Wiosna, wiosna, ach to ty…

wino

Pierwszy prawdziwie wiosenny dzień w tym roku. I na dodatek jest to weekend. Budzę się o siódmej rano, jakby mój mózg wciąż nie rozumiał, że po ciężkim tygodniu pracy mogę wreszcie spokojnie odpocząć. Po wakacyjnych przygodach wracam do przyjemnej rutyny. W domu rozchodzi się zapach aromatycznej kawy dobiegający prosto z kawiarki, w której przyjemnie bulgocze świeży napar. Promienie wciąż nieśmiałego, wiosennego, słońca oślepiają mnie na chwilę. To będzie piękny dzień.

Jest coś takiego, że nagła zmiana pogody, pierwszy wyraźnie widoczny zwiastun nowej pory roku, wywołuje u nas falę emocji. Zazwyczaj pozytywnych (pomyślmy tylko o pierwszym śniegu w grudniu, pierwszym upalnym dniu w maju lub czerwcu), czasem negatywnych (ponury, krótki listopadowy dzień nie nastraja zbyt optymistycznie). Ze wspomnianą falą emocji wiążą się też zmiany w naszym codziennym trybie, w jakim funkcjonujemy. Robimy porządki w domu, zmieniamy czasem jego wystrój. Wprowadzamy do diety nowe elementy, niektóre odchodzą w odstawkę aż do kolejnego roku. Menu dostosowuje się do tego, co może nam zaoferować przyroda, wystarczy się w nią wsłuchać i bacznie obserwować. U winomana rodzi się jeszcze coś innego: zew nowego. Wystarczy pierwszy mocniejszy promień słońca, aby pomyśleć o białych, rześkich winach (i nie szkodzi, że za oknem wciąż temperatura bliska zeru). To samo dzieje się oczywiście jesienią lub zimą, odstawiamy w kąt biele, które królowały przez cały rok, aby lubieżnym wzrokiem spojrzeć na rozgrzewające porto lub chociaż zabeczkowane czerwienie, które idealnie wspomogą nasz układ pokarmowy w trawieniu przytłustawych, ciężkich potraw serwowanych w zimniejszych okresach roku.

Kawa gotowa. Niewielka filiżanka wypełniona mocnym espresso nie zapewnia emocji na długo, dlatego w wolnych chwilach staram się przedłużyć ten moment jak tylko to możliwe. Siadam przy komputerze i szukam przepisu, który stworzy najlepsze kulinarne tło do tego, co widzę za oknem. Traf chce, że udaje mi się dostać w sklepie świeżutkiego łososia. Klamka zapadła. Pozostaje jeszcze tylko zejść do piwniczki i znaleźć odpowiednie wino. Na pierwszy plan wysuwa się wytrawna malvasia z Emilii-Romanii. Bingo! Nie zastanawiam się ani chwili dłużej, butelka pod pachę i do lodówki na kilka godzin.

Jeszcze zanim łosoś opuszcza piekarnik otwieram wino. Trochę z ciekawości, trochę, żeby pobudzić trawienie. Wytrawna malvasia wydaje się być dobrym pomysłem jako aperitif, przynajmniej w teorii. Zaskakująco jasna, słomkowa barwa. Drobne bąbelki widoczne jedynie z bliska. W nosie delikatne suszone jabłka, kwiaty. Całość lekka i w sumie mało aromatyczna biorąc pod uwagę szczep, z jakiego wino powstało. Zdecydowanie bardziej przypomina świeży cydr. Lekkie musowanie również na języku, wyczuwalna nieznaczna ilość cukru resztkowego. Trochę suszonych i świeżych jabłek, goryczka przypominająca pestkę na finiszu. Gdyby nie 11,5% alkoholu, zaklasyfikowałbym to wino bez mrugnięcia okiem jako orzeźwiający, lekki jabłecznik. Solo fajnie, ale z delikatnie doprawionym łososiem i kuskusem na talerzu jeszcze lepiej. W sam raz na pierwsze cieplejsze dni w roku…

Nazwa: Malvasia Secco Frizzante DOC

Producent: F.lli Genari

Miejsce zakupu: otrzymane do degustacji od importera

Cena:

Rodzaj wina: białe, wytrawne

Ocena: 4/6

Słodki bratanek zza miedzy

wino

Węgry. Trochę wstyd mi przyznać, ale kraj ten wciąż pozostaje dla mnie poniekąd terra incognita. Tak po względem kultury i historii, jak i pod względem enologicznym. Pomimo wielu planów i prób zorganizowana wyprawy do kraju „naszych bratanków”, nigdy nie udało mi się doprowadzić do ich realizacji. Prawdopodobnie sporo wody w Wiśle jeszcze będzie musiało upłynąć, zanim trafię na Węgry. Czas ten jednak nie jest wypełniony bezczynnym oczekiwaniem. Gdy nadarza mi się okazja spróbowania trunku z Węgier, nie odmawiam (nie żebym degustowania win z innych krajów odmawiał…). Jako żem laik w kwestii Madziarów, wiedzę o ich enogastronomicznej kulturze czerpię od bardziej zorientowanych w temacie. Czuję się w obowiązku wspomnieć tutaj blogi Blisko Tokaju oraz Niewinne Podróże (redagowany przez Michała, który na stałe mieszka w Budapeszcie), a także artykuły Macieja Nowickiego na Winicjatywie, który ostatnio dzięki nim stał się człowiekiem niosącym węgierski kaganek oświaty winiarskiej Polsce.

Wracam dziś raz jeszcze do Targów Enoexpo, które odbyły się w połowie listopada 2016 w Krakowie. Dzięki zaproszeniu organizatorów, mogłem tam uczestniczyć w degustacji Sweet Wines from Hungary zorganizowanej przez Krajową Radę Winiarską na Węgrzech przy współpracy z Konsulatem Generalnym Węgier w Krakowie. Jak sama nazwa wskazuje, degustacja nie skupiała się na najbardziej znanym i zapewne najznamienitszym regionie, w którym powstałą słodkie wina, Tokaju, a brała pod uwagę również mniej oczywiste rejony kraju Madziarów. Zaczęliśmy od Pogányvári Cserszegi Fűszeres 2015. Szczep ten traktuję jako jedno z moich osobistych odkryć roku minionego. Spróbowałem kilku win na jego bazie, zarówno wytrawnych, jak i tych z mniejszą lub większą zawartością cukru resztkowego. W głowie pozostawał mi zawsze ten sam obraz: smaczne, aromatyczne trunki, które nie nadwyrężały portfela. Nie miałem jednak styczności z Cserszegi Fűszeres w wersji aż tak słodkiej jak ta od Pogányvári, mało tego: w wersji potraktowanej botrytisem. Wino miało złocistą barwę, z początku dało się wyczuć zapach kandyzowanej skórki pomarańczy i cytryn. Nieco kiszonki po chwili znikało, ustępowało nutom kwiatów i intensywnemu aromatowi miodu. W ustach miękkie, aromatyczne, niezbyt ciężkie z niewyraźną kwasowością.

Kunvin Kunság Aureus Rajnai Rizling Édes 2006, czyli słodki riesling z Węgier. Można? Jasna, cytrynowa barwa. W nosie zdecydowanie mniej rozbuchane niż poprzednik. Nuty białych kwiatów, suszonych jabłek, nieco mniej cukru niż we wcześniejszym winie. Więcej kwasu i ładny balans, który sprawia, że słodycz jest nienachalna. Wino to jednak mnie nie zachwyciło. Ot tak, do sączenia, ale do niemieckich rieslingów wciąż daleko. Zachwycił za to Furmint Hangavari 2013. Już barwa wina dużo mówiła o nim samym, płynne złoto. Dużo suszonych owoców w nosie, odrobina skórki pomarańczowej i miodowe tło. W ustach elegancka słodycz i delikatny kwas na języku. Suszone jabłka wymieszane w idealnych proporcjach z miodem lipowym. Może i stosunkowo skromne, nie rozbuchane, nie obdarowuje na lewo i prawo swoimi aromatami, ale i tak daje dużo radości.

Zupełnym przeciwieństwem był Tokaji Aszú Grand Tokaj 2013. Barwa jaśniutka, wino rześkie, eleganckie i dość powściągliwe. Zdecydowanie więcej tu świeżych owoców (morela, brzoskwinia, jabłka na miodzie), niż tych suszonych. Drapiący w gardło finisz i wyczuwalny brak kontrapunktu dla słodyczy w postaci kwasowości nie wpłynął na bardzo pozytywny odbiór tego wina. Béres Tokaji Aszú 5 Puttonyos 2008 to powrót do klasycznego stylu. Miałem okazję próbować jedną z podstawowych etykiet tego producenta, nie wywarła ona na mnie dobrego wrażenia. Tym razem jednak było inaczej. Ananas z puszki, suszone owoce i nuty herbaciane w nosie. Piękna, żywa kwasowość i świeżość na języku. Zdecydowanie niemęczące, z mineralnym finiszem i świetnymi cytrusami. Piękny balans i aromatyczność, jedno z win, które zostanie w mojej pamięci na długo.

            Morał tej degustacji napisał się sam, gdy w kieliszkach znalazł się Tokaji Aszú 6 Puttonyos 2013 Babits. Zdecydowanie dominowały tu suszone owoce, było też trochę wosku. Wino bardzo wyraziste i aromatyczne. Wysoki cukier i mniej kwasu niż u poprzedników sprawiają, że nie da się go wypić dużo, ale już jeden kieliszek wystarczy, aby zapadło w pamięć na długo. Nieco cierpkie na finiszu, sciągające usta i drapiące w gardło niczym łyżeczka miodu wrzosowego. Koncentracja, koncentracja, koncentracja…

Degustowałem podczas Targów Enoexpo 2016.

Winne Wtorki: (nie)pedant z Emilii-Romanii

Język, wino

Niniejszy wpis w swoich założeniach opierać miał się na językowo-winiarskich porównaniach. Rozochocony początkowymi sukcesami w żmudnie postępujących pracach badawczych dotarłem jednak do ściany. Punktu krytycznego, który stanowczo nie pozwalał na dalsze brnięcie w raz obranym kierunku. Na nic zdałby się również krok w tył. Po prostu moje wyjściowe założenia były błędne, a spowodowało je małe niedopatrzenie już u samego początku.

Do dzieła!

Tuż obok hasła pignolo w słownikach włosko-polskich znajdziemy następujące tłumaczenia: pedant, pedantyczny, skrupulatny, drobiazgowy, małostkowy. Hasła pignoletto za to w słownikach nie znajdziemy. W ogóle mało gdzie poza Emilią-Romanią je znajdziemy. Rzadko kiedy piszą o nim winiarskie sławy, bo i za bardzo nie ma o czym. Sklasyfikowana, względnie poznana, biała, raczej przeciętna i niezbyt obiecująca odmiana, które swoje korzenie zapuściła w okolicach Bolonii. Skoro winiarski świat zesłał pignoletto na niebyt, to dlaczego mieliby interesować się nim lingwiści? To pytanie nie wymaga odpowiedzi. Mimo wszystko postanowiłem sprawdzić, czy pomiędzy pedantyzmem, a nazwą szczepu jest jakiś związek.

Eureka?

Pignolo i pignoletto nawet osobie, dla której język włoski to pizzapasta i basta, już na pierwszy rzut oka bezspornie wydają się być ze sobą spokrewnione. Coś te dwa słowa fonetycznie i graficznie łączy. Bingo! Wystarczy do pignolo dodać sufiks -etto i jesteśmy w domu. I rzeczywiście, w jednym z konsultowanych słowników trafiłem na formę pignoletto znajdującą się przy haśle pignolo, a znaczyła ona ni mniej, ni więcej niż pedancik. Naprawdę? Godziny spędzone nad słownikami, żeby dowiedzieć się, że nazwa szczepu po polsku brzmi wręcz śmiesznie, a co gorsza nie ma żadnego związku z jego charakterem? Bo przecież powiedzieć o pignoletto pedancik, to jak powiedzieć o Barolo księciunio. Strzał jak kulą w płot. Już Pliniusz Starszy w swoim dziele Naturalis Historia pisał o bolońskim szczepie w tych słowach: non dolce abbastanza per essere buono (niewystarczająco słodkie, aby było dobre). Nawet jeśli odrzucimy antyczne umiłowanie do win słodkich, trzeba przyznać, że dobrego PR Pliniusz tej odmianie nie zrobił.

Eureka!

Nieco zrezygnowany przeglądałem kolejne dzieła antyczne i te mniej. Miałem już zaniechać lingwistycznych podjazdów do pignoletto, gdy przypominała mi się nazwa innego (skądinąd również włoskiego) szczepu: PIGNOLO. Tym razem jednak nie dałem się tak łatwo wpędzić w pułapkę błędnych założeń. Z góry odrzuciłem pokrewieństwo bohatera dzisiejszego wpisu z pignolo. Ten pierwszy, jak rzekło się wcześniej, uprawiany w Emilii-Romanii i chuderlawy w swej naturze. Ten drugi pochodzi z Friuli, daje wina zdecydowanie dobrze zbudowane, pełne owocu, ale i nierzadko nut balsamicznych. Nie o pokrewieństwo genetyczne mi jednak chodziło, a o lingwistyczne koligacje. W swoich poszukiwaniach dotarłem do celu: pignolo i pignoletto pochodzą od tego samego słowa, pigna (szyszka jodły). Nazewnictwo wspomnianych szczepów powstało przez wzgląd na podobieństwo grona (nawet jeśli niektórzy twierdzą, że nie o kiść, a o poszczególne jagody tu chodzi) do szyszki.

Trzeba to uczcić.

Nawet jeśli moje początkowe założenia okazały się błędne, kilkugodzinna praca nie poszła na marne. Poznałem pochodzenie nazwy nie jednego, a dwóch szczepów. Obydwu lokalnych, obydwu włoskich. A wszystko to za sprawą dzisiejszej edycji Winnych Wtorków. Braci blogerskiej zaproponowałem poszukanie odmian endemicznych. Oni wywiązali się ze swojego zadania na czas, mój żołądek nie pozwolił mi na to wczoraj, ale dziś nadrabiam zaległości. Świętując mały sukces wieńczący dochodzenie oraz moje uzdrowienie otworzyłem, nie inaczej, butelkę Pignoletto Frizzante Chiarli 1860. Wino w kieliszku bledziutkie, trochę jakby rozwodnione. Duże bąble odrywały się od dna i szybowały ku górze, której nie wieńczyła gęsta piana (wszak mówimy o frizzante, winie drżącym, a nie spumante, pieniącym się). Kwiecisty, świeży i rześki nos. Gdzieś majaczy nieco białych owoców, ale aromaty nie są mocno skondensowane. W ustach lekko mineralne, choć nadal dominują kwiaty polne. Trochę jabłka i gruszki. Wytrawne do cna. Proste, ale idealnie rozbudziło apetyt. Może spokojnie konkurować z prostymi prosecco, a w tym rejestrze cenowym o nic więcej nie proszę.

…i pozostał tylko niesmak, gdy odkładając kieliszek obok nadal otwartego słownika zauważyłem: 2. (pinolo) orzeszek m piniowy.

Nazwa: Pignoletto Frizzante

Producent: Chiarli 1860

Miejsce zakupu: Auchan

Cena: 30zł

Rodzaj wina: białe, wytrawne, musujące

Ocena: 3,5/6

Pozostali wtorkowicze dziś napisali:

Blurppp pojechał aż do Bośni i Hercegowiny po swojego lokalsa

Nasz Świat Win ruszył do kraju słynnego ze szczepów lokalnych, Włoch

Czerwone czy Białe również odwiedziło włoskiego buta

Enowersytet wziął na warsztat greckie Moschofilero

Winne Przygody również we Włoszech

Wina z krainy mafii? No way!

wino

Obraz Sycylii jako terra della mafia utrwalony w świadomości społecznej przez liczne produkcje literackie i kinowe wydaje się być dzisiaj romantyczną opowieścią lat szczęśliwie minionych. Trudno polemizować z historią i po prostu nie sposób nie przyznać, że największa wyspa na Morzu Śródziemnym stała się poniekąd matczynym lokum dla najbardziej znanej niegdyś organizacji kryminalnej w Europie. Jej nazwa jeszcze kilkanaście lat temu budziła lęk u największych twardzieli. Dziś jednak z dawnego posłuchu pozostało relatywnie niewiele. Tak, tak, drodzy Czytelnicy, Cosa Nostra nie umywa się do „koleżanek po fachu”. Ani zasięgiem działania, ani brutalnością, ani też poziomem rozpoznawalności. Rozsławiona poniekąd przez Roberta Saviano Camorra, czy nawet mniej znane dla ucha polskiego obserwatora nazwy jak ‘Ndrangheta lub Sacra Corona Unita, trafiają na czołówki włoskich dzienników o wiele częściej niż wspomniana Nasza Sprawa. Wyrosła na micie Salvatore Giuliano sycylijska mafia wróciła do swojego matecznika z emigracji na skrzydłach bombowców amerykańskich w czasie II Wojny Światowej. Po kilkudziesięciu latach prosperity przyszedł czas na czystki. Maxiprocesso i sprawa zamknięta.

Jak powszechnie wiadomo podejrzane interesy i kryminalne występki lubią kręcić się wokół dużych pieniędzy. Nic więc dziwnego, że dziś największa mafia działa w przeróżnych obszarach nie w Mezzogiorno, a na północy Włoch. Setki inwestycji realizowanych z polecenia rządowego lub też nie, zbroczone są krwią niewinnych, którzy polegli w walce z mafią (lub po prostu nieświadomie stanęli na drodze jej interesów). Wspomnieć przy tej okazji wystarczy o inwestycjach realizowanych w centrum kraju oraz tak zwanej mafii budowlanej w północno-wschodnich regionach Italii, a i tego mało! Wiele rejonów zniszczonych po katastrofach w ostatnim dziesięcioleciu zostało odbudowane tylko dzięki środkom pochodzącym wprost z organizacji kryminalnych. I pomimo zapewnień, że po tegorocznych trzęsieniach ziemi będzie inaczej, mało komu jeszcze we Włoszech chce się w to wierzyć…

Koniec jednak tych kryminalnych wywodów i smutków. Wróćmy na ziemię, czyli na Sycylię. Dziś wyspa to nie mafia, punto e basta. Sycylia powoli staje się turystyczną potęgą, która wciąż uczy się jak w pełni wykorzystać swój potencjał. Typowo południowy chaos jest nieunikniony, ale mieszkańcy wyspy z każdym dniem, z każdym turystą zdobywają doświadczenie. Podobnie sprawa ma się z tutejszymi producentami wina. Jeszcze dziesięć lat temu trudno było mówić o jakościowych winach z Sycylii, a tania masówka podłej jakości płynęła stąd w świat szerokim strumieniem. Dziś sprawy mają się inaczej, może niewiele, ale inaczej. To właśnie tu powstają świetne wina, które cenowo z wielu przyczyn wciąż biją na głowę butelki z regionów położonych w centrum lub na północy kraju. Produkuje się tu również wiele win z niższej półki, ale wciąż dających się zdefiniować jako smaczne, porządne wino codzienne. I właśnie w tych ostatnich upatruję sukcesu Sycylijczyków. Raczej nie sposób walczyć im z prestiżem Toskanii, o Piemoncie nie wspominając. Segment win dobrych, ale w znośnych cenach wciąż za to jest nienasycony (spójrzcie co ląduje na półkach większości marketów), a Sycylia ma wszystkie narzędzia, aby go zapełnić. Niskie koszty produkcji, wieloletnie doświadczenie, dobry klimat i teren. Ba! Mało tego, są tu również lokalne szczepy, które ze spokojem mogą stać się lokomotywą nowej sycylijskiej jakości winiarskiej.

Jednym z producentów trafiających ze swoim portfolio we wspomniany segment jest winnica Costantino. Właściciele nie mają ambicji na tworzenie win na siłę. Robią to, w czym czują się dobrzy (a trwa to już od ponad pół wieku): pokazują rodzinną wyspę przez pryzmat win. Na 55ha wapienno-gliniastej gleby uprawiają zarówno szczepy lokalne jak i te międzynarodowe. Powstają z nich wina świeże, trafiające do serca swoją prostotą i czystością. Same nazwy win wywodzą się wprost z języka (dialektu?!) sycylijskiego, co jedynie podkreśla cel i pokazuje filozofię Costantino. Sami z resztą się przekonajcie.

Dość duże portfolio producenta dzieli się na kilka linii. Są wina tańsze, codzienne; są średniaki na niedzielę; są wreszcie co lepsze butelki z serie A. Panoramę win Costantino otwiera Làusu 2015 czyli kupaż 50/50 Grecanico i Catarratto. Samo słowo làusu (z sycylijskiego), jak wytłumaczył mi producent, oznacza giusto merito, czylisłuszna zasługa i ma określać wino, które oddaje wszystko to, co weń włożono w procesie produkcji. W nosie częstuje świeżym bukietem, w którym dominują jabłka i białe kwiaty; pojawiają się również owoce egzotyczne. Na języku rześkie, z mineralnym finiszem i ładnie zaznaczoną kwasowością. Na pewno na aperitivo, na pewno do lekkiej sałatki z krewetkami. Catarratto 2015 to z kolei mineralność, która zdecydowanie dominuje nad owocem. W kieliszku znalazło się również Grillo 2015, czyli jeszcze jeden mieszkaniec Sycylii. Duża aromatyczność, białe owoce, nuty kwiatów czarnego bzu i miodu. W ustach zupełna odwrotność słodkiego zapachu, duża wytrawność, ładny balans kwas-aromatyczność-owoc. Niemałym zaskoczeniem było dla mnie wino oparte na szczepie müller-thurgau. Właściciel Costantino wprowadził tę odmianę do winnicy za namową znajomego z północy. I bardzo dobrze! Wino bazuje na aromatach jabłek, ale jest też wyraźna nuta muszkatowa. Nieco cięższe od poprzedników, lepiej zbudowane z odrobiną cukru resztkowego. Na pewno do solidnej porcji makaronu z owocami morza!

W kupażu chardonnay i insolii (znów 50/50) dominuje zdecydowanie to pierwsze. Zielone aromaty agrestu i gruszek wysuwają się na przód, za nimi nieco nut miodu. Wyraźna kwasowość i ładna struktura, ale trochę za mało insolii w insolii… Quarter 2015 to mieszanka złożona z czterech odmian w równych proporcjach (chardonnay, müller-thurgau, catarratto, grillo). Po spróbowaniu wszystkich poprzednich win bez trudu można było wyczuć aromatyczność grillo, zieloność chardonnay i mineralność catarratto. Gdzieś pałęta się również muszkatowość ostatniego składnika kupażu. Musiaki Sbriu (białe i różowe) to wina raczej na imprezę w gronie znajomych (samo słowo sbriu oznacza po sycylijsku nic innego, jak dobrą zabawę), niż do leniwego sączenia i zadumy. Proste, wesołe bąble. Wersja biała z herbacianym wykończeniem, wersja czerwona na bazie nero d’avola z porcją świeżych poziomek i malin.

Serię win czerwonych otworzyło (a jakżeby inaczej!) Làusu Nero d’Avola 2015. Prosta czerwień zdominowana przez dojrzałą wiśnię i słodkawą śliwkę. Jest też trochę czereśni. Lekkie, zdecydowanie owocowe, rześkie ze szczerą kwasowością oraz dużą dozą świeżości. Nero d’Avola Syrah Aria Siciliana 2015 ma ciemną, purpurową barwę. Ciała zdecydowanie więcej niż u poprzednika, Syrah dało również nieco pieprzno-ziołowych aromatów. W ustach sporo tanin, może nieco zielonych, ale w sumie nadających winu charakteru. Zdecydowanie do solidnej porcji makaronu z tłustym sosem lub duszonej wieprzowiny. Merlot na Sycylii? Da się z tego ukręcić coś dobrego? Patrząc na Merlot Aria Siciliana 2013 raczej tak. Nie jest to znany z północy Włoch pluszak, a charakterne wino pełne aromatów śliwek i wiśni. Aksamitny owoc z kwasowym wykończeniem i ładną taniną. Ciekawe… bardzo ciekawe.

Pozostała serie ACapitolo Uno 2012, rozdział pierwszy. Czyste nero d’avola podkręcone dębem. Beczka w nosie nadal mocno dominująca, wino zdecydowanie potrzebuje czasu, aby się otworzyć, ale gdy to już nastąpi… Jest dużo owocu, tanin i kwasu. Dać mu do towarzystwa kawał mięsa i będzie pysznie. Nonò 2012 to niespotykany na Sycylii kupaż petit verdot i cabernet sauvignon. Również tutaj beczka z początku przykrywa wszystko inne. Po czasie pojawia się słodkawy owoc oraz waniliowe tło. Całość wydaje się mniej taniczna i kwasowa niż poprzednik, nieco już utemperowana, a co za tym idzie łatwiejsza w odbiorze.

Takiej Sycylii pragnę. Wybitne butelki są pożądane i poszukiwane, ale nie każdy region może na nich budować swoją potęgę. A wyspa z trinacrią w tle zdecydowanie nie powinna tego robić. Znakomita większość turystów nie będzie szukać win znakomitych. Wystarczą porządne, proste, ale czyste jak łza i szczere trunki! Dodać do tego lokalną kuchnię, nieco romantycznych czasów Cosa Nostra i przepis na sukces gotowy…

Mafijną inspirację zawdzięczacie Irkowi i jego degustacji „Win z krainy mafii”.

Degustowałem podczas degustacji otwartej w ramach Targów Enoexpo 2016.

Wines of Portugal – A World of Difference

wino

Winiarska Portugalia wydaje się być wciąż nieodkryta dla konsumenta, który wino pije okazjonalnie, a nie jest zapaleńcem w ciągłym poszukiwaniu nowych doznań. W walce o kieliszki klientów, w kontekście tego niewielkiego kraju położonego na Półwyspie Iberyjskim, w ostatnim czasie dominowała Biedronka. Na półkach dyskontu przy okazji kolejnych ofert pojawiło się wiele ciekawych butelek z Portugalii. Były orzeźwiające vinho verde, były czerwienie i biele z Douro, Alantejo czy Dão, było też całkiem przyzwoite porto. Sieć z owadem w logo dystrybuowała u nas również wiele win z portfolio Monte da Ravasqueira, którego Tinto weszło do stałej oferty i całkiem nieźle sobie radzi (nic dziwnego, bo soczysty owoc, dobry kwas i taniny zbalansowane przez odrobinę cukru to strzał w dziesiątkę za 15zł bez grosza).

Biedronka konsekwentnie pokazuje, że jej mocną stroną są wina z matecznika (chociaż mówienie o Portugalii jako mateczniku sieci nie jest do końca uzasadnione, ale to temat na inny wpis). Oczywiście zdarzają się butelki zupełnie nietrafione, wrzucone na półki jedynie po to, aby zapchać dziury i tworzyć masę. Trzeba jednak przyznać, że w ofertach portugalskich stosunek win dobrych i pijalnych do tych niepijalnych jest o wiele wyższy niż w kontekście pozostałych krajów (serce mi krwawi, gdy na półkach pojawiają się kolejne zlewki z Italii produkowane bez ładu i składu). Grzechem byłoby zmarnowanie potencjału poznawczego, jaki wypracowały gazetki pojawiające się przy okazji promocji kolejnych ofert portugalskich. Podobnie jak w przypadku Lidla i win polskich, kolejnym krokiem dla wielu (choć zdecydowanie nie większości) klientów kupujących wina w Biedronce mogłyby być sklepy specjalistyczne oferujące szeroką gamę win jakościowych już nie tylko z czołowych regionów Portugalii, a z całego kraju.

O budowanie świadomości i rozbudzanie ciekawości winiarskiej w ostatnich miesiącach zadbało Wines of Portugal organizując degustacje, podczas których uczestnicy mieli okazję spróbować pozycji z wielu części kraju. Pojawiały się szlagiery, konie pociągowe portugalskiego biznesu winiarskiego, ale nie zabrakło też butelek mniej oczywistych, a co za tym idzie bardziej interesujących. Miałem okazję wziąć udział w jednej z takich degustacji podczas tegorocznych targów Enoexpo w Krakowie. Na start otrzymaliśmy… nie, nie vinho verde, a Aldeias de Juromenha Verdelho 2015 czyli wino produkowane niemal na przeciwległym końcu kraju. W nosie przyjemnie rześkie i aromatyczne zarazem. Mieszanka owoców egzotycznych i niewielkiej dawki cytrusów, która idealnie sprawdzi się tak w upalnie dni solo, jak i w te chłodniejsze przy talerzu. Tapada de Coelheiros 2015 miało już bukiet nieco cięższy, bardziej zawiesisty, miodowo-kwiatowy, gdzie czasem przebijają się nuty owocowe. Domieszka lokalnego szczepu arinto dała całości przyjemną, wibrującą kwasowość. Około czwarta część wina przeszła dojrzewanie w dębinie, ale poza miodowo-karmelowym wstępem trudno to wyczuć w nim samym. Ostatnią bielą było Adega de Borba Reserva Branco 2013, które w nosie częstuje dużą ilością karmelu i wanilii oraz innych nut odbeczkowych. Owoc ma tu duży problem, żeby się przebić. Dopiero na języku dochodzi do głosu pod postacią brzoskwini i ananasa z puszki. Nie brak oczywiście i beczki, choć wino samo w sobie nie jest dębowym potworkiem. Ma duży potencjał starzenia i warto byłoby go spróbować za 5 lat (co nie zmienia faktu, że rześkości już nie nabierze).

Tapada de Coelheiros Tinto 2012 otworzyło serię win czerwonych. Kupaż lokalnych i międzynarodowych odmian (cabernet sauvignon, aragonês – czyli tempranillo i trincadeira) dał wino o bardzo ciemnej, brunatno-purpurowej barwie. Główne aromaty to przydymiona śliwka i jeżyny, wszystko to podbite waniliowym tłem. Są też potężne, ale dobrze dopasowane do całości taniny. W Aldeias de Juromenha Tinto Reserva 2012 z początku nieco odstawał alkohol. Pierwsze średnie wrażenie zniknęło jednak szybko i zastąpiła je przyjemna owocowość jedynie podkręcona beczką. W ustach spora dawka śliwek, wiśni, kory cynamonowej, drewna i przypraw. Wysoka kwasowość oraz ponownie spora ilość tanin (być może chwilami sprawiającymi wrażenie suchych). Piliśmy białe wino od Adega de Borba, nadszedł czas na Adega de Borba Grande Reserva 2011. Wino choć ma 14,5% alkoholu, to zupełnie tego nie czuć. Jest rustykalny, grubo ciosany nos, w którym dominują owoce i aromaty wiejskie. Wanilia i kokos ledwie wyczuwalne na języku. Wino zdecydowanie potrzebuje czasu, aby osiągnąć pełnię harmonii, ale już teraz jest bardzo interesujące.

Dwa kolejne wina to próba zmierzenia się z lokalnością i zaprezentowania dwóch regionów przez tego samego producenta: Santos da Casa Grande Reserva Alantejo 2010 oraz Santos da Casa Grande Reserva Douro 2010. Podczas gdy pierwsze z nich oferuje w równych proporcjach jeżyny i zioła w nosie, drugie częstuje większą dawką czerwonych owoców. Beczka u przedstawiciela Alantejo zostawiła wiórki kokosowe, zawodnika z Douro natomiast potraktowała delikatniej. Co ciekawe oba wina pochodzą z tego samego rocznika i zastosowano przy ich produkcji dokładnie te same metody. Różnią się jedynie (albo aż!) szczepami wchodzącymi w ich skład.

Słodkie wina z Portugalii to temat rzeka, ale niekwestionowanym królem pozostaje porto. Na degustacji pojawiły się dwa rodzaje rzeczonego wina. Tawny 10 Years Vieria de Sousa to płynny bursztyn w kieliszku. W nosie bukiet zbudowany na suszonych daktylach i rodzynkach, wyczuwalne są nuty beczkowe, ale nie dominują one całości. Są też orzechy, kawa i prażone migdały. W ustach pojawia się zaskakująco wyrazista i piękna kwasowość. Całość wieńczy pikantny finisz. Mistrzostwo! Vieria de Sousa LBV 2012 to z kolei młodzieniaszek. Purpurowa barwa, w ustach słodycz, która nie męczy i głębia owocu. Do tego przyjemna tanina, która nadaje winu ostatecznego szlifu. Kolejne mistrzostwo!

Degustacja zorganizowana przez Wines of Portugal jednoznacznie pokazała, że kraj ten jest na wschodzącej i w najbliższych latach może pozytywnie zaskakiwać. Podczas gdy moje ukochane Włochy znalazły się w jakimś przedziwnym winiarskim marazmie (choć może wynik referendum z 4 grudnia nieco otrzeźwi ducha narodu), Portugalscy winiarze bez ustanku udowadniają, że niezależnie od regionu i półki cenowej potrafią zaoferować żądnym smaku coś ciekawego. Podkreślę raz jeszcze: zaczynając winiarską przygodę z marketami i dyskontami, warto czasem wykonać krok dalej, zastąpić dwie butelki tańsze jedną droższą, ale sięgnąć po zupełnie inną jakość. Chociażby od święta, a na to czekać długo nie musimy.

Degustowałem na zaproszenie organizatorów.