Polskie wina i cydry w SPOT. vol. 4

kuchnia, wino

Jeszcze kilka lat temu nie ośmieliłbym się nawet pomyśleć, że kiedykolwiek półka z winami polskimi w mojej piwniczce będzie dłuższa niż jakakolwiek inna. Dziś wydaje mi się to zupełnie naturalne. I żeby była jasność: nie kupuję rodzimych butelek na umór z sentymentu. Chętnie po nie sięgam bo rzadko już ich jakość odbiega od tego, do czego przyzwyczaili nas najlepsi producenci z krajów określanych jako winiarskie. O ile jeszcze przed kilkoma laty kupowanie polskiego wina było ruletką o wysokim stopniu ryzyka, o tyle dziś już prawie zawsze wygrywamy w tę grę.

 

Polskie Korki

Obraz polskiego winiarstwa śledzę na bieżąco dość skrupulatnie od kilku lat. Dokonywanie  porównań i dostrzeganie postępów polskich winiarzy ułatwia mi wydarzenie organizowane co roku na poznańskiej Wildzie w restauracji/galerii sztuki SPOT. Tegoroczna edycja była już czwartą i zdecydowanie najbardziej udaną. Pod wieloma względami.

Fachowa organizacja wydarzenia to już niemal pewnik. Z roku na rok jednak impreza cieszy się coraz większym zainteresowaniem – tak branży winiarskiej, jak i publiczności. W ubiegły weekend na Wildzie pojawiło się znów grono znakomitych winiarzy z całej Polski, zjechali przedstawiciele najważniejszych winiarskich mediów w kraju oraz pojawiła się śmietanka sommelierów ze stolicy Wielkopolski i nie tylko. Popołudniowa degustacja otwarta zgromadziła natomiast tłumy osób ciekawych smaku polskiego wina.

Podczas tegorocznej edycji Polskich Win i Cydrów odbył się również po raz pierwszy konkurs winiarski Polskie Korki (warto zaznaczyć, że patronatem objął go sam Marszałek Województwa Wielkopolskiego). Międzynarodowe jury (Ursula Heinzelmann, Hirotake Ikeda, Maciej Nowicki, Lechosław Olszewski, Łukasz Głowacki, Paweł Białęcki, Maciej Sokołowski, Maciej Danielewicz, Mateusz Dobrzykowski, Tomasz Kramer) pod przywództwem Tomasza Prange-Barczyńskiego, naczelnego Magazynu Wino, musiało zmierzyć się z ponad osiemdziesięcioma butelkami nadesłanymi przez 26 rodzimych producentów. Musujący Gostart z Winnicy Gostchorze o potężnej świeżości, wysokiej kwasowości i pięknym perlażu, czysty jak łza cytrusowy Riesling 2016 z Winnicy Turnau czy delikatny Pinot Noir 2015 (Winnice Wzgórz Trzebnickich) z nutami owoców leśnych i przypraw korzennych – to zdobywcy zaledwie trzech Polskich Korków, w sumie przyznano ich dwanaście w czterech kategoriach. Członkowie jury zgodnie stwierdzili, że wybór był bardzo trudny, bo praktycznie nie trafiały się butelki wadliwe (rzecz jeszcze na porządku dziennym podczas konkursów organizowanych w innych częściach kraju kilka lat wstecz), a nadesłane próbki były na wysokim i zbliżonym do siebie poziomie. Poniżej zamieszczam listę pozostałych zwycięzców i (jeśli miałem okazję degustować) krótką notkę do każdego z nich.

 

Wina białe

  1. Riesling 2016, Pomorze Zachodnie, Winnica Turnau (czysty aromat cytrusów i żółtych owoców jak morele czy brzoskwinie; do tego cienka nuta kwiatowa)
  2. Solaris 2016, Pomorze Zachodnie, Winnica Turnau
  3. Kadryl 2016, Lubuskie, Winnica Equus (zrównoważony w bukiecie, wszystko idealnie w szeregu, bez żadnych „skoków w bok”; na języku kremowy, wygładzony i elegancko zaokrąglony)

 

Wina różowe

  1. Rosé 2016, Sandomierz, Winnica Płochockich (opisywałem tutaj)
  2. Rosé 2015, Pomorze Zachodnie, Winnica Turnau
  3. Rondo Rosé 2016, Winnica Wielkopolska

 

Wina czerwone

  1. Pinot Noir 2015, Dolny Śląsk, Winnice Wzgórz Trzebnickich (nuty poziomek, jagód i malin podbite aromatami ziemisto-korzennymi; delikatna i elegancka struktura na języku z ładną kwasowością)
  2. Hople Testarossa 2015, Dolny Śląsk, Hople Paczków
  3. Regelt 2016, Wyżyna Sandomierska, Winnica Nad Jarem (opisywałem tutaj degustowane jeszcze przed butelkowaniem; dziś to wino ma przed sobą świetlaną przyszłość; bardzo ładny balans pomiędzy nutami owocowymi (wiśnia, jeżyna), a beczkowym wykończeniem; koniecznie odłożyć na 2-3 lata)

 

Wina specjalne

  1. Gostart 2015, Lubuskie, Winnica Gostchorze (twarda wersja rieslinga zamusowanego; nuty mineralne i cytrusowe; wysoka kwasowość oraz długo utrzymujący się perlaż)
  2. Rak 2016, Pomorze Zachodnie, Winnica Zodiak
  3. Solaris 2016, Dolny Śląsk, Winnica Jakubów (zanotowałem na skraju kartki: świeże, aromatyczne, rześkie; na języku słodycz nie zapycha, zadziwiająco dużo kwasu idealnie balansuje i odciąża całość)

 

Polska na talerzu, Polska w kieliszku

Raz jeszcze muszę to powtórzyć: jeszcze kilka lat temu nie ośmieliłbym się nawet pomyśleć… że food pairing polskiej kuchni wyłącznie z polskimi winami będzie kiedykolwiek możliwy. O tym jak duży potencjał kryje w sobie nasza rodzima kuchnia i rodzime butelki, przekonałem się już po raz drugi dzięki degustacji komentowanej w SPOT. Tegoroczne menu zostało ułożone i przygotowane przez Macieja Nowickiego, na co dzień szefa kuchni w Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie.

 

Truskawka|Czarny bez|Amarantus|Ocet Jabłkowy

Do tatara z truskawek okraszonego syropem z czarnego bzu, odrobiną wietrzonej czerwonej cebuli i amarantusem podano trzy cydry i dwa wina musujące. Pomimo, że jabłeczniki solo spisywały się znakomicie, to nawet bardzo rześki i intensywnie jabłkowy Cydr Chyliczki Kronselka 2015 wypadał blado przy intensywnym tatarze. O niebo lepiej poradził sobie nagrodzony złotem musujący Gostart, którego wyraźne bąble i wysoka kwasowość idealnie dopełniały smaku dania. Równie dobrze spisał się Blanc 2014 produkowany metodą Charmat przez Winnice Wzgórz Trzebnickich. Jego miodowo-truskawkowy nos i miękkie, niemalże kremowe usta wyśmienicie pasowały do zaproponowanej wariacji na bazie soczystych truskawek.

7

 

Sielawa|Pietruszka|Agrest|Limonka|Mięta

Drugie danie okazało się być nie lada wyzwaniem dla zaproponowanych win. Wśród piątki bieli wytypowanych do tego seta moim zdaniem najbardziej na plus w połączeniu ze słodko-kwaśną mieszanką na talerzu wyróżniło się Chardonnay 2015 z Winnicy Turnau. Beczkowe nuty oraz swoista świeżość tego wina znalazły odzwierciedlenie w musie z pasternaku oraz zielonym agreście, które towarzyszyły nieco ginącej pod natłokiem smaków i aromatów rybie. Samo wino nie przytłaczało dębiną, bo jego połowa dojrzewała w beczkach… akacjowych.

5.jpg

 

Jajo|Niebieski Książe|Botwina|Lubczyk|Olej dyniowy

Wydawać by się mogło, że znaleźć odpowiednie wino do tego dania to zadanie praktycznie niemożliwe. Jak się okazało było to o wiele łatwiejsze niżbyśmy się spodziewali. Omlet z botwiną w towarzystwie intensywnego sera i oleju dyniowego znalazł dobrego kompana praktycznie w każdym z pięciu win podanych w tym secie. Świeżutkie i kamienne DB J’16 (Dom Bliskowice) aspirujące do miana polskiego vinho verde świetnie grało z zielonymi akcentami na talerzu. Nieco nieokrzesane pomarańczowe Pinot Gris 2014 (Winnice Wzgórz Trzebnickich) znalazło towarzysza w pleśniowym serze. Kadryl 2016 (Winnica Equus) ze swoją kremową, zaokrągloną strukturą z kolei grał do jednej bramki z botwiną i omletem. Pomarańczowe Kvevri 2014 (Winnica Płochockich) oraz Milvus 2015 (Winnica de Sas) ukazały niewidoczny dotychczas owocowy charakter w towarzystwie sera. Każde z tych połączeń było zdecydowanie udane i każde z nich wyciągało na pierwszy plan inny element dania oraz samych win.

4.jpg

 

Kaszanka|Rabarbar|Bób|Marchew|Pestki dyni

Już samo połączenie słonej, ziemistej przypieczonej kaszanki podanej na słodko-kwaśnym puree z marchwi i rabarbaru zrobiło niemałe wrażenie wśród degustujących. Obraz stał się jednak kompletny, gdy wokół talerza pojawiło się sześć wyśmienitych polskich czerwieni (nadmienię, że w tym kolorze wina Polska przez długi czas miała znikome sukcesy). Delikatny, truskawkowo-poziomkowy Pinot Noir 2015 (Winnice Wzgórz Trzebnickich) zgrał się wręcz wzorowo z puree, na którym podano kaszankę. Jej ziemiste nuty z kolei dopasowały się do korzennego charakteru wina. Równie dobrze wypadł w tym secie Merlot 2016 z Winnicy Wieliczka. Potężna dawka czereśniowej soczystości okraszonej aromatami liści porzeczek już sama w sobie robiła bardzo dobre wrażenie, ale w połączeniu z daniem na talerzu całość zyskała zupełnie innego wymiaru.

6.jpg

 

Wiśnia|Śmietana|Orzech laskowy|Pusty piernik|Czarnuszka

Szef kuchni, Maciej Nowicki, dawał upust swoim umiejętnościom przy każdym dotychczas serwowanym daniu. Niecodzienne połączenia na wskroś przesycone polskością wręcz rozpływały się na podniebieniach. Deser jednak sprawił, że wszyscy zaniemówili (łącznie z komentującym degustację naczelnym Magazynu Wino). Kremowe lody z chrupiącą kruszonką i suszonymi wiśniami podano z pięcioma trunkami, ale zwycięzca mógł być tylko jeden. Tym razem wino musiało ustąpić jabłecznikowi, i to nie byle jakiemu, bo Cydrowi Lodowemu 2015 (Chyliczki). Potężna dawka aromatów szarlotki i pieczonych jabłek idealnie dopełniała smaku lodów przesyconych bakaliami. Wysoka kwasowość trunku wystarczyła aby zbalansować tak słodycz cydru jak i deseru. Wyśmienite zakończenie.

8

 

Pleśnią i lodem

To, że w Polsce powstają czyste jak łza białe wina wytrawne, zarówno z hybryd, jak i z vinifer, nie jest już żadną nowością. Nowością natomiast są coraz częściej produkowane wina w sposób niestandardowy. Podczas degustacji komentowanej mieliśmy okazję spróbować kilku znakomitych win pomarańczowych, a także tych dojrzewających w gruzińskich amforach. Pojawiło się również jedno wino wytworzone z gron porażonych szlachetną pleśnią.

Tego dnia w SPOT. miała miejsce również premiera dwóch niecodziennych win z Winnicy Turnau. Pierwsze z nich, Szlachetny Zbiór, zostało wytworzone właśnie z solarisa porażonego botrytisem. Pomarszczone grona dały trunek o złocistej barwie, w którym przeplatają się nuty kwiatów, miodu i mandarynki. Bardzo wysoka zawartość cukru znajduje tu kontrapunkt w również wysokiej, orzeźwiającej kwasowości. Przy cenie 65zł za butelkę 0,375l jest to jedno z polskich win, których nie godzi się pominąć.

Drugą z prezentowanych nowości było Wino Lodowe. Na początku stycznia przy kilkustopniowym mrozie zamarznięte owoce odmiany johanniter zebrano i wytłoczono z nich moszcz. Wydajność była porażająco niska (około 20l ze 100kg), co miało też decydujący wpływ na wysoką cenę wina (bagatela 190zł za butelkę 0,375l).  W aromatach przewijają się kwaśne jabłka, miód lipowy i nieco ziołowości. Wino ma zdecydowanie mniej cukru niż Szlachetny Zbiór, za to kwasowości tu nie brakuje. Całość jest o wiele lżejsza od drugiej z nowości i zdecydowanie na bardzo wysokim (światowym) poziomie. Nie pozostaje nic innego, jak pogratulować Winnicy Turnau. Idźcie dalej tą drogą!

 

Wertykalnie w polskie winiarstwo

I po raz ostatni powtórzę: jeszcze kilka lat temu nie ośmieliłbym się nawet pomyśleć… że tak szybko będę mógł uczestniczyć w pierwszej (historycznej) degustacji pionowej win polskich aż dwóch producentów! Co więcej, była to degustacja na najwyższym poziomie, która pokazała, że nasze rodzime trunki potrafią starzeć się z klasą.

Winnice Wzgórz Trzebnickich i cztery kolejne roczniki rieslinga (2012-2016) dowiodły, że szczep ten świetnie się u nas zadomowił i można z niego produkować naprawdę długowieczne wina. Nawet najstarszy z nich prezentował wciąż nienaganną kwasowość, a i szczypty owocu w nim nie zabrakło. Oczywistym jest, że w tak wiekowym rieslingu nuty naftowo-apteczne będą już wyraźnie wyczuwalne. Niemniej jednak wino wciąż było smaczne i gwarantuję, że jeszcze za rok czy dwa lata mogłoby dać sporo radości osobie degustującej. Na podstawie czterech kolejnych roczników poczuliśmy również organoleptycznie jak duży wpływ na jakość wina ma panująca w danym okresie wegetacyjnym aura.

IMG_8751.JPG

O ile jakość vinifery uprawianej na Dolnym Śląsku sprawdziliśmy dzięki Winnicom Wzgórz Trzebnickich, o tyle długowieczność hybryd poddaliśmy próbie dzięki czterem butelkom z Winnicy Jakubów. Hibernal od tego producenta to już niemal klasyk na polskiej scenie winiarskiej. Najświeższy rocznik (2016) jest wciąż nieco zamknięty i potrzebuje czasu, aby się ułożyć. Już teraz jednak wyczuwalne są charakterystyczne dla tego wina aromaty liści porzeczki i odrobina ziołowości. Rok starszy egzemplarz jest natomiast o wiele bardziej aromatyczny i złożony. Miał on czas, aby dojrzeć, dzięki czemu nuty ziołowe (bazylia, mięta), zielone (liście porzeczki, agrest) i kwiatów (czarny bez) dopełniają się wzajemnie i tworzą spójną całość. Kolejne roczniki (2014 i 2009) wykazywały już pierwsze oznaki starości. W pierwszym z nich wciąż było nieco owocowości i świeżości, drugi natomiast był już mocno ewoluowany i potrzebował porządnego przewietrzenia w karafce, aby pozbyć się nieprzyjemnych nut.

Tą winiarską wycieczką kilka lat wstecz kończę mój przydługawy wywód i wyrażam najwyższe uznanie oraz gratuluję wszystkim, którzy zaangażowani byli w tegoroczne wydarzenie z cyklu Polskie Wina i Cydry w SPOT. Największe brawa należą się Lechosławowi Olszewskiego (szefowi SPOT.a) oraz całej ekipie pracującej tam na co dzień. Wasze starania podczas przygotowania i przeprowadzenia wydarzenia to bardzo duży wkład w rozwój polskiego winiarstwa. Oczywiście taka impreza nie mogłaby się odbyć bez nieocenionych rodzimych producentów, którzy z roku na rok stawiają się na Wildzie w coraz liczniejszym gronie, głęboki ukłon również w Waszą stronę. W końcu podziękowania i gratulacje również dla całego jury konkursu Polskie Korki, sommelierów, dziennikarzy i blogerów, którzy chociaż w minimalnym stopniu przyłożyli się do sukcesu tegorocznej edycji wydarzenia. Nie pozostaje mi nic innego, jak stwierdzić: idźcie (wszyscy) tą drogą! Chapeau bas!

 

 

Pozostałe wina zdegustowane podczas tegorocznej edycji Polskich Win i Cydrów:

Cydr Chyliczki Cydr Kronselka 2015 – intensywnie jabłkowy w nosie i bardzo świeży cydr. Na podniebieniu wyraźnie wytrawny z ładną kwasowością i delikatną taniną. Idealny na upalne popołudnia na tarasie.

Winnica Chodorowa Cydr Jabłkowy wytrawny 2014 – nieco mniej intensywny niż poprzednik, zdecydowanie bardziej delikatny. Do popijania solo, w parowaniu z jedzeniem ginie.

Cydr Smykań Stary Sad 2016 – bogactwo aromatów jabłecznych w nosie: pieczone jabłko, szarlotka, obtłuczone jabłka i pestka jabłkowa. Duża kwasowość na podniebieniu i wyraźna tanina. Sam sprawia dużo radości, daje też duże pole do popisu w kuchni.

Winnice Wzgórz Trzebnickich Blanc 2014 – kupaż pinot noir i chardonnay o wyraźnie brzoskwiniowej barwie. Kremowa struktura, delikatny bąbel i ładny truskawkowo-miodowy aromat.

Winnica Skarpa Dobrska Aqulegia 2016 – aromatyczna wersja rieslinga z dominującymi nutami kwiatów czarnego bzu i lipy. Stosunkowo niska kwasowość i krągła struktura.

Winnica Janowice Solaris 2016 – nieco zielonych nut w bukiecie, dużo polnych kwiatów, pokrzyw i świeżo skoszonej trawy. Całość świeża, czysta i oferująca szerokie pole do popisu z daniami na bazie ziół.

Winnica Jakubów Traminer 2016 – aromatyczne wino, którego bukiet opiera się na kwiatach czarnego bzu i muszkacie. Słodki nos przechodzi w wytrawne usta.

Winnica Saint Vincent Cuvèe Słoneczne 2016 – pomimo, że muscat i gewürztraminer stanowią niewielki procent kupażu, to właśnie one są bardzo wyraźnie wyczuwalne w nosie. Obok aromatów charakterystycznych dla tych dwóch szczepów pojawiają się również nuty świeżej papierówki.

Dom Bliskowice DB J’16 – polska wersja lekkiego vinho verde. Wino mocno mineralne i zielone zarówno w nosie jak i w ustach; niska zawartość alkoholu predysponuje je na zbliżające się upalne dni.

Winnice Wzgórz Trzebnickich Pinot Gris 2014 – pomarańczowe wino pełną gębą. Sporo kwaśnych porzeczek i skórki pomarańczowej w nosie, jest też nieco octu jabłkowego. Na finiszu delikatna goryczka.

Winnica Płochockich Kvevri 2014 – to wino opisywałem już tutaj; wino po raz kolejny wywarło na mnie duże wrażenie; nuty kredowe mieszają się tu z aromatami miodowo-kandyzowanymi, choć na języku panuje zupełna wytrawność.

Winnica de Sas Milvus 2015 – sproszkowana cegła, przysuszona skórka pomarańczowa, nalewka pigwowa i słonawe nuty na zakończenie. Wino totalnie pojechane, potrzebujące osoby na nie gotowej i odpowiedniego towarzysza na talerzu (sery z porostem niebieskiej pleśni będą wręcz idealne).

Winnica Kinga Czerwone 2016 – prosta, ale czysta czerwień bazująca na garści czerwonych owoców. Średnio-lekkie na języku z delikatną kwasowością.

Winnica Spotkaniówka Regent 2015 – landrynkowa wersja regenta, w której nie ma mowy o nutach buraczanych. Trochę gumy balonowej dorzuconej do kompotu z czerwonych owoców. Krócej mówiąc po prostu smaczny regent.

44 Winnice Dziedzic Sukcesor 2014 – czuć ciężar gatunkowy już w nosie. Wiśnie z nalewki i lakier dominują. Po dotlenieniu również soczysta owocowość. Mocarny owoc także ustach. Koniecznie podawać do dobrego (polskiego) mięsiwa na talerzu.

Winnica Zadora RoRe 2012 – sporo beczki, ale też ładny, dojrzały, krągły owoc. Przewijają się wiśnie i jeżyny. Wyraźna tanina nadaje charakteru.

Winnica Sandomierska Rose 2016 – opisywałem tutaj.

Winnica Nad Jarem Rose 2016 – opisywałem tutaj.

Winnica de Sas Parus Słomowe 2016 – podane do deseru nie zachwyciło. Zdecydowanie lepiej wypadłoby w towarzystwie dojrzewających serów pleśniowych. Nieco nut drożdżowych w nosie. Na języku stosunkowo mało słodyczy i dużo kwasu. Beczka i tanina determinują na razie jego charakter, koniecznie odłożyć na kilka lat.

Enoturystyka na dwóch kółkach: Winnica św. Jakuba

Podróże, wino

Przemierzaliśmy Sandomierszczyznę na rowerach od kilku dni. Wciąż jednak nie dotarliśmy do głównego celu naszej wyprawy, miasta od którego tereny te brały swoją nazwę. Odwiedzaliśmy kolejne winnice poznając ich właścicieli, oglądając uprawy winorośli i degustując wina produkowane na Sandomierskim Szlaku Winiarskim. Przed nami pozostawał jednak bardzo ważny punkt programu. Punkt, bez którego wszystkich pozostałych być może dziś nawet by nie było. Przez te kilka dni na dwóch kółkach nikt z nas nie miał czasu, aby zadać sobie pytanie o początki winiarstwa w okolicach Sandomierza. Kto i dlaczego właściwie rozpoczął uprawę winorośli w tym zakątku Polski? Jaki wpływ miała ona na kolejne pokolenia tutejszych mieszkańców i czy rzeczywiście można dziś mówić o wielowiekowej tradycji? Na wszystkie te pytania odpowiedzi znaleźliśmy goszcząc w Winnicy św. Jakuba należącej do Dominikanów. Idźmy (jedźmy) jednak po kolei…

***

Poranek obudził nas pochmurnym niebem i rześkim powietrzem. Wczesnym popołudniem miał zacząć padać deszcz, więc zależało nam, aby do tego czasu dojechać do Sandomierza. Co prawda od miasta nie dzieliła nas duża odległość, ale mieliśmy w planach spokojną jazdę i kilka przystanków, a zatem należało wstać jak najwcześniej. Zanim reszta uczestników wyprawy wyszła z namiotów, zdążyłem przejść się jeszcze do winnicy i zrobić kilka zdjęć. Później szybko złożyliśmy obozowisko, zapakowaliśmy nasz dobytek na rowery i ruszyliśmy w stronę ostatniego celu wyprawy. Z Marcelim, który raczył nas opowieściami o rodzinnym gospodarstwie poprzedniego wieczora, pożegnaliśmy się jedynie telefonicznie, bo z samego rana sam wyjechał do Sandomierza.

Pogoda stopniowo zaczęła się zmieniać. Pojawił się wiatr, a na niebie nie było nawet śladu promieni słońca. Mimo to szybko zmieniliśmy początkowy plan i zdecydowaliśmy się obrać nieco dłuższą od zakładanej, ale o wiele przyjemniejszą drogę. Kilka kilometrów przed miastem zatrzymaliśmy się na punkcie widokowym przy Górach Pieprzowych na późne śniadanie. Dosłownie wymietliśmy z sakw wszystko, co nadawało się do jedzenia.

Do Sandomierza dojechaliśmy około godziny 13. Widok Wzgórza Świętojakubskiego obsadzonego rzędami winorośli oraz klasztor i Kościół św. Jakuba znajdujące się tuż za nimi to jeden z tych obrazków, które będą pojawiać się w naszych głowach zawsze wspominając tegoroczną majówkę. Ojciec Marek, z którym pozostawałem w stałym kontakcie, przywitał nas tuż przy wjeździe do winnicy i kompleksu klasztornego. Miejsce, w którym mieliśmy się ulokować na tę noc miało się zwolnić dopiero za jakiś czas. Zostawiliśmy większość bagaży i rowery, po czym umówiliśmy się z naszym kolejnym gospodarzem na później. Podczas gdy damska część wyprawy rozsiadła się wygodnie w małej kafejce oferującej pyszną gorącą czekoladę (rzecz nie do przecenienia po pokonaniu kilkunastu kilometrów rowerem w niesprzyjającej aurze) i domowe wypieki, ja z Ł. wsiedliśmy na tandem i ruszyliśmy po nasze auta. To był w sumie pierwszy raz, kiedy miałem okazję na nim jechać i po kilkunastu metrach zaczęła mi świtać myśl o zakupie takiego sprzętu… Kto wie, być może następna wyprawa przez winnice relacjonowana będzie już z roweru dwuosobowego…?

***

Ojciec Marek zaprosił nas na wieczorne spotkanie, abyśmy w spokoju mogli porozmawiać. Siedzieliśmy w jednym z pomieszczeń wchodzących w skład zabytkowej zabudowy klasztornej. Chociaż ściany przykrywała warstwa tynku i pastelowa farba, ojciec kreślił palcem jego pierwotny zarys próbując przedstawić je oczom naszej wyobraźni jak najwierniej.

Spróbowaliśmy pierwszego wina. Delikatnej mieszanki szczepów deserowych i hybryd. Wino miało złocistą barwę, dość intensywną. W aromacie dominowały niedające się z niczym pomylić nuty pochodzące od odmian, które nie są przeznaczone do produkcji wina. Mimo to przebijały się tu również świeże białe owoce i kwiaty, a lekkie musowanie ułatwiało odbiór. Nie trunek w kieliszku miał jednak zaprzątać nasze myśli tego wieczora. Ojciec Marek płynnie od degustowanego wina przeszedł do meritum, to znaczy historii Dominikanów w Sandomierzu.

Mało kto zdaje sobie dziś sprawę, że centrum Sandomierza w zamierzchłych wiekach znajdowało się nie tam, gdzie dziś tętni życie turystyczne, to znaczy na Starówce, a właśnie wokół Wzgórza Świętojakubskiego (nazywanego też Staromiejskim, jak widać nie bez powodu). Badania prowadzone wokół klasztoru potwierdzają, że już w X wieku okolice te były intensywnie zasiedlone. Dopiero po 1286 roku, kiedy to Leszek Czarny po najazdach tatarów nadał ponowną lokację miastu, jego centrum przesunęło się na północny-wschód.

Obecność Dominikanów na tych terenach miała również decydujący wpływ na winiarski charakter regionu. To właśnie oni rozpoczęli uprawę winorośli w Sandomierzu i okolicach. Pierwsze sadzonki pojawiły się tutaj za sprawą braci, którzy przywieźli je z Włoch (akcenty italianistyczne są nieuniknione!). To właśnie na italskiej ziemi Dominikanie stawiali pierwsze kroki w winoogrodnictwie i to właśnie stamtąd pochodziła ich wiedza. Jak podają źródła, pierwsze nasadzenia pojawiły się tu już w 1226r., a dwanaście lat później klasztor otrzymał od Książąt Piastowskich certyfikat uprawniający do handlu winem gronowym. We wspomnianym wyżej 1286r. Leszek Czarny jedynie potwierdził prawo braci do sprzedaży wina. W kolejnych stuleciach Sandomierz jawił się jako kraina winem płynąca, niektórzy sądzą, że wokół miasta było aż 150 hektarów winnic (wystarczy pomyśleć, że dziś winnice w całej Polsce zajmują zaledwie 413 ha, wliczając to w te, które nie prowadzą jeszcze sprzedaży…). Złoty okres zakończył się wraz z kasatą klasztoru w 1864 roku przez cara. Winiarska historia tego miejsca ożyła dopiero po 137 latach nieobecności braci, kiedy to w 2001 roku wrócili do Sandomierza i ponownie obsadzili Wzgórze Staromiejskie winoroślą.

Historyczny rys winiarski podkreśliło kolejne wino, które pojawiło się tego wieczoru w kieliszkach. Ojciec Marek przyniósł je z romańskiej piwnicy, którą mieliśmy okazję dzięki niemu zobaczyć na własne oczy. Badania prowadzone w klasztorze i wokół niego wykazały obecność pomieszczenia aktualnie znajdującego się niemal całkowicie pod ziemią. Jak wytłumaczył (i pokazał) nam jednak ojciec, w XIII wieku poziom terenu był w tym miejscu o wiele niższy od aktualnego. Otwory okienne wybudowane w piwnicy miały wtedy za zadanie wprowadzanie do wewnątrz światła dziennego. Dziś panuje tu całkowita ciemność i niezbędne jest użycie sztucznego światła, aby móc podziwiać tę romańską perłę ukrytą tuż przy klasztorze ojców Dominikanów w Sandomierzu. Nasz przewodnik nakreślił również plany zagospodarowania tego miejsca na najbliższe lata. Poza pierwotnym przeznaczeniem (piwniczka na wino) ma tu powstać niewielkie muzeum winiarstwa na Sandomierszczyźnie.

Wróćmy do wina. Róż na bazie szczepów Rondo i Regent Dominikanie wyprodukowali przy współpracy z Winnicą Płochockich. Wino miało delikatną barwę, było bardzo lekkie, a w aromacie przewijały się nuty poziomek i truskawek. Niewielka ilość cukru balansowała niewielką ilość kwasu. Niezobowiązujący trunek na ciepłe letnie wieczory, idealny, aby sączyć bezrefleksyjnie po ciężkim dniu…

Nie przyciągnęło ono jednak naszej uwagi na długo, bo ojciec Marek kontynuował swoją opowieść. Próbując uzmysłowić nam na jakim etapie są badania w Sandomierzu, odniósł się do miast, w których spędzamy większość naszego życia na co dzień. Zarówno najstarsze dzielnice Wrocławia, jak i Poznania zostały wręcz przeczesane przez badaczy. O Ostrowie Tumskim wiemy już niemało. Co więcej, nie jest to wiedza zarezerwowana dla wąskich kręgów, bo miasto zadbało w odpowiedni sposób o turystę głodnego historycznej wiedzy. Wzgórze Staromiejskie wraz z całym kompleksem pod tym względem pozostaje mocno z tyłu, nad czym ubolewa ojciec Marek. Jednym z celów, jakie postawili sobie Dominikanie na najbliższe lata jest właśnie nadrobienie tych zaległości. Już ruszyły projekty badawcze mające na celu dokładne poznanie tego, co skrywa ziemia pod klasztorem i Kościołem Św. Jakuba, ale wciąż pozostaje wiele do zrobienia w kwestii ekspozycji ich wyników.

***

Pomimo, że opowieść snuta przez o. Marka pochłonęła nas bez reszty, zmęczenie zaczęło dawać nam o sobie znać i na krótko przed północą przestaliśmy walczyć z zamykającymi się oczami. Umówiliśmy się z naszym gospodarzem na kontynuację następnego dnia. Zerwaliśmy się skoro świt, szybko coś przekąsiliśmy i jak tylko skończyła się poranna msza podeszliśmy do Kościoła św. Jakuba (jakby nie było poprzedniego wieczora do tego miejsca nie dotarliśmy).

Mieliśmy już jakieś podstawy jeśli chodzi o historię Dominikanów na tych ziemiach. W połączeniu z wiedzą wyniesioną ze szkoły na temat rodu Piastów, byliśmy w stanie nadążać za tym, o czym mówił nam ojciec Marek. Kościół św. Jakuba to jedna z głównych atrakcji turystycznych w Sandomierzu. Cały kompleks klasztorny powstał w XIII wieku. Głównym budulcem były cegły wypalane na miejscu. Bogate zdobienia elewacji świadczą o kunszcie budowniczych. Nasz przewodnik zwrócił nam szczególną uwagę na dwie rzeczy: etapy w jakich przebiegała budowa klasztoru i świątyni oraz portal główny, nazywany po łacinie Porta Caeli, to znaczy Brama Niebios.

Pojedyncze cegły okalające drzwi wciąż noszą ślady glazury, która odbijała promienie słoneczne rozświetlając portal w zamierzchłych czasach. To prawdopodobnie stąd wzięła się nazwa głównego wejścia prowadzącego do wnętrza kościoła. Również tutaj znaleźliśmy znaki odnoszące się do winiarstwa. Na niektórych cegłach, obok symboli biblijnych i podobizn osób związanych z Sandomierzem tudzież Dominikanami, pojawiają się liście winnej latorośli.

Na początku XX wieku część kościoła strawił pożar. To tragiczne wydarzenie okazało się przynieść za sobą częściowo pozytywne skutki. W epoce barokowej wnętrze świątyni przebudowano na ówczesną modłę zatracając jej oryginalny romański charakter na kolejne dziesięciolecia. Podczas renowacji, której poddano kościół po pożarze, postanowiono wrócić do korzeni i „zreromanizować” wnętrze na tyle, na ile było to możliwe. Dzięki temu dziś możemy je podziwiać w formie bliskiej zamysłowi XIII wiecznych budowniczych.

Wewnątrz Kościoła św. Jakuba znajduje się kilka punktów, których pominięcie byłoby zaniedbaniem ze strony odwiedzających. Należą do nich między innymi: gotycka płyta nagrobna księżniczki Adelajdy oraz sarkofag znajdujący się w prezbiterium, w którym spoczywa jej ciało; krypta męczenników, w której złożono znalezione podczas badań archeologicznych szczątki Dominikanów zamordowanych podczas najazdu tatarskiego; zakrystia kryjąca gotyckie tarcze herbowe możnych rodów czy chociażby secesyjne witraże znajdujące się za ołtarzem i zdobiące prezbiterium.

Jest też jeszcze jeden punkt warty uwagi – wczesno romańska dzwonnica, na którą mogliśmy wejść dzięki uprzejmości naszego przewodnika. Mało kto dziś wie, że najstarszy (lub jego równolatek) datowany dzwon znajduje się właśnie w Kościele św. Jakuba w Sandomierzu, a pochodzi on z 1314 roku. Oprócz niego dzwonnica kryje również nieco młodszy egzemplarz z 1389 roku i jeszcze jeden z połowy XVIII wieku.

***

Naszą podróż w głąb historii Dominikanów na Sandomierszczyźnie zakończyliśmy skokiem w przyszłość. Ojciec Marek pokazał nam prezentację multimedialną, która dokumentuje częściowo wyniki przeprowadzonych dotychczas badań. Jak wielokrotnie podkreślał, wciąż pozostaje wiele do zrobienia, a profesjonaliści z dziedziny archeologii mają tu ogromne pole do działania.

Dominikanie chcą odkrywać krok po kroku to, co zatracono przez wieki. Wzgórze Świętojakubskie w najbliższych latach będzie z pewnością zyskiwać na atrakcyjności. Ciągle powiększana winnica to tylko pretekst, który nawiązuje do najstarszych tradycji winiarskich w regionie, ale też zachęca przybyszów do zagłębienia się w klimat tego miejsca. Nam wystarczyła dosłownie doba, aby wczuć się w to miejsce i zacząć oddychać jego rytmem. To przecież tutaj rozpoczął się Sandomierz i to właśnie tutaj zasadzono pierwsze krzewy winne, a Dominikanie odegrali w tym niemałą rolę…

Poprzednie wpisy z cyklu Enoturystyka na dwóch kółkach znajdziesz klikając poniżej:

winnica_nad_jarem_logo

Bez tytułu

IMG_8243

IMG_8269

 

Enoturystyka na dwóch kółkach: Winnica Sandomierska

Podróże, Winne Wtorki, wino

Z Ostrowca Świętokrzyskiego wyjechaliśmy o poranku. Był weekend majowy, więc ruch w mieście nie specjalny. Dla nas lepiej, ponieważ pierwsze kilometry w kierunku Sandomierza (a przede wszystkim Winnicy Sandomierskiej) mieliśmy przemierzyć jadąc ścieżką rowerową wzdłuż ruchliwej zazwyczaj drogi w stronę Ożarowa.

Pogoda zaczęła się psuć, wiatr wiał nam w twarze niemiłosiernie. Wlekliśmy się niczym żółwie, a poprzednie dni na rowerowym siodełku dawały nam o sobie znać nie poprawiając sytuacji. Zatrzymaliśmy się w Ćmielowie, gdzie Ł. i D. koniecznie chcieli zwiedzić Polską Fabrykę Porcelany. Niezbyt zainteresowani tematem, w tym czasie, ja i I. nadrobiliśmy zaległości odpowiadając na dziesiątki wiadomości. Wyjazd rowerowy pod namioty ma jedną z tych zalet, że człowiek jest poniekąd odcięty od świata i naprawdę odpoczywa od codzienności. Do czasu…

Ł. i D. zakończyli swoją wycieczkę po ćmielowskim muzeum porcelany po około godzinie. Wsiedliśmy na rowery i ruszyliśmy w dalszą trasę, za sobą mieliśmy dopiero nieco ponad 10km, a od celu naszej dzisiejszej wyprawy dzieliło nas kolejne 35.

***

Było już wczesne popołudnie, do winnicy mieliśmy wciąż dobre kilka kilometrów, ale zmieniający się krajobraz jednoznacznie wskazywał, że znajdowaliśmy się już blisko naszego celu podróży. Łagodne wzniesienia zastąpiły teraz strome podjazdy i zjazdy. Dwa czy trzy razy przejechaliśmy już przez lessowe wąwozy to gnając na złamanie karku dzięki sile grawitacji, to mozolnie wdrapując się na następne wzgórze.

Minęliśmy kolejny tego dnia znak ostrzegający o stromym zjeździe, mocniej chwyciliśmy kierownice rowerów i puściliśmy się w dół drogi, która prowadziła do Garbowa, rodzinnej miejscowości Zawiszy Czarnego i Generała Józefa Dowbora Muśnickiego (o ile ten pierwszy znany jest raczej większości Polaków, o tyle z tyle ze znajomością tego drugiego, ubolewam, jest znacznie gorzej). W centrum wioski znajduje się tablica upamiętniająca wielkiego polskiego rycerza. Jest tam też niewielka izba pamięci. Na drzwiach wisiała kartka z numerem telefonu, pod który należało dzwonić, aby spotkać się z Zawiszą. Niestety po trzech nieodebranych połączeniach odpuściliśmy i ruszyliśmy w dalszą drogę, Winnica Sandomierska znajdowała się prawie tuż za rogiem.

***

Kolejny wąwóz przed nami. Zjazd był tym razem bardziej stromy niż wszystkie pokonane dotychczas. Po prawej i lewej stronie mijaliśmy to grubsze, to cieńsze konary i korzenie, które przecinały intensywnie żółtą glebę. Obładowane bagażami rowery przy nadmiernej prędkości traciły równowagę i niebezpiecznie się chybotały, przez co użycie hamulców było konieczne już w połowie wąwozu. Pomimo nieustannych prób zwalniania, rowery przyśpieszały w zaskakującym tempie pchane wspomnianymi sakwami i innymi ładunkami. Do moich nozdrzy dotarł zapach przegrzanych klocków hamulcowych. Na szczęście właśnie dojechałem do końca wąwozu. Ł. i D. niesieni większym ciężarem tandemu odstawili nas trochę. Razem z I. minęliśmy kolejny zakręt i już ich widzieliśmy. Zobaczyliśmy też sporych rozmiarów biały dom i baner reklamujący cel naszej dzisiejszej podróży.

Zaparkowaliśmy przy przetwórni. Po chwili wyszedł z niej gospodarz, Marceli, właściciel Winnicy Sandomierskiej. Pomimo, że był to weekend majowy, pracy miał co nie miara. Wskazał nam szybko miejsce w ogrodzie, w którym mogliśmy rozbić namioty i wrócił do swoich obowiązków. Jeszcze zanim powstało nasze mikro obozowisko, wiedzieliśmy, że będzie to idealne miejsce na nocleg. Miękka trawa pod nami (po spaniu w środku lasu na ściółce wymieszanej z gałęziami to naprawdę był luksus), z jednej strony widok na pasiekę, z drugiej na położoną ponad nami winnicę łagodnie wznoszącą się ku horyzontowi.

Z Marcelim umówiliśmy się na wieczór, mieliśmy jeszcze jakieś dwie godziny dla siebie, więc na własną rękę zwiedziliśmy okolicę. Kątem oka dostrzegaliśmy co jakiś czas autokary i grupy wycieczkowe, które przyjechały tu z Sandomierza, aby zobaczyć winnicę i poznać podstawy uprawy winorośli.

***

Właściciel winnicy zaprosił nas na degustację, gdy na dworze było już ciemno. Ostatni zwiedzający opuścili gospodarstwo kilkadziesiąt minut temu. Rozsiedliśmy się w przestronnej, niedawno wyremontowanej, salce degustacyjnej. Gospodarz zaczął snuć opowieść o gospodarstwie i historii rodziny. Niemałym zaskoczeniem był dla nas fakt, że uprawę winorośli w rodzinie zapoczątkował nie Marceli, nie jego ojciec, a nawet nie jego dziadek. Pierwsze krzewy winne w gospodarstwie zasadził pradziadek Marcelego, a jeden z najstarszych rośnie po dziś dzień pod ścianą białego domu. Prawnuk założyciela pierwszej parceli postanowił wrócić do korzeni i wznowić uprawę. Doświadczenie zdobył już przy zakładaniu pierwszej winnicy uniwersyteckiej w Polsce, to znaczy winnicy przy Uniwersytecie Rolniczym im. Hugona Kołłątaja w Krakowie.

To właśnie tam Marceli stawiał pierwsze kroki w winiarskim świecie. Także tam nabrał przekonania do hybryd. Otwarcie wyznaje, że mieszańce stanowią trzon jego winnicy i za szybko się to nie zmieni (chociaż pierwsze nasadzenia vinifer zostały już poczynione). Właściciel Winnicy Sandomierskiej nie tworzy kupaży, wszystkie jego wina produkowane są w oparciu wyłącznie o jeden szczep. Jak tłumaczy, chce najpierw wychować konsumentów i klientów, chce pokazać im cechy poszczególnych odmian. Na kupaże i szczepy winne przyjdzie jeszcze czas. Mając jeszcze w pamięci słowa Tomasza, u którego gościliśmy poprzedniego wieczora, znów doszliśmy do wniosku, że na naszej drodze poznajemy nie tylko winnice, ale przede wszystkim ludzi, którzy podchodzą do tego samego zagadnienia w zupełnie inny sposób. Zapewne różne filozofie i teorie głoszone przez poszczególnych winiarzy z Sandomierszczyzny mają swoje silne i słabe strony, o tym które z nich sprawdzą się w dłuższej perspektywie przekonamy się nie wcześniej jak za kilkanaście lat.

Wracając do miejsca, w którym przebywaliśmy tamtego wieczora. Winnica Sandomierska to tak naprawdę jedynie wycinek działalności, jaką zajmuje się Marceli i jego rodzice. W gospodarstwie powstają również sery dojrzewające, jest pasieka, a co za tym idzie produkcja miodów. Są wreszcie sady owocowe, piaskowania i… przetwórnia wpisana na listę Dziedzictwa Kulinarnego Świętokrzyskiego, w której produkowane są różnego rodzaju kiszonki z warzyw i inne przetwory.

Podczas gdy gawędziliśmy z właścicielem, w kieliszkach znalazł się Seyval Blanc z 2016 roku. Wino miało jasną suknię. W nosie dominowały nuty zielonego jabłka, było też niezbyt intensywne ziołowo-kwiatowe tło. Na języku dało się wyczuć wyraźną kwasowość i nieco goryczki na finiszu. Całość sprawiała wrażenie lekkości i rześkości. Na pewno to wino sprawdziłoby się jako aperitif, a i do lekkich ryb bym nim nie pogardził.

Różowy Marechal Foch (ukłon w stronę dzisiejszej edycji Winnych Wtorków, których tematem są różowe wina z Europy Środkowej – w tym z Polski), również z 2016 roku, z początku był nieco zamknięty. Wino zaczęło się otwierać dopiero po mocnym dotlenieniu. Wyczuwalny z początku aromat lekarstwa na kaszel (jak stwierdził Ł., lekarz z zawodu) został zastąpiony kompotem truskawkowym i dojrzałymi poziomkami. W ustach również różowe owoce, a całość okraszona sporą dawką cukru resztkowego.

Solaris 2016 miał nieco ciemniejszą barwę niż próbowany wcześniej Seyval. Obdarowywał mocno aromatycznym nosem, zdominowanym przez nuty kwiatowo-owocowe z miodowym tłem. Spora kwasowość została skutecznie zdominowana przez wysoki cukier resztkowy. Zabieg ten sprawił, że wino to nie jest wymagające. Ot, taki niezobowiązujący, aczkolwiek porządny, towarzysz letnich wieczorów. I. była zachwycona.

Na koniec pozostał Regent rok starszy od pozostałych towarzyszy. Fermentował w stali, po czym dojrzewał przez rok w dębinie. Wino miało ciemnoczerwoną, mocno intensywną barwę z brunatną głębią. W nosie przyjemny owocowo-beczkowy bukiet. Dominowały owoce jagodowe, pojawiło się też trochę śliwek. Co najważniejsze, nie było tu nawet śladu po charakterystycznych dla tego szczepu buraczkach. W ustach niziutka kwasowość przez co całość wydawała się trochę płaska. Na pewno schłodzenie go nawet do 12˚C zadziała na jego korzyść, czego doświadczyliśmy próbując Regenta rok starszego…

…wspomnianą powyżej butelkę Regenta z 2014 otworzyliśmy do kolacji. W menażkach znalazła się kasza z sosem serowym, danie raczej mdłe ze zdecydowanie dominującą solą. Wspomniane wino sprawdziło się w tym połączeniu idealnie. Niska temperatura uwypukliła taniny, a sos na bazie serów wyciągnął na wierzch całą kwasowość, jaką kryła w sobie butelka. Było to na pewno połączenie o niebo lepsze od poprzedniego, którego mieliśmy okazję „doświadczyć” dwa dni wcześniej popijając półsłodkim frizzante kaszę z kiełbasą i serem…

***

Obudziliśmy się wczesnym rankiem. Pierwszy widok po wyjściu z namiotu nie mógł nie nastrajać nas pozytywnie, winnica w świetle pierwszych promieni słońca robiła niesamowite wrażenie. Nie mieliśmy jednak czasu podziwiać tego widoku zbyt długo, czekał na nas Sandomierz i Winnica św. Jakuba, ostatni punkt naszej wyprawy. Odwiedziny w Winnicy Sandomierskiej były dla nas bardzo ciekawym doświadczeniem. Mając już jakiś bagaż doświadczeń po kilku dniach i odwiedzeniu pozostałych winnic, mogliśmy skonfrontować opinie poszczególnych producentów i porównać je ze sobą. Nasze kubki smakowe też zaczęły kalibrować się na wina z Sandomierszczyzny, a po tych kilku dniach byliśmy w stanie dostrzec pewne cechy wspólne i ewentualne różnice. Marceli pokazał nam nie tylko swoje gospodarstwo, ale i otworzył przed nami rodzinną historię, która wiąże się z obecnością winorośli w okolicach Sandomierza. Jednak prawdziwy powrót do pierwszych winnych krzewów w Świętokrzyskim dopiero nas czekał, o tym w kolejnym wpisie…

 

Pozostali wtorkowicze napisali:

Autorzy bloga Winniczek sięgnęli po różowego Cfajgelda z… Winnicy Modła!

Blurppp rozwodzi się nad tym czym jest Europa Środkowa i otwiera róż z Węgier

Enoturystyka na dwóch kółkach: Winnica Modła

Podróże, wino

Od Płochockich wyjechaliśmy, gdy słońce już kierowało się ku horyzontowi. Ostatnie promienie ogrzewały nam twarze, ale jak tylko złocisty krąg zniknął za sadami majaczącymi przed nami, zrobiło się jeszcze chłodniej niż w ciągu dnia. Byliśmy już blisko miejsca, gdzie planowaliśmy rozbić namioty. To, co na mapie wydawało się być dość sporym lasem, w rzeczywistości okazało się niewielkim zagajnikiem. Drzewa były wciąż nagie, na gałęziach nie było nawet zapowiedzi młodych liści w postaci pączków.

Aby nie było nas widać z niewielkiej asfaltowej drogi, prowadziliśmy rowery w głąb zagajnika podmokłą dróżką przez dobre kilkanaście minut. Robiło się coraz ciemniej i chcąc rozłożyć namioty bez potrzeby korzystania ze światła latarek, musieliśmy zadowolić się tym, co znaleźliśmy dotychczas. Przygotowaliśmy teren pod obozowisko wyrzucając spróchniałe konary i wyrywając niewielkie krzewy. Rozłożenie namiotów zajęło nam dosłownie kilka chwil, Ł. w międzyczasie przykrył rowery zabezpieczając je przed wilgocią. Na noc zapowiadano temperaturę poniżej zera, więc czym prędzej zaszyliśmy się w śpiworach nie zdejmując przy tym grubych spodni i puchowych kurtek. Szybka kolacja przygotowana nad palnikiem gazowym i kilka łyków aromatycznego półsłodkiego frizzante (połączenie niezbyt udane biorąc pod uwagę obecność kaszy, sera i kiełbasy w menażkach, ale z kolei patrząc na okoliczności, najlepsze z możliwych) ukoiły nas do snu.

***

Noc minęła spokojnie, bez żadnych przygód, o dziwo również bez mrozu wdzierającego się w każdy odkryty fragment ciała. Dopiero po otworzeniu namiotu dotarło do nas zimne poranne powietrze, ale wraz z nim poczuliśmy też niesamowity zapach ściółki leśnej i rosy.

Czym prędzej wyszliśmy ze śpiworów, złożyliśmy namioty i zapakowaliśmy całe obozowisko na bagażniki rowerów. Od zamku Krzyżtopór dzieliło nas zaledwie kilka kilometrów, odległość w sam raz, aby się rozgrzać i rozbudzić. Na miejsce dojechaliśmy tuż po otwarciu zabytku dla zwiedzających. Dzięki temu mieliśmy szczęście przechadzać się po praktycznie opustoszałych ruinach z pierwszej połowy XVII wieku. Pojawił się i wątek italianistyczny, zamek w Krzyżtoporze bowiem jest przykładem fortecy budowanej na wzór włoskiego palazzo in fortezza, to jest pałacu posiadającego cechy obronne (jak chociażby baszty czy fosa i most zwodzony prowadzący do bramy głównej). Tego typu budowle powstawały w renesansie we Włoszech, rozpowszechniając się później na terenie całej Europy. Zamek w Krzyżtoporze, co ciekawe, był największą budowlą pałacową w Europie aż do momentu powstania Wersalu!

Śniadanie w takich okolicznościach wydało nam się wręcz obowiązkowym punktem programu, tym bardziej, że nasze żołądki zaczęły domagać się strawy. Szybkie zakupy w małym sklepiku i prawdziwa uczta w jarze, w którym niegdyś płynęła woda broniąca dostępu do zamku.

Jeszcze zanim ruszyliśmy w dalszą drogę zebraliśmy się wokół mapy, aby dokonać modyfikacji trasy przewidzianej na ten dzień. Początkowe założenia przewidywały przejazd do Ostrowca Świętokrzyskiego drogą o długości około 80km. Wszyscy jednak doskonale wiedzieliśmy, że nie jesteśmy w stanie wykonać tego planu w pełni. Dla mnie i I. ten wyjazd był właściwie pierwszym takim wyskokiem w tym roku, już 50km wydawało się dla nas niezłym osiągnięciem. Do takiej właśnie długości skróciliśmy trasę, po czym zebraliśmy nasz dobytek i zaczęliśmy pedałować w stronę celu wycieczki, Winnicy Modła.

***

Dystans pobyty tego dnia dał nam nieźle w kość, a to za sprawą licznych wzniesień, które musieliśmy pokonywać niemal do samego Ostrowca. Gdy już mieliśmy zatrzymać się na kolejny postój, nieoczekiwanie dojechaliśmy do jednej z głównych dróg prowadzących do miasta. Wstąpiły w nas nowe siły i ochoczo ruszyliśmy ku mecie.

Z właścicielem Winnicy Modła umówiliśmy się na wieczór. Przyjechał po nas tuż przed zmrokiem. Gdy weszliśmy do auta szybko zaproponował, abyśmy przeszli na „ty” i zabrał nas do swojej parceli. Wysiedliśmy z auta na niewielkim wzgórzu. W dole znajdowały się drzewa i niskie zarośla skutecznie kryjące rzekę, od której nazwę wzięła sama winnica. Teren stromo zbiegał ku wąskiemu ciekowi wodnemu. Tak nachylonego stoku obsadzonego winoroślą w Polsce jeszcze nie spotkałem! Kilka zdjęć i pytań do właściciela, po czym ruszyliśmy do winiarni znajdującej się przy domu Tomasza.

***

Po dotarciu na miejsce zobaczyliśmy pierwsze krzewy winne nasadzone przez właściciela Modłej. Rosną one spokojne po dziś dzień w przydomowym ogródku. Zeszliśmy do piwnicy, którą zaadaptowano jako winiarnię, salę degustacyjną i miejsce, gdzie dojrzewają wina.

Właściciel winnicy szczerze wierzy, że przyszłość polskiego winiarstwa leży w uprawie vitis vinifera, a dowodem na prawdziwość tej tezy są jego wina. Wypuszczane przez Winnicę Modła rok w rok niezwykle świeże, czyste i bogate w aromaty butelki potwierdzają, że nad Wisłą szczepy winne mają rację bytu (chociaż sama winnica Tomasza oddalona jest od najdłuższej polskiej rzeki o jakieś 30km). Jedno jest pewne, wina produkowane pod Ostrowcem mogą spokojnie konkurować z najlepszymi butelkami pochodzącymi z innych krajów winiarskich.

Przy akompaniamencie kilku rodzajów serów zagrodowych, oliwek, świeżej bagietki i aromatycznej oliwy zaczęliśmy degustację. Na pierwszy ogień poszedł Wrestling XV, czyli Riesling z 2015 roku. Wino o jaśniutkiej barwie, które obdarowało nas czystymi nutami zielonych jabłek i cytrusów. Zarówno w nosie, jak i na podniebieniu oferowało potężną dawkę rześkości i świeżości, a nawet nieco mineralnego tła. Wysoka kwasowość tego wina była tym bardziej wyczuwalna, że praktycznie nie pojawił się w nim kontrapunkt w postaci cukru resztkowego. W skrócie? Po prostu świetny polski Riesling!

Pod nazwą Pigriner XV krył się kupaż Pinot Gris i Gewürztraminera. Wino miało nieco ciemniejszą barwę, wchodzącą nawet w tony różowe, a to za sprawą wydłużonej maceracji. W nosie zdecydowanie dominował pierwszy ze szczepów, drugi być może da o sobie znać, gdy krzewy winnej latorośli zapuszczą głębiej swoje korzenie. Pojawiły się dojrzałe gruszki i jabłka, w ustach nieco pestkowej, ale delikatnej goryczki na finiszu. Więcej ciała niż u poprzednika. Już teraz jest bardzo dobrze, ale jeśli w kolejnych rocznikach pojawi się nieco więcej nut charakterystycznych dla Gewürztraminera, obraz będzie pełniejszy.

Różowy Cfajgeld XV miał ciepłą, malinową barwę, niezbyt intensywną. Wino w nosie oferowało typowe dla Zweigelta pod tą postacią nuty: dojrzałe poziomki, truskawki i maliny. Wino dość proste, ale czyściutkie i zniewalające w swojej prostocie. Delikatne musowanie na języku odciążało całość i nadawało lekkości. Kolejny przykład przyjemnego wina tarasowego z Polski.

Apricus XV to jeden z niewielu reprezentantów mieszańców w Winnicy Modła. Ładna, złocista barwa. Cytrusowe z początku, ale wciąż nieco zamknięte. Otworzyło się po dłuższej chwili w kieliszku i porządnym dotlenieniu oferując bogaty aromat złożony z agrestu, kwiatów czarnego bzu i białych owoców. Dość dużą kwasowość zbalansował wyraźnie wyczuwalny cukier resztkowy. Aromatyczność i rześkość w idealnej równowadze. Na pewno jest to wino, które zasmakuje większej rzeszy konsumentów. Proste w obsłudze zadowoli początkujących fanów polskiego wina, ale będące jednocześnie świetną interpretacją hybrydowego Solarisa zaciekawi znawców.

Po tych owocowych doznaniach przyszła pora na ciekawostkę. Riesling z 2014 roku, który nie trafił do sprzedaży za sprawą przypadku. Zabutelkowane wino pozostawiono do leżakowania. Okazało się jednak, że działalność drożdży się nie zatrzymała i trwała w najlepsze, tworząc wino musujące metodą tradycyjną. Riesling pozostał na osadzie drożdżowym, przez co nad kieliszkiem unosiły się silne aromaty chałki drożdżowej i pieczonych jabłek.  Drobne bąbelki odrywające się od dna kieliszka i wędrujące w górę przez złocisty płyn przyjemnie głaskały podniebienie… aż szkoda, że ten Riesling nie jest dostępny w regularnej sprzedaży…

Słyszeliście kiedyś o szczepie Bouvier? Jest to jedna z najczęściej występujących białych odmian w Austrii, dokąd dotarła z kolei ze Słowenii. Poza Burgenlandem jednak nie zrobiła ona większej kariery. Jej obecność pod Ostrowcem Świętokrzyskim jest zatem nie lada gratką dla enoturystów. Buwjer XVI produkowany przez Tomasza ma bledziutką suknię. W nosie dominują nuty kwiatowe, pojawia się też nieco białych owoców. Delikatne musowanie i kwasowość zdominowana przez aż 17g cukru resztkowego świetnie się uzupełniają. Ładne ciało i ładny balans. Wino kompletne krótko mówiąc.

Doszliśmy niemalże to końca tej niezwykłej podróży przez prawie same vinifery dojrzewające na stoku pod Ostrowcem Świętokrzyskim. Najlepsze (no dobra, jedno z najlepszych) zostało jednak na sam koniec. Cuvee XV to kupaż zdominowany przez odmiany Cabernet Sauvignon i Merlot z niewielką domieszką Blaufränkisch i hybrydy Léon Millot. Wino miało przepiękny aromat złożony z dojrzałych czarnych porzeczek i jeżyn, a w tle pojawiły się delikatne nuty beczkowe (mokre drewno, kora, tytoń, skóra). W ustach eleganckie taniny skrojone wręcz na miarę i kwasowość, która nadawała całości charakteru. Przepyszna czerwień, która stanowi dowód na to, że w Polsce udają się nie tylko wina białe!

***

Znów musieliśmy zmierzyć się z syndromem „podegustacyjnym”. Po całym dniu na świeżym powietrzu i nieustannym wysiłku, spotkania z producentami z Sandomierszczyzny stały się dla nas niezwykle miłym momentem dającym chwilę wytchnienia. Czas spędzony z właścicielem Winnicy Modła był dla nas nie lada przeżyciem, a samo spotkanie dało nam dużo do myślenia, nie tylko w kontekście winiarskim. Jedyne czego tym razem nie wynieśliśmy ze sobą, to wino. Każda z kolejnych butelek otwieranych przez Tomasza wywierała na nas coraz to większe wrażenie. Aby za bardzo nie obciążyć naszych rowerów na dalszą drogę, zdecydowaliśmy się zamówić wina po powrocie do domu.

P.s. Tej nocy spaliśmy pod dachem, na łóżkach!

Enoturystyka na dwóch kółkach: Winnica Płochockich

Podróże, wino

Prowadząc ze sobą rowery z trudem wdrapaliśmy się w górę dróżki, która prowadziła do Winnicy Nad Jarem. Za radami jej właścicieli zmieniliśmy naszą trasę i zdecydowaliśmy się pojechać pomiędzy oblepionymi białymi kwiatami sadami jabłkowymi. Słońce zaczęło nieco śmielej przebijać się zza chmur, a po kilku zdegustowanych winach poczuliśmy, jakby zrobiło nam się cieplej.

Wsiedliśmy na rowery i ruszyliśmy w dalszą drogę. Traf chciał, że pogoda z jednej strony była dla nas najlepsza z możliwych (to znaczy nie padał deszcz, ani nie wiał silny wiatr), z drugiej strony natomiast była to również idealna pogoda dla sadowników, którzy ochoczo ruszyli ze swoimi opryskiwaczami, aby chronić jabłonki przed chorobami…

Po około godzinie zatrzymaliśmy się na posiłek wśród (jeszcze) nieopryskanego sadu. Wprowadziliśmy rowery w głąb, pomiędzy dwa rzędy dość gęsto posadzonych drzewek, aby ukryć się przed wzrokiem tutejszych mieszkańców i oddalić się nieco od, w sumie mało uczęszczanej, asfaltowej drogi. Godzinne lenistwo i obżarstwo na świeżym powietrzu przerwał warkot zbliżającego się starego ciągnika, który zostawiał za sobą cuchnącą mgiełkę fungicydów…

***

Do Winnicy Płochockich dotarliśmy z małym opóźnieniem względem początkowych założeń. Słońce wciąż było na niebie, ale powoli zaczęło zmierzać ku horyzontowi. Zatrzymaliśmy się na niewielkim placu wysypanym kamieniami. Właściciel, Marcin Płochocki uwijał się właśnie pomiędzy małym autem dostawczym, a przetwórnią. Podszedł do nas, przywitał się, zamieniliśmy kilka słów i czekaliśmy na jego żonę. Pani Basia pojawiła się po kilku minutach prowadząc ze sobą już dwójkę enoturystów z Warszawy.

Nie chcąc sprawiać problemów naszym gospodarzom, zgodziliśmy się najpierw na degustację wspólnie ze wspomnianymi turystami ze stolicy, a dopiero potem na odwiedziny w winnicy. Rozsiedliśmy się przy dużym drewnianym stole w przestronnej salce degustacyjnej. Pierwszym słowem jakie padło z naszych ust było: ciepło. Dopiero teraz zauważyliśmy, że podczas całego dnia temperatura na dworze wcale nas nie rozpieszczała, ale podczas pedałowania i równomiernego wysiłku tego nie dostrzegaliśmy.

Nasza gospodyni nalała do kieliszków pierwsze wino, Hibia 2015. Był to kupaż Hibernala, węgierskiego Cserszegi Fűszeres i Gewürztraminera. Jasna słomkowa barwa, w nosie czysty bukiet oparty na takich nutach jak kwiaty czarnego bzu i nieco muszkatu, a w tle pokrzywy i gruszki. Wino było aromatyczne i rześkie zarazem. Również w ustach dało się wyczuć podobny balans, chociaż chwilami dominowały nuty zielone. O ile dwa pierwsze szczepy dawały o sobie znać śmiało, o tyle chociaż bardzo się starałem, Gewürztraminera nie znalazłem.

Na drugi ogień poszło Rose XVI, czyli kupaż odmian Bolero i Marechal Foch w równych proporcjach. Delikatnie różowa barwa, dość jasna. Aromaty jakie się pojawiły to bliżej nieokreślone miękkie owoce, nieco brzoskwiń. Wino było smaczne i sprawiało dużo przyjemności, ale zabrakło mi w nim czegoś, dzięki czemu bym je zapamiętał.

Przypominać za to nie muszę sobie smaku Rege XV. W skład tego wina weszły Regent i Cabernet Cortis. Intensywna, ciemna barwa wina zapowiadała bogate doznania na podniebieniu. Pierwszy nos przypomniał mi zapach 4 z Domu Bliskowice, to prawdopodobnie za sprawą Cortisa. Dużo owocu i liści czarnej porzeczki w natarciu. Po chwili również śliwka, przyprawy i nieco wanilii oraz nut korzennych pochodzących od beczki, w której wino dojrzewało. W ustach ładne, żywe aromaty jeżyn, jagód i czarnych porzeczek. Dobra kwasowość, średnie ciało i wyrazista, ale dobrze zintegrowana z całością tanina. Do tego długi, pieprznie podkręcony finisz. Wino samo w sobie bardzo nam zasmakowało, ale od razu zrodziły mi się w głowie pomysły, jaki charakter ukazałoby przy stole zastawionym polskimi przysmakami. No i potencjał do leżakowania też ma!

***

Państwo z Warszawy zakupili kilka butelek i zapakowali je do swojego auta, po czym zniknęli za kamiennym murkiem. My natomiast wybraliśmy się z panią Basią do winnicy. Wdrapaliśmy się ponad wyremontowane pokoje gościnne i dom właścicieli. Przeszliśmy wzdłuż parceli dopytując o plany na rozbudowę winnicy. W najbliższej przyszłości Płochoccy mają zamiar uporządkować stromy stok biegnący w dół, w stronę gospodarstwa. Teraz był on porośnięty wysoką trawą, niewielkimi krzewami i smukłymi, młodymi drzewkami. Jedno jest pewne, stosunek vinifer do hybryd w Winnicy Płochockich po tej rozbudowie będzie bardziej korzystny na rzecz tych pierwszych. Mnie ta informacja bardzo się spodobała.

Zeszliśmy z powrotem do przetwórni, aby zobaczyć i tę część winnego królestwa. Stalowe tanki, drewniane beczki, szklane gąsiory, czyli wszystko w jak najlepszym porządku. Ciekawość rozbudziły w nas natomiast dwie amfory zamurowane w jednej z części piwnicy. Jak przyznała właścicielka, ich sprowadzenie do Polski było czystym przypadkiem. Po krótkiej rozmowie ze znajomym importerem Płochoccy w ciągu tygodnia zdecydowali się na zakup dwóch kvevri prosto z Gruzji. Poza wspomnianym handlowcem pomógł również jeden z gruzińskich producentów wina. I tak dwie amfory, jedna o pojemności 1000l, druga o połowę mniejsza, trafiły do piwnicy w Darominie. Widząc nasze rozochocenie nasza przewodniczka zaoferowała degustację jeszcze jednego wina: Kvevri 2014, czyli Seyvala fermentującego i dojrzewającego w oglądanych przez nas amforach. Podczas produkcji miazga owocowa trafia do kvevri w październiku, po zbiorach. Spoczywa tam fermentując aż do kwietnia, kiedy to jest częściowo wypompowywana, a częściowo wybierana ręcznie. Po oddzieleniu miazgi od płynu, młode wino wraca z powrotem do amfory. Niefiltrowany, wyraźnie zamglony Seyval miał ciemnożółtą, przybrudzoną barwę. W nosie wino było woskowe, z nutami goździków i wyraźnym aromatem skórki pomarańczowej w tle. W ustach najpierw oszczędne, bardzo wytrawne, a nawet taniczne. Na finiszu robiło się bardziej wyraziste i słonawe. Z pewnością nie jest to trunek dla każdego, ale pomyślcie tylko co mógłby on zdziałać z odpowiednio dobranym kompanem na talerzu! No i jeszcze ta myśl, że jest to wino z jednej z niewielu kvevri w Polsce!

***

Zrobiliśmy szybkie zakupy w sklepiku obok salki degustacyjnej. Dwie butelki Kvevri 2014 trafiły do naszych sakw wyraźnie obciążając i tak już nieźle obładowane rowery. Po chwili spędzonej na świeżym powietrzu poczuliśmy zbliżający się zmierzch, a przed nami wciąż pozostawało sporo kilometrów do przejechania. Zależało nam, aby nazajutrz obudzić się w okolicach ruin zamku Krzyżtopór, więc pożegnaliśmy się z właścicielami winnicy i ruszyliśmy w dalszą drogę.