Wino+rower || Winnica Mozów

Podróże, wino

Tuż przed wyjazdem na tegoroczną majówkę wpadł mi w oko artykuł, w którym mówiono, że Lubuski Szlak Wina i Miodu to taka polska Toskania. Bywając już w wielu winnicach w Polsce podszedłem do tego stwierdzenia dość sceptycznie. I nie chcę być przy tym źle zrozumiany, nie mam zamiaru w żaden sposób umniejszać zasług polskiego enorynku, wręcz przeciwnie! Mimo to nasi producenci wciąż mają lata świetlne do nadrobienia w wielu aspektach i nawet największe ich wysiłki nie są w stanie oszukać czasu. Prawdą jest natomiast, że polskie winiarstwo goni kraje rozwinięte w tej dziedzinie z naprawdę ogromną prędkością, ale…

No właśnie, jest (lub są) pewne ale. Niestety, ale polskie winnice to wciąż w większości przedsięwzięcia hobbystyczne, jeszcze na dorobku, które potrzebują dużego zastrzyku energii, pieniędzy i sporo lat, aby móc zacząć mówić tu o prawdziwym enobiznesie. I choć sam zwolennikiem zamieniania wszystkiego w złoto nie jestem, to twardych praw rynku nie da się oszukać: piniądze to nie wszystko, ale wszystko bez piniędzy to… Sami wiecie. Kolejną sprawą jest jakość win. Wielokrotnie na łamach Italianizzato wychwalam krajowe butelki, nie zmienia to jednak faktu, że wielu wciąż brakuje jeszcze sporo do światowej czołówki. Nieliczne (czasem trochę bardziej liczne) wyjątki niezmiernie cieszą, ale pamiętajmy, że to wciąż wyjątki. Pominę tym razem wielokrotnie podnoszoną już przeze mnie i innych obserwatorów polskiej sceny winiarskiej kwestię ceny za butelkę. Czasem trzeba zapłacić tak zwaną taksę patriotyczną, choć zdarza się to również w krajach winiarsko rozwiniętych, gdzie za dopisek prodotto in Italia, bądź produit en France cena rośnie niemiłosiernie… Mógłbym tak wyliczać jeszcze długo, ale jak już się rzekło, nie o to chodzi. Po prostu artykuł przytoczony na wstępie do mnie nie przemawiał. Miałem jednak to szczęście, że w perspektywie kilku dni osobiście mogłem sprawdzić prawdziwość tezy Lubuskie=Toskania.

 

***

 

Pomimo, że z Krosna Odrzańskiego wyruszyliśmy dość wcześnie, słońce na niebie było już wysoko, a my mieliśmy za sobą zaledwie kilkanaście kilometrów. Poprzedniego dnia przejechaliśmy niespełna 20km, nie było zatem żadnych racjonalnych powodów ku temu, aby usprawiedliwić nasze ślimacze tempo. No dobra, poza wiatrem (lekkim, ale jednak) w twarz i żarem lejącym się z nieba. A może to myśli wciąż wracające do widoków w Winnicy Gostchorze i wspomnienie smaku świetnego GostArta produkowanego przez Guillaume’a na wzgórzach pod Krosnem nie pozwalały nam na oddalanie się od tego miejsca z przyzwoitą prędkością?

Jakimś jednak cudem udaje nam się pokonać już większość trasy, do następnego punktu wyprawy pozostaje wciąż około dziesięciu, może piętnastu kilometrów. Zatrzymujemy się tuż przy przeprawie promowej przez Odrę i w cieniu wielkiego drzewa leżymy odpoczywając w trawie. Czas odmierzają kolejne przeprawy w poprzek wartkiego nurtu rzeki, które odbywa sternik co kilkanaście minut. Pogoda zaczyna się zmieniać, na niebie pojawiają się ciemniejsze chmury i zrywa się wiatr. Prognozy zapowiadały na dziś burzę, przez co czym prędzej wracamy na rowery i żwawo pedałujemy w stronę Mozowa.

IMG_0634.JPG

Jeszcze kilka kilometrów przed następną metą mijamy stary budynek pełniący teraz funkcję wiejskiego domu kultury. Jego fasadę zdobią herby z różnymi zwierzętami, ale to co przykuwa naszą uwagę, to piękne zdobienia z motywami winiarskimi. To może wciąż zbyt mało, aby porównywać Lubuskie do Toskanii, ale w ten sposób chociaż upewniamy się, że wino miało tu duże znaczenie już w zamierzchłych czasach. Tuż przed samą miejscowością wita nas pierwszy podczas tej wyprawy znak informujący o tym, że znajdujemy się w polskiej Toskanii, pardon, na Lubuskim Szlaku Wina i Miodu. Robimy pamiątkowe zdjęcie i podążając za kolejnymi drogowskazami (swoją drogą naprawdę przemyślanymi, widocznymi i dobrze spełniającymi swoją rolę) docieramy do Winnicy Mozów.

 

***

 

W winnicy wita nas Konrad. Przyjechaliśmy nieco wcześniej, niż się umówiliśmy (co w naszym przypadku jest naprawdę rzadkością!), więc na Bartka odpowiedzialnego za produkcję będziemy musieli chwilę jeszcze poczekać. Już na pierwszy rzut oka widzimy, że jest to nie tylko miejsce gdzie uprawia się winorośl oraz produkuje i sprzedaje wino. Rzędy latorośli witają nas już od samej bramy, tuż za nimi stoi pokaźny dom. Dopiero po chwili przyglądamy mu się bliżej, ale wzrok przyciąga przetwórnia, sala degustacyjna i duża, przeszklona sala służąca do przyjmowania większej liczby gości lub organizowania imprez. Swoją drogą, ostatnio w Winnicy Mozów odbyło się pierwsze wesele!

Konrad prowadzi nas za budynki, gdzie rozpościera się pozostała część winnicy. Uprawiane są tu między innymi marechal foch, gewurztraminer, muscat czy chardonnay, ale właściciele podjęli również odważne jak na polskie warunki próby z syrah. Choć eksperymenty z tą ostatnią odmianą okazały się pudłem, szacunek za odwagę się należy. Stoimy na końcu winnicy, za rzędami winorośli widzimy całą infrastrukturę z innej perspektywy. Myślę sobie, że w sumie to czuję się jak w Toskanii. Słońce przypaliło nam już karki, wiatr rozwiał burzowe chmury, wokół mamy nieco lasu, nieco łąk i pól, ale przede wszystkim winnicę! No i jeszcze te budynki w przyjemnym, rustykalnym stylu. Zaczynam zmieniać zdanie co do artykułu przeczytanego przed wyjazdem na majówkę.

 

***

 

Rozsiadamy się w przeszklonej sali degustacyjnej. Na stole pojawia się talerz z serami i szynkami wyrabianymi na miejscu przez właścicieli. Najciekawszy okazuje się biały ser z pieczonymi skorupkami raków. W kieliszkach ląduje pierwsze wino, kupaż muscata, gewurztraminera i pinot gris z 2017 roku. Sporo w nim z początku nut liczi i muszkatu, które jednoznacznie wskazują na użyte odmiany. W ustach również całkiem dużo cukru resztkowego. Wino utrzymuje ciągłość pomiędzy zapachem, a smakiem. Jest równie aromatyczne w nosie, co w ustach. Lekka goryczka na finiszu pozwala łączyć je chociażby z deską serów, którą mamy właśnie przed sobą.

Podobnym okazał się róż, do którego trafiły wszystkie wyżej wspomniane odmiany, a za kolor odpowiada natomiast gołubok. To moje pierwsze spotkanie z tym szczepem, choć po spróbowaniu różu z Winnicy Mozów wciąż trudno mi wypowiadać się o jego cechach charakterystycznych. W winie dominują aromaty już wspomniane przy okazji bieli, no może z niewielkim dodatkiem poziomek. I tu mówimy o winie łatwo pijalnym, przyjemnym w odbiorze, dobrym dla każdego, komu z wysoką kwasowością jest nie po drodze.

W międzyczasie dotarł do nas Bartek. Opowiada nam o pracy w winnicy, o eksperymentach, o testach i planach na przyszłość. Choć przyjeżdżając do Winnicy Mozów ma się wrażenie, że to miejsce zawsze tu było i cieszy się już długą historią, dowiadujemy się, że wciąż wiele aspektów należy przemyśleć i dopracować. Bartek podkreśla, że cały czas się uczą i partie wina, które produkowane są na potrzeby edukacyjne, a które nigdy nie trafiają do sprzedaży, to wcale nie rzadkość. Ponadto w winnicy rośnie mnóstwo szczepów nieprzeznaczonych do produkcji wina, dzięki temu odwiedzający mogą naocznie poznać różnice pomiędzy viniferami, a odmianami deserowymi.

Próbujemy pierwszej z czerwieni. Kupaż caberneta cortisa i gołubka ma ładny balans w ustach, taniny i owoce uzupełniają się nawzajem. Nie jest charakterne, ani agresywne, ale niejedno na talerzu ze spokojem uniesie. Jest pełne, utrzymane w dobrym, nieprzerysowanym stylu. Zupełnie inna jest druga czerwień. Mieszanka marechal foch i leon millot  z 2017 roku sowicie częstuje wędzoną śliwką, mocno przesmażonymi powidłami z wiśni i czarnej porzeczki, a w ustach wysoką kwasowością. Finisz spod znaku nalewki orzechowej (takiej, jaką robiła babcia, z jeszcze zielonych orzechów włoskich, która smakowała gorzkim lekarstwem, a mimo to piło się ją z pewną przyjemnością). Ten kupaż ma na pewno potencjał na leżakowanie, choć charakterku za dużo nie straci, dla fanów gatunku.

 

***

 

Słońce zaczęło zmierzać ku horyzontowi. Raz jeszcze przyglądamy się Winnicy Mozów. W promieniach popołudniowego słońca budynki nabierają jeszcze większego uroku. Teraz skojarzenia z Toskanią są jeszcze bardziej uzasadnione. Mijają nas Niemcy, którzy przyjechali tu niczym do Włoch na przedłużony weekend. Mieszkają przy winnicy, dni spędzają na czytaniu, piciu wina i spacerach. Zupełnie jak Goethe. I pozostaje tylko odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego przyjeżdżają tutaj, a nie do Toskanii? 😉

 

 

Reklamy

Wino+rower || Winnica Gostchorze

Podróże, wino

Do Krosna Odrzańskiego docieramy późnym popołudniem. Niespełna 20km wzdłuż ruchliwej trasy to nie był najprzyjemniejszy etap podczas tegorocznej majówki, ale mamy go już za sobą. Później wspominamy tylko nieco rozbawieni auta z czterema pierścieniami na masce i z literką D na rejestracjach, które bezczelnie zajeżdżały nam drogę mijając nas na tak zwaną żyletkę. Przed sobą mamy natomiast drzwi do winiarni należącej do jednego z najciekawszych winiarzy na polskiej scenie. I choć on sam dużo czerpie z kraju, w którym się wychował, to wciąż podkreśla, że zależy mu na tym, aby oddać charakter tutejszego terroir oraz wrócić do najlepszych lubuskich tradycji.

 

***

 

Aby lepiej zrozumieć o czym będę traktował w dalszej części tego artykułu, jestem Wam winien Drodzy Czytelnicy, krótki (naprawdę krótki) wykład z historii. Odłóżmy na bok baśnie o Bachusowej kropli krwi, która w zamierzchłych czasach naznaczyła Grünberg i predysponowała tym samym to miejsce do uprawy winnej latorośli. Włóżmy między bajki również historię o karze śmierci, której dokonywało się w tych okolicach przy pomocy dzbana wina. Nieszczęśnikowi skazanemu na ów mękę miano jakoby wlewać do gardła lokalne wino, a to za sprawą bardzo wysokiej kwasowości, przeżerało mu żołądek w ciągu zaledwie jednej nocki. I choć w całej tej historii można by się doszukać kropli prawdy, bowiem wina z okolic Zielonej Góry słynęły ze swej cierpkości w zależności od warunków pogodowych panujących w danym roku (o czym przekonaliśmy się wielokrotnie na przykładzie kiepskiego 2017), to nie skupiajmy się tym razem na podważaniu lub potwierdzaniu jej prawdziwości.

Grünberg to niegdysiejsze wschodnio-północne winne rubieże Niemiec. Warto jednak pamiętać, że słynęły one nie tylko z win obfitujących w kwasowość i brak powtarzalności jeśli mowa o jakości. W 1826 roku to właśnie tutaj, na terenach ówczesnego państwa niemieckiego, dziś szczęśliwie należących do Rzeczpospolitej, po raz pierwszy wyprodukowano wino typu sekt! W niespełna kilka lat później lokalna wytwórnia Grempler & Co. A.-G. Älteste Deutsche Sektkellerei odpowiadała za trunki, które zdobywały uznanie na światowych salonach, między innymi w Wiedniu czy Paryżu. Nic więc dziwnego, że wśród dzisiejszych winiarzy obsadzających stoki wokół Zielonej Góry nie brakuje śmiałych prób powrotu do najlepszych miejscowych tradycji. Współcześnie wielu lubuskich producentów ma w swojej ofercie wina musujące. Wielu z nich sięga po metodę tradycyjną, a niektórzy wręcz otwarcie odwołują się do przedsiębiorstwa Gremplera. Inni z kolei budują zupełnie nową historię, nie gubiąc jednak z pola widzenia najlepszych lat Grünberga, kiedy to musiaki z tych okolic licznie trafiały na ważne stoły w całej Europie.

 

 

Mam na imię Guillaume, a na nazwisko Dubois. Jestem jednym z pierwszych producentów wina musującego w Polsce.

Tak na swojej stronie internetowej przedstawia się właściciel Winnicy Gostchorze i trzeba przyznać, że w tych dwóch krótkich zdaniach już wiele o sobie mówi. Drzwi winiarni przy ulicy Zamkowej w Krośnie Odrzańskim otwierają się niemal natychmiast po wciśnięciu przez nas przycisku dzwonka. Stoi w nich sam Guillaume witając z uśmiechem czwórkę kolarzy.

Jestem Francuzem i Polakiem (od strony mamy). Mam 47 lat. Od 40 lat kocham Polskę, 25 lat kocham moją żonę Virginie, 20 lat kocham mojego syna Ilana i od 10 lat kocham winorośl.

Do Polski przyjeżdża od dawna, ale nie od początku postawił na uprawę winorośli w Województwie Lubuskim. Początkowo zajmował się organizowaniem polowań w tutejszych lasach, później założył również piekarnię na francuską modłę, która niestety nie przyjęła się w Krośnie. Po serii różnych doświadczeń zawodowych zakupił ponad 30 hektarów w górującej nad Odrą miejscowości Gostchorze i to tam zaczął spędzać znaczną część wolnego czasu. Dziś nasadzenia zajmują niespełna trzecią część działki, ale nie wszystkie krzewy już owocują. Guillaume jest bardzo rygorystyczny jeśli chodzi o uprawę i pracę w winiarni. Tutaj jakoś stoi bez dwóch zdań na pierwszym miejscu, nie ma mowy o żadnych ustępstwach (co też znajduje odzwierciedlenie w tym, co trafiło dotychczas z Gostchorza na rynek). W sprzedaży znajdują (lub znajdowały) się zaledwie dwa roczniki z winnicy pod Krosnem, 2015 oraz 2016. Losy 2017 jeszcze nie zostały przesądzone, choć Guillaume ma duże wątpliwości co do jakości owoców zebranych w ubiegłym roku.

Mieszkam w Polsce i we Francji. Między Krosnem Odrzańskim, Gostchorzem (gdzie znajduje się winnica) a Paryżem  (obszar Champagne).

Jego winnica wyróżnia się pod wieloma względami na tle innych enologicznych przedsięwzięć nie tylko w regionie, ale w całej Polsce. Niewątpliwie ciekawość budzi sama osoba właściciela. Francuz produkujący w Polsce wino? Wolne żarty! To teraz chwyćcie się czegoś mocniej: Francuz produkujący w Polsce tylko i wyłącznie wino musujące metodą szampańską! Takie hasło robi wrażenie na papierze (bądź ekranie laptopa czy smartfona), ale jeszcze większe wrażenie robi jego realizacja w codziennym życiu.

 

***

 

Rowery wprowadzamy ze sobą do winiarni. Guillame pomaga nam znaleźć dla nich miejsce i bez większej zwłoki opowiada swoją historię. Mówi o polskich korzeniach, o niepowodzeniach z piekarnią i o tym, jak rodziła się jego pasja do winorośli. Były szkolenia w Szampanii, było wiele potu w winnicy i stresu w winiarni. Był w końcu bardzo udany debiut w 2015 roku i równie dobry, jeśli nie lepszy, rocznik następny. Sprzęt znajdujący się w winiarni w Krośnie został sprowadzony tu przez Guillaume z samej Szampanii. Są zatem nie tylko stalowe tanki i korkownice jak u każdego szanującego się producenta wina, ale są również sprzęty potrzebne tylko i wyłącznie przy produkcji wina metodą tradycyjną. Również te pochodzą z matecznika najlepszych win musujących świata.

W Winnicy Gostchorze wszystko jest na wskroś szampańskie, ale sam właściciel nie zapomina o swoich korzeniach i tradycjach winiarskich regionu zielonogórskiego. Największą część nasadzeń w winnicy zajmuje riesling, to ukłon w stronę historii lubuskiego winiarstwa. Sama uprawa natomiast oraz procesy przeprowadzane już po zbiorach wzorowane są na Szampanii. Począwszy od sposobu prowadzenia winorośli, przez proces fermentacji, na użyciu metody tradycyjnej kończąc – Guillaume dba o najmniejszy szczegół, aby efekt końcowy był taki, jak zamierzał. Tu nawet kartony do wina czy butelki i kapsle przyjeżdżają wprost z Francji, nie ma mowy o zamiennikach z innych rejonów świata. W Krośnie Odrzańskim ma być Szampańsko!

 

 

Wyjeżdżamy z Krosna w stronę Gostchorza. Guillaume jedzie przed nami otwierając nasz peleton. Po jakimś czasie ginie nam z pola widzenia, a my zaczynamy mozolną rowerową wspinaczkę pod ogromny podjazd przed Gostchorzem. Zbliżamy się do kolejnego zakrętu z nadzieją, że tuż za nim grunt zacznie być bardziej poziomy niż pochyły. Za każdym razem nasze nadzieje okazują się być płonne. Kiedy już jesteśmy upoceni i zdyszani, naszym oczom ukazuje się tablica stojąca na w miarę równym gruncie, na niej widnieje nazwa Gostchorze.

Dojazd do samej parceli zajmuje nam jeszcze kilkanaście minut. Nagrodą za pokonanie kolejnych mniejszych i większych podjazdów jest sam widok winnicy. Po raz pierwszy widzimy ją jeszcze ze sporej odległości, stoimy na jednym wzgórzu, a na kolejnym widzimy w oddali rzędy winnej latorośli. Prawdziwy szok przeżywamy jednak na szczycie parceli. Połacie winorośli rozpościerają się praktycznie po horyzont. Słońce zaczyna chować się za pierwszymi rzędami. Po jednej stronie mamy winnicę, dzięki której powstają, nie waham się tego powiedzieć, najlepsze wina musujące w Polsce, po drugiej stronie meandrującą Odrę. Do dziś biję się z myślami próbując rozstrzygnąć kto jest szczęśliwym posiadaczem najpiękniejszej parceli w Polsce: Michał Pajdosz z Winnicy Jakubów czy Guillaume Dubois z Winnicy Gostchorze.

Nasz gospodarz dotarł tu nieco wcześniej, zdążył już rozłożyć dwie ławeczki i stolik, na którym właśnie ustawia kieliszki do wina musującego. W trawie leżały dwie dobrze zmrożone butelki GostArta, czyli jedynej etykiety (choć produkowanej w wersji wytrawnej i półwytrawnej), jaka tu powstaje. Próbujemy półwytrawnego musiaka z 2016. Ponad 20g cukru resztkowego jest tu świetnie zbalansowane przez wysoką kwasowość. Wino jest bogate, głębokie, z bardzo dobrym ciałem. Sporo w nim zielonych, kwaskowatych jabłek. Nie brakuje też świetnego drożdżowego tła. Czuć również dominującą odmianę w tym kupażu, cytrusowa kwasowość rieslinga jest trudna do pomylenia z czymkolwiek innym. Wino ma ogromny potencjał, przetrwa spokojnie kilka, może nawet kilkanaście kolejnych lat. Czy dziś jest zbyt młode? Nie na tyle, aby nie wprowadzać w zachwyt.

Na chwilę milkniemy. Teraz do naszych uszu dociera jedynie rechotanie tysięcy żab kilkadziesiąt metrów poniżej, nad brzegiem Odry, oraz wiatr poruszający pierwsze młode pąki na krzewach winnej latorośli. Tę degustację zapamiętamy do końca życia…

 

IMG_0611.JPG

 

Wczesnym rankiem budzi nas z jednej strony rechot żab, z drugiej natomiast głosy ludzi i dźwięk pracującego ciągnika. Guillaume ze swoimi pracownikami od samego świtu dogląda winnicy i wykonuje pierwsze w tym roku prace w polu. Zbieramy czym prędzej namioty, bo choć czasu mamy sporo, znając już nieco wyprawowe realia, wiemy, że lubimy zamarudzić tu i ówdzie. Jeszcze tylko szybkie śniadanie i pożegnanie z naszym gospodarzem, ostatni rzut oka na Winnicę Gostchorze i ruszamy przed siebie w stronę kolejnego punktu na naszej trasie. To było niezwykłe spotkanie, chapeau bas Guillaume!

 

 

 

Wino+rower || Winnica Equus

Podróże, wino

Wreszcie nastała ta chwila! Tygodnie planowania. Miesiące treningów. Trasy rowerowe odbyte w temperaturach znacznie poniżej zera. Setki kilometrów przejechanych po asfalcie, szutrze, a nawet błocie. Lista sprzętu co rusz aktualizowana, a i tak wciąż niedoskonała. Długie godziny spędzone przy telefonie w celu umówienia wszystkich spotkań, jeszcze więcej czasu przy mailach, które nigdy nie uzyskały odpowiedzi.

I wreszcie ta chwila. Piątkowe popołudnie, zegar wybija godzinę piętnastą, a my już w blokach startowych. Auto zapakowane po samą podsufitkę. Rowery porozkładane na części pierwsze, bo bagażnika do nich się jeszcze nie dorobiłem. Koła rzucone nieco bez ładu i składu na ramy. W każdą szczelinę upchnięte wodoodporne sakwy rowerowe, a w nich namiot, śpiwory, narzędzia i części zapasowe, nieco ubrań na zmianę, kuchnia polowa, prowizoryczna kosmetyczka, prosta apteczka i mnóstwo innych rzeczy potrzebnych podczas tego typu wyjazdów. Wciąż wydaje mi się, że mamy za dużo kilogramów, trzeba będzie zrobić szybką reorganizację zanim ruszymy w trasę, bo przecież po drodze kupi się tu i ówdzie jakieś butelki!

Tym jednak na razie się nie przejmujemy. Wsiadamy do samochodu, przez godzinę w mękach próbujemy uciec z miasta, ale pech chciał, że musimy przejechać przez cały Poznań, aby trafić na pożądaną trasę. Kierunek Mierzęcin.

 

***

 

Na miejsce docieramy w sam raz na zachód słońca. Jowita musi jeszcze na chwilę wyjechać, Łukasz wita nas w winnicy. Podobnie jak rok wcześniej trafiamy na pracowity czas dla większości winiarzy. Początek maja to okres, kiedy zaczyna się praca w polu, a przecież wielu producentów myśli jednocześnie o zwiększaniu areałów, więc w większości przypadków do standardowych przycinań dochodzi sadzenie kolejnych krzewów winnej latorośli.

Tuż obok działki z winoroślą znajduje się niewielka stajnia, nie mogło być inaczej. Przecież od pasji Jowity do jeździectwa wzięła się nazwa winnicy. Rozbijamy namiot na krótko przyciętej trawie. Jeszcze o tym nie wiemy, ale będzie to jeden z wygodniejszych noclegów podczas wyjazdu (płaskie podłoże i zadbany trawnik!). Staramy się nie wchodzić w paradę gospodarzowi, aby w spokoju mógł policzyć ile i jakich sadzonek będzie jeszcze sam potrzebował, a co może sprzedać. Łukasz, oprócz produkcji wina oraz handlu nim, zajmuje się również doradzaniem nowo powstałym winnicom i sprzedażą sadzonek, więc na brak czasu nie narzeka.

W międzyczasie namiot stoi, przebieramy się wreszcie w coś wygodniejszego, aby na dobre zapomnieć o biurowej rzeczywistości i móc wreszcie w pełni rozpocząć majówkę. Właśnie tu zaczyna się tegoroczny projekt Wino+Rower.

 

 

Łukasz podpala stertę winnych łoz, która bardzo szybko zajmują się ogniem. Płomienie sięgają na kilkadziesiąt centymetrów wzwyż. Trudno w to uwierzyć, ale kiełbasa z ogniska smakuje nam równie dobrze, co dzieciom gospodarzy. Co ciekawe nie rozmawiamy za bardzo o produkcji wina. Nie powinno to po części dziwić, bo o Łukaszu i Jowicie wiedziałem już sporo, a o ich winnicy chyba jeszcze więcej. Z drugiej jednak strony, jesteśmy tu po to, aby właśnie ich poznać jak najlepiej…

Nawet nie zauważamy kiedy wybija północ. Zdążyło się już znacznie ochłodzić, ale płomienie i żar ogniska grzeją nas na tyle skutecznie, że nie myślimy o pójściu do namiotu. Łukasz dorzuca co kilka chwil do ognia bloki drewna, aby podtrzymać go jak najdłużej. Dowiadujemy się, że nasi kompani podróży dojadą do nas około trzeciej w nocy, a nie następnego ranka, jak było to pierwotnie zaplanowane. Ostatecznie jednak rezygnujemy z czekania na nich. Żegnamy gospodarzy i umawiamy się na poranną degustację, a my z I. kładziemy się spać.

Jak się rzekło, około trzeciej wychodzę pod bramę Pałacu Mierzęcin (jakby nie było jest to charakterystyczny punkt, do którego najłatwiej dotrzeć) aby poprowadzić naszych towarzyszy do posiadłości Jowity i Łukasza. Szybkie rozbijanie namiotu i po chwili znów zapadam w głęboki sen.

 

***

 

O poranku budzą nas promienie słońca, które nagrzewają wnętrze namiotu oraz kucyk, który odważył się wreszcie do nas podejść. Słysząc jednak dźwięk rozpinanego zamka wrócił na bezpieczną odległość. Jesteśmy gotowi na pierwsze obozowe śniadanie w postaci owsianki instant, ale nasi gospodarze skutecznie wybijają nam ten pomysł z głowy i zapraszają na coś smaczniejszego do domu. Znów rozmawiamy o wszystkim, tylko nie o winie. Wypady rowerowe, piesze wędrówki, wędkarstwo czy spływy kajakowe Drawą (nasz kolejny punkt wycieczki, swoją drogą)… Dosłownie wszystko, ale nie winiarstwo. Wreszcie Łukasz decyduje się sprowadzić rozmowę na odpowiednie tory i przynosi prosto z tanków serię win jeszcze niegotowych, wciąż surowych, które niebawem (lub trochę później) znajdą się w sprzedaży.

Biele trafiają w kieliszkach na drzwi lodówki w celu schłodzenia, zaczynamy niestandardowo zatem od czerwieni, które mają właśnie optymalną temperaturę. Na pierwszy ogień Zweigelt 2017. Wino wciąż czeka na fermentację kwasowo mlekową, w nosie da się wyczuć nieco lotnej kwasowości, ale już dziś w ustach panuje ładny owoc z niewielką domieszką papryki. Całość zapowiada się dobrze, choć na finalną ocenę trzeba jeszcze poczekać. Przechodzimy do Pinot Noir 2016. Wciąż da się wyczuć w nim nieco smrodku po fermentacji, ale z czasem nos oczyszcza się i wino epatuje zapachem truskawek z kompotu oraz świeżymi porzeczkami. Po czasie dochodzą również nuty korzenne. Delikatna struktura, ładnie wpasowana kwasowość i tanina grają tu ze sobą w jednej drużynie. Nie ulega wątpliwości, że to wino wciąż potrzebuje sporo czasu, ale już dziś jest ono bardzo obiecujące. Raczej w celach poznawczych i edukacyjnych, aniżeli hedonistycznych, próbujemy również Pinot Noir 2017. Cóż, kanał. Zapach jest wciąż zdominowany przez nieprzyjemne nuty, które z czasem nieco słabną, co nie zmienia faktu, że wino potrzebuje jeszcze długich miesięcy, aby pokazało swój potencjał. Niesamowite jak bardzo może ono się zmienić w ciągu zaledwie roku czy dwóch!

 

IMG_0560.JPG

 

Przerzucamy się na wagę ciężką. Kupaż trzech cabernetów (cortis, franc, dorsa) z 2017 roku, czyli Cabernetis 2017 to wciąż młodzieniaszek. Czuć tu sporo aronii oraz owoców i liści czarnej porzeczki. W ustach sowita dawka czarnego pieprzu oraz pikantnej papryczki. Całość dopiero zaczyna się układać i nabierać harmonii, ale już dziś widać, że to będzie hit.

Degustację przerywa Jowita, która chcąc wyjąć coś z lodówki zapomina o kieliszkach wypełnionych białym winem na drzwiach. Teraz wino i kawałki szkła znajdują się w całej kuchni. Mija kolejny kwadrans, zanim udaje nam się wrócić do stanu względnego porządku. Na drzwiach lodówki lądują kolejne próbki bieli, mamy nadzieję, ze drugie podejście do degustacji będzie udane.

Wracamy na chwilę do Cabernetisa, który przez te kilkanaście minut pięknie się otworzył i nabrał temperatury. Teraz oprócz bogatych w owoc ust, do głosu dochodzą również nuty ziołowe i papryka. Piszę na brzegu kartki po raz drugi: to będzie hit!

Plejadę bieli rozpoczyna Passage 2017. Kupaż chardonnay i solarisa już dziś łapie ładny balans pomiędzy obiema odmianami. Jest sporo owocowej kwasowości, dość dużo aromatów, które z czasem ewoluują i uzupełniają się wzajemnie oraz całkiem sporo ciała. Kremowa struktura (wino dojrzewało przez 4 miesiące na osadzie) połączona z agrestem, szczyptą zieloności i umiarkowaną dawką owoców egzotycznych są tu spasowane idealnie. Kadryl 2017 to już zawodnik zupełnie innej wagi. Mówi o tym już sama barwa, ciemna, złocista. Bukiet intensywny, oparty na muszkacie, płatkach róż i miodzie. Po chwili są też brzoskwinie i morele. Choć trudno nam w to uwierzyć, Łukasz zapewnia, że cukru resztkowego w kieliszkach jest licho co. Jeszcze trudniej uwierzyć w to, że mamy tu do czynienia z aż 6g kwasu! Świetny balans, wino w punkt. Zwłaszcza do połączeń gastronomicznych.

Kończymy Rieslingiem 2017. Długo leżakowany na osadzie król białych odmian daje po sobie poznać, że wciąż mówimy o osesku. W nosie nadal nieco smrodku, ale w ustach już widać piękną, strzelistą kwasowość i głębię. Z czasem bukiet ładnie się oczyszcza i potwierdza klasę tego wina. Duży potencjał mu wieszczę…

Wracamy do dyskusji o kajakach i rowerach. W oczach Łukasza pojawia się błysk, gdy wodzi palcem po mapie Drawieńskiego Parku Narodowego i wskazuje nam trasę, którą warto przejechać. Ostatecznie zapada decyzja, że my wyruszamy już teraz (miało być o poranku, ale jak to zwykle bywa nieco się przeciągnęło i przywitało nas południe), a nasi gospodarze z dziećmi dołączą do wyprawy popołudniu na ostatnie kilka-kilkanaście kilometrów. Nie żegnamy się zatem, a jedynie mówimy sobie do zobaczenia!

 

IMG_0557.JPG

 

Dojeżdżamy na miejsce po około pół godziny. Szybko składamy rowery, wrzucamy na nie najpotrzebniejsze rzeczy i zostawiamy auta, aby wreszcie rozpocząć wyprawę na dwóch kółkach. Dziś przed nami zaledwie 40km, ale trasa jest dość wymagająca. Spora liczba wzniesień i w przeważającej części szuter lub grząski piaseczek są dla nas dość wyczerpujące. Nie przeszkadza to jednak w obserwowaniu otaczającej nas zieleni, która właśnie budzi się do życia.

Robimy po drodze kilka przystanków. Muszę przyznać, że to miejsce jest naprawdę niedocenione i nieodkryte przez turystów, co ma swoje zalety. Latem przyjeżdżają tu zazwyczaj fani kajaków, dla których spływ Drawą to nie lada gratka, ale na końcu kwietnia na naszej trasie nie spotykamy prawie nikogo. Zaledwie kilku miejscowych po drodze patrzy na czterech kolarzy z nieskrywanym zdziwieniem. Nie umyka naszej uwadze świetna infrastruktura, która okazuje się być nieoceniona podczas wyjazdu z namiotami. Bardzo dobrze przygotowane miejsca biwakowe, schody i zjeżdżalnie przeznaczone dla kajaków prowadzące w wielu punktach wprost do rzeki, świetne oznakowanie i wiele innych aspektów składają się na ogólny bardzo pozytywny odbiór Drawieńskiego Parku Narodowego (nie wspominając już o samej przyrodzie, ale to rozumie się samo przez się…).

 

 

Niespełna 10km od dzisiejszej mety dołączają do nas Jowita z Łukaszem oraz dziećmi. Zwalniamy nieco i wykorzystujemy jeszcze te kilka godzin, które możemy z nimi spędzić, na rozmowy o wszystkim i o niczym. Jadąc do nich ani przez chwilę nie przyszło mi do głowy, że tak mało czasu poświęcimy dyskusjom o winie, a tak wiele tematów poruszymy porównując nasze punkty widzenia. Jak stwierdził kilkukrotnie Łukasz, po prostu fajnie się rozmawia.

Udaje nam się dojechać do Pstrąga, miejsca biwakowego, gdzie mamy zamiar spędzić najbliższą nockę. Potężna polana z kilkoma paleniskami jest cała dla nas. Dość szybko rozstawiamy namioty, zanim jednak to czynimy w rzece ląduje butelka Passage 2017. Jakby ktoś pytał kiedykolwiek, jaka jest odpowiednia temperatura dla tego wina, to potwierdzam że woda w Drawie pod koniec kwietnia załatwia sprawę. Znów rozpalamy ognisko, zaczynamy się przyzwyczajać, że będzie to stały element naszych wieczorów podczas wyjazdu. Przecież kawał dobrze doprawionej kiełbasy usmażonej nad ogniem smakuje o niebo lepiej niż kasza z sosem ugotowana na szybko w menażce, nieprawdaż?

Przychodzi czas pożegnania. Dziękujemy Jowicie i Łukaszowi za okazaną gościnę i niesamowity czas. Dzięki nim rozpoczynamy tegoroczny projekt Wino+Rower z wysokiego C. Naprawdę wysokiego. Winnica Equus. To właśnie tu rozpoczynamy rowerowy tour po lubuskich winnicach!

 

IMG_8324.jpg

Winnica Jakubów & ostatnia lekcja w SPOT.

Podróże, wino

Jest 25 kwietnia, za chwilę mam brać udział w ostatniej edycji Korków z polskiego wina w SPOT. Pomimo, że z dzisiejszym gościem miałem już okazję się spotkać parokrotnie i nie raz zamienić kilka słów, jadę podekscytowany. Najmłodszy winiarz w Polsce. Nic nie szkodzi, że za niespełna tydzień zawitam do jego winnicy podczas długo planowanej wyprawy rowerowej. Właściciel podobno najpiękniejszej, albo najlepszej, parceli w kraju (o czym będę mógł się przekonać za kilka dni). Nerwowo spoglądam na zegarek, korek na ul. Hetmańskiej w Poznaniu jakby zamarł. Mam wrażenie, że od kwadransa w ogóle się nie ruszyłem…

Udaje mi się dojechać na miejsce idealnie na czas. Mam jeszcze pięć minut, żeby zrobić kilka zdjęć butelkom wrzuconym do lodu w coolerach. W oczy wpada mi riesling i hibernal z dopiskiem Wild! Zapowiada się kolejna ciekawa lekcja w ramach cyklu zorganizowanego w tym roku przez SPOT. Jeszcze uścisk dłoni z Michałem Pajdoszem, głównym bohaterem dzisiejszego wieczora, i zasiadamy do stołu. Atmosfera – jak zwykle – na luzie, towarzystwo – jak zwykle – doborowe. Muszę przyznać, że Korki z polskiego wina to był najlepszy kurs (Warsztaty? Szkolenie? Zwał jak zwał.) w moim życiu. Dawka wiedzy, jaką przyswoiłem w czasie tych czterech spotkań z winiarzami z całej Polski jest doprawdy na wagę złota. Nie wspominając już o wymiarze emocjonalnym całego wydarzenia. Właśnie tak powinno rozmawiać się o winie!

Na stołach pojawiają się deski serów z Malinowej Zagrody. Drugim gościem tego wieczora jest serowar Mariusz Purgał. Spotkanie moderuje jak zawsze Maciej Nowicki i właśnie rozpoczyna ostatnią lekcję w tym roku szkolnym. Winnica Jakubów, bo przecież to o niej od samego początku mowa, znajduje się w Województwie Dolnośląskim, ale od granicy z Lubuskim dzieli ją około 10km. Położona na Wzgórzach Dałkowskich parcela została założona przez Artura Pajdosza w 2002r. Michał, jego syn, opowiada historię jak po śmierci ojca stał na winnicy z dwójką przyjaciół, Krzysztofem i Kingą, i rozsypując prochy ojca zdecydował się kontynuować jego pasję.

O produkcji wina nie miał wówczas zielonego pojęcia. Trudno się dziwić, co innego chodzi zazwyczaj po głowie studentom w wielkim mieście, aniżeli uprawa winorośli na prowincji. Szybko jednak zdecydował poświęcić się temu, czemu oddał się również jego ojciec. Minęło zaledwie pięć lat od kiedy Michał przejął stery w winnicy, a już wymienia się go jednym tchem pośród najlepszych, czy też najbardziej obiecujących, winiarzy w kraju. Jego wina niezależnie czy produkowane z hybryd, czy też z vinifer prawie zawsze wprawiają w osłupienie. Mimo to Michałowi nie uderzyła sodówka do głowy, z pokorą mówi, że on za winiarza się nie uważa. Potrzeba jeszcze wielu dekad, aby w Polsce można było mówić o prawdziwym winiarstwie.

Próbujemy pierwszego wina tego wieczora. Yacobus Sekt 2015 to kupaż hibernala, pinot blanc, chardonnay i seyvala z dużą przewagą pierwszej z wymienionych odmian. Bazowe wino jest bardzo aromatyczne, pełne agrestu i liści porzeczki, przez co po dojrzewaniu na osadzie nie ostało się za dużo. W nosie wciąż dominują owoce z naciskiem na egzotykę. Nie bez powodu o Michale zwykło się mówić, że jest mistrzem hibernala. Ta odmiana w jego rękach doprawdy daje niesamowite efekty. I tak jest tym razem, choć jak przyznaje sam autor wina, wybór aż tak aromatycznego kupażu do musiaka produkowanego metodą tradycyjną to był błąd. Chyba nikt z obecnych przy stole nie zgadza się z Pajdoszem. Wino nie jest może wielowymiarowe, ale reprezentuje naprawdę dobry poziom, do jakiego przyzwyczaiła już nas Winnica Jakubów. Próbuję kolejno wina z różnymi serami na desce, ale najbardziej smakuje mi połączenie Yacobusa z Kozamerem, łagodnym kozim serem produkowanym z jesiennego mleka.

Bez większej zwłoki przechodzimy do Traminera z 2017, a do kieliszka obok trafia Traminer 2016. Młodszy rocznik ma wyraźnie ciemniejszą suknię, Pajdosz potwierdza, że wino było macerowane dłużej ze skórkami. Są w nim nuty muszkatowe, ale też sporo soczystej brzoskwini i nieco egzotyki. Jest na pewno mniej duszące i zapychające w nosie niż 2016. Dwulatek częstuje za to ogromną dawką muszkatu i gumy balonowej. Po dotlenieniu jest jeszcze łyżeczka miodu. Znów porównuję oba wina ze wszystkimi serami, które znalazły się na desce przede mną. Szwajcar mocno płukany, a co za tym idzie z niską zawartością laktozy, jest całkiem w porządku w tym połączeniu.

Mariusz Purgał opowiada o Malinowej Zagrodzie, zapytany o to jak produkuje się ser odpowiada z rozbrajającą szczerością i prostotą: Jest krowa, jest mleko, jest trochę pracy i jest ser. A potem trzeba się nim zająć jak żoną. Cóż, jeśli Mariusz opiekuje się żoną tak jak serami, to można jej tylko pozazdrościć!

Do kieliszków nalano w międzyczasie kolejne wino, Riesling 2016 Wild!. Macerowany przez dwa tygodnie na skórkach ukazał swoją dziką stronę. Sporo pestek, trochę smrodku, mało owocu. Właściwie bardzo mało rieslinga w rieslingu, choć wysoka kwasowość, czyli znak firmowy tej odmiany, pozostała na swoim miejscu. Mi ten eksperyment średnio przypada do gustu, ale na sali pojawiają się też oznaki zachwytu. Przechodzimy do drugiego dzikusa tego wieczora, Hibernal 2017 Wild!. Miodowe, wręcz karmelowe, nieco duszące w nosie. W ustach pokrzywy, zieloność, sporo kwasowości. Dobra struktura, sporo ciała, całość balansująca pomiędzy poprawnością, a szaleństwem. Wino podbite serem Mnich po prostu zachwyca. Podobnie jest z Opatem produkowanym przez Purgała w oparciu o cysterskie receptury. Z czasem w kieliszku sytuacja staje się nieco spokojniejsza, zapach łagodnieje, najbardziej kontrowersyjne aromaty nieco cichną, a do głosu dochodzi trochę poprawności politycznej. To wino potrzebuje jeszcze czasu, ale na pewno nie reklamy, bo obroni się samo.

IMG_0501.JPG

Próbujemy Dornfeldera 2016. Poprzedni rocznik zachwycał pięknym dojrzałym owocem, który wypełniał usta przy każdym łyku. Szesnastka jest nieco gorsza, choć wciąż to bardzo wysoki poziom. Wiśnia, śliwka i czereśnia, całość wygładzona i ładnie otoczona dębową beczką. Próbuję do wina Niebieskiego Księcia. Intensywny, pieczarkowo-grzybowy aromat sera dobrze gra z czerwienią w kieliszku, choć właśnie wpada mi do głowy pomysł, że równie dobrze sprawdziłby się on z dzikim hibernalem! Zamiast dzikusa w moim kieliszku pojawia się natomiast Hibernal 2016. Wino czyściutkie (i teraz powiedzcie mi, że z hybryd nie da się zrobić świetnego wina!), rześkie, wyważone w każdym calu, nieprzesadzone w żadną ze stron. Piękna kwasowość i ładne ciało, kompozycja wręcz stworzona do akompaniamentu przy talerzu.

Kończymy Solarisem 2016. To wino to po prostu klasyk. Pajdosz jako pierwszy w Polsce zdecydował się na produkcję wina z późnego zbioru i, oddajmy cesarzowi co cesarskie, jest w tym naprawdę dobry. Jego solaris po dwóch latach częstuje w nosie sporą dawką miodu i syropu malinowego (nie zapominajcie, ze to biała odmiana!). Jest też dla przeciwwagi kwaśny agrest i nieco białych porzeczek. 80g cukru jest tu właściwie niewyczuwalne. Wino zachowuje wciąż sporo rześkości, pomimo, że chwilami w zapachu przewija się gruszka w occie. Klasa sama w sobie.

 

***

 

Ostatnie chwile majówki, jesteśmy w trasie już od pięciu dni, a w nogach mamy nieco ponad 200km. Znajdą się tacy, dla których wspomniany dystans nie jest żadnym wyczynem. Dla nas natomiast to już niemało, bo na rowerach wieziemy ze sobą namioty, śpiwory i całą resztę sprzętu, a i tu i ówdzie jakieś butelki się kupiło. Po całym dniu pedałowania i nieco przedłużonym pobycie w poprzedniej winnicy (o niej na Italianizzato dopiero za jakiś czas), mijamy znak informujący, że wjeżdżamy na teren Województwa Dolnośląskiego. Jeszcze jakieś 10km i dotrzemy na miejsce.

W Jakubowie wita nas mama Michała, która krząta się akurat na podwórku. Po chwili wychodzi do nas on sam. Bez zbędnego przeciągania, bo słońce już zniknęło za horyzontem, a nam zależało na jako takich ujęciach, Pajdosz wsiada na swój rower i jedziemy kilkaset metrów przez Wzgórza Dałkowskie w stronę parceli założonej w 2002 roku. W każdej winnicy na trasie mówili, że na widok działki Michała szczęki opadną nam do samej ziemi. Mamy więc już całkiem niemałe oczekiwania względem tej sławnej parceli. Jeszcze kilkadziesiąt metrów leśną drogą i dojeżdżamy do ogrodzenia z siatki. Tuż za nim rozpościera się przepiękny widok…

Pofałdowana parcela układa się w taki sposób, że Michał jest posiadaczem tak naprawdę dwóch południowych stoków na jednej działce. Winorośl dopiero wypuszcza pierwsze liście, ale widok i tak zapiera dech w piersiach. Gdyby ktoś pokazał mi zdjęcie nasadzeń w Jakubowie, ani przez chwilę nie przyszłoby mi do głowy, że jesteśmy w Polsce. A jednak! Gospodarz prowadzi nas przez parcelę pokazując gdzie znajdują się najnowsze sadzonki, gdzie rozmieścił najbardziej wymagające i obiecujące vinifery, a w których miejscach działka jest nieco gorsza i spokojnie poradzą tam sobie hybrydy. Ponad 3 hektary owocujących krzewów to już sporo jak na polskie warunki, ale przecież z biegiem lat grona pojawią się na kolejnych, teraz jeszcze młodych, szczepkach. Może za pięć czy dziesięć lat wreszcie nie zabraknie wina z Jakubowa dla każdego chętnego, bo dziś Michał narzeka, że w maju praktycznie nie ma już czego sprzedawać.

Słońce zdążyło schować się już dawno za horyzontem, robi się nieco chłodniej, więc robimy jeszcze kilka pamiątkowych zdjęć i wracamy do Jakubowa. Michał musi uciekać, spodziewał się nas nieco wcześniej (tak z resztą byliśmy umówieni), ale przyznaję, że tego dnia nasze zarządzaniem czasem nie było najlepsze. Żegnamy się z nim i umawiamy na nazajutrz, aby o poranku jeszcze porozmawiać i spotkać się w winiarni. Mama Michała przynosi nam świeżo upieczony chleb, sery z Malinowej Zagrody i masło ziołowe. Jesteśmy w siódmym niebie. Po niespełna tygodniu na kiełbasie z ogniska, kaszy z menażki czy innych daniach typowo biwakowych, dzisiejsza kolacja wydaje nam się prawdziwą ucztą. Zapijamy to wszystko świeżutkim białym winem (podejrzewam, że hibernalem, choć ręki uciąć sobie nie dam) i kładziemy się spać.

 

***

 

Budzimy się późnym rankiem. W nocy kilka razy zrywa nas ze snu burza, która pastwi się nad Zieloną Górą, ale na szczęście do Jakubowa nie dociera. Muszę przyznać, że aura w tym roku była wyjątkowo dla nas łaskawa. Około dziesiątej spotykamy się z Michałem w winiarni. Przypominają mi się wnętrza SPOT., gdzie spotkaliśmy się tydzień temu. Piękny wystrój, kwiaty na stołach, część gości ubrana nieco bardziej elegancko. Dzisiaj za to pełen luz. Z dala od miejskiego zgiełku, ubrani w spodenki i bluzki rowerowe, słuchamy naszego gospodarza, który opowiada o bardzo trudnym 2017 nabierając przy tym prosto z tanka efekty zeszłorocznego winobrania. Riesling jest mocno kwasowy, nieco zielonkawy. Dziś trudno ocenić co z niego wyniknie, ale niski alkohol, brak cukru i wysoka kwasowość nie napawają optymizmem. Michałowi chodzi po głowie wino musujące. Cóż, trudno odmówić mu racji, to mogłoby dać naprawdę dobry efekt.

Kolejno próbujemy innych bieli z ubiegłego roku i niemal za każdym razem wracamy do tej samej konkluzji, to był ciężki rok, choć w Winnicy Jakubów udało się wybrnąć z niego całkiem dobrze. Wina mają wysoką kwasowość, dojrzałość owocu nie jest idealna, ale mimo wszystko w rok od zbiorów to, czego próbujemy jest naprawdę dobre. Na końcu sięgamy po czerwień z 2016 roku. Sporo czerwonych owoców i wprawne operowanie używaną dębową beczką to coś, czego już miałem okazję doświadczać w Jakubowych dornfelderach.

Przychodzi czas pożegnania. Wychodzimy z winiarni mozolnie dopinając sakwy na rowerach. Ciepły deszcz jest tym, czego właśnie potrzebowaliśmy. Dzięki niemu możemy porozmawiać jeszcze kilka chwil z Michałem. We wszystkim co mówi i czyni widać zdroworozsądkowe podejście. Wielokrotnie podkreśla, że wciąż znajduje się na początku winiarskiej drogi i musi się jeszcze wiele nauczyć. Otwartości na wiedzę i odwagi w eksperymentowaniu mu nie brak, co wcale nie jest takie oczywiste wśród polskich winiarzy. Za takich ludzi i takie przedsięwzięcia warto trzymać kciuki, ale przede wszystkim je wspierać. Co do jednego jestem przekonany, to właśnie oni stanowią siłę napędową polskiego winiarstwa.

Opuszczamy wreszcie Jakubów. Jest już południe. Przed nami 75km, w przeciwnym wypadku czeka nas nocka ekstra w lesie. Nawet damska część wyprawy wydaje się przekonywać z każdym przejechanym kilometrem, że damy radę dotrzeć do naszych aut przed zmierzchem. Wracam myślami do ostatnich  Korków w SPOT. i zdaję sobie sprawę, że dopiero teraz, po odwiedzinach u Michała, jestem w stanie uchwycić pełnię (zgoda, wciąż wiele mi brakuje, a zatem niepełną-pełnię) obrazu. Zaledwie teraz zaczynam rozumieć skąd bierze się fenomen Winnicy Jakubów, dlaczego wina z tego miejsca są tak intrygujące. Ludzie i przyroda, jeśli działają we wspólnym celu, są w stanie dokonać wielkich rzeczy…

IMG_0782.JPG

***

 

O poprzednich spotkaniach w ramach Korków z polskiego wina przeczytacie klikając w miniaturki na końcu artykułu.

Korki z polskiego wina to cykliczne wydarzenie organizowane przez SPOT. oraz czasopismo Ferment. Podczas kolejnych spotkań swoje wina prezentują właściciele najlepszych polskich winnic z różnych regionów kraju. 25 kwietnia miało miejsce ostatnie spotkanie z cyklu w tym sezonie, na którym jednocześnie zapowiedziano datę kolejnego święta polskiego wina i cydrów w SPOT., 17 czerwca nie może Was zabraknąć w Poznaniu! (O poprzednich edycjach możecie przeczytać klikając w miniaturki poniżej.)

Degustowałem dzięki uprzejmości SPOT. Do Winnicy Jakubów podróżowałem dzięki sile własnych mięśni w ramach tegorocznej akcji Wino+Rower.

 

IMG_9128

IMG_9283

IMG_0228

IMG_8704

SPOT (1)

Winne Wtorki: czas na rieslinga!

Winne Wtorki, wino

Początek maja. Przyroda obudziła się już do życia, drzewa i krzewy kuszą soczystą zielenią. Słońce śmiało przygrzewa i pomaga przetrwać ciężkie dni w szarych ścianach klimatyzowanych biur. W soboty i niedziele nie galerie handlowe, a jeziora i parki przeżywają prawdziwe oblężenie.

Początek maja. Sezon szparagowy w pełni. W Wielkopolsce, ale też w innych częściach Polski i Europy, trwa szał na białe i zielone łodyżki podawane na dziesiątki sposobów (ot chociażby tak, czy tak). Nastał czas, kiedy wystarczy mi na obiad kilogram szparagów al dente. Nie potrzeba pieczystego, ani ziemniaków zatopionych w gęstym sosie. Sowita porcja  szparagów zebranych wczesnym rankiem, a do tego trochę masełka lub zrumienionej bułki tartej, ewentualnie sos holenderski. Gastronomiczny orgazm.

Początek maja. Już niebawem rusza kolejna edycja Tygodni Rieslinga (w tym roku 7-27 maja). Niemiecki Instytut Wina działa na pełnych obrotach, zakontraktowane na reklamę środki będą wykorzystane co do grosza, tudzież eurocenta. Wszystko zaplanowane i przygotowane jak w szwajcars… pardon, niemieckim zegarku. Trudno zaprzeczyć, to jedna z najlepiej zorganizowanych akcji promujących wino na starym kontynencie, a w samej Polsce już widać jej wyraźny wpływ na to, co wybierają konsumenci. Eksport wina niemieckiego w 2017 r. do Polski wzrósł o 54%, osiągając ilość 53.000 hektolitrów i wartość 12 milionów euro. – mówi Anna Gmurczyk, kierownik Przedstawicielstwa Niemieckiego Instytutu Wina w Warszawie.

Początek maja. Czas na rieslinga! Król jest tylko jeden, jak mawiają niektórzy. Na tej odmianie stoi niemieckie winiarstwo, ale znajdziecie ją dosłownie w każdym zakątku ziemi, w którym uprawia się winorośl. Chwała naszym winiarzom, którzy coraz odważniej poszerzają nasadzenia vitis vinifery, w tym oczywiście również rieslinga. Już dziś widać dobre efekty ich pracy, a jest jej niemało, bo Król potrzebuje dobrej opieki tak w winnicy, jak i w winiarni. Optymizmem pod tym względem napawa zwłaszcza Województwo Lubuskie. Dziś wraca się tu do rieslinga, który przecież niegdyś dominował na zachodnich rubieżach Polski.

Jakby nieco na przekór temu co się rzekło, z okazji początku maja sięgnąłem po butelkę nie z Lubuskiego, a ze wschodu. Bohaterem dzisiejszego wpisu jest Wrestling XV z Winnicy Modła. Annę i Tomasza Stolów miałem okazję odwiedzić w zeszłym roku w ramach akcji Wino+Rower. Oprócz rieslinga na stromym stoku pod Ostrowcem rosną również inne vinifery: bouvier, pinot noir, cabernet sauvignon, merlot, balufränkisch, zweigelt. Efekty, jakie osiągają Stolowie z każdej z nich wprawiają w osłupienie i dobitnie pokazują, że w Polsce są miejsce i klimat dla szlachetnych szczepów.

Wrestlinga z 2015 roku miałem okazję próbować już trzykrotnie. Po raz czwarty jestem mile zaskoczony tym winem. Trzy lata to wciąż dlań zdecydowanie za mało. Nos nadal rześki, z dużą dozą limonki i cytryny. Dopiero po ogrzaniu kieliszka pojawiają się delikatne nuty moreli, mirabelki i zielonego jabłka. W ustach sporo kwasu, krystaliczna woda z górskiego potoku i wciśnięta doń połówka cytryny. Wciąż wyczuwalne mineralne tło nieco ustępuje z czasem cytrusowo-jabłkowej dominancie. Żadnych oznak ewolucji, pełnia wiosny w kieliszku. Dziś to zaledwie młokos, który z czasem na pewno zachwyci jeszcze nie jedno podniebienie. Krótko mówiąc: elegancki riesling prosto ze świętokrzyskich stoków! Jeszcze jeden powód, aby polubić początek maja! 😉

 

Nazwa: Wrestling XV

Producent: Winnica Modła

Miejsce zakupu: w winnicy

Cena: 50zł

Rodzaj wina: białe, wytrawne

Ocena: 5-

 

Sprawdź co napisali pozostali blogerzy:

Winiacz

Nasz Świat Win

Winniczek

Winne Przygody

Blurppp

Powinowaci

Z winem do kina

Winne Okolice