie nie zyskałoby tak dużego uznania nigdy. Jasnym jest więc, że również w Cascinie Tavijn gra ona pierwsze skrzypce. Rocznik 2016 jest już prawie gotowy do butelkowania. Część wina dojrzewała przez rok w dębowych botte, reszta spokojnie czekała wówczas w tanku ze stali nierdzewnej. Wino już osiągnęło świetny balans i pokazuje dużą klasę, ale na pewno kolejny rok czy dwa w butelce mu nie zaszkodzą. Jest pełne, eleganckie, krągłe, ale z dobrą taniną i kwasowością, które nadają mu charakteru. Soczysty owoc urzeka czystością i głębią. Ot, taki przykład dla niedowiarków, którzy twierdzą że wina naturalne nie mogą być wielkie!

Dla porównania Nadia częstuje mnie jeszcze zeszłoroczną barberą. Tu wciąż czuć sporo cukru resztkowego, który ma kolejny rok, aby dofermentować. Potęga owocu daje o sobie znać i jasno wskazuje, że wiele lat przed tym winem. Oby mikrooksydacja w beczkach zrobiła swoje, a tej barbery będzie warto poszukać na sklepowych półkach. Szkoda jedynie, że dziś Cascina Tavijn nie ma swojego importera w Polsce…

 

***

 

Dodatkowo obciążony butelkami od Nadii pędzę na złamanie karku w dół. Podjazdy, które kilka godzin wcześniej dały mi nieźle w kość, teraz były moim sprzymierzeńcem. Wciskam delikatnie hamulce, ale gdy czuje ich swąd odpuszczam i po prostu daję się ponieść pędowi. Powietrze jest wciąż piekielnie gorące, pomimo, że zjeżdżam naprawdę szybko, nie czuję ulgi. Jedynie kolejne fale ukropu uderzają moją twarz. Po zaledwie pół godziny znajduję się w Asti. Oddaję rower i zauważam elektroniczny wyświetlacz termometru przy jednym z barów. O godzinie 19:00 wskazuje on 41 stopni Celsjusza… Było warto!

 

IMG_1068.JPG

Lonely Planet || Wine Trails

Książki, Podróże, wino

Wakacje. Błogie lenistwo, dni przepełnione żarem lejącym się z nieba, spędzone jedynie na nic nie robieniu. Albo inaczej. Pobudka o poranku, póki jeszcze nie jest zbyt gorąco, mapa w dłoń i marszruta po zabytkach miasta. W południe posiłek w lokalnej knajpce zaprawiony kieliszkiem regionalnego wina, później dwie godziny sjesty i powrót na zabytkowy szlak. A wieczorem przychodzi czas na kolejny kieliszek schłodzonego białego wina i zasłużony odpoczynek.

Nieważne jak lubicie spędzać wakacje. Nie ma znaczenia czy wolicie leniuchować na ręczniku kąpielowym na sycylijskiej plaży, czy może bardziej Wam w smak przejść kilkanaście kilometrów w żarze pośród uliczek antycznego Rzymu. Jeśli w podróżach towarzyszy Wam gdzieś w tle (lub nawet wybija się na pierwszy plan) chęć poznawania panoramy enologicznej odwiedzanego miejsca, na pewno wybierając się na wakacje sprawdzacie do której enoteki czy winnicy warto zawitać. Internet jest pełen przydatnych informacji, zdecydowana większość producentów i sklepów z winem ma już swoje strony, na których znajdziecie wszystko, czego dusza zapragnie, aby dobrze zaplanować podróż. Są jednak tacy, jak chociażby autor tych słów, którzy wciąż nad ekran smartfona czy tableta przedkładają papier. Dla nich jakakolwiek wycieczka wiąże się z trzymaniem tradycyjnej mapy w dłoni (na końcu zazwyczaj już mocno wymiętej i poplamionej) lub targaniem w bocznej kieszeni plecaka przewodnika, równie mocno doświadczonego przez los co wspomniana mapa.

W planowaniu podróży w, nazwijmy to, tradycyjny sposób, pomagają liczne publikacje winewriterów, sommelierów, lokalnych przewodników, a nawet prace zbiorowe będące prawdziwymi almanachami publikowanymi w regularnych odstępach z najświeższymi danymi. Jedna z taki prac stworzonych w kolektywie wpadła mi ostatnio w ręce, a że niebawem czeka mnie krótki pobyt w Piemoncie, postanowiłem sprawdzić ile przydatnej wiedzy mogę z niej posiąść. Przewodników Lonely Planet przedstawiać nikomu nie trzeba. Świat dzieli się na takich, którzy bez egzemplarza tego wydawnictwa z domu nosa nie wyściubiają oraz na takich, którzy omijają je szerokim łukiem i jedynie drwiąco podśmiechują się napotkawszy na trasie swojej przygody kogoś z książką tego wydawnictwa. Sam o dziwo plasuję się gdzieś po środku tej stawki, bowiem zdarzyło mi się po LP w życiu sięgnąć, ale koniec końców nie trzymałem się kurczowo wskazówek tam podanych.

IMG_1044.JPG

Wine Trails to próba podjęcia tematyki winiarskiej i przybliżenia czytelnikom 52 najbardziej znanych regionów produkcji na świecie (choć to bardzo umowne „najbardziej znane regiony” bo na stronach przewodnika pojawiają się takie lokalizacje jak Naoussa w Grecji, Meknès w Maroko czy tureckie Thrace). Trasy są krótkie, w sam raz na weekendowy wypad, ale powiedzmy sobie szczerze: kto jechałby pół świata do Australii, żeby spędzić tam zaledwie jeden weekend? Każdy region opisany jest według tego samego schematu: duże zdjęcie na całą stronę ilustruje piękno opisywanego miejsca, mapka zaklęta w kształt butelki wina obrazuje mniej-więcej gdzie znajdują się wskazane przez autorów winnice. W kilku zdaniach autorzy próbują przybliżyć winiarski charakter miejsca, a następnie opis ten rozszerzony zostaje do kilku (wciąż jednak zwięzłych) akapitów. Część praktyczną, jeśli można tak to nazwać, stanowią rzeczowe, niemalże encyklopedyczne, notatki na temat kilku winnic. Całość wykańczają trzy pytania: Where to stay? Where to eat? What to do? Niestety odpowiedzi na nie są bardzo lakoniczne i ograniczone… Podobnie jeśli chodzi o wskazówki dotarcia do opisywanego regionu. Pomysł podawania położenia najbliższego lotniska (nawet jeśli lata na nie zaledwie jeden samolot dziennie) i obowiązkowe informowanie, że można tam wynająć auto jest po prostu kiepski…

Szata graficzna, przepiękne wykonanie oraz kilka ciekawych rozwiązań dotyczących rozmieszczenia tekstu i obrazów na stronach przewodnika zdecydowanie podwyższają moją ogólną ocenę. Podobnie jak wspomniane „najbardziej znane regiony” winiarskie. Wszak mało kto sili się na opisywanie turecki winnic, zdecydowanie łatwiej jest przecież skreślić kilka zdań o producentach z Toskanii czy Bordeaux. Martwi natomiast bardzo ograniczony wymiar praktyczny przewodnika. Całość napisana jest zwięzłym, prostym (czasami niestety zbyt prostym) językiem, co ułatwia skupienie się na samym zwiedzaniu i planowaniu podróży, ale aby to robić potrzeba przede wszystkim konkretnych i przydatnych informacji, a tych tu brakuje. No to może Wine Trails należy czytać inaczej, trochę jak opowieść, a nie przewodnik? I tu słabo, język jest lakoniczny, tak naprawdę po kilku stronach czytelnik po prostu nie ma ochoty brnąć w to dalej… Cóż, nie szata zdobi przewodnik, jak to mawiają 😉.

 

 

Faktoria Win do grilla?

wino

Niebawem środek wakacji, sezon na grillowanie w plenerze w pełni. Nawet winni maniacy na hasło soczysta karkówka z rusztu najczęściej myślą o zimnym lagerku. No może nie wszyscy, bo Irek (autor bloga Blurppp) od dawna już walczy o wymienienie tradycyjnego cztero-paka na butelkę czerwonego wytrawnego. W tym roku rękawicę podejmuje Faktoria Win i fanom grilla podsuwa kilka butelek, które zdaniem inicjatorów akcji, powinny stawić dumnie czoła zimnemu piwu w ciepły letni dzień przy ruszcie.

Chociaż promocję nowej oferty Faktorii mocno wspiera szeroko zakrojona akcja reklamowa (między innymi banery w Internecie i reklamy na portalach społecznościowych, a także paczki wysłane szczodrze do blogerów) do mnie nie wszystko w pełni przemawia. Magazyn dołączony do otrzymanej paczki, nawet jeśli ładnie wydany, zawiera błędy ortograficzne i merytoryczne. Już to w sumie dyskwalifikuje w dużej mierze nową propozycję Eurocash’u. Chyba osoby decyzyjne w projekcie „Faktoria Win” nie uważają swoich potencjalnych klientów za ignorantów? A jeśli tak, to sami wyciągnijcie wnioski.

Do promocji nowej oferty zaproszono, cytuję, Basię Nakarmioną Starecką oraz Piotra Brusia-Klepackiego. Pytanie: który klient stacji benzynowych na odludziu czy wiejskich sklepów wie kim oni są? Może wyjdę na ignoranta, ale gdy otrzymałem paczkę od Faktorii Win, sam musiałem spędzić kilkanaście minut w wyszukiwarkach internetowych, aby dowiedzieć się czym zasłynęły twarze sygnujące ofertę grillową…

No to może chociaż same wina się obronią i przechylą szalę zwycięstwa na rzecz projektu należącego do grupy Eurocash? W paczce w sumie znalazło się sześć butelek, trzy biele i trzy czerwienie. Wśród nich toskańska butelka od znanej rodziny Frescobaldi czy najprawdziwszy szampan w atrakcyjnej cenie. Zapowiada się nieźle, ale czy tak jest?

IMG_1021.JPG

Degustację zacząłem od Vite Mia Biologico Bianco 2016. Butelka w robiącym wrażenie, mało niestety ekologicznym, opakowaniu. Suknia wina słomkowa z zielonkawymi refleksami. W nosie gruszka, melon, nieco moreli. Całość dość mdła i nie pierwszej świeżości, ale też (jeszcze) nieprzejrzała. Usta niestety również w mojej ocenie mdłe. Zabrakło zdecydowanie kwasowości, a goryczka na finiszu dominuje nad wszystkim innym. Mimo to w winie pojawia się też dość dużo owocu i całość sprawia poprawne, choć niczym nieimponujące, wrażenie. Prosta winiawka, której brakuje świeżości, ale do grilla da radę. Czy jest to godny przeciwnik czteropaka? Mam wątpliwości. Cena 26,99 zł akceptowalna.

IMG_1016.JPG

O niebo lepiej wypadł Landgraf Hessen Riesling 2015, gdzie w nosie dominują żółte owoce (morela, mirabelka). Bukiet mógłby być nieco bardziej aromatyczny, ale i tak całość sprawia dobre wrażenie. Na podniebieniu delikatne musowanie, nieco cukru resztkowego i kwasowość na dobrym poziome. Owoc w postaci brzoskwini, moreli i słodkiej mirabelki dominuje i tutaj. Ładne ciało, oleista struktura. Ot taki dobrze zbudowany riesling, którego pije się łatwo i przyjemnie. Zadowoli początkujących i znawców w świecie wina, choć za cenę 49,99 zł nie wiem, czy przekona kogokolwiek do odłożenia zimnego lagera na potem. Tym bardziej, że pasowałby on raczej bardziej do deserów nieobfitujących w cukier, aniżeli do dań z grilla.

Ostatnia z bieli powinna reprezentować (przynajmniej w teorii) naprawdę wysoki poziom. Szampan Canard Duchene Leonie Brut. Cena wydaje się atrakcyjna (149 zł) biorąc pod uwagę, że butelka ta była w Polsce dostępna dotychczas za kwoty rzędu 200-250 zł. Jasna słomkowa barwa. Gęsta i dość długo utrzymująca się w kieliszku piana. Bukiet budują melon, wciąż jeszcze świeży, nieco drożdżowej chałki w tle i odrobina suszonych grzybów. W ustach raczej powściągliwe. Ładny balans pomiędzy świeżością, a nutami drożdżowymi, a do tego nieco cierpkości pojawiającej się na koniuszku języka. Całość poprawna, dobrze skomponowana, obiektywnie smaczna, choć nie mogę się oprzeć wrażeniu, że dziś w Polsce za 100 zł można dostać już porównywalnie dobrego lub nawet lepszego szampana. Butelka warta zakupu, ale i w tym wypadku nie ma mowy o hicie.

IMG_1020.JPG

Biele obstawiły średnią półkę w kategorii cena/jakość. Może czerwienie wypadną lepiej? Wszak mamy tu nawet znanego reprezentanta Toskanii? Zaczynamy jednak od zawodnika z Australii. The Guild of Fermentation Fanatics Shiraz 2016 ma nazwę i etykietę w młodzieńczym, na pewno sprzyjającym spotkaniom ze znajomymi, stylu. Za 24,99 zł otrzymujemy wino zdominowane przez jagodę, malinę i owoce leśne, a wszystko to podbite tanią beczką. Miękkie i gładkie. Na języku wyczuwalna wyraźnie słodycz i jeszcze trochę więcej wspomnianej drewnianej szczapy. Waniliowo-karmelowy finisz zamula, a owocom przydałby się nieco więcej werwy. Całość jest pijalna i myślę, że do grilla może wypalić. Cena też rozsądna, więc może ktoś się pokusi o zakup tej butelki zamiast czterech butelek piwa.

Jedziemy na druga półkulę do Chile i próbujemy Canepa Classico Carmenere 2017. Nos spod znaku śliwki i wiśni. Kwasowość nieco zielona, łodygowa, a owoc średnio dojrzały. Guma balonowa w posmaku, ciała niewiele… Kiepsko. Nawet za 21,99 zł nie warto.

IMG_1015.JPG

Czy zapowiadany wcześniej toskański zawodnik uratuje honor win czerwonych? 700 Settecento Ani Frescobaldi (podpisane w magazynie Faktorii Win jako wino z Niemiec!) ma intensywną, rubinową barwę. Nieco ciemniejszych refleksów też się znajdzie. W nosie garść suszonych owoców, podsuszanej wędzonej śliwki i sporo nut korzenno-tostowych. Gdzieś w tle majaczą wanilia i karmel. Na podniebieniu ładna kwasowość i wyraźna, momentami zadziorna tanina. Owoc walczy tu o pierwsze miejsce z anyżem i marcepanem. Jest też nieco dębiny, a całość wieńczy kawowo-tostowy finisz. Z początku mnie nie zachwyciło, ale z czasem naprawdę zasmakowało. Za 44,99 zł to dobry zakup, nie wiem tylko czy do grilla. Toskania wygrywa!

Reasumując, najnowsza oferta Faktorii Win na pewno nie jest totalną klapą (wszak konkurencja miała już gorsze wejścia), ale też brakuje tu hitów sprzedaży, które pociągną całość. Wina w rozsądnych cenach są zaledwie poprawne, a te lepsze kosztują już tyle, że bardzo wątpliwe, aby sięgnęli po nie laicy mieszkający na prowincji (nic nikomu nie ujmując). Sam pomysł przedstawienia oferty pasującej do dań z rusztu w sezonie sprzyjającym grillowaniu w gronie znajomych jest strzałem w dziesiątkę, ale wykonanie tym razem dalece odbiega od ideału. Wróżyłbym tej akcji większą popularność, gdyby Eurocash sięgnął po kilka win mieszczących się w magicznej granicy do 30 zł, które byłyby lekkie, ekstremalnie pijalne i różnorodne, tak aby pasowały do wielu koncepcji grillowania. Chyba mało kto wrzucając karkówkę na ruszt ma ochotę sięgać po wino za kilkadziesiąt złotych (lub grubo ponad 100 zł), skoro i tak najprawdopodobniej będzie ono pite ze szklanic na świeżym powietrzu. W takim otoczeniu nie sięga się po wyszukane smaczki i niuanse na podniebieniu, chodzi raczej o coś, co dobrze popchnie kawał mięsiwa, będzie do niego dobrze pasowało i nie zrujnuje domowego budżetu…