Kolejna lekcja i (kolejna) premiera w poznańskim SPOT.

wino

Często w życiu wydaje nam się, że wiele sytuacji to zbiegi okoliczności lub po prostu fart. O, znowu nasza ulubiona gwiazda rocka gra w mieście! Mój szczeniak nauczył się załatwiać na dworze w ekspresowym tempie (temat na czasie, jeśli śledzicie mój profil na FB)! Kolejny awans w pracy w ciągu roku! Wreszcie udało mi się znaleźć garnitur, który wygląda jak szyty na miarę, ale nie drenuje portfela!

Nie moi drodzy. To nie łut szczęścia, ani zbieg okoliczności. Zdecydowana większość takich sytuacji jest efektem naszych działań. No może poza tym przykładem z gwiazdą rocka. Pies sam się nie nauczył załatwiać na dworze, a tylko uporczywe wyprowadzanie go co dwie godziny o każdej porze dnia i nocy sprawiło, że wreszcie weszło mu to w krew. Awans w pracy to efekt nadgodzin i starań włożonych w życie zawodowe. A garnitur sam się przecież nie znalazł, tylko trzeba było najpierw przebrnąć przez określoną liczbę sklepów…

Dlaczego o tym piszę? Aby uzmysłowić osobom twierdzącym, że w ostatnich latach poznańska restauracja SPOT. jakby przyciąga polskie premiery winiarskie, że są w błędzie. Nie, nie przyciąga. To stała praca u podstaw i zaangażowanie właściciela oraz całej ekipy SPOT. sprawiają, że winiarze chcą właśnie tu prezentować swoje najnowsze butelki! Tym razem polski debiut (i to nie byle jaki) odbył się w ramach już szóstej edycji Korków z Polskiego Wina. W ubiegły wtorek Winnica Turnau zaprezentowała publiczności swojego Pinot Noir 2016, a degustacji tej i innych butelek towarzyszyły sery przywiezione przez państwa Szczupaków.

Ta edycja była wyjątkowa pod wieloma względami. Nie tylko debiut kolejnego polskiego Pinot Noir uświetnił wtorkowy wieczór, ale i frekwencja i zainteresowanie spotkaniem przeszły najśmielsze oczekiwania organizatorów. Siedząc na wypełnionej sali i oczekując na początek kolejnej winiarskiej lekcji organizowanej przez wildecką restaurację wspominałem pierwszą edycję, kiedy to wszyscy uczniowie siedzieli przy jednym stole z mistrzem winiarskim, Lechem Millem z Domu Bliskowice. To co się nie zmieniło od tamtego czasu, to atmosfera która towarzyszy Korkom. Wciąż jest na luzie, z dużą dawką humoru oraz enologicznej wiedzy, a przede wszystkim z ogromną ilością polskiego wina wysokiej jakości.

Wróćmy jednak do początku. Degustację rozpoczęliśmy jednym z najlepiej sprzedających się win Turnauów. Solaris 2017 ma mniej słodyczy niż jego poprzednie roczniki i wychodzi mu to bardzo na plus. Wystarczy chwilę potrzymać nos w kieliszku, aby poczuć sporą dawkę liści porzeczki, nuty bzu i innych kwiatów oraz miodowe tło. Nie gorzej jest na podniebieniu, gdzie rześka kwasowość i sporo owocowo-kwiatowych aromatów wykańczane są przez grejpfrutową goryczkę na finiszu.

Przejście do Hibernala 2017 było niczym podróż do zupełnie innego świata. Choć sama baza aromatyczna pozostała niezmienna, tu znaleźliśmy
już znacznie więcej cukru i kwasu, dzięki czemu wino było lepiej zbudowane i zdecydowanie predysponowane do kulinarnych połączeń. W skrócie? Marakuja, liście porzeczki, nieco ziół. Hibernal do świeżego sera krowiego z tymiankiem okazał się strzałem w dziesiątkę.

Dzięki temu, że w Winnicy Turnał każdy ma swoje konkretne zadanie, całość działa jak świetnie naoliwiona maszyna. Niemiecki pierwiastek w postaci Franka Fausta na winnicy pasuje tu jak ulał. Nawet najlepsze jednak wino potrzebuje reklamy, aby móc zacząć zdobywać podniebienia konsumentów. Nastawienie Polaków (zwłaszcza Polaków, nie Polek) do wina różowego jest, delikatnie mówiąc, negatywne. Powiedzieć im jeszcze, że kosztuje ono tyle co dwie flaszki czystej i chyba jest jasne, że z własnej woli żaden męski osobnik po róż nie sięgnie. Turnaowie jednak na marketingu się znają i z powodzeniem swoje Rosé 2016 na polskim rynku upłynniają. Choć półwytrawne, to świetnie balansowane przez kwasowość, dzięki czemu ultra orzeźwiające i świeże. Garść malin, truskawek i porzeczek niesiona drobnymi bąbelkami. Świetna pozycja nie tylko na taras, a może i wręcz przeciwnie. Wypróbujcie do sałatek, łososia a nawet steka z tuńczyka (dwie zmrożone czyste zostawcie sobie na inną okazję).

Podczas ubiegłorocznego Festiwalu Wina i Cydru w SPOT. premierę miało Ambre 2016, długo macerowany na skórkach solaris, który spędził w dębowych beczkach 18 miesięcy. Pisałem o nim wtedy: w nosie pełne orzechów laskowych, ogryzek jabłka i minerałów. Na ustach wino wciąż cierpkie, twarde, wymagające naprawdę solidnego kompana na talerzu, ale przede wszystkim dłuższego leżakowania w butelce. Po wtorkowej prezentacji tego wina mogę jedynie potwierdzić, że wciąż potrzebuje ono mnóstwo czasu. Czuć, że powoli się zmienia, układa i nabiera ogłady, ale cierpka nalewka z orzechów włoskich wciąż gra tu pierwsze skrzypce. Z pleśniowymi serami już dziś pokazuje swoje bardziej cywilizowane oblicze, ale dajmy mu jeszcze rok lub dwa lata, aby mogło towarzyszyć innym, nieco mniej wyrazistym potrawom.

Rondo i Regent. Para równie znana fanom polskiego wina, co Bolek i Lolek dzisiejszym 40 czy 50 latkom. Dwie hybrydy do niedawna bardzo kochane przez polskich winiarzy, dziś może nieco odchodzące do lamusa. Na rynku zauważa się mniej debiutów z tych odmian, ale jak pokazała Winnica Turnau, mają one potencjał i wciąż są świetną bazą dla porządnych win. I choć niemiecki spec od uprawy winorośli, który wspiera baniewickie przedsięwzięcie sam nie za bardzo się kwapił do uprawy mieszańców, jak widać na przykładzie butelki Rondo/Regent 2017, ma on rękę również do nich. Wręcz karmelowo-waniliowe z początku, po chwili daje się również wyczuć sporo dojrzałych jagód. Jest też mnóstwo innych nut beczkowych, jak dym czy drewno. Na podniebieniu słodyczy na szczęście licho co, wino jest owocowo-czekoladowe, pełne soczystości, ale i z dobrą taniną i wyraźną kwasowością. Chce się sięgać po kolejny kieliszek.

Skoro jednak już o słodyczy mowa, nie sposób nie opisać dwóch win deserowych z Baniewic, które swoją premierą (nie inaczej, również w SPOT.) narobiły niemało zamieszania. Kolejny rocznik Szlachetnego Zbioru (2017) hipnotyzuje świetnym balansem pomiędzy miodową słodyczą, a cytrusową kwasowością (pomelo w natarciu). Jeszcze większą zawartością cukru może się poszczycić Wino Lodowe 2017. Ku uciesze formalistów wspomnę, że jest go tu aż 150 gramów na litr. Całość o wiele mniej cytrusowa niż poprzednik, jest za to kwaskowaty rabarbar (przypomina się ciasto drożdżowe jak u mamy), brzoskwinie z puszki oraz łyżeczka miodu. Polski Tokaj!

Najlepsze zostawiłem na koniec i, wracając do początku tego artykułu, nie jest to zbieg okoliczności. Mam nadzieję, że wytrwaliście do tego momentu, aby móc przeczytać jak smakuje baniewickie Pinot Noir 2016! Oko cieszy przejrzysta (jak na szczep przystało) barwa. W nosie jest wszystko to, czego można by po takim winie się spodziewać, a zatem: dojrzałe truskawki, ziemistość, dym i wędzonka. Dobrze wtopiona w całość tanina i dobry poziom kwasowości zamykane przez gorzkie espresso na finiszu. Świetny egzemplarz, zdecydowanie wart zakupu i odłożenia na kilka lat choć wiem, jak trudno będzie mu przeleżeć tyle na półce…

Słowem zakończenia w kwestii przypadków. Chociaż o serach w tym wpisie wspomniałem mało, to (nieprzypadkowo) nadrabiam zaległości teraz. Edyta i Cezary Szczupakowie w Widuchowej znaleźli się nie przez łut szczęścia, a z przyczyn podyktowanych im przez życie. Choć oboje zaprawieni w prawniczym fachu, zdecydowali się na zakup… kozy. Pojawiła się Basia, ale żeby mleko dawała, musiała się rozmnażać. I tak nieprzypadkowo stado się rozmnażało. Rozmnażało. Rozmnażało. I rozmnaża. A dzięki temu rozmnażaniu Edyta i Cezary mogę produkować wyśmienite sery zagrodowe. Obok kozich przysmaków produkują oni również te krowie. Po ich wyroby ustawiają się kolejki chętnych zza zachodniej granicy. Jedno powiem: jeśli będziecie w okolicach Szczecina, warto zawitać i do nich, coś Wam na pewno do gustu przypadnie (nie przypadkiem!)

Korki z Polskiego Wina to cykliczne wydarzenie organizowane przez SPOT. oraz Winicjatywę i czasopismo Ferment. Podczas kolejnych spotkań swoje wina prezentują właściciele najlepszych polskich winnic z różnych regionów kraju. Kolejna edycja wydarzenia odbędzie się 27 lutego 2019, a gośćmi SPOT. będą Basia i Marcin Płochoccy.

Degustowałem dzięki gościnności organizatorów.

Reklamy

Polish-Italian Grape Ale Pinta&Amarcord

kuchnia, wino

Mikołaj: Gdzie jesteś?
Jan: Szkło myłem. Wybrałem klasyczne teku, kształtem bardzo zbliżone do kieliszka do wina.
Mikołaj: No proszę, pełna profeska. Nie ma to tamto, jest klasa. Czekając na Ciebie zrobiłem research.
Jan: I czego się dowiedziałeś?
Mikołaj: PIGA we Włoszech sprzedawana jest jako IGA. Właściwie to samo, ale wycięli z nazwy polski pierwiastek.
Jan: A to ciekawe, można by sprawdzić czy przy poprzedniej kooperacji zrobili tak samo…
Mikołaj: Poza tym Birra Amarcord w poście poświęconym temu piwu to w sumie Polaków sprowadza do roli sprzedawców w dalekim kraju…
Jan: …Warzyli wtedy porter bałtycki, Bałtyk Adriatico Porter.
Mikołaj: Czytałem o tym, ale tej informacji akurat nie znalazłem. Tak szczerze mówiąc, to ta nazwa Polish to chyba tylko na potrzeby polskiego klienta. We wszystkich włoskich tekstach o tym piwie mowa głównie o współpracy Amarcord (browar), Podere Vecciano (winnica) i Cooperativa Luppoli Italiani (chmielarze).
Jan: Może we Włoszech się do tego inaczej podchodzi? U nas każdy browar wręcz podkreśla, że warzył w kooperacji z zagranicznymi browarami.
Mikołaj: A może ktoś tu Pintę zrobił w ciula?
Jan: A piszą coś o użyciu polskich chmieli?
Mikołaj: Nie.
Jan: A widzisz, a użyli aż dwóch polskich odmian: Iunga i Marynka.
Mikołaj: To ciekawe, oni wręcz podkreślają, że to piwo to kwintesencja Romanii.
Jan: No to chyba pora zobaczyć, co się tam chowa pod kapslem.
Mikołaj: O samym browarze i tej kooperatywie chmielowej za dużo Ci nie powiem, to pewnie ty wiesz więcej. Jeśli chodzi o winnicę to niewielki producent z Romanii, gdzie ostatnio bardzo wybija się na pierwszy plan szczep Sangiovese. Tak, tak, to ten sam, który używany jest do produkcji Chianti i kilku innych sław z Toskanii. Nawiasem mówiąc, na początku jak mi powiedziałeś, że to piwo z Emilii-Romanii, to myślałem w pierwszej kolejności o Lambrusco. Czerwone, musujące wino wytrawne (przynajmniej w najlepszych okazach). Pasowało mi to jak ulał do piwa, ale jednak nie… Sangiovese. Producent wina pisze, że tych gron zazwyczaj używa do musującego różu.
Jan: Ja mam w ogóle wrażenie, że jednak winny charakter będzie wiódł prym w tym piwie. Dobór chmielu na aromat, Nelson Sauvin, bardzo na to wskazuje.
Mikołaj: Opisywany przez piwowarów jako zapierający dech w piersiach ze względu na złożoność olejków i wytwarzanego owocowego aromatu. Nuty białych winogron i słodkich owoców tropikalnych. To o Nelsonie Sauvinie. Ma to sens.
Jan: Pierwsze uwarzone przeze mnie piwo było właśnie z dodatkiem tego chmielu, dało bardzo wyraźny aromat świeżej marakui i słodkich winogron.

Mikołaj: A o samym Amarcordzie i Pincie wiesz coś więcej? Z tego co szukałem, to Amarcord już wcześniej eksperymentował z dojrzewaniem w beczkach po winie.
Jan: Na pewno Pinta ma duże doświadczenie w tym zakresie, wiele z ich RISów i porterów leżakowało w beczkach. Niemal każdy browar rzemieślniczy ma swojej ofercie piwa Barrel Aged i Amarcord nie zostaje w tyle, leżakowali w dębowych beczkach sour ale i doppelbocka.
Mikołaj: Przekonałeś mnie, lej pan.
Jan: Nie psyknęło zbyt mocno, co sugeruje niewielkie wysycenie. Prosto z butelki pachnie niespecjalnie.
Mikołaj: U mnie też średnio pod tym względem. Z butelki wącham (jak Kopyr, hehe). Jest jakaś poziomka, malina i dzika róża. Bez szału, takie trochę rozwodnione wino różowe z dyskontu. Chociaż chyba masz racje, dla mnie bardziej winem w zapachu zalatuje niż piwem.
Jan: Przed rozlaniem czuć nieprzyjemny aromat zepsutych jajek, czyżby siarka?
Mikołaj: Jak już to naturalna, Amarcord przynajmniej pisze, że niesiarkowane. Chwalą się, że jak najlepsze wina naturalne.
Jan: Wygląda jak różowe wino.
Mikołaj: Kolorek spoko, ale znów bardziej winny niż piwny. Ciepły łososiowy?
Jan: Piana nie utrzymuje się za długo. Nalałem dość agresywnie, może przez pół minuty się utrzymała, po zamieszaniu miała z centymetr i szybko opadła.
Mikołaj: Dokładnie tak.
Jan: Lacingu nie ma.
Mikołaj: O co chodzi właściwie z tym lacingiem? Dla mnie brzmi to jak wydmuszka słowna typu południowy stok.
Jan: Lacing, czy też lejsing, to te „zasłonki” z pianki na ściankach szkła (w piwach koncernowych właściwie nie występuje). Dobrze zbudowana piana zostawia ślad po każdym łyku, można wręcz policzyć, ile łyków się wzięło pijąc dane piwo. W tym przypadku piana nie oblepia ścianek równo, ale coś tam (niewiele) zostaje.
Mikołaj: Teraz jasne. W winiarskim świecie mowa często o łzach, jak w winie jest więcej alkoholu, to spływa ono łzami, a jak mniej to tak jak woda tworzy siateczkę.
Jan: A to kojarzę. Jest w 100% klarowne, piana opadła, ale na brzegach została.
Mikołaj: Jest możliwe, żeby było opalizujące? Czy mam omamy wzrokowe?
Jan: Szklankę umyj lepiej…
Mikołaj: Piję z kieliszka, nie szklanki!
Jan: Pora spróbować, aromat mnie zastanawia. Mam wrażenie, że lekko czuć alkohol, ale przeważają czerwone owoce. Ogólnie jakby ktoś mi w ślepym teście podsunął, powiedziałbym, że to wino. Swoją drogą, im cieplejsze, tym bardziej czuć delikatny truskawkowy zapach.
Mikołaj: Ja z kolei w ciemno mówiłbym o źle zrobionym piwie. Zapach po ogrzaniu zaczyna się robić ciekawy, znowu czuję dziką różę i jakieś tam czerwone owoce rzeczywiście. No i jak piana opadnie to wygląda jak rasowe rose.
Jan: U mnie teraz nawet lacing się pojawił.
Mikołaj: No ale w ustach już zupełnie inaczej to odbieram. Ciekawy posmak na końcu, wydaje mi się, że w smaku dominuje piwna nuta. W zapachu winna, co do tego jestem przekonany.
Jan: Pierwsze wrażenie – bardzo lekkie i pijalne. Zaskakująco przyjemne wysycenie. Tak, w smaku zdecydowanie jest to lekkie, rześkie, owocowe piwo.
Mikołaj: Na pewno nie jest to piwo na zimę. Myślę, że latem wchodziłoby gładziutko. Szkoda jedynie, że nie czuć charakterystyki szczepu winnego.
Jan: Mam takie same odczucia.
Mikołaj: Za mało jednak moszczu winogronowego, żeby nadał on ton całości. Myślę, że można by użyć jakiejkolwiek ciemnej odmiany i efekt byłby podobny.
Jan: Wiesz, czego mi brakuje? Kwaśnego posmaku. To piwo byłoby świetne jako sour ale jako berliner weisse. Wyraźna kwasowość, taka pobudzająca ślinianki, bardzo by to piwo wzbogaciła.
Mikołaj: Hmm, może jakby spróbowali z bardziej kwasową odmianą winogron byłoby więcej kwasowości wyczuwalnej?
Jan: Niewykluczone. Możliwe, że nie chcieli przesadzać i na początek dali trochę mniej moszczu. A jak oceniasz posmak? Mi zostały na języku owoce.
Mikołaj: Podobnie, choć są one dla mnie trochę dzikie. To znaczy nie czuję dojrzałej wiśni albo truskawek, ale kwaśne jabłko i poziomkę. Jabłko takie wiesz, co przy polnych drogach rośnie.
Jan: Póki tych jabłek nie ma w aromacie, to w porządku. Wskazywałoby to na obecność aldehydu octowego, pojawiającego się często w młodym lub zakażonym piwie.
Mikołaj: Jadłem dzisiaj smażone halloumi i myślę, że właśnie do białych owczych serów to piwo mogłoby pasować. W sumie zaryzykowałbym też do krewetek, może jakichś innych owoców morza. Sądzę, że można bazować na połączeniach z różowym winie i zastosować je z tym piwem. Muszę przyznać, że im bardziej się ogrzewa i więcej piję, tym bardziej mi smakuje.
Jan: Ciekawe, bardzo rzadko przy degustacji piwa próbuje się połączyć jego smak z jakąś potrawą. Im dłużej je piję, tym bardziej mi czegoś brakuje. Jest niestety dość wodniste, po wzięciu łyka oczekuje się czegoś więcej, bo pierwsze wrażenie robi świetne – wysycenie i nietypowy aromat robią apetyt. Posmak też jest dość wyraźny, ale w kategorii piwa brakuje trochę pełni smaku
Mikołaj: W kategorii wina również brakuje ciała, to znaczy urywa się całość dość szybko.
Jan: No nie?
Mikołaj: Raczej postrzegałbym je jako coś do ugaszenia pragnienia, a nie do wielkich wywodów na temat smaku.
Jan: Chciałoby się jeszcze posmakować, bo ciekawe są te winiarskie smaki i aromaty.
Mikołaj: Wydaje mi się, że zaczynają się one dobrze wybijać po ogrzaniu piwa.
Jan: Zastanawiam się też, czy ten aromat winny nie pochodzi od chmielu, od tego Nelsona. Czy moszcz przeniósłby taki aromat?
Mikołaj: Zależy ile jest moszczu, nigdzie nie znalazłem dokładniej informacji na ten temat. Sądzę, że mogą nakładać się tu dwie składowe: moszcz i chmiel.
Jan: Wiem czego jeszcze mi brakuje! Goryczki!
Mikołaj: No tego to akurat tu prawie w ogóle nie ma.
Jan: Są głównie lekka kwasowość i słodycz, szybko się też wygazowało. Kwadrans po nalaniu właściwie nie ma już gazu. Natomiast pozytywne jest to, że nie ma żadnej wyczuwalnej wady w aromacie.
Mikołaj: Trudno mi to ocenić z piwnej perspektywy, ale jeśli chodzi o winiarską część to wydaje się w porządku.
Jan: Jak na piwo oceniłbym je jako dość płaskie.
Mikołaj: Szczerze mówiąc to piwo na pewno mnie nie przekona do tego typu hybryd. Czytałem, że styl IGA ma zawojować świat, ale trudno mi w to uwierzyć. W gorący dzień wypiłbym je duszkiem i poprosił o jeszcze. Dziś nadal uważam: albo piwo, albo wino.
Jan: Wątpię żeby było to przebojem na miarę kwaśnych piw w zeszłym roku czy new england IPA z tego roku.
Mikołaj: Zgadzam się w 100%. W upalny dzień wchodziłoby ze smakiem, ale… Sącząc w ciepłym domu siedząc w fotelu nie powala. Brakuje głębi. Szkoda, że nie mam więcej, wypiłbym z jakimś jedzeniem.
Jan: Wiesz, mogę spróbować jeszcze więcej załatwić.
Mikołaj: Dam Ci znać, jak będę miał czas i chęci to spróbuję pokombinować jakieś food pairingi.

Powyższa degustacja została zorganizowania przy pomocy rewolucyjnej metody rozmowy przez Facebooka. Winiarskie pasje autora tego bloga oraz piwne zacięcie Jana D. zaowocowały pierwszą na Italianizzato degustacją piwa. Polsko-włoska kooperacja, winiarsko-piwny eksperyment.

Organiczne Montepulciano d’Abruzzo od Fosso Corno

wino

Przyszły chłodne dni i wreszcie bez skrupułów można otwierać jedną czerwień po drugiej, w kąt rzucając rześkie biele. Czas na nie przyjdzie przy lepszej pogodzie. Choć piwniczka po brzegi wypełniona skrzętnie kupowanymi przez długie lata bogatymi i ciężkimi winami z Toskanii, Piemontu, Riojy i innych znanych winiarskich regionów świata, to zawsze napotykam ten sam problem: skąd wziąć smaczną, sprawdzoną czerwień na codzienne potrzeby (chociażby spaghetti alla carbonara lub pizza)? Nie mówię rzecz jasna o półkach dyskontowych, bo tam zawsze znajdzie się coś w rozsądnej cenie i znośnej jakości.

Co jednak, gdy marketowe butelki znamy już na wylot i nie są one dla nas w jakikolwiek sposób emocjonujące? Gdzie szukać dobrych win, których zakup nie drenuje portfela? Cóż… Nie jest to łatwe zadanie. Choć oferty wielu sklepów specjalistycznych otwierają butelki za około 30 zł, to często są one daleko poniżej naszych oczekiwań jeśli chodzi o jakość i niechybnie wracamy do Owada lub jego konkurenta. Z pomocą w takich sytuacjach poznaniakom przychodzi MineWine. O ofercie tego importera wspominałem kilkukrotnie na profilu Italianizzato na portalu FB, a także w kilku postach na łamach samego bloga. I tym razem, gdy w planach na sobotę była pizza, moje nogi zaniosły mnie do galerii Poznań Plaza, w której mieści się jeden ze sklepów wspomnianego importera.

O winach Fosso Corno i samym producencie pisałem obszerniej w tym artykule. Dziś przypomnę jedynie, że jest to niewielkie przedsięwzięcie z Abruzji, gdzie pierwsze skrzypce, jak na ten region przystało, gra szczep montepulciano (nie mylić z Montepulciano w Toskanii!). Do butelek oferowanych na półkach MineWine, które dotychczas poznałem z oferty producenta dołączył Nascor, czyli organiczne, nie inaczej i tym razem, Montepulciano d’Abruzzo.

Barwa wina dość intensywna, rubinowo-krwista z wciąż przebijającymi się refleksami purpurowymi. W nosie na wstępie nieco kiszonki, dopiero po kwadransie i długim mieszaniu kieliszkiem ujawnia się jego prawdziwe oblicze. Sporo dojrzałych soczystych wiśni i śliwek. Pełnia lata, rzec by się chciało. Jest też nieco dżemu z porzeczek i malin. W ustach również sporo owocu. Wszystko to obudowane w porządną strukturę, i zamknięte przez żywą, wyraźną kwasowość oraz dobrze zaakcentowane (choć czasem nieco suche) taniny. Koniuszek języka rejestruje odrobinę słodyczy resztkowej, która dobrze balansuje całość, ale pod żadnym pozorem nie zakrywa wytrawnego charakteru wina. Przyjemny kompromis pomiędzy elegancją i złożonością, a lekkością. Świetny kompan do pierwszych dań na bazie makaronu. Również do niezbyt ciężkich dań mięsnych i pizzy oczywiście.

Wino z oferty MineWine cenie 45 zł. Zakup własny.

Valtellina Superiore DOCG Valgella 2002 Cantine Balgera

wino

Dla większości Włochów ziemie na północ od Lago di Como są równie tajemnicze i niedostępne co południowe krańce półwyspu Apenińskiego (swoją drogą przez wielu uważane za zamorskie terytorium afrykańskie). Wysokie góry rzucające długie cienie, mgliste poranki i wieczory przez znaczną część roku. Stosunkowo mało słońca, wszechobecny chłód dający o sobie znać już wczesną jesienią i ciągnący się nierzadko do później wiosny, a nawet dłużej. To nie jest region przyjazny ludziom przyzwyczajonym do śródziemnomorskiej sielanki. A mimo to wielu wielkich Włochów miało tu swój początek, wielu wielkich Włochów dało się zauroczyć Valtellinie i zostało tu na dłużej. Nie kto inny, jak sam Manzoni oddał hołd tym terenom zaczynając jedną z najważniejszych dla Włochów epopei słowami Quel ramo del lago di Como, che volge a mezzogiorno

Klimat Valtelliny jest niezwykle wymagający. Mało słońca i niskie temperatury to już nie lada wyzwanie dla tutejszych rolników, ale jakby tego było mało, ukształtowanie terenu również nie ułatwia sprawy. O złocistej pszenicy na tych terenach można zapomnieć. Podobnie jak o wielu innych odmianach powszechnie uprawianych chociażby w dolinie Padu bądź we Włoszech centralnych. Wydawać by się mogło, że uprawa winnej latorośli w takich warunkach schodzi na drugi plan. Kto myśli o trunkach i napitkach, gdy ziemi trzeba wydrzeć plony potrzebne do przetrwania kolejnej zimy? Nic bardziej mylnego, tradycje winiarskie w tym regionie są wręcz historyczne, a powstające tu wina dzięki swojej wysokiej jakości walczą o prymat tuż obok wykwintnych Barolo z Piemontu.

Nie bez powodu wspomniałem o Barolo. To powstające ze szczepu nebbiolo wino uważane jest za jedno z najbardziej wykwintnych na półwyspie Apenińskim. Ta sama odmiana jednak króluje również w Valtellinie. Gdzieżby indziej, jeśli nie w zimnych okolicach Lago di Como miałaby się ona sprawdzić? Winiarze Valtelliny poszli tym tropem i na stronie konsorcjum chwalą się hasłem il Nebbiolo delle Alpi, aby podkreślić wyjątkową więź łączącą szlachetny szczep, królujące w regionie tarasowe (górskie) winiarstwo i powstające z tego połączenia wyjątkowe wino.

Jaks makuje Valtellina w kieliszku? Nie jest łatwo trafić na te wina poza granicami Włoch (a i w stosunkowo niewielu miejscach na półwyspie można znaleźć Sforzato lub Grumello), dlatego doceńcie jeśli wpadnie Wam w ręce butelka z południowej Lombardii. Podczas ostatniego wyjazdu do Mediolanu udało mi się nabyć Valtellinę Superiore od jednego z lokalnych producentów. Historia winnicy Balgera zaczyna się już w Ottocento (XIX wieku), chociaż nie od samego początku właściciele zdecydowali o uprawie winorośli. Pietro Balgera był znanym handlowcem, który eksportował lokalne wina do pobliskiej Szwajcarii. Jego syn Leone kontynuował tę działalność stopniowo wchodząc w produkcję wina. Wnuk założyciela, Gianfranco, przebudował winnicę i ulepszył metody produkcji. Dziś na czele Balgera Vini stoi Paolo, przedstawiciel czwartej generacji, który jest zwolennikiem łączenia najlepszych tradycji regionu z nowościami technologicznymi zdobywającymi popularność w świecie wina.

Otwierając butelkę Valtelliny Superiore DOCG Valgella 2002 miałem obawy, czy była ona przechowywana należycie przez ostatnie szesnaście lat. Korek na szczęście wciąż był zdrowy, a wino zachowało się wyśmienicie. Dla nebbiolo kilkanaście lat to wciąż stosunkowo niedługi czas, ale nie zapominajmy że nie rozwodzimy się na temat butelki Barolo z najlepszych parceli. Suknia wina wciąż miała rubinowe refleksy, ale ceglasta obwódka informowała o postępującym procesie dojrzewania. Barwa była niezbyt intensywna, połyskliwa i przejrzysta. W nosie w pierwszym momencie dało się wyczuć tytoń, wędzoną śliwkę i korę cynamonową. Po dotlenieniu pojawiły się również nuty torfu, ziemi, skóry, a nawet herbaciane. Również na podniebieniu przewijały się wspomniane aromaty, towarzyszyły im jednak dodatkowo drobne, dobrze zintegrowane taniny i dość wysoka kwasowość. Choć owocowa świeżość zaczęła już zanikać, wciąż dało się wyczuć wyraźny aromat truskawek, wiśni i czerwonych porzeczek. Wino w punkt, dziś znajduje się w szczytowej formie. I choć oceniam je jako dobre, to trudno mówić tu o walce o uwagę świata z nebbiolo z Piemontu…

Latający winemaker na początek nowego roku szkolnego w SPOT.

wino

Powrót do szkoły po dwóch miesiącach laby dla większości dzieciaków wiąże się z tym samym. Znów ranne wstawanie, długie godziny spędzone w murach alma mater, powroty do domu, które jesienią i zimą zawsze odbywają się już w zupełnym mroku, a następnie godzina lub dwie spędzone każdego wieczora nad zadaniami domowymi. Trauma, jednym słowem. Nie trzeba jednak być dzieciakiem, aby doznać równie bolesnych przeżyć. Studentom, jeśli mają szczęście i nie muszą brać udziału w tak zwanej kampanii wrześniowej, po trzech miesiącach oddechu przychodzi pogodzić się z szarą rzeczywistością i wrócić na sale wykładowe. Ba, nawet dorośli po dłuższym urlopie odczuwają tę samą traumę (po krótszym raczej rzadziej, ale co to za urlop w takim razie?).

Jakbyśmy nie próbowali walczyć ze wspomnianymi bolesnymi powrotami, musimy się pogodzić z faktem, że wyjście z sytuacji jest tylko jedno. Szkoła, którą lubimy; uczelnia, która rozwija nasze pasje; praca, która pozwala na samorealizację. Po prostu potrzebujemy wracać do miejsca, gdzie dobrze się czujemy, do ludzi z którymi nam po drodze… Ach, gdyby rzeczywistość była równie łaskawa zawsze i dla wszystkich…

Chociaż, czy aby czasami taka nie jest? Przerwany kurs jogi, którego z niecierpliwością wyczekujemy po nieobecności z powodu choroby. Wycieczki rowerowe, gdy pogoda po długiej zimie wreszcie pozwala na wyjście z domu bez dziesiątek warstw na sobie. Korki z Polskiego Wina, które po wakacyjnej przerwie wracają ze zdwojoną siłą! O tak, na rozpoczęcie nowego roku szkolnego w SPOT. czekałem siedząc jak na szpilkach.

Tegoroczny cykl Korki z Polskiego Wina w Poznaniu inaugurowało spotkanie z chyba najbardziej znanym latającym enologiem w Polsce, Piotrem Stopczyńskim. Człowiekiem, który rocznie pokonuje blisko 150 tysięcy km po polskich drogach jeżdżąc od winnicy do winnicy. Obecnie pod jego opieką znajduje się ponad 20 projektów w całym kraju. To dzięki niemu zaistniały takie winnice jak Piwnice Półtorak, Winnica Pałacu Mierzęcin czy Winnica Jankowice. Dzięki jego doświadczeniu i pasji projekty, które dotychczas nie miały szans powodzenia, rozwinęły skrzydła i wyszły naprzeciw oczekiwaniom coraz bardziej wyedukowanych konsumentów. Jeśli kiedykolwiek powstałaby książka o najbardziej wpływowych personach w polskim światku winiarskim, Stopczyński z pewnością znalazłby się w niej na jednym z czołowych miejsc.

Podczas ubiegłotygodniowego spotkania do aż 17 (!) win zaserwowano sery Łomnickie. Na talerzach uczestników pojawiło się sześć gatunków: od wędzonej ricotty przez ser z czosnkiem niedźwiedzim i cząbrem, aż do dojrzewającego sera krowiego czy owczego pecorino romano. Taka różnorodność i bogactwo smaków pozwalało znaleźć idealne połączenia z każdym z serwowanych win, a te, pomimo że wyszły spod ręki tego samego winemakera, prezentowały całkowicie odmienne style.

Spotkanie otwarto winami niedostępnymi w regularnej sprzedaży (i bardzo prawdopodobne, że nigdy do niej nie trafią). Musiaki z Winnicy Zielona (0,5 hektarowe przedsięwzięcie na obrzeżach Krakowa) pochodziły z tego samego rocznika (2016). Pierwsze z nich składało się z kupażu odmian bianca i jutrzenka. W nosie dominowała leśna polana i garść ziół, w tle pojawiła się również świeżo skoszona trawa. Na podniebieniu doszła wyraźna goryczka i zwiewna kwasowość. Do drugiego kupażu dodano hibernala. Dzięki niemu wino dostało owocowego sztychu spod znaku obtłuczonego jabłka i pestek.

Kolejna serwowana para win pochodziła również z Małopolski. Winnica Koniusza współpracuje z Piotrem Stopczyńskim od 2016 roku. Jego obecność w tym projekcie wpłynęła pozytywnie nie tylko na jakość win, które trafiają do butelek, ale również na estetyczną stronę produktu. Dzięki zmianie etykiet sprzedaż detaliczna wzrosła o 30%! Cuvee 2016 to kupaż johannitera i solarisa. Po aromatycznym nosie z buchającym zeń kwiatem lipy, liściem porzeczki i miodem, na podniebieniu pojawiła się wyraźnie zaznaczona kwasowość i kontynuacja wspomnianych aromatów. Czerwone Cuvee 2017 (rondo, regent, zweigelt) miało średnio-intensywną barwę wchodzącą w tony purpurowo-buraczkowe. W nosie sporo kwiatów oraz drobnych czerwonych owoców. W ustach bardziej charakterne, niż można by się początkowo spodziewać, a to za sprawą dobrze zaznaczonej kwasowości i wyważonej taninie.

O ile pierwsze dwie z prezentowanych winnic stanowiły dobry wstęp i przykład porządnej średniej półki polskiego winiarstwa, o tyle Piwnice Półtorak spod Sanoka wyniosły tę degustację na wyższy poziom. Cuvee 2017 (seyval blanc, johanniter, bianca, jutrzenka) w pierwszej chwili przypominało soczyście owocowe sauvignon blanc z Nowej Zelandii. W nosie dominował agrest i liście porzeczki, a przygrywały im kwiat bzu oraz zielone, trawiaste tło. W ustach pojawiła się również odrobina cukru resztkowego, który na szczęście był dobrze balansowany przez wyraźną kwasowość. Rok młodsze Cuvee 2016 (seyval blanc, johanniter, bianca) z początku częstował dominującą nutą beczkową. Jak zaznaczył ojciec tego wina, miało to być coś na wzór chardonnay z Chablis. Czy się udało? W nosie po chwili pojawiły się suszone kwiaty i miód. W ustach wino okazało się dobrze zbalansowane, a beczka już nie odstawała, wręcz z odrobiną nieśmiałości chowała się za innymi nutami.

IMG_1388.JPG

Próbowaliśmy jeszcze dwóch win z Piwnic Półtorak. Różowy Sauvignier Gris 2017 to w mojej ocenie jeden z przyszłorocznych hitów. Już dziś wino jest intrygujące i wielowymiarowe, zdecydowanie gastronomiczne, wręcz stworzone do nawet najbardziej karkołomnych połączeń kulinarnych. A to dzięki skórce pomarańczowej, owocom kandyzowanym i cienkiej nucie kiszonki w nosie. Wszystko to jednak po kilku minutach ewoluuje i zmienia się nie do poznania, wino odkrywa swój bardziej owocowy charakter. W ustach pojawiła się odrobina herbaciano-ziołowych tanin. Określiłbym je jako utemperowane wino pomarańczowe. Zdecydowanie ciekawsze niż większość rose dostępnych na rynku, a zarazem o wiele łatwiejsze w odbiorze niż prawie wszystkie orange wines poprowadzone w kierunku ekstremy.

Czerwone Cuve 2016 (rondo, regent, léon millot, maréchal foch) próbowane przeze mnie już kilkukrotnie jedynie pokazało, że czas gra na jego korzyść. Nos na bazie owoców leśnych i beczkowej wanilii ułożył się i tworzy spójną całość, a wyraźna tanina i kwasowość w ustach nieco zelżały sprawiając, że wino jest łatwiejsze w odbiorze. Nie zniknęła za to nuta gorzkiej czekolady, która wciąż jest wyraźna. To wino świetnie pasowało do słodkawego pecorino romano.

Kolejne z prezentowanych przedsięwzięć, Winnica Dwórzno, namieszało niemało swoim debiutem kilkanaście miesięcy temu. Gdy na jednej ze stacji sieci BP pojawiły się polskie wina w rozsądnej cenie internetowe fora zawrzały. Okazało się, że butelki z podgrójeckiej winnicy trafiły na ce-pe-en ponieważ właścicielem tak jednego jak i drugiego podmiotu jest ta sama osoba. Degustowane przez nas Sojo 2017 (solaris, johanniter) w nosie częstowało słodkimi aromatami kwiatu bzu i lipy oraz miodu. W ustach wydawało mi się nieco zamulające za sprawą sporej dawki aromatów i odrobiny cukru resztkowego, ale biorę poprawkę na to, że nie jestem fanem tego stylu. Z informacji przekazanych przez Stopczyńskiego, jest szansa, że wino to trafi do świątecznej oferty dyskontu spod znaku Owada… Jeśli tylko cena będzie odpowiednia, to na pewno warto zaopatrzyć się w jedną czy dwie butelki na świąteczny stół.

Cuvee 2016 (rondo, regent, maréchal foch, léon millot) częstowało wędzoną śliwką i podsmażaną czarną porzeczką. W nosie nieco przypalone i, niestety, z delikatną nutą warzywną w tle. W ustach sporo goryczki. O potencjalnej obecności tej butelki w Owadzie nic nie wiadomo.

Winnica Dolina Samy jest mi bliska, tak w przenośni jak w rzeczywistości. Znajduje się ona dosłownie kilka kilometrów od mojego domu i bacznie obserwuję jej poczynania. Od udanego debiutu do dziś Tomasz Kudla, jej właściciel, wykonał ogrom pracy i dzięki pomocy Piotra Stopczyńskiego wypuszcza kolejne roczniki świetnych win nieustępujących na krok polskiej czołówce. Dodać do tego dbałość o estetykę opakowania, a otrzymamy wyjątkowy produkt, który z powodzeniem może reklamować Wielkopolskę nie tylko w kraju, ale i poza jego granicami. Solaris 2017 jest tym, czym być powinno wino z tego szczepu: pełnia aromatu z tonami miodowymi, kwiatowymi, a nawet odrobiną muszkatu. Być może na podniebieniu brakuje nieco kwasu, ale o problemie ekstremalnej dojrzałości owoców, z którego wynika ten stan rzeczy, pisałem już tutaj.

Regent Premium 2016 stanowi idealny dowód na to, że z hybryd mogą powstawać bardzo dobre wina. Zdominowany przez owoce leśne i śliwkę węgierkę nos jest jedynie muśnięty waniliowo-karmelową beczką. W ustach sporo lekkości i rześkości podkreślonych ładną kwasowością. Nie ma mowy o aromatach warzywnych czy mokrym kartonie, tu rządzi owoc.

Równie mocno kibicuję innej winiarskiej inicjatywie powiązanej poniekąd ze stolicą Wielkopolski, choć znajdującą się już w Województwie Lubuskim – Pałacowi Mierzęcin. Swoją drogą to tam zaczynali Łukasz i Jowita, dziś właściciele Winnicy Equus. Dzięki działalności Stopczyńskiego winnica pałacu co rok wypuszcza kolejne dobre roczniki win sprzedawanych w większości na pniu w samym Mierzęcinie. Noole Blanc Intense 2017 to kupaż dziesięciu odmian, z czego dziewięć przechodzi normalną fermentację, a dziesiąty muscaris po długiej maceracji ze skórkami odpowiada za decydujące aromaty w tym winie. Dzięki temu zabiegowi w nosie pojawia się sporo nut muszkatowych, drapiącego nozdrza intensywnego miodu oraz odrobina kiszonej cytryny. Również na podniebieniu nie można narzekać na bogatą strukturę i wyraźną obecność cytrusów. Zdecydowanie wino gastronomiczne, które dzięki swej wielowymiarowości może dokonać cudów w połączeniu z zaserwowanymi doń daniami. Czerwony reprezentant Pałacu Mierzęcin tego wieczora, Pinot Noir 2015, nie ustępował na krok białemu kuzynowi. Rubinowo-brunatna barwa i ziemisto-owocowy charakter jednoznacznie wskazywały na to, że wino to znajduje się w kwiecie wieku. W ustach pojawiła się również wiśnia z pestką oraz ładna kwasowość, która trzymała w ryzach całość. Zaskakująco dużo ciała, jak na ten szczep, choć nie przeszkodziło ono, aby wino wciąż pozostało niezwykle eleganckie i zbalansowane. Po przemyśleniu stwierdzam, że raczej nie jest to najlepsze polskie pinot noir, ale zdecydowanie plasuje się ono w czołówce.

Spotkanie zamykała Winnica Spotkaniówka. Dwie czerwienie zaprezentowane tego wieczora, Rondo 2015 oraz Regent 2016 były do siebie zbliżone charakterem, różniły je jedynie niuanse. W żadnym z nich za to nie pojawiły się nuty warzywne, tak często niestety psujące dobrze rokujące wina. W skrócie? Wina środka, na dobrym poziome, które powinny spotkać się z gustami większości konsumentów. Bez zachwytów, ale na pewno do wypicia z przyjemnością.

Po zdegustowaniu całej serii win, które wyszły spod ręki Stopczyńskiego, nie dziwi fakt, że kolejne przedsięwzięcia rwą się do współpracy z nim. Tegoroczna aura sprzyjała winorośli, dzięki czemu producenci mogli uzyskać naprawdę wyśmienity materiał początkowy. Praca jednak nie kończy się w winnicy, a równie tyle czasu co na polu, winiarze będą musieli spędzić w piwnicach. Choć pogoda była wyśmienita, Stopczyński jest świadomy, że wielu z winiarzy nie podoła takiemu materiałowi i powstanie wiele win mocno alkoholowych, rozchwianych, bez balansu pomiędzy niską kwasowością, a wysoką zawartością cukrów resztkowych. To będzie z pewnością kolejny wymagający i pełen wyzwań rok (winiarski, nie szkolny) dla naczelnego latającego winemakera Polski. Taki powrót do szkolnej ławy to ja rozumiem!

 

P.s. Kolejny Festiwal Wina i Cydru w SPOT. odbędzie się 08 czerwca 2019, już dziś warto zarezerwować sobie ten termin!