Trinacria: Maestri del Grillo – Marco de Bartoli

Podróże, wino

Nadszedł najbardziej wyczekiwany przeze mnie punkt wyprawy na Sycylię. Odwiedziny u jednego z najlepszych producentów wina na wyspie. Marsala. Wysiadamy z pociągu na stacji około godziny czternastej. Słońce jest już nisko na niebie (jakby nie było mamy prawie połowę listopada). Na ulicach pustki. Na peronach również. Żywej duszy nie widać. Głośne rozmowy dochodzą do naszych uszu jedynie z pobliskiego baru, wszak pora obiadowa.

***

Wieczorem wychodzimy do centrum poszukać rowerów na następny dzień. Pomimo, że wszystkie prognozy pogody zapowiadają ulewne deszcze, nie zmieniamy naszych planów. Po kilku dniach na Sycylii zdążyliśmy się nauczyć, że pogoda tu nie daje się uchwycić w żadne ramy i może zmienić się nie do poznania z minuty na minutę. W całej Marsali znaleźliśmy jedynie dwa punkty, które oferują wynajem rowerów. Jest już po sezonie, jeden ze wspomnianych sklepów jest zamknięty na trzy spusty od kilku tygodni. Wchodzimy do drugiego. Po krótkiej rozmowie ze sprzedawcą odchodzimy z kwitkiem. Na pytanie o wynajem rowerów słyszymy krótkie: Quest’anno no. W tym roku oferują tego typu usług. Co z tego, że za plecami sprzedawcy leżą dziesiątki bicykli, nieco przykurzonych, ale sprawnych.

Po jakimś czasie zrezygnowani wracamy do tego samego miejsca. Pytamy właściciela jeszcze raz o możliwość wynajmu rowerów na jeden dzień. Po dłuższych namowach zgadza się i obiecuje przygotować dwa rydwany na następny poranek.

***

Wynajęte rowery pozostawiają wiele do życzenia, ale są w miarę wygodne, przerzutki i hamulce w nich działają, a poza tym nie mamy żadnej innej opcji, więc nie narzekamy. Przed nami około dwanaście kilometrów dość żwawego pedałowania. Musimy być na miejscu za niecałą godzinę, a jadąc bez mapy pośród winnic i małych mieścin łatwo się zgubić. Na szczęście docieramy na czas.

Marco de Bartoli. Nazwisko, która laikom w świecie wina nie powie nic. Znawcom natomiast zaświecą się oczy. Założyciel winnicy, wielki de Bartoli wymieniany jest jednym tchem obok takich winiarskich sław jak Angelo Gaja czy Jacopo Biondi-Santi. Między innymi to właśnie on odpowiada za winiarski renesans na wyspie i znaczną poprawę jakości produkowanych win przy zachowaniu silnych związków z wielowiekowymi tradycjami. Jego działania, rzecz jasna, skupiały się wokół Marsali, ale bez niego prawdopodobnie tak dużego sukcesu nie odniosłyby dziś również wina produkowane na wyspie Pantelleria.

Marco de Bartoli odszedł ponad sześć lat temu. Na szczęście znalazły się osoby, które z godnością kontynuują to, co zaczął. Josephine, Sebastiano i Renato, dzieci wielkiego winiarza, prowadzą winnice należące do rodziny i z dumą podążają ścieżką, którą wyzaczył za życia ich ojciec.

***

Na podwórku przed domem, wokół którego rozpościera się winnica, wita nas Josephine de Bartoli. Szczery uśmiech, nieudawana radość z naszego przyjazdu i po prostu ludzka otwartość sprawiają, że czujemy się tu jak w domu. Szybko przechodzimy na „ty”, Gipi pokazuje gdzie mamy zostawić rowery (dziwiąc się przy tym nieco, że przyjechaliśmy tu na dwóch kółkach aż z Marsali).

Baglio to najstarsza część domu de Bartoli. Niegdyś ten charakterystyczny rodzaj wysokiej budowli z dziedzińcem był spotykany na każdym kroku na Sycylii. Dziś dialektalna nazwa bagghiu lub włoskie baglio najczęściej pojawia się w kontekście producentów wina lub gospodarstw rolniczych. Wraz ze zmianami społecznymi i wyludnianiem się prowincji, domostwa w tym stylu zaczęły znikać z krajobrazu wyspy.

Teraz jednak stoimy w baglio zachowanym w doskonałym stanie, które na dodatek stanowi jeden z najważniejszych punktów domu. To właśnie tu pod ścianami spoczywają rzędy ogromnych beczek, wewnątrz których dojrzewa najbardziej znane wino producenta. Vecchio Samperi. Nie jest to jednak marsala. Marco de Bartoli marzył o powrocie do tradycji, do ziemi i do natury. Jesteśmy w latach osiemdziesiątych, kryzys marsali. Dziesiątki tysięcy hektolitrów wina, które właściwie nawet nie powinno być nazywane winem. O jakiejkolwiek jakości nie ma tu mowy. Właśnie w tym czasie de Bartoli decyduje się iść pod prąd, chce wrócić do korzeni, do momentu, kiedy John Woodhouse, odkrywca marsali, jeszcze nie pojawił się na świecie. Zaczyna on produkować wino tak, jak robiono to tu od setek lat. Bez sztucznego wzmacniania, bez barwników i całego industrialnego bagażu. Jego Vecchio Samperi to hołd złożony sycylijskiej ziemi i całym pokoleniom lokalnych producentów. Wino powstaje ze szczepu emblematycznego dla tej krainy, Grillo w czystej postaci. 16,5% alkoholu to wynik jedynie fermentacji przebiegającej w beczkach dębowych i kasztanowych, co dobitnie pokazuje potencjał użytego szczepu. Następnie Vecchio Samperi dojrzewa w takich samych beczkach przez około 20 lat, a każdego roku dodaje się doń około 5% młodego wina z kolejnego rocznika. Metoda ta nosi nazwę perpetuum, przypomina ona nieco znaną z Hiszpanii metodę solera używaną chociażby przy produkcji Sherry.

Jakie jest Vecchio Samperi? Niezwykłe. To wino, którego nie da się przyrównać do niczego innego. Barwa ciemnego bursztynu, nie jest ona jednak przesadnie intensywna. W nosie z początku pojawia się nuta bandaża, ale po chwili ulatnia się i ustępuje całej ferii aromatów. Jest ogromna ilość skórki pomarańczowej, sporo suszonych i kandyzowanych owoców, ale również pewna doza świeżości. Wino ewoluuje wraz z czasem i zmianą temperatury, w każdej chwili nozdrza uderzają inne nuty aromatyczne. Zmienia się to, co dominuje na pierwszym planie i to, co gra w tle. W ustach obraz staje się pełniejszy. Niesamowicie wyważone, idealny balans pomiędzy cukrem, a dość wysoką kwasowością. Da się wyczuć wciąż dużo życia w tym winie, pokusić się można o stwierdzenie, że jest ono jeszcze zbyt młode, aby docenić wszystkie jego zalety. I pomyśleć tylko, że już teraz ma ono około 20 lat… Majstersztyk! Chapeau bas, grande Marco!

***

W tym momencie już zdążyliśmy zapomnieć o marsali. Marco de Bartoli swoim autorskim winem przyćmił całą industrię, którą rozkręcili tu swego czasu Anglicy. Gipi jednak sprowadza nas na ziemię przypominając, że wzmacniane wino z tych okolic to nie tylko podłej jakości przemysłowe zlewki. Są też wina, na które warto zwrócić uwagę i poświęcić im więcej niż kilka chwil. Nie da się ukryć, że lokalne winogrodnictwo bez marsali nie byłoby tym, czym jest dzisiaj. Chcąc nie chcąc, Woodhouse zapisał się w historii Sycylii. Ojciec Josephine doskonale to rozumiał i właśnie dlatego zaczął produkować również marsalę, ale skupił się jedynie na najbardziej szlachetnych i najlepszych odmianach tego wina.

W momencie, kiedy zdecydowana większość winiarzy szła za ciosem i produkowała wina parszywej jakości, sprzedawane za bezcen w hurtowych ilościach, które z kolei gwarantowały szybki zarobek, Marco de Bartoli działał znów pod prąd. Skupił się na powiększaniu piwnicznych zbiorów skupując najlepsze marsale od producentów, którzy raz za razem zamykali swoje gospodarstwa pod naporem machiny winiarstwa industrialnego. Jednocześnie zaczął on produkcję swoich win wzmacnianych. Po dziś dzień w portfolio znajdują się tylko trzy wersje Marsala Superiore oraz jedna Marsala Vergine. Dzięki uprzejmości Gipi mogliśmy spróbować dwóch z nich. Vigna la Miccia Marsala Superiore Oro 5 Anni to podstawowe wino tego typu w ofercie producenta. Nie wydaje się być takim, jeśli spojrzymy na proces jego produkcji: rygorystyczna selekcja gron szczepu Grillo, fermentacja w stalowych tankach, a następnie po dodaniu mistelli (mieszanki winiaka i świeżego moszczu) dojrzewanie przez co najmniej 5 lat w beczkach z dębu francuskiego. Każdy z wymienionych etapów wywarł wpływ na efekt końcowy, który jest wręcz oszałamiający. Zwłaszcza, że wciąż mówimy o jednej z podstawowych marsal. Bursztynowa i połyskliwa suknia ubiera bardzo świeży bukiet, w którym przewijają się również nuty suszonych moreli i innych owoców. Całość spójna i z potencjałem na wiele lat.

Marsala Superiore 1987 to już zawodnik innej ligi. Rok wskazany na etykiecie odnosi się do momentu, kiedy do wina dodano mistelli, a zatem w butelce znalazło się wino o kilka lat starsze niż wspomniane trzy dekady. Zabutelkowana rok temu marsala miała już nieco czasu, aby się ułożyć. To, co ją charakteryzuje (jak z resztą również pozostałe opisane przeze mnie dotychczas wina) to niesamowity balans. Niczego nie ma tu w nadmiarze. Cukier i kwas dopełniają się nawzajem, tam gdzie jedno zaczyna brać górę, drugie przychodzi w sukurs, aby równoważyć całość. Wino ewoluuje, z każdą minutą odkrywa coraz to nowe pokłady aromatów, których przed chwilą jeszcze nie dało się wyczuć. Pojawiają się suszone figi i morele, gałka muszkatołowa, marmolada brzoskwiniowa czy nawet przyprawy korzenne na finiszu. Jedyne, co uderza, to jego młodzieńczy charakter. Trzydzieści lat dla tak dobrej marsali to może nie wiek niemowlęcy, ale co najwyżej przedszkolny. Jeśli wpadnie Wam w ręce, uwierzcie, odłóżcie na kilkanaście lat i delektujcie się tym spektaklem w pełni co najmniej za dekadę lub dwie!

***

Wspominałem na wstępie o Pantellerii nie bez przyczyny. Marco de Bartoli to osoba, która odpowiada za winiarskie odkrycie tej wyspy. Jego przeczucie i idące za nim eksperymenty z Moscato na Pantellerii okazały się strzałem w dziesiątkę. To właśnie dzięki niemu wyspa dziś znana jest jako jedno z najbardziej cenionych miejsc produkcji wina z podsuszanych gron w całej Europie. To dzięki niemu na wyspie pojawiły się dziesiątki winnic, które za jego przykładem zainwestowały w uprawę winorośli w tym niecodziennym środowisku.

Bukkuram Padre della Vigna 2012 to wino, które powstaje jedynie w najlepszych rocznikach. Najlepszych, to znaczy takich, kiedy pogoda dopisuje do późnej jesieni, dzięki czemu grona Moscato di Pantelleria mogą być poddane procesowi suszenia na słońcu. Wino jest skoncentrowane i pełne nut charakterystycznych dla szczepu. Pomimo użycia gron podsuszonych na słońcu, wciąż sporo tu świeżości i rześkości dojrzałych owoców. W tle gra mineralna nuta, którą wino zawdzięcza niezwykłemu podłożu, na którym położona jest winnica. Całość jest idealnie zgrana i pomimo dużej zawartości cukru nie zakleja.

Niecodzienną podróż, podczas której naszym przewodnikiem była Josephine, kończymy równie niestandardowo, bowiem winami wytrawnymi. Po serii trunków ze znaczną zawartością cukru resztkowego, dojrzewających przez lata w dębowych beczkach i w znacznym stopniu już utlenionych, przyszedł czas na dwie zupełnie inne butelki. Pietranera 2016 to Moscato di Pantelleria w wersji wytrawnej. Wino w nosie oczywiście częstuje potężną dawką aromatów muszkatowych i białych kwiatów, ale dla przeciwwagi w tle pojawiają się nuty mineralne, w tym siarka i sól morska. W ustach całość o wiele bardziej powściągliwa, z ładną rześkością i czystością na podniebieniu. W skrócie? Nos aromatyczny, usta kamienne.

IMG_9963

Degustację kończymy butelką, którą można by określić klamrą spinającą filozofię, jaką wyznają potomkowie wielkiego de Bartoli. Grillo. W ten szczep wierzył ojciec Gipi, oddał mu się bez reszty. Zaufał mu, a ten odpłacił się z nawiązką. W Grillo wierzą również Josephine, Renato i Sebastiano. Zdecydowana większość ich win powstaje w oparciu o tę odmianę, a różnorodne portfolio jedynie podkreśla mnogość jej zastosowań. Nam dane było spróbować Grappoli del Grillo 2015. Wino w nosie będące zupełną przeciwnością Pietranera. Sporo tu mineralności od samego początku. Są też polne zioła i grapefruit, ale całość nie jest przesadnie wylewna i rozbuchana. Dopiero w ustach wino pokazuje ładnie zaokrąglone ciało z kremową strukturą. Finisz nieco goryczkowy, owocowy. Po takimi podsumowaniu rzecz można tylko jedno: Viva i maestri del Grillo!

***

Nawet nie zauważamy kiedy mijają dwie godziny. Wychodzimy z domu de Bartoli około południa, na dziedzińcu czekają już kolejni śmiałkowie, którzy opuścili Marsalę, aby poznać historię marsali. Żegnamy się z Josephnie żałując, że nasza podróż w głąb historii tego miejsca, dobiega końca. Skromna brama, przez którą wcześniej wjechaliśmy, a teraz wyprowadzamy nasze wypożyczone rowery, ma dla nas zupełnie innej znaczenie. Wchodząc tu nie spodziewaliśmy się, jak bardzo to spotkanie zmieni nasz pogląd na wzmacniane wino i winiarstwo na Sycylii w ogóle. A to wszystko dzięki Marco de Bartoli i jego potomkom, którzy bez chwili wytchnienia z wielką dumą kontynuują jego dzieło. Siete grandi! L’opera cominciata da Vostro padre ha trovato le persone giuste per completare questo lavoro!

 

 

Reklamy

Korki z polskiego wina | Łukasz Chrostowski | Winnica Equus

wino

Na materiałach promocyjnych zapowiadających drugą edycję Korków z polskiego wina Łukasz Chrostowski został opisany jako „cichy bohater polskiego winiarstwa”. Trudno nie zgodzić się z tym stwierdzeniem patrząc na jego dotychczasowy dorobek w tej dziedzinie. Niemniej nazywanie go zaledwie cichym bohaterem nie oddaje całości charyzmy i pasji, jaką ten człowiek posiada do produkcji wina (choć nie wiem czy mowa o produkcji w tym wypadku jest zasadna, bowiem wina, które wyszły spod ręki Łukasza to prawdziwe dzieła sztuki).

Pierwsze kroki w winnicy stawiał w Pałacu Mierzęcin, gdzie wraz z Jowitą Banek pracowali przez kilka lat. On doglądał winorośli i procesu winifikacji, ona poświęcała się ukochanym koniom zajmując się stadniną pałacu. Tej pary pasjonatów z Lubuskiego nie ominęło również spotkanie z ówczesnym guru winiarstwa (pamiętajmy, że jesteśmy we wczesnych latach dwutysięcznych), Romanem Myśliwcem. I choć w dużej mierze dzięki niemu oboje wiedzieli, w którą stronę skierować działania, prawdziwej renomy dorobili się dopiero sprzedając wina pod własnymi etykietami.

IMG_9283

Po kilku latach Jowita i Łukasz rozstali się z Pałacem Mierzęcin, aby rozpocząć działalność na własny rozrachunek. Winnica to serce ich „firmy”, ale obok niej wciąż przewijają się konie (rzut oka na nazwę Winnica Equus i wszystko staje się jasne) i działania mające na celu rozpowszechnianie nie tylko win własnych, ale generalnie krajowych (sklep internetowy polskiewina.com.pl to chyba pierwszy i dotychczas jedyny, który sprzedaje tylko i wyłącznie wina z Polski). Dzisiejszy obraz Winnicy Equus rysują trzy parcele położone w różnych częściach kraju: w Zaborze, Opatowie i Mierzęcinie. Rosną na nich zarówno szczepy hybrydowe, jak i vinifery, chociaż to tym drugim Łukasz zaufał bardziej w przeszłości. I to właśnie one dziś w dużej mierze determinują sukces jego win.

Drugą część Korków z polskiego wina zaczęliśmy jednak od wina musującego produkowanego przez Winnicę Gostchorze. GostArt 2015 to absolutny hit tegorocznej edycji wydarzenia Polskie Wina i Cydry w SPOT. Wielokrotnie rozpisywałem się na jego temat i nie ma sensu powielać moich zachwytów. Wspomnę jedynie, że po kilku kolejnych miesiącach w butelce wino zyskało jeszcze lepszego balansu, całość ułożyła się wręcz wzorcowo i tak też pasowała do koziego sera podanego z gruszką i cykorią.

Wracając do głównego bohatera degustacji, w kieliszkach znalazł się Riesling 2016. Wino czyste jak łza z nosem przepełnionym żółtymi owocami (mirabelka, morela) na jabłkowym tle. W ustach pełne z ładnym balansem pomiędzy wysoką kwasowością, a delikatnym cukrem resztkowym. Całość prezentowała krągłe ciało i sporo głębi. W towarzystwie łososia na awokado okazało się być kolejnym strzałem w dziesiątkę. Dzięki uprzejmości właściciela winnicy mogliśmy również spróbować Rieslinga 2015. Wino miało zdecydowanie inny charakter, z niższą kwasowością, nieco zachwianym balansem. Dało się również wyczuć inną metodę produkcji (znacznie krótsze dojrzewanie na osadzie w porównaniu do rocznika 2016).

Kadryl 2016 to jeden z koni pociągowych Winnicy Equus (dosłownie i w przenośni, bo sama nazwa wina pochodzi od jednego z koni, którymi opiekuje się Jowita). Jest to autorski kupaż kilku szczepów, których proporcje ulegają zmianie w zależności od rocznika i tego, co akurat da winnica. Znajdziemy tu traminera, pinot gris, kernlinga, muskatellera i sollarisa. Całość charakteryzuje się bogatym aromatem. Przewijają się nuty miodu, przypraw korzennych i tłuczonego jabłka. Wino jest pełne, wręcz oleiste w ustach. Za tak niebanalne ciało odpowiada bardzo długie dojrzewanie na osadzie. Wraz z ogrzewaniem kieliszka pojawiają się coraz to nowe aromaty, które zupełnie zmieniają styl i odbiór tego wina. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ser smażony wielkopolski w cieście filo jest wręcz stworzony do serwowania z tym winem. Albo na odwrót, to wino powstało po to, aby podawać je wraz z serem wielkopolskim…

Na ten wieczór Jowita z Łukaszem przygotowali zdecydowanie więcej butelek niż było w planach. Kolejną niespodzianką wieczoru było wino Passage Cuvee 2015, na którego złożyły się w równych proporcjach szczepy chardonnay i solaris. Nos zdominowany przez nuty melona, ogryzki jabłkowej i zioła. Są też niuanse muszkatowe w tle. W ustach z początku wydaje się, że sporo tu cukru resztkowego, ale w rzeczywistości jest to złudne (zaledwie 1 gram). Znów duża złożoność i bogactwo aromatów, które ewoluują w miarę upływu czasu (pojawiają się nuty limonki, a nawet wanilia). Długie dojrzewanie nad osadem i tu zostawiło ślad w postaci krągłego i pełnego ciała.

Magnesia to kolejna etykieta Winnicy Equus, która dorobiła się już niemałej sławy. Obsypywany medalami (jak z resztą wiele innych win produkowanych przez Jowitę i Łukasza) na konkursach krajowych i międzynarodowych kupaż rondo, regenta i zweigelta stanowi kolejny dowód na to, że w Polsce mogą powstawać świetnie wina czerwone. Podczs degustacji mieliśmy okazję spróbować trzech kolejnych roczników Magnesii. 2016 okazał się być jeszcze zbyt młody, choć nie można mu odmówić ogromnego potencjału (kupujcie dziś, pijcie za dwa lata!). Zaledwie muśnięty beczką rozpościerał serię aromatów jagód, malin i wiśni z waniliowym wykończeniem. 2015 wydawał się nieco bardziej nieokrzesany i dziki. 2014 za to pokazał klasę tego wina. Mocno pieprzne usta z idealną integracją owocu i beczki. Owocowe, soczyste, a zarazem temperowane przez delikatne nuty dębu. Z trójki prezentowanych roczników aktualnie zdecydowanie najlepszy. Wszystkie trzy wina za to idealnie zgrały się z zaserwowaną przez szefa kuchni SPOT. kaczką z pyzami i żurawiną. Połączenie iście polskie, żeby nie powiedzieć wielkopolskie!

Kolejne wino, Cabernetis 2016, to zawodnik zupełnie innej ligi. Pyszny kupaż złożony ze szczepów dorsa, cabernet cortis oraz cabernet franc uderza w nozdrza potężną dawką dojrzałych czarnych porzeczek i jeżyn, by po chwili dołączyły do nich liście porzeczki i inne ciemne owoce. W ustach spora dawka kwasowości i wyraźna tanina, które w dużej mierze odpowiadają za niebywały potencjał tego wina. Kolejna butelka do kupienia, schowania i delektowania się za kilka (jeśli nie kilkanaście!) dobrych lat. W moim odczuciu jedna z najlepszych polskich czerwieni.

Chciało by się rzec: Chwilo, trwaj! i duszę zaprzedać Cabernetisowi, ale Jowita i Łukasz uraczyli uczestników tej pokazowej lekcji jeszcze jedną niespodzianką: Pinot Noir 2016! Wino jak na razie wciąż w fazie niemowlęcej. Czuć, że brakuje mu nieco kwasowości, ale ma szanse się ułożyć. Sporo beczki, spod której wybijają się jeszcze nie do końca wykształcone truskawki i poziomki. Chciałoby się go spróbować za rok, aby zobaczyć jaki młodzieniaszek wyrośnie z teko niemowlaka.

Degustację zamknęło kolejne dobrze mi znane wino, nad którym rozpływałem się już niejednokrotnie. Solaris 2016 z Winnicy Jakubów. Michał Pajdosz odpowiadający za tę butelkę stworzył niebywałe słodkie wino, które ewoluuje i nieustannie zachwyca coraz to nowymi aromatami. Przewijają się agrest, liść porzeczki, grapefruit i limonka, a to tylko początek tej ferii smaków…

Łukasz Chrostowski to na pewno aktualnie jedna z najważniejszych postaci na polskiej scenie winiarskiej. Nie tylko dlatego, że jego wina rok w rok obsypywane są medalami (cytując autora tego sukcesu: No udało się jakoś), ale również dlatego, że dzięki jego szkółce winorośli powstało wiele winnic odnoszących dziś niemały sukces (patrz chociażby Winnica Turnau). Sam właściciel Winnicy Equus wciąż pozostaje normalnym człowiekiem, który podkreśla, że należy wsłuchiwać się w rytm natury i nie zmieniać niepotrzebnie tego, co ona nam daje. Nie interesują go „degustacje autobusowe”, nie zależy mu na dziesiątkach enoturystów w winnicy. Robi swoje, i jak pokazują zdegustowane wina, robi to dobrze. Może właśnie dlatego jako jeden z niewielu winiarzy w Polsce miał okazję przeprowadzić degustację na wizji w porannym programie śniadaniowym?

 

 

O spotkaniu z właścicielem Domu Bliskowice, Lechem Millem, przeczytacie tutaj.

Korki z polskiego wina to cykliczne wydarzenie organizowane przez SPOT. oraz czasopismo Ferment. Podczas kolejnych spotkań swoje wina prezentują właściciele najlepszych polskich winnic z różnych regionów kraju.

Degustowałem dzięki uprzejmości SPOT.

Korki z polskiego wina | Lech Mill | Dom Bliskowice

wino

Zaczął się nowy rok szkolny. Dzieciaki mniej lub bardziej ochoczo ruszyły do swoich alma mater. Studenciaki w ten czas korzystają jeszcze z ostatnich dni wolności lub (ci mniej szczęśliwi) przygotowują się do kampanii wrześniowej. O reformie szkolnictwa dużo słów padło i dużo zapewne jeszcze padnie. Tych pochlebnych i tych mniej pochlebnych. Nie będąc w wieku szkolnym, ani nie mając dzieci w takimż wieku, trudno mi wypowiadać się na temat rewolucji w szkolnictwie. Mogę natomiast (i bardzo chcę) wypowiedzieć się o rewolucji w polskim winiarstwie, a na jej temat paść powinny same superlatywy.

We wrześniu oficjalnie zaczyna się nie tylko szkoła. W tym samym czasie rusza również wiele szkoleń i kursów organizowanych przez niekoniecznie państwowe ośrodki. Podyplomówki, kursy językowe, nowe sezony kursów tańca i… w tym roku również kurs korepetycji z polskiego wina w Akademii Kulinarnej SPOT. to Eat. Szanowni, odpuśćcie sobie kolejny kurs niemieckiego (co najwyżej podszlifujcie włoski!), nie wydawajcie pieniędzy na warsztaty przyrządzania hiszpańskich tapas, dajcie sobie spokój z salsą, merengo czy tango. Zainwestujcie w rozwój swój i polskiego winiarstwa poprzez korki z polskiego wina! Dzięki nim, nawet będąc enologicznym laikiem, dowiecie się wszystkiego tego, co niezbędne aby docenić rodzime butelki (zarówno od strony teoretycznej, jak i praktycznej). Cykl Korki z polskiego wina to kolejna inicjatywa SPOT.a (współorganizowana tym razem z nowym pismem o winie Ferment), która ma na celu promocję rodzimego winiarstwa. Na każde ze spotkań zaproszony jest jeden z polskich producentów, który w niezobowiązującej atmosferze prezentuje swoje wina (a czasem i butelki zaprzyjaźnionych winiarzy z regionu). Moderatorem spotkań jest człowiek, któremu nie sposób odmówić potężnej wiedzy empirycznej i teoretycznej o polskim winie, Maciej Nowicki. Aby jednak docenić potencjał prezentowanych trunków w pełni, kucharz SPOT.a podczas każdych korków dba o nienaganne towarzystwo na talerzu w postaci baskijskich pintxos.

Pierwsza lekcja poświęcona była Małopolskiemu Przełomowi Wisły (znajdujemy się mimo wszystko daleko od regionu ze stolicą w Krakowie, zainteresowanych i niedowiarków odsyłam do korków z geografii) ze szczególną uwagą poświęconą winnicy należącej do zaproszonego gościa, Lecha Milla z Domu Bliskowice.

Wspomniany producent to aktualnie jedna z najjaśniejszych gwiazd na polskim niebie winiarskim. Jego wina stały się ozdobą i niemałą ciekawostką na RAW Aritsan Wine Fair, czyli targach winiarskich poświęconych winom produkowanym w sposób naturalny, bez zbędnych i nierzadko szkodliwych ingerencji ze strony winiarza. To niebywały sukces na skalę światową, ale nie zapominajmy, że takie etykiety jak DB. 4& Canva czy DB. J uchodzą już za kultowe w naszym małym światku winiarskim i sprzedają się niemal na pniu.

Podczas pierwszych korków z polskiego wina mieliśmy okazję spróbować sześciu różnych butelek, z czego dwie pochodziły od producentów zaprzyjaźnionych z właścicielem Domu Bliskowice. Lech Mill rozpoczął opowieść o Małopolskim Przełomie Wisły, a do kieliszków trafił Johanis 2016 z Winnicy Solaris. Słuchając o przepięknych widokach, jakie oferuje pradolina Wisły (co mogę potwierdzić na podstawie mojego majowego wypadu rowerowego w te okolice), o niewielkich enologicznych przedsięwzięciach, które ze spokojem można określić jako butikowe, rozpoczęliśmy trzygodzinną lekcję, której żaden z uczestników z pewnością nie zapomni jeszcze na długo.

IMG_9158.JPG

Do Johanisa podano pieczoną z kozim serem figę na pumperniklu z miodem truflowym. Bardzo jasna suknia wina nie zdradzała bogactwa aromatów kryjącego się za pierwszym nosem. Po dotlenieniu wino ujawniło sporą dawkę kwiatów bzu, białych owoców (brzoskwinie, jabłka) oraz nikłą nutę liści porzeczki pojawiającą się w tle. W ustach duża rześkość pomimo delikatnie zaznaczonego cukru resztkowego. Idealny balans pomiędzy słodyczą, a kwasowością, dzięki któremu wino spisało się idealnie w połączeniu z podanym pintxo, a równie dobrze poradziłoby sobie jako aperitif w ciepły letni dzień.

Zanim przeszliśmy do win zaproszonego producenta, czekała nas mała powtórka na temat Ostrowca Świętokrzyskiego. Na szczęście tę lekcję odrobiłem sumiennie i Wrestling 2016 z Winnicy Modła był dla mnie po prostu miłym powrotem do szkolnej ławki. Ilekroć próbuję tego wina tylekroć moje zdanie na jego temat staje się lepsze (a próbować go miałem okazję już bodajże cztery razy). Jabłkowo-cytrusowy nos, nieco aromatów kwiatów polnych. W ustach piękna kwasowość spod znaku zielonego jabłka i nikłe, ale wyczuwalne mineralne tło. Już na tym poprzestając można się rozpłynąć (przecież to riesling z Polski!). Zaserwowany w towarzystwie tuńczyka na pieczywie z czarnymi oliwkami pokazał, że świat gastronomii stoi przed nim otworem.

Czas na Dom Bliskowice. Podczas pierwszej edycji Korków z polskiego wina mieliśmy okazję spróbować trzech premierowych win, z czego Johanniter Ultra 2016 (J ’16) był najbardziej wyczekiwanym. Jego zeszłoroczna premiera, start sprzedaży i jej koniec rozegrały się niemalże w przeciągu tygodnia. Zachwyty dziennikarzy i nielicznych blogerów spotkały się z szarą rzeczywistością: wina było na tyle mało, że większość rozochoconych fanów polskiego wina musiała zadowolić się tylko opisami na portalach internetowych czy w pismach winiarskich. W tym roku znalazłem się w gronie niewielu szczęśliwców, którym dane było spróbować J ’16 jeszcze zanim trafiło ono do sprzedaży. Ten niecodzienny johanniter swoją wyjątkowość zawdzięcza dwutygodniowej maceracji ze skórkami oraz użyciu matki drożdżowej z poprzedniego roku. Jasno-bursztynowa barwa pokazuje, że nie mamy tu do czynienia z niczym sztampowym. Nos łączy w sobie cechy win pomarańczowych i tych produkowanych przy użyciu bardziej standardowych metod. Są białe owoce (nieco już przejrzałe), podsuszone kwiaty polne, tłuczone jabłka (a nawet szarlotka). Mimo, że nos wydaje się początkowo zamknięty i z trudem przychodzi mu pokazanie wszystkich swoich walorów, z czasem do głosu dochodzą również nuty mineralne i ziołowe. Na języku da się wyczuć sporo ciała, co predysponuje to wino do połączeń kulinarnych. To wino już dziś zachwyca, ale z pewnością za kilkanaście miesięcy pokaże jeszcze więcej bez trudu mogąc konkurować o miano najlepszego polskiego białego wina. Niechaj dowodem na to co napisałem nie będą słowa, a czyny: do zeszłego tygodnia nie podejrzewałem, że kiedykolwiek będę w stanie zapłacić za butelkę polskiego wina tyle samo, co za butelkę dobrego Brunello di Montalcino w miejscu jego produkcji. W obliczu J ’16 moją poznańską oszczędność schowałem do kieszeni.

Poznawanie Domu Bliskowice zaczęliśmy z wysokiego C. Lech Mill ostudził nieco nasz zapał i sprowadził nas na ziemię tarasowymi opowieściami o różowych winach, które wydają się dziś być jedną z możliwych dobrych dróg do obrania przez polskich winiarzy. Cantor ’16 powstał po to, aby umilać ciepłe letnie dni. Po to, aby czas w gronie znajomych lub wieczór z ukochaną osobą był jeszcze przyjemniejszy. I to wszystko da się w nim wyczuć. Ciemna malinowa barwa, landrynkowy z początku, później bardziej owocowy nos, w którym przewijają się poziomka, truskawka i dojrzałe brzoskwinie. Całość lekka i niezobowiązująca, taka jakiej chciał pomysłodawca.

Druga premiera wieczoru, wino wspomniane już przeze mnie na wstępie, którego kolejne wcielenia rzetelnie śledzę i poznaję co rok. DB. 4&15 Canva, czyli kupaż caberneta cortisa i regenta z 2015 roku. Wino starzone w używanych beczkach dębowych (o czym świadczy dopisek Canva na etykiecie). Pierwszy próbowany przeze mnie rocznik (2012) wprawił mnie w niemałe zakłopotanie. Okazało się wówczas, że polskie czerwone (!) wino jest wyśmienite. Cały mój światopogląd wymagał redefiniowania. Tym razem jednak już wiedziałem czego się spodziewać i moje oczekiwania było adekwatne do kandydata. Nie zawiodłem się ani przez chwilę. Intensywna, ładnie wysycona barwa wciąż nosiła wiele znamion młodego wieku. Purpurowe refleksy dominowały tu nad czerwieniami z cieplejszych rejestrów. Dojrzała wiśnia i czarna porzeczka w nosie podbite odrobiną beczkowej wanilii i ziół już teraz uwodzą, ale to kolejne wino, które z pewnością zyska odłożone na kilka lat. Nieco wyświechtany i po prostu nudny już slogan w tym wypadku pasuje idealnie: to wino ma duży potencjał (dajcie mu czas!).

Ostatnie wino i ostatnia premiera: DB. 3 ’15 Canva, regent w czystej postaci pociągnięty beczką. Do tego wina trudno mi było się przekonać już rok temu. Mam niemały problem z przekonaniem się do szczepu, w oparciu o który powstaje trójka. Piękny, intensywny kolor, zapach wiśni, jeżyn, leśnych owoców. To wszystko uwodzi. W ustach jednak pojawia się nuta warzywna, co do której piękna mam wątpliwości. Nie dominuje ona nad całością, nie definiuje ostatecznego charakteru tej etykiety, mimo to jest wyczuwalna. Na pewno wino to zyskuje w połączeniu z polską kuchnią i taki entourage zmienia je całkowicie (wystarczył kęs pintxo podanego do tej butelki – wątróbki z szynką i mango – abym zmienił zdanie na jego temat). Niemniej pozostaje mi wciąż wiele lekcji do odrobienia i sporo nauki…

…a okazji ku temu będę miał jeszcze wiele, bowiem kolejne Korki z polskich win już 17 października. Tym razem gościem Akademii Kulinarnej SPOT. to Eat będzie Łukasz Chrostowski, dzięki któremu Pałac Mierzęcin znalazł się na ustach wielu fanów winiarstwa, a który aktualnie współodpowiada za jeden z ciekawszych projektów enologicznych w zachodniej Polsce, Winnicę Equus.

 

Degustowałem dzięki uprzejmości SPOT. a o Johanniterze Ultra 2016 kilka słów napisał również Maciej Sokołowski.

Polskie wina i cydry w SPOT. vol. 4

kuchnia, wino

Jeszcze kilka lat temu nie ośmieliłbym się nawet pomyśleć, że kiedykolwiek półka z winami polskimi w mojej piwniczce będzie dłuższa niż jakakolwiek inna. Dziś wydaje mi się to zupełnie naturalne. I żeby była jasność: nie kupuję rodzimych butelek na umór z sentymentu. Chętnie po nie sięgam bo rzadko już ich jakość odbiega od tego, do czego przyzwyczaili nas najlepsi producenci z krajów określanych jako winiarskie. O ile jeszcze przed kilkoma laty kupowanie polskiego wina było ruletką o wysokim stopniu ryzyka, o tyle dziś już prawie zawsze wygrywamy w tę grę.

 

Polskie Korki

Obraz polskiego winiarstwa śledzę na bieżąco dość skrupulatnie od kilku lat. Dokonywanie  porównań i dostrzeganie postępów polskich winiarzy ułatwia mi wydarzenie organizowane co roku na poznańskiej Wildzie w restauracji/galerii sztuki SPOT. Tegoroczna edycja była już czwartą i zdecydowanie najbardziej udaną. Pod wieloma względami.

Fachowa organizacja wydarzenia to już niemal pewnik. Z roku na rok jednak impreza cieszy się coraz większym zainteresowaniem – tak branży winiarskiej, jak i publiczności. W ubiegły weekend na Wildzie pojawiło się znów grono znakomitych winiarzy z całej Polski, zjechali przedstawiciele najważniejszych winiarskich mediów w kraju oraz pojawiła się śmietanka sommelierów ze stolicy Wielkopolski i nie tylko. Popołudniowa degustacja otwarta zgromadziła natomiast tłumy osób ciekawych smaku polskiego wina.

Podczas tegorocznej edycji Polskich Win i Cydrów odbył się również po raz pierwszy konkurs winiarski Polskie Korki (warto zaznaczyć, że patronatem objął go sam Marszałek Województwa Wielkopolskiego). Międzynarodowe jury (Ursula Heinzelmann, Hirotake Ikeda, Maciej Nowicki, Lechosław Olszewski, Łukasz Głowacki, Paweł Białęcki, Maciej Sokołowski, Maciej Danielewicz, Mateusz Dobrzykowski, Tomasz Kramer) pod przywództwem Tomasza Prange-Barczyńskiego, naczelnego Magazynu Wino, musiało zmierzyć się z ponad osiemdziesięcioma butelkami nadesłanymi przez 26 rodzimych producentów. Musujący Gostart z Winnicy Gostchorze o potężnej świeżości, wysokiej kwasowości i pięknym perlażu, czysty jak łza cytrusowy Riesling 2016 z Winnicy Turnau czy delikatny Pinot Noir 2015 (Winnice Wzgórz Trzebnickich) z nutami owoców leśnych i przypraw korzennych – to zdobywcy zaledwie trzech Polskich Korków, w sumie przyznano ich dwanaście w czterech kategoriach. Członkowie jury zgodnie stwierdzili, że wybór był bardzo trudny, bo praktycznie nie trafiały się butelki wadliwe (rzecz jeszcze na porządku dziennym podczas konkursów organizowanych w innych częściach kraju kilka lat wstecz), a nadesłane próbki były na wysokim i zbliżonym do siebie poziomie. Poniżej zamieszczam listę pozostałych zwycięzców i (jeśli miałem okazję degustować) krótką notkę do każdego z nich.

 

Wina białe

  1. Riesling 2016, Pomorze Zachodnie, Winnica Turnau (czysty aromat cytrusów i żółtych owoców jak morele czy brzoskwinie; do tego cienka nuta kwiatowa)
  2. Solaris 2016, Pomorze Zachodnie, Winnica Turnau
  3. Kadryl 2016, Lubuskie, Winnica Equus (zrównoważony w bukiecie, wszystko idealnie w szeregu, bez żadnych „skoków w bok”; na języku kremowy, wygładzony i elegancko zaokrąglony)

 

Wina różowe

  1. Rosé 2016, Sandomierz, Winnica Płochockich (opisywałem tutaj)
  2. Rosé 2015, Pomorze Zachodnie, Winnica Turnau
  3. Rondo Rosé 2016, Winnica Wielkopolska

 

Wina czerwone

  1. Pinot Noir 2015, Dolny Śląsk, Winnice Wzgórz Trzebnickich (nuty poziomek, jagód i malin podbite aromatami ziemisto-korzennymi; delikatna i elegancka struktura na języku z ładną kwasowością)
  2. Hople Testarossa 2015, Dolny Śląsk, Hople Paczków
  3. Regelt 2016, Wyżyna Sandomierska, Winnica Nad Jarem (opisywałem tutaj degustowane jeszcze przed butelkowaniem; dziś to wino ma przed sobą świetlaną przyszłość; bardzo ładny balans pomiędzy nutami owocowymi (wiśnia, jeżyna), a beczkowym wykończeniem; koniecznie odłożyć na 2-3 lata)

 

Wina specjalne

  1. Gostart 2015, Lubuskie, Winnica Gostchorze (twarda wersja rieslinga zamusowanego; nuty mineralne i cytrusowe; wysoka kwasowość oraz długo utrzymujący się perlaż)
  2. Rak 2016, Pomorze Zachodnie, Winnica Zodiak
  3. Solaris 2016, Dolny Śląsk, Winnica Jakubów (zanotowałem na skraju kartki: świeże, aromatyczne, rześkie; na języku słodycz nie zapycha, zadziwiająco dużo kwasu idealnie balansuje i odciąża całość)

 

Polska na talerzu, Polska w kieliszku

Raz jeszcze muszę to powtórzyć: jeszcze kilka lat temu nie ośmieliłbym się nawet pomyśleć… że food pairing polskiej kuchni wyłącznie z polskimi winami będzie kiedykolwiek możliwy. O tym jak duży potencjał kryje w sobie nasza rodzima kuchnia i rodzime butelki, przekonałem się już po raz drugi dzięki degustacji komentowanej w SPOT. Tegoroczne menu zostało ułożone i przygotowane przez Macieja Nowickiego, na co dzień szefa kuchni w Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie.

 

Truskawka|Czarny bez|Amarantus|Ocet Jabłkowy

Do tatara z truskawek okraszonego syropem z czarnego bzu, odrobiną wietrzonej czerwonej cebuli i amarantusem podano trzy cydry i dwa wina musujące. Pomimo, że jabłeczniki solo spisywały się znakomicie, to nawet bardzo rześki i intensywnie jabłkowy Cydr Chyliczki Kronselka 2015 wypadał blado przy intensywnym tatarze. O niebo lepiej poradził sobie nagrodzony złotem musujący Gostart, którego wyraźne bąble i wysoka kwasowość idealnie dopełniały smaku dania. Równie dobrze spisał się Blanc 2014 produkowany metodą Charmat przez Winnice Wzgórz Trzebnickich. Jego miodowo-truskawkowy nos i miękkie, niemalże kremowe usta wyśmienicie pasowały do zaproponowanej wariacji na bazie soczystych truskawek.

7

 

Sielawa|Pietruszka|Agrest|Limonka|Mięta

Drugie danie okazało się być nie lada wyzwaniem dla zaproponowanych win. Wśród piątki bieli wytypowanych do tego seta moim zdaniem najbardziej na plus w połączeniu ze słodko-kwaśną mieszanką na talerzu wyróżniło się Chardonnay 2015 z Winnicy Turnau. Beczkowe nuty oraz swoista świeżość tego wina znalazły odzwierciedlenie w musie z pasternaku oraz zielonym agreście, które towarzyszyły nieco ginącej pod natłokiem smaków i aromatów rybie. Samo wino nie przytłaczało dębiną, bo jego połowa dojrzewała w beczkach… akacjowych.

5.jpg

 

Jajo|Niebieski Książe|Botwina|Lubczyk|Olej dyniowy

Wydawać by się mogło, że znaleźć odpowiednie wino do tego dania to zadanie praktycznie niemożliwe. Jak się okazało było to o wiele łatwiejsze niżbyśmy się spodziewali. Omlet z botwiną w towarzystwie intensywnego sera i oleju dyniowego znalazł dobrego kompana praktycznie w każdym z pięciu win podanych w tym secie. Świeżutkie i kamienne DB J’16 (Dom Bliskowice) aspirujące do miana polskiego vinho verde świetnie grało z zielonymi akcentami na talerzu. Nieco nieokrzesane pomarańczowe Pinot Gris 2014 (Winnice Wzgórz Trzebnickich) znalazło towarzysza w pleśniowym serze. Kadryl 2016 (Winnica Equus) ze swoją kremową, zaokrągloną strukturą z kolei grał do jednej bramki z botwiną i omletem. Pomarańczowe Kvevri 2014 (Winnica Płochockich) oraz Milvus 2015 (Winnica de Sas) ukazały niewidoczny dotychczas owocowy charakter w towarzystwie sera. Każde z tych połączeń było zdecydowanie udane i każde z nich wyciągało na pierwszy plan inny element dania oraz samych win.

4.jpg

 

Kaszanka|Rabarbar|Bób|Marchew|Pestki dyni

Już samo połączenie słonej, ziemistej przypieczonej kaszanki podanej na słodko-kwaśnym puree z marchwi i rabarbaru zrobiło niemałe wrażenie wśród degustujących. Obraz stał się jednak kompletny, gdy wokół talerza pojawiło się sześć wyśmienitych polskich czerwieni (nadmienię, że w tym kolorze wina Polska przez długi czas miała znikome sukcesy). Delikatny, truskawkowo-poziomkowy Pinot Noir 2015 (Winnice Wzgórz Trzebnickich) zgrał się wręcz wzorowo z puree, na którym podano kaszankę. Jej ziemiste nuty z kolei dopasowały się do korzennego charakteru wina. Równie dobrze wypadł w tym secie Merlot 2016 z Winnicy Wieliczka. Potężna dawka czereśniowej soczystości okraszonej aromatami liści porzeczek już sama w sobie robiła bardzo dobre wrażenie, ale w połączeniu z daniem na talerzu całość zyskała zupełnie innego wymiaru.

6.jpg

 

Wiśnia|Śmietana|Orzech laskowy|Pusty piernik|Czarnuszka

Szef kuchni, Maciej Nowicki, dawał upust swoim umiejętnościom przy każdym dotychczas serwowanym daniu. Niecodzienne połączenia na wskroś przesycone polskością wręcz rozpływały się na podniebieniach. Deser jednak sprawił, że wszyscy zaniemówili (łącznie z komentującym degustację naczelnym Magazynu Wino). Kremowe lody z chrupiącą kruszonką i suszonymi wiśniami podano z pięcioma trunkami, ale zwycięzca mógł być tylko jeden. Tym razem wino musiało ustąpić jabłecznikowi, i to nie byle jakiemu, bo Cydrowi Lodowemu 2015 (Chyliczki). Potężna dawka aromatów szarlotki i pieczonych jabłek idealnie dopełniała smaku lodów przesyconych bakaliami. Wysoka kwasowość trunku wystarczyła aby zbalansować tak słodycz cydru jak i deseru. Wyśmienite zakończenie.

8

 

Pleśnią i lodem

To, że w Polsce powstają czyste jak łza białe wina wytrawne, zarówno z hybryd, jak i z vinifer, nie jest już żadną nowością. Nowością natomiast są coraz częściej produkowane wina w sposób niestandardowy. Podczas degustacji komentowanej mieliśmy okazję spróbować kilku znakomitych win pomarańczowych, a także tych dojrzewających w gruzińskich amforach. Pojawiło się również jedno wino wytworzone z gron porażonych szlachetną pleśnią.

Tego dnia w SPOT. miała miejsce również premiera dwóch niecodziennych win z Winnicy Turnau. Pierwsze z nich, Szlachetny Zbiór, zostało wytworzone właśnie z solarisa porażonego botrytisem. Pomarszczone grona dały trunek o złocistej barwie, w którym przeplatają się nuty kwiatów, miodu i mandarynki. Bardzo wysoka zawartość cukru znajduje tu kontrapunkt w również wysokiej, orzeźwiającej kwasowości. Przy cenie 65zł za butelkę 0,375l jest to jedno z polskich win, których nie godzi się pominąć.

Drugą z prezentowanych nowości było Wino Lodowe. Na początku stycznia przy kilkustopniowym mrozie zamarznięte owoce odmiany johanniter zebrano i wytłoczono z nich moszcz. Wydajność była porażająco niska (około 20l ze 100kg), co miało też decydujący wpływ na wysoką cenę wina (bagatela 190zł za butelkę 0,375l).  W aromatach przewijają się kwaśne jabłka, miód lipowy i nieco ziołowości. Wino ma zdecydowanie mniej cukru niż Szlachetny Zbiór, za to kwasowości tu nie brakuje. Całość jest o wiele lżejsza od drugiej z nowości i zdecydowanie na bardzo wysokim (światowym) poziomie. Nie pozostaje nic innego, jak pogratulować Winnicy Turnau. Idźcie dalej tą drogą!

 

Wertykalnie w polskie winiarstwo

I po raz ostatni powtórzę: jeszcze kilka lat temu nie ośmieliłbym się nawet pomyśleć… że tak szybko będę mógł uczestniczyć w pierwszej (historycznej) degustacji pionowej win polskich aż dwóch producentów! Co więcej, była to degustacja na najwyższym poziomie, która pokazała, że nasze rodzime trunki potrafią starzeć się z klasą.

Winnice Wzgórz Trzebnickich i cztery kolejne roczniki rieslinga (2012-2016) dowiodły, że szczep ten świetnie się u nas zadomowił i można z niego produkować naprawdę długowieczne wina. Nawet najstarszy z nich prezentował wciąż nienaganną kwasowość, a i szczypty owocu w nim nie zabrakło. Oczywistym jest, że w tak wiekowym rieslingu nuty naftowo-apteczne będą już wyraźnie wyczuwalne. Niemniej jednak wino wciąż było smaczne i gwarantuję, że jeszcze za rok czy dwa lata mogłoby dać sporo radości osobie degustującej. Na podstawie czterech kolejnych roczników poczuliśmy również organoleptycznie jak duży wpływ na jakość wina ma panująca w danym okresie wegetacyjnym aura.

IMG_8751.JPG

O ile jakość vinifery uprawianej na Dolnym Śląsku sprawdziliśmy dzięki Winnicom Wzgórz Trzebnickich, o tyle długowieczność hybryd poddaliśmy próbie dzięki czterem butelkom z Winnicy Jakubów. Hibernal od tego producenta to już niemal klasyk na polskiej scenie winiarskiej. Najświeższy rocznik (2016) jest wciąż nieco zamknięty i potrzebuje czasu, aby się ułożyć. Już teraz jednak wyczuwalne są charakterystyczne dla tego wina aromaty liści porzeczki i odrobina ziołowości. Rok starszy egzemplarz jest natomiast o wiele bardziej aromatyczny i złożony. Miał on czas, aby dojrzeć, dzięki czemu nuty ziołowe (bazylia, mięta), zielone (liście porzeczki, agrest) i kwiatów (czarny bez) dopełniają się wzajemnie i tworzą spójną całość. Kolejne roczniki (2014 i 2009) wykazywały już pierwsze oznaki starości. W pierwszym z nich wciąż było nieco owocowości i świeżości, drugi natomiast był już mocno ewoluowany i potrzebował porządnego przewietrzenia w karafce, aby pozbyć się nieprzyjemnych nut.

Tą winiarską wycieczką kilka lat wstecz kończę mój przydługawy wywód i wyrażam najwyższe uznanie oraz gratuluję wszystkim, którzy zaangażowani byli w tegoroczne wydarzenie z cyklu Polskie Wina i Cydry w SPOT. Największe brawa należą się Lechosławowi Olszewskiego (szefowi SPOT.a) oraz całej ekipie pracującej tam na co dzień. Wasze starania podczas przygotowania i przeprowadzenia wydarzenia to bardzo duży wkład w rozwój polskiego winiarstwa. Oczywiście taka impreza nie mogłaby się odbyć bez nieocenionych rodzimych producentów, którzy z roku na rok stawiają się na Wildzie w coraz liczniejszym gronie, głęboki ukłon również w Waszą stronę. W końcu podziękowania i gratulacje również dla całego jury konkursu Polskie Korki, sommelierów, dziennikarzy i blogerów, którzy chociaż w minimalnym stopniu przyłożyli się do sukcesu tegorocznej edycji wydarzenia. Nie pozostaje mi nic innego, jak stwierdzić: idźcie (wszyscy) tą drogą! Chapeau bas!

 

 

Pozostałe wina zdegustowane podczas tegorocznej edycji Polskich Win i Cydrów:

Cydr Chyliczki Cydr Kronselka 2015 – intensywnie jabłkowy w nosie i bardzo świeży cydr. Na podniebieniu wyraźnie wytrawny z ładną kwasowością i delikatną taniną. Idealny na upalne popołudnia na tarasie.

Winnica Chodorowa Cydr Jabłkowy wytrawny 2014 – nieco mniej intensywny niż poprzednik, zdecydowanie bardziej delikatny. Do popijania solo, w parowaniu z jedzeniem ginie.

Cydr Smykań Stary Sad 2016 – bogactwo aromatów jabłecznych w nosie: pieczone jabłko, szarlotka, obtłuczone jabłka i pestka jabłkowa. Duża kwasowość na podniebieniu i wyraźna tanina. Sam sprawia dużo radości, daje też duże pole do popisu w kuchni.

Winnice Wzgórz Trzebnickich Blanc 2014 – kupaż pinot noir i chardonnay o wyraźnie brzoskwiniowej barwie. Kremowa struktura, delikatny bąbel i ładny truskawkowo-miodowy aromat.

Winnica Skarpa Dobrska Aqulegia 2016 – aromatyczna wersja rieslinga z dominującymi nutami kwiatów czarnego bzu i lipy. Stosunkowo niska kwasowość i krągła struktura.

Winnica Janowice Solaris 2016 – nieco zielonych nut w bukiecie, dużo polnych kwiatów, pokrzyw i świeżo skoszonej trawy. Całość świeża, czysta i oferująca szerokie pole do popisu z daniami na bazie ziół.

Winnica Jakubów Traminer 2016 – aromatyczne wino, którego bukiet opiera się na kwiatach czarnego bzu i muszkacie. Słodki nos przechodzi w wytrawne usta.

Winnica Saint Vincent Cuvèe Słoneczne 2016 – pomimo, że muscat i gewürztraminer stanowią niewielki procent kupażu, to właśnie one są bardzo wyraźnie wyczuwalne w nosie. Obok aromatów charakterystycznych dla tych dwóch szczepów pojawiają się również nuty świeżej papierówki.

Dom Bliskowice DB J’16 – polska wersja lekkiego vinho verde. Wino mocno mineralne i zielone zarówno w nosie jak i w ustach; niska zawartość alkoholu predysponuje je na zbliżające się upalne dni.

Winnice Wzgórz Trzebnickich Pinot Gris 2014 – pomarańczowe wino pełną gębą. Sporo kwaśnych porzeczek i skórki pomarańczowej w nosie, jest też nieco octu jabłkowego. Na finiszu delikatna goryczka.

Winnica Płochockich Kvevri 2014 – to wino opisywałem już tutaj; wino po raz kolejny wywarło na mnie duże wrażenie; nuty kredowe mieszają się tu z aromatami miodowo-kandyzowanymi, choć na języku panuje zupełna wytrawność.

Winnica de Sas Milvus 2015 – sproszkowana cegła, przysuszona skórka pomarańczowa, nalewka pigwowa i słonawe nuty na zakończenie. Wino totalnie pojechane, potrzebujące osoby na nie gotowej i odpowiedniego towarzysza na talerzu (sery z porostem niebieskiej pleśni będą wręcz idealne).

Winnica Kinga Czerwone 2016 – prosta, ale czysta czerwień bazująca na garści czerwonych owoców. Średnio-lekkie na języku z delikatną kwasowością.

Winnica Spotkaniówka Regent 2015 – landrynkowa wersja regenta, w której nie ma mowy o nutach buraczanych. Trochę gumy balonowej dorzuconej do kompotu z czerwonych owoców. Krócej mówiąc po prostu smaczny regent.

44 Winnice Dziedzic Sukcesor 2014 – czuć ciężar gatunkowy już w nosie. Wiśnie z nalewki i lakier dominują. Po dotlenieniu również soczysta owocowość. Mocarny owoc także ustach. Koniecznie podawać do dobrego (polskiego) mięsiwa na talerzu.

Winnica Zadora RoRe 2012 – sporo beczki, ale też ładny, dojrzały, krągły owoc. Przewijają się wiśnie i jeżyny. Wyraźna tanina nadaje charakteru.

Winnica Sandomierska Rose 2016 – opisywałem tutaj.

Winnica Nad Jarem Rose 2016 – opisywałem tutaj.

Winnica de Sas Parus Słomowe 2016 – podane do deseru nie zachwyciło. Zdecydowanie lepiej wypadłoby w towarzystwie dojrzewających serów pleśniowych. Nieco nut drożdżowych w nosie. Na języku stosunkowo mało słodyczy i dużo kwasu. Beczka i tanina determinują na razie jego charakter, koniecznie odłożyć na kilka lat.

Enoturystyka na dwóch kółkach: Winnica św. Jakuba

Podróże, wino

Przemierzaliśmy Sandomierszczyznę na rowerach od kilku dni. Wciąż jednak nie dotarliśmy do głównego celu naszej wyprawy, miasta od którego tereny te brały swoją nazwę. Odwiedzaliśmy kolejne winnice poznając ich właścicieli, oglądając uprawy winorośli i degustując wina produkowane na Sandomierskim Szlaku Winiarskim. Przed nami pozostawał jednak bardzo ważny punkt programu. Punkt, bez którego wszystkich pozostałych być może dziś nawet by nie było. Przez te kilka dni na dwóch kółkach nikt z nas nie miał czasu, aby zadać sobie pytanie o początki winiarstwa w okolicach Sandomierza. Kto i dlaczego właściwie rozpoczął uprawę winorośli w tym zakątku Polski? Jaki wpływ miała ona na kolejne pokolenia tutejszych mieszkańców i czy rzeczywiście można dziś mówić o wielowiekowej tradycji? Na wszystkie te pytania odpowiedzi znaleźliśmy goszcząc w Winnicy św. Jakuba należącej do Dominikanów. Idźmy (jedźmy) jednak po kolei…

***

Poranek obudził nas pochmurnym niebem i rześkim powietrzem. Wczesnym popołudniem miał zacząć padać deszcz, więc zależało nam, aby do tego czasu dojechać do Sandomierza. Co prawda od miasta nie dzieliła nas duża odległość, ale mieliśmy w planach spokojną jazdę i kilka przystanków, a zatem należało wstać jak najwcześniej. Zanim reszta uczestników wyprawy wyszła z namiotów, zdążyłem przejść się jeszcze do winnicy i zrobić kilka zdjęć. Później szybko złożyliśmy obozowisko, zapakowaliśmy nasz dobytek na rowery i ruszyliśmy w stronę ostatniego celu wyprawy. Z Marcelim, który raczył nas opowieściami o rodzinnym gospodarstwie poprzedniego wieczora, pożegnaliśmy się jedynie telefonicznie, bo z samego rana sam wyjechał do Sandomierza.

Pogoda stopniowo zaczęła się zmieniać. Pojawił się wiatr, a na niebie nie było nawet śladu promieni słońca. Mimo to szybko zmieniliśmy początkowy plan i zdecydowaliśmy się obrać nieco dłuższą od zakładanej, ale o wiele przyjemniejszą drogę. Kilka kilometrów przed miastem zatrzymaliśmy się na punkcie widokowym przy Górach Pieprzowych na późne śniadanie. Dosłownie wymietliśmy z sakw wszystko, co nadawało się do jedzenia.

Do Sandomierza dojechaliśmy około godziny 13. Widok Wzgórza Świętojakubskiego obsadzonego rzędami winorośli oraz klasztor i Kościół św. Jakuba znajdujące się tuż za nimi to jeden z tych obrazków, które będą pojawiać się w naszych głowach zawsze wspominając tegoroczną majówkę. Ojciec Marek, z którym pozostawałem w stałym kontakcie, przywitał nas tuż przy wjeździe do winnicy i kompleksu klasztornego. Miejsce, w którym mieliśmy się ulokować na tę noc miało się zwolnić dopiero za jakiś czas. Zostawiliśmy większość bagaży i rowery, po czym umówiliśmy się z naszym kolejnym gospodarzem na później. Podczas gdy damska część wyprawy rozsiadła się wygodnie w małej kafejce oferującej pyszną gorącą czekoladę (rzecz nie do przecenienia po pokonaniu kilkunastu kilometrów rowerem w niesprzyjającej aurze) i domowe wypieki, ja z Ł. wsiedliśmy na tandem i ruszyliśmy po nasze auta. To był w sumie pierwszy raz, kiedy miałem okazję na nim jechać i po kilkunastu metrach zaczęła mi świtać myśl o zakupie takiego sprzętu… Kto wie, być może następna wyprawa przez winnice relacjonowana będzie już z roweru dwuosobowego…?

***

Ojciec Marek zaprosił nas na wieczorne spotkanie, abyśmy w spokoju mogli porozmawiać. Siedzieliśmy w jednym z pomieszczeń wchodzących w skład zabytkowej zabudowy klasztornej. Chociaż ściany przykrywała warstwa tynku i pastelowa farba, ojciec kreślił palcem jego pierwotny zarys próbując przedstawić je oczom naszej wyobraźni jak najwierniej.

Spróbowaliśmy pierwszego wina. Delikatnej mieszanki szczepów deserowych i hybryd. Wino miało złocistą barwę, dość intensywną. W aromacie dominowały niedające się z niczym pomylić nuty pochodzące od odmian, które nie są przeznaczone do produkcji wina. Mimo to przebijały się tu również świeże białe owoce i kwiaty, a lekkie musowanie ułatwiało odbiór. Nie trunek w kieliszku miał jednak zaprzątać nasze myśli tego wieczora. Ojciec Marek płynnie od degustowanego wina przeszedł do meritum, to znaczy historii Dominikanów w Sandomierzu.

Mało kto zdaje sobie dziś sprawę, że centrum Sandomierza w zamierzchłych wiekach znajdowało się nie tam, gdzie dziś tętni życie turystyczne, to znaczy na Starówce, a właśnie wokół Wzgórza Świętojakubskiego (nazywanego też Staromiejskim, jak widać nie bez powodu). Badania prowadzone wokół klasztoru potwierdzają, że już w X wieku okolice te były intensywnie zasiedlone. Dopiero po 1286 roku, kiedy to Leszek Czarny po najazdach tatarów nadał ponowną lokację miastu, jego centrum przesunęło się na północny-wschód.

Obecność Dominikanów na tych terenach miała również decydujący wpływ na winiarski charakter regionu. To właśnie oni rozpoczęli uprawę winorośli w Sandomierzu i okolicach. Pierwsze sadzonki pojawiły się tutaj za sprawą braci, którzy przywieźli je z Włoch (akcenty italianistyczne są nieuniknione!). To właśnie na italskiej ziemi Dominikanie stawiali pierwsze kroki w winoogrodnictwie i to właśnie stamtąd pochodziła ich wiedza. Jak podają źródła, pierwsze nasadzenia pojawiły się tu już w 1226r., a dwanaście lat później klasztor otrzymał od Książąt Piastowskich certyfikat uprawniający do handlu winem gronowym. We wspomnianym wyżej 1286r. Leszek Czarny jedynie potwierdził prawo braci do sprzedaży wina. W kolejnych stuleciach Sandomierz jawił się jako kraina winem płynąca, niektórzy sądzą, że wokół miasta było aż 150 hektarów winnic (wystarczy pomyśleć, że dziś winnice w całej Polsce zajmują zaledwie 413 ha, wliczając to w te, które nie prowadzą jeszcze sprzedaży…). Złoty okres zakończył się wraz z kasatą klasztoru w 1864 roku przez cara. Winiarska historia tego miejsca ożyła dopiero po 137 latach nieobecności braci, kiedy to w 2001 roku wrócili do Sandomierza i ponownie obsadzili Wzgórze Staromiejskie winoroślą.

Historyczny rys winiarski podkreśliło kolejne wino, które pojawiło się tego wieczoru w kieliszkach. Ojciec Marek przyniósł je z romańskiej piwnicy, którą mieliśmy okazję dzięki niemu zobaczyć na własne oczy. Badania prowadzone w klasztorze i wokół niego wykazały obecność pomieszczenia aktualnie znajdującego się niemal całkowicie pod ziemią. Jak wytłumaczył (i pokazał) nam jednak ojciec, w XIII wieku poziom terenu był w tym miejscu o wiele niższy od aktualnego. Otwory okienne wybudowane w piwnicy miały wtedy za zadanie wprowadzanie do wewnątrz światła dziennego. Dziś panuje tu całkowita ciemność i niezbędne jest użycie sztucznego światła, aby móc podziwiać tę romańską perłę ukrytą tuż przy klasztorze ojców Dominikanów w Sandomierzu. Nasz przewodnik nakreślił również plany zagospodarowania tego miejsca na najbliższe lata. Poza pierwotnym przeznaczeniem (piwniczka na wino) ma tu powstać niewielkie muzeum winiarstwa na Sandomierszczyźnie.

Wróćmy do wina. Róż na bazie szczepów Rondo i Regent Dominikanie wyprodukowali przy współpracy z Winnicą Płochockich. Wino miało delikatną barwę, było bardzo lekkie, a w aromacie przewijały się nuty poziomek i truskawek. Niewielka ilość cukru balansowała niewielką ilość kwasu. Niezobowiązujący trunek na ciepłe letnie wieczory, idealny, aby sączyć bezrefleksyjnie po ciężkim dniu…

Nie przyciągnęło ono jednak naszej uwagi na długo, bo ojciec Marek kontynuował swoją opowieść. Próbując uzmysłowić nam na jakim etapie są badania w Sandomierzu, odniósł się do miast, w których spędzamy większość naszego życia na co dzień. Zarówno najstarsze dzielnice Wrocławia, jak i Poznania zostały wręcz przeczesane przez badaczy. O Ostrowie Tumskim wiemy już niemało. Co więcej, nie jest to wiedza zarezerwowana dla wąskich kręgów, bo miasto zadbało w odpowiedni sposób o turystę głodnego historycznej wiedzy. Wzgórze Staromiejskie wraz z całym kompleksem pod tym względem pozostaje mocno z tyłu, nad czym ubolewa ojciec Marek. Jednym z celów, jakie postawili sobie Dominikanie na najbliższe lata jest właśnie nadrobienie tych zaległości. Już ruszyły projekty badawcze mające na celu dokładne poznanie tego, co skrywa ziemia pod klasztorem i Kościołem Św. Jakuba, ale wciąż pozostaje wiele do zrobienia w kwestii ekspozycji ich wyników.

***

Pomimo, że opowieść snuta przez o. Marka pochłonęła nas bez reszty, zmęczenie zaczęło dawać nam o sobie znać i na krótko przed północą przestaliśmy walczyć z zamykającymi się oczami. Umówiliśmy się z naszym gospodarzem na kontynuację następnego dnia. Zerwaliśmy się skoro świt, szybko coś przekąsiliśmy i jak tylko skończyła się poranna msza podeszliśmy do Kościoła św. Jakuba (jakby nie było poprzedniego wieczora do tego miejsca nie dotarliśmy).

Mieliśmy już jakieś podstawy jeśli chodzi o historię Dominikanów na tych ziemiach. W połączeniu z wiedzą wyniesioną ze szkoły na temat rodu Piastów, byliśmy w stanie nadążać za tym, o czym mówił nam ojciec Marek. Kościół św. Jakuba to jedna z głównych atrakcji turystycznych w Sandomierzu. Cały kompleks klasztorny powstał w XIII wieku. Głównym budulcem były cegły wypalane na miejscu. Bogate zdobienia elewacji świadczą o kunszcie budowniczych. Nasz przewodnik zwrócił nam szczególną uwagę na dwie rzeczy: etapy w jakich przebiegała budowa klasztoru i świątyni oraz portal główny, nazywany po łacinie Porta Caeli, to znaczy Brama Niebios.

Pojedyncze cegły okalające drzwi wciąż noszą ślady glazury, która odbijała promienie słoneczne rozświetlając portal w zamierzchłych czasach. To prawdopodobnie stąd wzięła się nazwa głównego wejścia prowadzącego do wnętrza kościoła. Również tutaj znaleźliśmy znaki odnoszące się do winiarstwa. Na niektórych cegłach, obok symboli biblijnych i podobizn osób związanych z Sandomierzem tudzież Dominikanami, pojawiają się liście winnej latorośli.

Na początku XX wieku część kościoła strawił pożar. To tragiczne wydarzenie okazało się przynieść za sobą częściowo pozytywne skutki. W epoce barokowej wnętrze świątyni przebudowano na ówczesną modłę zatracając jej oryginalny romański charakter na kolejne dziesięciolecia. Podczas renowacji, której poddano kościół po pożarze, postanowiono wrócić do korzeni i „zreromanizować” wnętrze na tyle, na ile było to możliwe. Dzięki temu dziś możemy je podziwiać w formie bliskiej zamysłowi XIII wiecznych budowniczych.

Wewnątrz Kościoła św. Jakuba znajduje się kilka punktów, których pominięcie byłoby zaniedbaniem ze strony odwiedzających. Należą do nich między innymi: gotycka płyta nagrobna księżniczki Adelajdy oraz sarkofag znajdujący się w prezbiterium, w którym spoczywa jej ciało; krypta męczenników, w której złożono znalezione podczas badań archeologicznych szczątki Dominikanów zamordowanych podczas najazdu tatarskiego; zakrystia kryjąca gotyckie tarcze herbowe możnych rodów czy chociażby secesyjne witraże znajdujące się za ołtarzem i zdobiące prezbiterium.

Jest też jeszcze jeden punkt warty uwagi – wczesno romańska dzwonnica, na którą mogliśmy wejść dzięki uprzejmości naszego przewodnika. Mało kto dziś wie, że najstarszy (lub jego równolatek) datowany dzwon znajduje się właśnie w Kościele św. Jakuba w Sandomierzu, a pochodzi on z 1314 roku. Oprócz niego dzwonnica kryje również nieco młodszy egzemplarz z 1389 roku i jeszcze jeden z połowy XVIII wieku.

***

Naszą podróż w głąb historii Dominikanów na Sandomierszczyźnie zakończyliśmy skokiem w przyszłość. Ojciec Marek pokazał nam prezentację multimedialną, która dokumentuje częściowo wyniki przeprowadzonych dotychczas badań. Jak wielokrotnie podkreślał, wciąż pozostaje wiele do zrobienia, a profesjonaliści z dziedziny archeologii mają tu ogromne pole do działania.

Dominikanie chcą odkrywać krok po kroku to, co zatracono przez wieki. Wzgórze Świętojakubskie w najbliższych latach będzie z pewnością zyskiwać na atrakcyjności. Ciągle powiększana winnica to tylko pretekst, który nawiązuje do najstarszych tradycji winiarskich w regionie, ale też zachęca przybyszów do zagłębienia się w klimat tego miejsca. Nam wystarczyła dosłownie doba, aby wczuć się w to miejsce i zacząć oddychać jego rytmem. To przecież tutaj rozpoczął się Sandomierz i to właśnie tutaj zasadzono pierwsze krzewy winne, a Dominikanie odegrali w tym niemałą rolę…

Poprzednie wpisy z cyklu Enoturystyka na dwóch kółkach znajdziesz klikając poniżej:

winnica_nad_jarem_logo

Bez tytułu

IMG_8243

IMG_8269