Cascina Tavijn || Nadia Verrua

Podróże, wino

Jest kilka minut przed godziną szóstą rano. Budzę się w moim pokoju w Asti. Pościel leży gdzieś na ziemi, jest tak gorąco, że pomimo spuszczonych rolet na oknach, czuję się jakbym był w piekle. Włączam klimatyzator, ustawiam go na maksymalną moc i próbuję jeszcze na chwilę zasnąć. Nic z tego. Dźwięk jednostki chłodzącej ustawionej na balkonie tuż za oknem nie pozwala mi zmrużyć oka. No cóż, chcąc nie chcąc wstaję i biorę zimny prysznic, a w oczekiwaniu na śniadanie próbuję przejrzeć plan trasy na dziś.

 

***

 

Rower odebrałem z wypożyczalni już o dziewiątej. Nie pytano mnie o dowód osobisty, nie chciano mojego numeru telefonu, a nawet zapłaty. Dość odważne podejście jak na północne Włochy. O ile na Sycylii zdarzyło mi się już spotkać z tego rodzaju wyluzowaniem, o tyle Piemont przyzwyczaił mnie do porządku i iście niewłoskich standardów. Mniejsza. Mountain bike, który przypadł mi w udziale był naprawdę dobry. Jedynie czego mi brakowało, to bagażnika mogącego unieść kilka butelek wina. Trudno, na szczęście zabrałem ze sobą konkretnych rozmiarów plecak.

Wróciłem do pokoju hotelowego, znów wziąłem zimny prysznic. Pomimo, że było zaledwie przed dziesiątą, słupki rtęci przekroczyły już 30 kreskę, a wilgotność powietrza sięgała powyżej 80%. Zacząłem mieć pewne obawy co do powodzenia mojej wycieczki. Nawet wstępnie sprawdziłem możliwości skrócenia trasy, gdyby się okazało, że mój organizm odmówi posłuszeństwa. Wypiłem potężną dawkę elektrolitów, zjadłem mnóstwo owoców i świeżych warzyw, aby mieć zapas witamin i soli mineralnych w ciele na później i uciąłem sobie jeszcze drzemkę.

 

***

 

Nieco przed godziną czternastą ubrałem obcisłe ciuchy kolarskie i założyłem plecak (już ciężki, bo wrzuciłem tam dwie litrowe butelki z elektrolitami i kilka innych niezbędnych rzeczy). Raczej nie spodziewałem się otwartych sklepów na swojej trasie, więc musiałem zabrać ze sobą odpowiednią ilość jedzenia i picia, aby nie paść po drodze. Wystarczył mi niespełna kwadrans pedałowania przy średniej prędkości około 20 km/h, abym poczuł jak słone krople zbierają mi się na brwiach i brodzie, a następnie rozgrzane od słońca spadają na kolana, te również pokryte już błyszczącą warstwą potu… Przerwa na wodopój i ruszam w dalszą drogę.

Jak tylko wyjechałem z Asti i pokonałem most nad obwodnicą, krajobraz zmienił się o 180 stopni. Kamienice ustąpiły miejsca zakładom produkcyjnym, a te z kolei połaciom łąk, pól i lasów. Jeszcze tylko przez chwilę jechałem po płaskiej ziemi. Z każdym kolejnym przebytym metrem zaczynałem wspinać się ku górze. Dotarło do mnie, dlaczego mapy Google wskazywały, że pokonanie około 20 km powinno zająć więcej niż dwie godziny.

38539026_1922421584512351_7064196792090361856_o.jpg

Wystarczył pierwszy podjazd, abym zrozumiał co czeka mnie tego dnia. Zagryzłem zęby i pomyślałem, jak przyjemny będzie powrót. Po stu metrach trasa skręcała ostro w prawo. Niestety, tuż za zakrętem okazało się, że podjazd nie tylko się nie kończy, ale ciągnie dalej i staje się jeszcze bardziej stromy. Znów zebrałem się w sobie i po kilku minutach dotarłem do szczytu pierwszego wzniesienia. Stop. Przerwa na sesję fotograficzną. Pole słoneczników po horyzont z jednej strony, długie rzędy orzechów laskowych z drugiej. Gdzieś nade mną majaczą już pierwsze winnice. To właśnie jest piękno Piemontu!

Pociągnąłem z butelki kilka głębokich łyków elektrolitów i wsiadłem ponownie na rower. Z zagajnika po prawej wybiegła młoda sarna i przecięła drogę dosłownie na kilka metrów przede mną. Zauważyłem, że od kiedy przejechałem przez most nad obwodnicą Asti, nie spotkałem na trasie żywej duszy (sarny nie licząc). Ciekawe czy jest tu tak spokojnie zawsze, czy może to tylko ten piekielny upał przepędził wszelkich śmiałków gotowych mierzyć się z krętą górską drogą.

 

***

 

Wystarczyło zaledwie minąć tablicę z nazwą miejscowości Scurzolengo, a winnice pokryły wzgórza po prawej i lewej stronie drogi. Tu już nie było mowy o słonecznikach, choć leszczyna jeszcze pojawiała się tu i ówdzie na horyzoncie. Nawigacja jasno wskazywała „dotarłeś do celu”, ale znaku prowadzącego do winnicy Cascina Tavijn ni widu ni słychu. Napisałem do właścicielki, Nadii Verruy. W tym samym czasie ujrzałem wypalony od słońca drogowskaz. Zaparkowałem rower na podjeździe i z ulgą zdjąłem plecak. Przywitała mnie starsza pani w dużym słomkowym kapeluszu. Zza jednych z drzwi wyszła Nadia. Przedstawiła mi swoją mamę i przyniosła butelkę zimnej wody. Tego mi było trzeba. Jednym haustem opróżniłem szklankę, a na moim czole pojawiło się mnóstwo drobnych kropelek potu.

Właścicielkę Casciny Tavijn poznałem kilka lat wcześniej w Poznaniu, podczas degustacji win naturalnych zorganizowanej w SPOT. z udziałem Isabelle Legeron. Udało mi się wtedy zamienić kilka zdań z Nadią i obiecałem, że jeśli kiedykolwiek pojawię się w okolicach Asti, postaram się ją odwiedzić. Bez większej zwłoki przeszliśmy do winiarni, gdzie w stalowych tankach dojrzewały wina z zeszłego roku (oraz jedna barbera z 2016). Wróciliśmy do dyskursu dotyczącego win naturalnych i tego, czy kilka lat wcześniej Polska i Poznań były gotowe na tego typu ekstrawagancje. Obydwoje przyznaliśmy, że nasz rynek jest wciąż zbyt kiepsko rozwinięty, aby próbować przekonać klientów do win produkowanych w sposób ekologiczny. Nadia przyznała jednak, że również we Włoszech, kraju przecież winiarskim od wieków, uprawa biologiczna to wciąż margines i klientów na tego typu produkty nie ma wielu. Ona mimo to nie narzeka na brak zainteresowanych.

Już w Poznaniu przekonałem się o wysokiej jakości jej win, nie tylko w kontekście zdrowego podejścia do uprawy, do natury i produkcji, ale również w kontekście smaku i aromatu, jakie prezentują wina naturalne z Casciny Tavijn.

Pomimo, że dziś Nadia posiada około 13 hektarów ziemi, kierowana przez nią winnica to wciąż rodzinne przedsięwzięcie. Ona sama jest czwartym pokoleniem winiarzy i to właśnie ona dokonała znaczących zmian w podejściu do uprawy i produkcji. Od sprzedaży wina luzem lub w 5-litrowych damigianach przeszła do butelkowania i produkowania win naturalnych wysokiej jakości. Skupia się na tym, na czym skupiali się od zawsze jej przodkowie: winach czerwonych z lokalnych odmian, ale od niedawna zaczyna też myśleć o produkcji lekkich win białych i podjęła już pierwsze kroki w tym kierunku.

IMG_1070.JPG

Za sprawą współpracy z turyńskim artystą Cascina Tavijn zmieniła również to, w jakim sposób odbierają ją klienci. Urzekające prostotą etykiety świetnie oddają ducha win i obrazują filozofię, jaka przyświeca Nadii i jej rodzinie. Poszczególne wina zadedykowane są ojcu, matce czy innym członkom familii. Jedynie Bandita wymyka się schematom i nieco zalotnie spogląda z etykiety na osoby żądne poznania jej smaku (barbera znajdująca się w butelce z tą etykietą nie załapała się w sztywne i surowe ramy apelacji, stąd nazwa wina). Jak widać, nie potrzeba wielkich słów, starych zamków i górnolotnych haseł na etykiecie, aby urzec potencjalnego klienta i przekonać go do zakupu. Całe szczęście, w tym wypadku opakowanie to jedynie fragment całej układanki, bo wina trafiające do butelek prezentują równie wysoki poziom.

Próbujemy prosto z tanka zeszłorocznego grignolino. Wino ma purpurowy kolor, barwa jest bardzo ładnie wysycona, intensywna. W nosie pojawia się garść czerwonych owoców, nieco leśnego poszycia i sporo kwiatów. Wino ma raczej lekką strukturę, ale całkiem sporo tanin (długa maceracja na skórkach robi swoje) i kwasowości. Całość wieńczy goryczkowy finisz. Już dziś jest dobre, choć potrzebuje jeszcze trochę czasu na ułożenie się. Będzie butelkowanie niebawem, dzięki czemu dostanie jeszcze nieco tlenu i okazję, aby zbalansować się już w butelkach, a nie w potężnym tanku.

IMG_1081.JPG

Ruché to kolejna z odmian popularnych na tych ziemiach. Nadia przyznaje, że ma z nią problem, ponieważ co roku w winie musi zostawić sporo cukru resztkowego, aby alkohol nie poszybował do zbyt wysokich rejestrów. Rocznik 2017 ma nieco wspomnianej słodyczy i oszałamiające 15% alkoholu, którego na szczęście nie czuć tu ani przez chwilę. Ładne ciało (podbudowane również wspomnianym cukrem), dużo owoców i aromatycznych kwiatów (piwonia, bez). Jest też koszyk dojrzałych jagód i malin. Gdyby tak dostało nieco więcej kwasu, byłoby naprawdę spektakularne. Bez tego kontrapunktu, jest bardzo dobre.

Różowe ruché jest nieco przygaszone i czuć tu raczej dżemy owocowe, aniżeli świeże poziomki czy truskawki. Wino, którego próbujemy stoi przy tuż przy drzwiach winiarni, przez co jest też zdecydowanie za ciepłe. Nadia przyznaje, że owoce mogły być zebrane znacznie wcześniej.

Tę ekskluzywną degustację przerywa mąż właścicielki, który przywiózł córki. Przez chwilę wokół panuje zamieszanie, dziewczynki przekrzykują się opowiadając Nadii ostatnie godziny spędzone z tatą. Uciekają do domu, ale po chwili znów wracają. Mąż Nadii zabiera dwa kartony wina, żegna się i wyjeżdża. Już mamy sięgnąć do kolejnego tanka, ale pojawia się teść właścicielki. I on zabiera dwa kartony, zamienia dwa zdania ze mną i z synową, po czym wyjeżdża.

Sięgamy wreszcie do tanka z freisą. I tu mamy do czynienia z pięknie wybarwioną suknią. Wino bardziej niż w elegancję, zmierza w kierunku nut rustykalnych, wiejskich. Są świeże, dojrzałe owoce prosto z sadu i nieco wiejskiego obejścia. Nadia twierdzi, że z freisy można produkować naprawdę wielkie, subtelne i eleganckie wina i do tego celu zmierza. Będzie próbowała osiągnąć go w kolejnym roczniku.

IMG_1062.JPG

Barbera to jeden z książąt Piemontu. Tutejsze winiarstwo bez nebbiolo i barbery właśnie nie zyskałoby tak dużego uznania nigdy. Jasnym jest więc, że również w Cascinie Tavijn gra ona pierwsze skrzypce. Rocznik 2016 jest już prawie gotowy do butelkowania. Część wina dojrzewała przez rok w dębowych botte, reszta spokojnie czekała wówczas w tanku ze stali nierdzewnej. Wino już osiągnęło świetny balans i pokazuje dużą klasę, ale na pewno kolejny rok czy dwa w butelce mu nie zaszkodzą. Jest pełne, eleganckie, krągłe, ale z dobrą taniną i kwasowością, które nadają mu charakteru. Soczysty owoc urzeka czystością i głębią. Ot, taki przykład dla niedowiarków, którzy twierdzą że wina naturalne nie mogą być wielkie!

Dla porównania Nadia częstuje mnie jeszcze zeszłoroczną barberą. Tu wciąż czuć sporo cukru resztkowego, który ma kolejny rok, aby dofermentować. Potęga owocu daje o sobie znać i jasno wskazuje, że wiele lat przed tym winem. Oby mikrooksydacja w beczkach zrobiła swoje, a tej barbery będzie warto poszukać na sklepowych półkach. Szkoda jedynie, że dziś Cascina Tavijn nie ma swojego importera w Polsce…

 

***

 

Dodatkowo obciążony butelkami od Nadii pędzę na złamanie karku w dół. Podjazdy, które kilka godzin wcześniej dały mi nieźle w kość, teraz były moim sprzymierzeńcem. Wciskam delikatnie hamulce, ale gdy czuje ich swąd odpuszczam i po prostu daję się ponieść pędowi. Powietrze jest wciąż piekielnie gorące, pomimo, że zjeżdżam naprawdę szybko, nie czuję ulgi. Jedynie kolejne fale ukropu uderzają moją twarz. Po zaledwie pół godziny znajduję się w Asti. Oddaję rower i zauważam elektroniczny wyświetlacz termometru przy jednym z barów. O godzinie 19:00 wskazuje on 41 stopni Celsjusza… Było warto!

 

IMG_1068.JPG

Reklamy

Lonely Planet || Wine Trails

Książki, Podróże, wino

Wakacje. Błogie lenistwo, dni przepełnione żarem lejącym się z nieba, spędzone jedynie na nic nie robieniu. Albo inaczej. Pobudka o poranku, póki jeszcze nie jest zbyt gorąco, mapa w dłoń i marszruta po zabytkach miasta. W południe posiłek w lokalnej knajpce zaprawiony kieliszkiem regionalnego wina, później dwie godziny sjesty i powrót na zabytkowy szlak. A wieczorem przychodzi czas na kolejny kieliszek schłodzonego białego wina i zasłużony odpoczynek.

Nieważne jak lubicie spędzać wakacje. Nie ma znaczenia czy wolicie leniuchować na ręczniku kąpielowym na sycylijskiej plaży, czy może bardziej Wam w smak przejść kilkanaście kilometrów w żarze pośród uliczek antycznego Rzymu. Jeśli w podróżach towarzyszy Wam gdzieś w tle (lub nawet wybija się na pierwszy plan) chęć poznawania panoramy enologicznej odwiedzanego miejsca, na pewno wybierając się na wakacje sprawdzacie do której enoteki czy winnicy warto zawitać. Internet jest pełen przydatnych informacji, zdecydowana większość producentów i sklepów z winem ma już swoje strony, na których znajdziecie wszystko, czego dusza zapragnie, aby dobrze zaplanować podróż. Są jednak tacy, jak chociażby autor tych słów, którzy wciąż nad ekran smartfona czy tableta przedkładają papier. Dla nich jakakolwiek wycieczka wiąże się z trzymaniem tradycyjnej mapy w dłoni (na końcu zazwyczaj już mocno wymiętej i poplamionej) lub targaniem w bocznej kieszeni plecaka przewodnika, równie mocno doświadczonego przez los co wspomniana mapa.

W planowaniu podróży w, nazwijmy to, tradycyjny sposób, pomagają liczne publikacje winewriterów, sommelierów, lokalnych przewodników, a nawet prace zbiorowe będące prawdziwymi almanachami publikowanymi w regularnych odstępach z najświeższymi danymi. Jedna z taki prac stworzonych w kolektywie wpadła mi ostatnio w ręce, a że niebawem czeka mnie krótki pobyt w Piemoncie, postanowiłem sprawdzić ile przydatnej wiedzy mogę z niej posiąść. Przewodników Lonely Planet przedstawiać nikomu nie trzeba. Świat dzieli się na takich, którzy bez egzemplarza tego wydawnictwa z domu nosa nie wyściubiają oraz na takich, którzy omijają je szerokim łukiem i jedynie drwiąco podśmiechują się napotkawszy na trasie swojej przygody kogoś z książką tego wydawnictwa. Sam o dziwo plasuję się gdzieś po środku tej stawki, bowiem zdarzyło mi się po LP w życiu sięgnąć, ale koniec końców nie trzymałem się kurczowo wskazówek tam podanych.

IMG_1044.JPG

Wine Trails to próba podjęcia tematyki winiarskiej i przybliżenia czytelnikom 52 najbardziej znanych regionów produkcji na świecie (choć to bardzo umowne „najbardziej znane regiony” bo na stronach przewodnika pojawiają się takie lokalizacje jak Naoussa w Grecji, Meknès w Maroko czy tureckie Thrace). Trasy są krótkie, w sam raz na weekendowy wypad, ale powiedzmy sobie szczerze: kto jechałby pół świata do Australii, żeby spędzić tam zaledwie jeden weekend? Każdy region opisany jest według tego samego schematu: duże zdjęcie na całą stronę ilustruje piękno opisywanego miejsca, mapka zaklęta w kształt butelki wina obrazuje mniej-więcej gdzie znajdują się wskazane przez autorów winnice. W kilku zdaniach autorzy próbują przybliżyć winiarski charakter miejsca, a następnie opis ten rozszerzony zostaje do kilku (wciąż jednak zwięzłych) akapitów. Część praktyczną, jeśli można tak to nazwać, stanowią rzeczowe, niemalże encyklopedyczne, notatki na temat kilku winnic. Całość wykańczają trzy pytania: Where to stay? Where to eat? What to do? Niestety odpowiedzi na nie są bardzo lakoniczne i ograniczone… Podobnie jeśli chodzi o wskazówki dotarcia do opisywanego regionu. Pomysł podawania położenia najbliższego lotniska (nawet jeśli lata na nie zaledwie jeden samolot dziennie) i obowiązkowe informowanie, że można tam wynająć auto jest po prostu kiepski…

Szata graficzna, przepiękne wykonanie oraz kilka ciekawych rozwiązań dotyczących rozmieszczenia tekstu i obrazów na stronach przewodnika zdecydowanie podwyższają moją ogólną ocenę. Podobnie jak wspomniane „najbardziej znane regiony” winiarskie. Wszak mało kto sili się na opisywanie turecki winnic, zdecydowanie łatwiej jest przecież skreślić kilka zdań o producentach z Toskanii czy Bordeaux. Martwi natomiast bardzo ograniczony wymiar praktyczny przewodnika. Całość napisana jest zwięzłym, prostym (czasami niestety zbyt prostym) językiem, co ułatwia skupienie się na samym zwiedzaniu i planowaniu podróży, ale aby to robić potrzeba przede wszystkim konkretnych i przydatnych informacji, a tych tu brakuje. No to może Wine Trails należy czytać inaczej, trochę jak opowieść, a nie przewodnik? I tu słabo, język jest lakoniczny, tak naprawdę po kilku stronach czytelnik po prostu nie ma ochoty brnąć w to dalej… Cóż, nie szata zdobi przewodnik, jak to mawiają 😉.

 

 

Faktoria Win do grilla?

wino

Niebawem środek wakacji, sezon na grillowanie w plenerze w pełni. Nawet winni maniacy na hasło soczysta karkówka z rusztu najczęściej myślą o zimnym lagerku. No może nie wszyscy, bo Irek (autor bloga Blurppp) od dawna już walczy o wymienienie tradycyjnego cztero-paka na butelkę czerwonego wytrawnego. W tym roku rękawicę podejmuje Faktoria Win i fanom grilla podsuwa kilka butelek, które zdaniem inicjatorów akcji, powinny stawić dumnie czoła zimnemu piwu w ciepły letni dzień przy ruszcie.

Chociaż promocję nowej oferty Faktorii mocno wspiera szeroko zakrojona akcja reklamowa (między innymi banery w Internecie i reklamy na portalach społecznościowych, a także paczki wysłane szczodrze do blogerów) do mnie nie wszystko w pełni przemawia. Magazyn dołączony do otrzymanej paczki, nawet jeśli ładnie wydany, zawiera błędy ortograficzne i merytoryczne. Już to w sumie dyskwalifikuje w dużej mierze nową propozycję Eurocash’u. Chyba osoby decyzyjne w projekcie „Faktoria Win” nie uważają swoich potencjalnych klientów za ignorantów? A jeśli tak, to sami wyciągnijcie wnioski.

Do promocji nowej oferty zaproszono, cytuję, Basię Nakarmioną Starecką oraz Piotra Brusia-Klepackiego. Pytanie: który klient stacji benzynowych na odludziu czy wiejskich sklepów wie kim oni są? Może wyjdę na ignoranta, ale gdy otrzymałem paczkę od Faktorii Win, sam musiałem spędzić kilkanaście minut w wyszukiwarkach internetowych, aby dowiedzieć się czym zasłynęły twarze sygnujące ofertę grillową…

No to może chociaż same wina się obronią i przechylą szalę zwycięstwa na rzecz projektu należącego do grupy Eurocash? W paczce w sumie znalazło się sześć butelek, trzy biele i trzy czerwienie. Wśród nich toskańska butelka od znanej rodziny Frescobaldi czy najprawdziwszy szampan w atrakcyjnej cenie. Zapowiada się nieźle, ale czy tak jest?

IMG_1021.JPG

Degustację zacząłem od Vite Mia Biologico Bianco 2016. Butelka w robiącym wrażenie, mało niestety ekologicznym, opakowaniu. Suknia wina słomkowa z zielonkawymi refleksami. W nosie gruszka, melon, nieco moreli. Całość dość mdła i nie pierwszej świeżości, ale też (jeszcze) nieprzejrzała. Usta niestety również w mojej ocenie mdłe. Zabrakło zdecydowanie kwasowości, a goryczka na finiszu dominuje nad wszystkim innym. Mimo to w winie pojawia się też dość dużo owocu i całość sprawia poprawne, choć niczym nieimponujące, wrażenie. Prosta winiawka, której brakuje świeżości, ale do grilla da radę. Czy jest to godny przeciwnik czteropaka? Mam wątpliwości. Cena 26,99 zł akceptowalna.

IMG_1016.JPG

O niebo lepiej wypadł Landgraf Hessen Riesling 2015, gdzie w nosie dominują żółte owoce (morela, mirabelka). Bukiet mógłby być nieco bardziej aromatyczny, ale i tak całość sprawia dobre wrażenie. Na podniebieniu delikatne musowanie, nieco cukru resztkowego i kwasowość na dobrym poziome. Owoc w postaci brzoskwini, moreli i słodkiej mirabelki dominuje i tutaj. Ładne ciało, oleista struktura. Ot taki dobrze zbudowany riesling, którego pije się łatwo i przyjemnie. Zadowoli początkujących i znawców w świecie wina, choć za cenę 49,99 zł nie wiem, czy przekona kogokolwiek do odłożenia zimnego lagera na potem. Tym bardziej, że pasowałby on raczej bardziej do deserów nieobfitujących w cukier, aniżeli do dań z grilla.

Ostatnia z bieli powinna reprezentować (przynajmniej w teorii) naprawdę wysoki poziom. Szampan Canard Duchene Leonie Brut. Cena wydaje się atrakcyjna (149 zł) biorąc pod uwagę, że butelka ta była w Polsce dostępna dotychczas za kwoty rzędu 200-250 zł. Jasna słomkowa barwa. Gęsta i dość długo utrzymująca się w kieliszku piana. Bukiet budują melon, wciąż jeszcze świeży, nieco drożdżowej chałki w tle i odrobina suszonych grzybów. W ustach raczej powściągliwe. Ładny balans pomiędzy świeżością, a nutami drożdżowymi, a do tego nieco cierpkości pojawiającej się na koniuszku języka. Całość poprawna, dobrze skomponowana, obiektywnie smaczna, choć nie mogę się oprzeć wrażeniu, że dziś w Polsce za 100 zł można dostać już porównywalnie dobrego lub nawet lepszego szampana. Butelka warta zakupu, ale i w tym wypadku nie ma mowy o hicie.

IMG_1020.JPG

Biele obstawiły średnią półkę w kategorii cena/jakość. Może czerwienie wypadną lepiej? Wszak mamy tu nawet znanego reprezentanta Toskanii? Zaczynamy jednak od zawodnika z Australii. The Guild of Fermentation Fanatics Shiraz 2016 ma nazwę i etykietę w młodzieńczym, na pewno sprzyjającym spotkaniom ze znajomymi, stylu. Za 24,99 zł otrzymujemy wino zdominowane przez jagodę, malinę i owoce leśne, a wszystko to podbite tanią beczką. Miękkie i gładkie. Na języku wyczuwalna wyraźnie słodycz i jeszcze trochę więcej wspomnianej drewnianej szczapy. Waniliowo-karmelowy finisz zamula, a owocom przydałby się nieco więcej werwy. Całość jest pijalna i myślę, że do grilla może wypalić. Cena też rozsądna, więc może ktoś się pokusi o zakup tej butelki zamiast czterech butelek piwa.

Jedziemy na druga półkulę do Chile i próbujemy Canepa Classico Carmenere 2017. Nos spod znaku śliwki i wiśni. Kwasowość nieco zielona, łodygowa, a owoc średnio dojrzały. Guma balonowa w posmaku, ciała niewiele… Kiepsko. Nawet za 21,99 zł nie warto.

IMG_1015.JPG

Czy zapowiadany wcześniej toskański zawodnik uratuje honor win czerwonych? 700 Settecento Ani Frescobaldi (podpisane w magazynie Faktorii Win jako wino z Niemiec!) ma intensywną, rubinową barwę. Nieco ciemniejszych refleksów też się znajdzie. W nosie garść suszonych owoców, podsuszanej wędzonej śliwki i sporo nut korzenno-tostowych. Gdzieś w tle majaczą wanilia i karmel. Na podniebieniu ładna kwasowość i wyraźna, momentami zadziorna tanina. Owoc walczy tu o pierwsze miejsce z anyżem i marcepanem. Jest też nieco dębiny, a całość wieńczy kawowo-tostowy finisz. Z początku mnie nie zachwyciło, ale z czasem naprawdę zasmakowało. Za 44,99 zł to dobry zakup, nie wiem tylko czy do grilla. Toskania wygrywa!

Reasumując, najnowsza oferta Faktorii Win na pewno nie jest totalną klapą (wszak konkurencja miała już gorsze wejścia), ale też brakuje tu hitów sprzedaży, które pociągną całość. Wina w rozsądnych cenach są zaledwie poprawne, a te lepsze kosztują już tyle, że bardzo wątpliwe, aby sięgnęli po nie laicy mieszkający na prowincji (nic nikomu nie ujmując). Sam pomysł przedstawienia oferty pasującej do dań z rusztu w sezonie sprzyjającym grillowaniu w gronie znajomych jest strzałem w dziesiątkę, ale wykonanie tym razem dalece odbiega od ideału. Wróżyłbym tej akcji większą popularność, gdyby Eurocash sięgnął po kilka win mieszczących się w magicznej granicy do 30 zł, które byłyby lekkie, ekstremalnie pijalne i różnorodne, tak aby pasowały do wielu koncepcji grillowania. Chyba mało kto wrzucając karkówkę na ruszt ma ochotę sięgać po wino za kilkadziesiąt złotych (lub grubo ponad 100 zł), skoro i tak najprawdopodobniej będzie ono pite ze szklanic na świeżym powietrzu. W takim otoczeniu nie sięga się po wyszukane smaczki i niuanse na podniebieniu, chodzi raczej o coś, co dobrze popchnie kawał mięsiwa, będzie do niego dobrze pasowało i nie zrujnuje domowego budżetu…

 

 

Polskie wina i cydry w SPOT. vol 5.

kuchnia, wino

Od piątej edycji wydarzenia Polskie wina i cydry w poznańskim SPOT. minęły już trzy tygodnie. To czas najwyższy, aby powiedzieć o niej kilka słów. Co prawda emocje związane z polskimi winami już nieco opadły, ale nie znaczy to, że analiza „na chłodno” jest możliwa. Wildecka restauracja SPOT. (a właściwie nie tylko restauracja, ale o tym już przecież mówiłem wielokrotnie) po raz kolejny stanęła na wysokości zadania i nie tylko dorównała poprzednim edycjom, ale wręcz przebiła je pod wszystkimi względami. Na medal spisali się również sami winiarze, którzy do konkursu Polskie Korki zgłosili aż 113 win na niespotykanie wysokim dotychczas poziomie.

IMG_0914.JPG

Jakie są Polskie Korki?

W tym roku konkurs odbył się już po raz drugi. Większość komentatorów zaangażowanych w winiarski światek zgodnie twierdzi, że jest to jeden z najtrudniejszych (lub nawet najtrudniejszy) konkurs w Polsce. Nagrody otrzymują jedynie trzy najlepsze wina w każdej z kategorii, a nie jak to bywa w zazwyczaj, wszystkie butelki, które zdobyły wymaganą liczbę punktów do przyznania brązowego, srebrnego bądź złotego medalu. Jury miało nie lada orzech do zgryzienia, bowiem pośród wspomnianych 113 nadesłanych butelek przeważały te dobre i jeszcze lepsze. Koniec końców skład sędziowski (Klaudia Dyner, Kasia Olszewska, Patrycja Siwiec, Łukasz Głowacki, Mariusz Kapczyński, Tomasz Kramer, Adam Pawłowski, Tomasz Prange-Barczyński, Sławomir Sochaj, Maciej Sokołowski, Andrzej Strzelczyk oraz Maciej Nowicki) nagrodził następujące wina:

IMG_1007.JPG

Wina białe

Złoty Korek: Winnice Kojder Cuveé 2017 (a o samej winnicy przeczytacie nieco więcej na Italianizzato niebawem)

Srebrny Korek: Winnice Wzgórz Trzebnickich 2015

Brązowy Korek: Piwnice Półtorak Cuveé 2016

 

Wina Różowe

Złoty Korek: Winnica Miłosz Angelus 2017 (więcej o samej winnicy tutaj)

Srebrny Korek: Winnica Nobilis Faliszowice Roselit Diva 2017

Brązowy Korek: Winnica Jakubów Rose 2016 (więcej o samej winnicy tutaj)

 

Wina Czerwone

Złoty Korek: Piwnice Półtorak Cuveé 2016

Srebrny Korek: Hople Poraj Paczków Speciale 2015

Brązowy Korek: Winnice Wzgórz Trzebnickich Pinot Noir 2016

 

Wina specjalne (musujące/słodkie/wzmacniane/pomarańczowe)

Złoty Korek: Winnica Gostchorze Gostart 2016 (więcej o samej winnicy tutaj)

Srebrny Korek: Winnica Turnau Hibernal 2016

Brązowy Korek: Winnica Jakubów Yacobus Sekt 2015

 

Wielu z tegorocznych zwycięzców jedynie potwierdziło wysoką jakość z zeszłego roku. Cieszą również bardzo udane debiuty (między innymi znajdujące się na północy Polski Winnice Kojder). Niech podsumowaniem Polskich Korków będzie zdanie wypowiedziane przez jednego z członków jury konkursu: Jeśli wina zdobywają powyżej 90 punktów to wiedz, że coś się dzieje… Czekamy zatem na kolejną edycję za rok!

 

Jak smakują Polskie Korki?

Kolejną edycję Polskich win i cydrów tradycyjnie już otworzyła degustacja komentowana połączona z pięciodaniowym menu przygotowanym specjalnie na to wydarzenie. W tym roku za stronę kulinarną odpowiadał Przemek Błaszczyk na co dzień pracujący w chorzowskim Mañana Bistro & Wine Bar. Przed uczestnikami degustacji pojawiło się w sumie pięć dań oraz 32 wina i cydry.

IMG_0937.JPG

SERCE JAGNIĘCE | BAWETA | KAWIOR | BURAKI | OCET MALINOWY

Zaczęliśmy z wysokiego C i, jak się później okazało, taki poziom trzymaliśmy przez całą degustację. Do pierwszego dania sommelierzy SPOT. zaproponowali dwa cydry i trzy wina musujące. W tym zestawieniu chyba najlepiej wypadł GostArt 2016, który tego dnia wielokrotnie potwierdził swoją klasę. Cydry, chociaż na wysokim poziomie, gdzieś zatracały się w towarzystwie bogatego w aromaty zestawienia na talerzu. Próbując tatara z jagnięcego serca i bawety z wszystkimi zaserwowanymi trunkami zastanawiałem się, czy czasem nie spisałyby się tu lepiej wina różowe.

IMG_0944.JPG

KARP | SZCZAW | CHRZAN | RZODKIEWKA

O ile w pierwszym secie w większości zestawień brakowało mi tego czy owego, o tyle przy drugim podejściu było wręcz idealnie. Do pierogów z wędzonym karpiem zaserwowano pięć białych win i właściwie każde z nich prezentowało się wybornie w towarzystwie dania zaproponowanego przez szefa kuchni. Pinot Gris 2016 z Winnicy Saint Vincent pokazało ładny, czysty owoc i dobrze komponowało się z maślanym charakterem tłustego karpia. Johanniter 2017 z Winnicy Moderna z kolei doskonale uzupełniał się aromatami z tym, co znalazło się na talerzu. Równie dobrze pokazały się też Furore 2017 z Winnicy Solaris oraz Riesling 2016 z Domu Bliskowice. Passage 2015 z Winnicy Equus jedynie potwierdził to, o czym już pisałem przy okazji projektu Wino+Rower: to wino jest stworzone do food pairingu, a jego kremowa, oleista struktura świetnie współgrała z niełatwym przecież zestawem aromatów na talerzu. Na koniec pojawił się bonus w postaci Wrestlinga XVI. I tu sommelierzy SPOT. trafili w dziesiątkę a samo wino od Tomka Stoli po raz kolejny utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest to jeden z najlepszych polskich rieslingów.

36064020_10156410896972173_3190901654270509056_n.jpg

GÓRKA CIELĘCA | TUŃCZYK | LODY Z OCTU SHERRY | ZIOŁA

Kolejne danie stanowiło wariację na temat włoskiego vitello tonnato. Kawałki górki cielęcej i tuńczyka na jednym talerzu to doprawdy trudne wyzwanie dla sommeliera, ale i tu udało się znaleźć trafne połączenia. Inspira Volcano 2015 od Płochockich w połączeniu z zaserwowaną kompozycją skradło wiele serc tego dnia. W kieliszku uwydatniły się nuty kwiatu bzu i białych owoców, ale to kremowa struktura wina zadecydowała o tym, że świetnie pasowało ono do polskiego vitello tonnato. Nawiasem: na podstawie tego wina można by się uczyć jak używać beczki w białych winach, klasa! Całkiem przyjemnie zaprezentowało się tu również Rose 2017 z Winnicy Nad Jarem (zwłaszcza do różowego tuńczyka!) oraz zdobywca Złotego Korka, Angelus 2017 z Winnicy Miłosz (kamienny, twardy charakter wina o dziwo bardzo dobrze układał się na podniebieniu z aromatami ziół, surowej ryby i podsmażonej górki cielęcej).

36052805_10156410895892173_4614132199870955520_o.jpg

PERLICZKA | BÓB | SZPARAGI | BOCZEK | CZARNY CZOSNEK

W kolejnym secie o swojej wyższości nad konkurencją przypomniał Pinot Noir 2016 z Winnic Wzgórz Trzebnickich. Wino jest w świetnej formie i wciąż ma jeszcze kilka lat przed sobą, zanim znajdzie się na schodzącej. W połączeniu z szarpaną perliczką wino spisało się znakomicie, choć po piętach deptał mu Zweigelt 2016 z Winnicy Skarpa Dobrska (wino zdecydowanie lżejsze i bardziej owocowe od pozostałych uczestników tej konkurencji, ładnie grało nie tylko z mięsem perliczki, ale i pozostałymi składnikami, które znalazły się na talerzu).

36087621_10156410896202173_732575207125942272_o.jpg

RABARBAR | ORZECH LASKOWY | SER FRONTIERA

Nadszedł czas na finałowe danie. Jak rzekło się na wstępie, cała degustacja była na bardzo wysokim poziomie, ale dopiero przy deserze usłyszałem aż tyle pochlebnych opinii (nawet jeśli niezwykle trudno było znaleźć dlań dobrego kompana w kieliszku). Nieoczywiste połączenie kwaśnego rabarbaru, kruszonki i słonego sera Frontiera teoretycznie mało wspólnego miało z „deserem”, a już na pewno z cukrem. Mimo to stanowiło ono idealne zakończenie całej degustacji, a najlepiej w tym ostatnim secie wypadły cydry lodowe (Cydr Chyliczki Lodowy 2015 oraz Cydr Ignaców Lodowy 2016). Ten pierwszy nieco lepiej zgrywał się z deserem w nosie, ten drugi w ustach.

 

Przyszłe Polskie Korki?

Podczas święta polskiego wina i cydru w SPOT. nie zabrakło również premier. Winnica Turnau po raz drugi już wybrała poznańską imprezę na zaprezentowanie szerszej publiczności swojej nowości. Ambre 2016 to solaris na pomarańczową modłę. W nosie pełne orzechów laskowych, ogryzek jabłka i minerałów. Na ustach wino wciąż cierpkie, twarde, wymagające naprawdę solidnego kompana na talerzu, ale przede wszystkim dłuższego leżakowania w butelce. Podniebienie atakuje potężna dawka tanin i orzechowej goryczki. Krzepkie, silne, potężne. Dopiero na początku długiej drogi.

Tego dnia zadebiutowała również nowość z Domu Bliskowice. Pet Nat to hibernal z niewielką domieszką seyvala. Choć autor wina, Lech Mill, uważa, że jest to lekka propozycja na taras, właściwie już gotowa do picia, bliżej mi do opinii Maćka Nowickiego: potrzebuje ono jeszcze czasu i jest zdecydowanie na tyle poważne, aby poeksperymentować tu z food pairingiem. Po 18 miesiącach na osadzie wino zdobyło piękną kremową strukturę, która zniesie wiele i aż prosi się o wiosenne czy letnie dania oparte na tym, co w sezonie dostępne. Bogactwo aromatów (łupki, siarka, ogryzki, nieco kwiatów i sporo owocu) gwarantuje, że Pet Nat spisze się w wielu konstelacjach. Czy to będą przyszłe Polskie Korki?

 

Jak dojrzewają Polskie Korki?

Było o teraźniejszości, było o przyszłości Polskich Korków. A jak wygląda ich przeszłość? Podobnie jak rok wcześniej, organizatorzy zadbali i o ten element programu. Degustacja pionowa win z Domu Bliskowice oraz Winnicy Equus dobitnie pokazała, że polskie wina mają niezły potencjał i dopiero po kilku latach pokazują niespożyte pokłady energii.

Johanniter ’16 z Domu Bliskowice otworzył tę plejadę gwiazd. Wino łatwe w odbiorze, przyjemne aromaty leśnej polany i kwiecistej łąki podbite owocowym tłem. Całość świeża, w idealnym momencie do picia. Kwas na umiarkowanym poziomie i zwiewny charakter sprawia, że wino dobrze sprawdza się jako opcja tarasowa. Nieco bardziej sfatygowany wydawał się Johanniter ’14. Co prawda po dotlenieniu miał on jeszcze gdzieś w głębi pokłady owocu, a wino łapało balans, ale zdecydowanie więcej było tu nut ziołowych i tych przypominających podsuszane kwiaty, aniżeli wiosennej świeżości. Na podniebieniu zdecydowanie lepsze niż w nosie, kwasowość dobrze zaznaczyła kontury tego obrazu i sprawiła, że stał się on żywszy. Sięgnęliśmy po butelkę o dwa lata młodszą, Johanniter ’12. Z początku sporo smrodku, ale wytraca się on po porządnym zakręceniu kieliszkiem. Profil aromatyczny zbieżny z ’14. Może nieco więcej tu goryczki, a całość przyprószona białym pieprzem. Na koniec Lech Mill zaproponował Johannitera ’11. Co ciekawe wino wydawało się świeższe niż rok młodszy egzemplarz, a może nawet nieco żwawsze od ’14. Wciąż sporo tu kwasowości, ale z aromatów po tych siedmiu latach pozostało licho co.

Po dogłębnym spojrzeniu w historię polskich win białych do kieliszków trafił pierwszy przedstawiciel czerwieni. Magnesia z Winnicy Equus to wino, które miało już w swojej historii naprawdę dobre występy. Rocznik 2016 (rondo, regent, zweigelt) jest wciąż młodziutki. Choć nie brakuje tu świeżych owoców leśnych i kwaśnej wiśni, to pojawia się również nieco mokrego kartonu. W ustach wino już dziś jest całkiem dobrze ułożone, ale jeszcze kilkanaście miesięcy na pewno mu nie zaszkodzi. Po czasie dochodzi nieco papryki, delikatnej słodyczy na koniuszku języka, a całość dosłownie muśnięta jest beczką. Magnesia 2015 teoretycznie powinna być lepiej ułożona, ale wino sprawiało wrażenie nieco rozchwianego. W ustach zdecydowanie lepsze niż w nosie. Rok młodszy egzemplarz (2014) był zdecydowanie cięższy od poprzedników. Całość sprawiała wrażenie już doskonale ułożonej, gdzie balans pomiędzy owocem, a beczką był w idealnej równowadze. Całość ekstremalnie pijalna, ale też będąca w stanie stawić czoła nawet bardzo trudnym przeciwnikom na talerzu. Nie gorzej wypadła Magnesia 2013, gdzie oprócz nut dojrzałych czerwonych owoców pojawiły się już aromaty likierowe, nalewkowe. Doszły też nuty ziołowe, które w tym przypadku świetnie wykończyły obraz. Wycieczkę zakończyliśmy Magnesią 2011. Tu beczka zdecydowanie już wzięła górę nad owocem, a całość stała pod znakiem wędzonej śliwki i nut likierowych. Mocno już ewoluowane, ale wciąż pijalne i na pewno nie na końcu drogi.

 

Korki nie tylko Polskie

Tej niedzieli do SPOT. zawitali nie tylko polscy producenci wina i cydru. Równolegle do wydarzeń opisanych powyżej odbywały się warsztaty kulinarne z produktami regionalnymi prowadzone przez Przemka Błaszczyka oraz prezentacja książki „Gościnność” i spotkanie  z autorami (Patrycja Siwiec/Adam Pawłowski). Gościem specjalnym był również Petr Korab, guru w temacie biodynamicznej uprawy winnicy oraz bezinwazyjnego wytwarzania win. Polskie wina i cydry vol. 5/2018 przeszły już do historii, ale możecie być pewni, że ciąg dalszy nastąpi, bowiem podczas wydarzenia ogłoszono datę przyszłorocznej edycji… Jakby ktoś Was pytał, to 8 czerwca 2019 już wiecie co robicie!

Te i inne Korki z Polski

Cydr Kwaśne Jabłko Wiosenny 2017 – nieco mętne, wytwarzane bez użycia siarki; świeże, jesienne jabłko, szarlotka i ekstremalnie wysoka kwasowość.

Cydr Ignaców Sicero 2017 – produkowany z niewielkim dodatkiem cydru lodowego; ładny balans pomiędzy jabłkiem świeżym, a pieczonym. Słodkawe w nosie i ustach, dobry kontrapunkt w postaci kwasu.

Winnica Dwór Sanna, Musujące 2016 – jaśniutka suknia, kwiecisto-ziołowe w nosie; strzeliste, wytrawne w ustach.

Winnica Gostchorze, GostArt 2016 – patrz tutaj.

Winnica Jakubów, Yacobus Sekt 2015 – patrz tutaj.

Winnica Saint Vincent, Pinot Gris 2016 – biały owoc, czyste aromaty w nosie; dość niska kwasowość, ale ładna kremowa struktura.

Winnica Moderna, Johanniter 2017 – aromatyczne, sporo agrestu i liści porzeczki, kwiat bzu, świetne.

Winnica Solaris, Furore 2017 – wyraźna nuta ziołowa, pokrzywowa, ziemista; kocimiętka, oregano i owoc majaczący w tle. Dobry balans cukier-kwas.

Winnica Dom Bliskowice, Riesling 2016 – czysty, owocowy charakter. Nieco moreli i innych żółtych owoców.

Winnica Equus, Passage 2015 – wino stworzone do łączenia z jedzeniem, powoli zaczyna ewoluować; do owoców dochodzą nuty miodowe.

Wrestling XVI – patrz tutaj.

Winnica Płochockich, Inspira Volcano 2015 – kwiat bzu, nuty maślane; kremowa konsystencja na podniebieniu; świetny przykład użycia beczki w białym winie.

Winnica Nad Jarem, Rose 2017 – malinowa barwa, żelki i guma balonowa, syrop owocowy; całość zgrabnie skomponowana, w tym roku już bez nadmiaru cukru resztkowego, pozytyw.

Winnica Jakubów, Rose 2016 – bledziutka barwa, dość dużo nut kamiennych, ubogie w owoc, ale uwodzi strzelistością.

Winnica Miłosz, Angelus 2017 – raczej dojrzała brzoskwinia niż malina czy poziomka, rześkie ze świetną kwasowością.

Winnica Nobilis, Rosalit Diva 2017 – malinowa barwa, sporo poziomek i truskawek, wyraźnie zaznaczona kwasowość buduje to wino w ustach.

Winnice Wzgórz Trzebnickich, Pinot Noir 2016 – patrz tutaj.

Winnica Wieliczka, Cuvee Regis 2017 – nieco wystającego alkoholu w nosie; aksamitny, wiśniowy aromat, soczyste, dojrzałe owoce.

Winnice Półtorak, Cuvee Reserva 2016 – śliwka, lukrecja, ciężar gatunkowy wyraźnie wyczuwalny w nosie i ustach; sporo beczki, ale i sporo owocu.

Winnica Skarpa Dobrska, Zweigelt 2016 – garść dojrzałych czerwonych owoców i niespotykana u konkurentów soczystość; lekkie, ale z potencjałem do niezłych food pairingów.

Winnica Pałac Mierzęcin, Regent Reserva 2013 – beczka, całkiem sporo beczki; na szczęście sporo też dojrzałej wiśni obsypanej cynamonem; skojarzenia z toskańskimi czerwieniami jak najbardziej uzasadnione.

Winnica Sandomierska, Rose 2016 – tarasowe rosé, które nadal trzyma poziom i zachowuje swoją świeżość; do wypicia w tym roku.

Winnica Nad Jarem Rose 2016 – patrz tutaj.

Cydr Chyliczki, Cydr Lodowy 2015 – potężny kwas pięknie balansuje potężny cukier; cała plejada aromatów jabłkowych (od świeżych, niedojrzałych do mocno już przypieczonych).

Winnica Jakubów, Solaris 2016 – patrz tutaj.

Winnica De Sas, Parus Słomowe 2016 – wciąż potrzeba mu czasu; świetne do serów z niebieską pleśnią.

Wino+rower || Winnica Hiki

Podróże, wino

Zdarzyło Wam się kiedyś poczuć zbyt pewnie w tej czy innej dziedzinie? Choć podświadomie czuliście, że znawcą nazwać się nie możecie, to mimo wszystko Wasza powierzchowność nie dawała za wygraną i stawiała Was w roli mędrca w danym zagadnieniu? Dopiero, gdy rzeczywistość walnęła Was obuchem w łeb wróciliście na ziemię i zaczęliście zachowywać się racjonalnie z odpowiednią dozą pokory? Nawet jeśli uważacie, że powyższe dylematy nigdy Was nie dotyczyły, trudno mi w to uwierzyć. Sam wielokrotnie padałem ofiarą ludzkiej natury i pomimo, że chciałem z nią walczyć, chyba nigdy mi się jeszcze nie udało wygrać. Całe szczęście człowiek na swej drodze spotyka porażki, które są lepszą nauczycielką życia niż cokolwiek innego.

Jeżdżąc od kilku lat po wielu winnicach, w Polsce i poza nią, doszedłem do wniosku, że wśród wielu winiarzy choroba zwana ludzką naturą jest jakby trochę bardziej widoczna niż u innych ludzi pracujących w polu. Wystarczą dwa czy trzy winobrania, a rekordzistom nawet jedno, aby móc rzucać na prawo i lewo osądy. Kto co robi źle, kto co powinien zmienić w winnicy, gdzie i jak ciąć… I tak dalej, i tak dalej. Nie żebym stawiał się w roli osoby odpowiedniej do tego typu pouczeń, raczej odnajduję się w osobie młokosa i uczniaka, który będąc u winiarzy chłonie każde ich słowo i szuka prawdy objawionej (swoją drogą dotąd nieodnalezionej). Stojąc jednak w obronie winiarskiego światka, na szczęście nie brakuje również takich producentów, którzy po kilkudziesięciu winobraniach wciąż z pokorą zerkają na swoje rzędy winnej latorośli i z niecierpliwością czekają na kolejne wyzwania, aby móc godnie stawić im czoła.

Po kilku dniach na Lubuskim Szlaku Wina i Miodu poniekąd już czuliśmy się tu jak w domu. Nasza czujność została uśpiona. Wiedzieliśmy już kto z kim trzyma, gdzie riesling jest najkwaśniejszy, która winnica najładniej położona, a gdzie jeszcze muszą popracować nad tym i owym. Oczywiście dane mieliśmy z pierwszej linii frontu, od samych winiarzy. Dopiero jednak wizyta w Winnicy Hiki i kilka godzin spędzonych z jej założycielem były dla nas niczym cios obuchem w łeb. Okazało się, że wszystko co dotychczas zobaczyliśmy i czego dotychczas spróbowaliśmy nie było takie, jakim by się wydawało. Okazało się, że winiarska rzeczywistość zachodniej Polski wcale nie jest taka oczywista i trzeba naprawdę poświęcić sporo czasu, aby móc odkryć chociaż jej skrawek.

 

***

 

Ostatni zakręt i ostatni podjazd. Dość wysoki szary betonowy mur, za nim jeszcze wyższe tuje. Dzwonimy i czekamy przy bramie. W międzyczasie, gdy zmierza do nas Władek Hiki, reszta wyprawy kończy wspinaczkę pod ostatnie wzniesienie. Rowery wprowadzamy długim podjazdem w kierunku domu i tam je zostawiamy. Nie czekamy ani chwili dłużej i za naszym gospodarzem ruszamy w kierunku winnicy znajdującej się tuż obok.

Pierwsze nasadzenia w Winnicy Hiki pojawiły się już ponad 10 lat temu, w 2006 roku. Władek to człowiek, który ma w życiu twarde zasady i zawsze się ich trzyma. Tak też jest w jego winnicy. On tu decyduje, ale nigdy nie robi tego nie wsłuchując się w głos natury. Bez owijania w bawełnę mówi nam o późnym cięciu, o eksperymentach z odmianami, z glebą czy nachyleniem stoku (a właściwie jego brakiem). Poznaj wroga – powtarza kilkukrotnie. Swoją winnicę uważa wciąż za młodą. Autostrada w głąb ziemi, to się liczy, nie? System korzeniowy dopiero po wielu latach jest w stanie dostarczyć roślinie, a co za tym idzie i winu wyprodukowanego z jej owoców, to czego szukają w nim smakosze. Władek rozumie to doskonale. Co jest w winie najważniejsze? PH i kwasowość! To jego winnica i on tu decyduje.

Choć ma już niemały staż jako winiarz na krajowym podwórku, wciąż sporo w nim pokory. Daleki jest od osądów i dobrych rad. Chętnie opowiada o tym, czego on dokonał i jakie efekty uzyskał w poszczególnych latach, ale jak sam podkreśla: to ty tu robisz wino i ja ci nie powiem jak masz je robić! Nie można przy tym odmówić mu dużej wiedzy i umiejętności. Dba przy tym, aby mieć porządną podstawę teoretyczną zanim zabierze się za praktykę. Musisz próbować dobrych win, żeby wiedzieć jak je produkować, jak się później zmieniają – gdyby do tych słów stosowało się więcej polskich winiarzy, dziś mielibyśmy już liczną reprezentację wyśmienitych butelek z polskich winnic!

 

***

 

Siadamy na tarasie i dyskutujemy na różne tematy. O stanie dzisiejszego państwa. O tym jak wyglądają uczelnie wyższe, dlaczego warto studiować, a dlaczego lepiej wybrać szkołę zawodową. W międzyczasie słońce w końcu przebija się przez grubą zasłonę gęstych chmur. Władek idzie w głąb domu i przynosi karafkę białego wina, która wnet pokryła się mgiełką. Solaris 2017 sur lie ma ładne ciało i wybijającą się orzechową goryczkę na finiszu. Są w nim dojrzały agrest i liście czarnej porzeczki. Zdecydowanie to wino ma ogromny potencjał, ale potrzebuje jeszcze czasu. Jego kremowa struktura już dziś urzeka, ale dopiero za kilkanaście miesięcy wyniesie je do innej ligi.

Gewurztraminer 2017 jest aromatyczny w nosie, ale z powodzeniem wymieniłbym spokojnie pięć innych polskich win z tej odmiany, które zdecydowanie bardziej buchają liczi i różą znad kieliszka. Tu jednak jest idealna kontynuacja bukietu w ustach (co we wspomnianych pięciu butelkach nie ma miejsca). Spora jak na ten szczep kwasowość. Warto go obserwować, może zawędrować w dobrym kierunku. Półwytrawny Gewurztraminer 2016 ma już zdecydowanie bogatszy nos. Są płatki róż, miód i liczi. Kwasowość wyraźnie niższa niż w młodszym o rok winie. I ciała tu nieco mniej. Do picia dziś i przez rok, później znajdzie się na ścieżce schodzącej.

Próbujemy jeszcze Rieslinga 2016 zanim przejdziemy do czerwieni. Wysoka jak na ten szczep przystało kwasowość, ale jest też odpowiednia dla dobrego balansu dawka cukru. Mirabelka, trochę egzotyki i tło w postaci kwiatu lipy. I tu ładne ciało, a całość bez wątpienia ma duży potencjał gastronomiczny.

Przy czerwieniach na chwilę zatrzymujemy się na kupażu Dornfelder/Acolon 2017. Sporo dojrzałej wiśni, jagód i jeżyn. Tanina delikatna, ale na pewno nie niezauważalna. Duża głębia jak na tak lekkie wino. Szybko jednak przechodzimy do Zweigetla 2017, w którym dominują guma balonowa i maliny. Później dochodzą do nich owoce leśne i kwaśne wiśnie. Ładna tanina wykańcza cały obraz. Zarówno pierwsze jak i drugie wino potrzebuje jeszcze trochę czasu, aby się ułożyć i dojrzeć do pełni swoich możliwości.

IMG_0761.JPG

Przeglądam moje notatki w telefonie komórkowym (kartki, na których skrzętnie zapisywałem notki degustacyjne już się wyczerpały, a długopis wypisał). Duży potencjał, sporo owocu, czyściutkie. Wszystkie dotychczas spróbowane wina w Winnicy Hiki trzymają solidny poziom. Władek jednak kolejny cios obuchem (jakże pozytywny!) zostawił na sam koniec. Pinot Noir 2015. Najlepsze pinot noir jakie przyszło mi pić w tym roku w Polsce. Nie. Chyba najlepsze polskie pinot noir. Też nie. Niewątpliwie najlepsze polskie pinot noir – zapisuję ostatecznie na ekranie telefonu. Na pewno nie w burgundzkim stylu, bo barokowe, pełne, krągłe, rozbuchane. Pełne dojrzałych czarnych porzeczek i jeżyn, nieco podwędzane z wyrazistą korzenną nutą w nosie. Ziołowe tło w ustach stanowi dobrą podbudówkę pod owocową, pięknie zaokrągloną całość. Z czasem wychodzą w nim kolejne aromaty. Przewijają się maliny i truskawki, delikatna beczka w tle nadaje jedynie charakteru i ostatecznego sznytu. Najlepsze polskie pinot noir.

 

***

 

Ujrzeliśmy dno butelki niebywałego pinota. Powinniśmy już się zbierać, ale świetnie nam się rozmawia z Władkiem. Widząc, że wspomniane wino się skończyło, pyta czy iść po kolejną butelkę. Szczerze przyznam: nikt z nas nie śmiał odmówić. Sytuację uratowała jednak żona naszego gospodarza, która wkroczyła wręcz w idealnym momencie na taras (ach te kobiety, co byśmy bez nich uczynili…). My wróciliśmy na chwilę do rzeczywistości. Kasia natomiast rzuciła jedynie w stronę męża: a tego różowego im nie dałeś. No co ty!? I tak zamiast kontynuując przygodę z czerwonym pinot noir, zaczęliśmy przygodę z różowym Pinot Noir 2016. Lekkie, truskawkowo-poziomkowe. Łagodne i słodkawe w ustach. Zdecydowanie pasujące do naszego aktualnego położenia – wino tarasowe.

Choć bardzo nam miło, ostatecznie decydujemy się podnieść z krzeseł i ruszyć w dalszą drogę. Przed nami tego dnia jeszcze sporo kilometrów, a nie jedziemy przecież do pierwszej lepszej winnicy, a do Winnicy Jakubów! (A o niej i o pozostałych winnicach odwiedzonych przez nas podczas wyprawy Wino+Rower w Województwie Lubuskim możecie przeczytać klikając w poniższe banery).

 

winnica jakubow

winnica equus

winnica gostchorze

winnica mozow

stara winna gora

winnica zelazny

winnica milosz

winnica kinga