Enoturystyka na dwóch kółkach: Winnica św. Jakuba

Podróże, wino

Przemierzaliśmy Sandomierszczyznę na rowerach od kilku dni. Wciąż jednak nie dotarliśmy do głównego celu naszej wyprawy, miasta od którego tereny te brały swoją nazwę. Odwiedzaliśmy kolejne winnice poznając ich właścicieli, oglądając uprawy winorośli i degustując wina produkowane na Sandomierskim Szlaku Winiarskim. Przed nami pozostawał jednak bardzo ważny punkt programu. Punkt, bez którego wszystkich pozostałych być może dziś nawet by nie było. Przez te kilka dni na dwóch kółkach nikt z nas nie miał czasu, aby zadać sobie pytanie o początki winiarstwa w okolicach Sandomierza. Kto i dlaczego właściwie rozpoczął uprawę winorośli w tym zakątku Polski? Jaki wpływ miała ona na kolejne pokolenia tutejszych mieszkańców i czy rzeczywiście można dziś mówić o wielowiekowej tradycji? Na wszystkie te pytania odpowiedzi znaleźliśmy goszcząc w Winnicy św. Jakuba należącej do Dominikanów. Idźmy (jedźmy) jednak po kolei…

***

Poranek obudził nas pochmurnym niebem i rześkim powietrzem. Wczesnym popołudniem miał zacząć padać deszcz, więc zależało nam, aby do tego czasu dojechać do Sandomierza. Co prawda od miasta nie dzieliła nas duża odległość, ale mieliśmy w planach spokojną jazdę i kilka przystanków, a zatem należało wstać jak najwcześniej. Zanim reszta uczestników wyprawy wyszła z namiotów, zdążyłem przejść się jeszcze do winnicy i zrobić kilka zdjęć. Później szybko złożyliśmy obozowisko, zapakowaliśmy nasz dobytek na rowery i ruszyliśmy w stronę ostatniego celu wyprawy. Z Marcelim, który raczył nas opowieściami o rodzinnym gospodarstwie poprzedniego wieczora, pożegnaliśmy się jedynie telefonicznie, bo z samego rana sam wyjechał do Sandomierza.

Pogoda stopniowo zaczęła się zmieniać. Pojawił się wiatr, a na niebie nie było nawet śladu promieni słońca. Mimo to szybko zmieniliśmy początkowy plan i zdecydowaliśmy się obrać nieco dłuższą od zakładanej, ale o wiele przyjemniejszą drogę. Kilka kilometrów przed miastem zatrzymaliśmy się na punkcie widokowym przy Górach Pieprzowych na późne śniadanie. Dosłownie wymietliśmy z sakw wszystko, co nadawało się do jedzenia.

Do Sandomierza dojechaliśmy około godziny 13. Widok Wzgórza Świętojakubskiego obsadzonego rzędami winorośli oraz klasztor i Kościół św. Jakuba znajdujące się tuż za nimi to jeden z tych obrazków, które będą pojawiać się w naszych głowach zawsze wspominając tegoroczną majówkę. Ojciec Marek, z którym pozostawałem w stałym kontakcie, przywitał nas tuż przy wjeździe do winnicy i kompleksu klasztornego. Miejsce, w którym mieliśmy się ulokować na tę noc miało się zwolnić dopiero za jakiś czas. Zostawiliśmy większość bagaży i rowery, po czym umówiliśmy się z naszym kolejnym gospodarzem na później. Podczas gdy damska część wyprawy rozsiadła się wygodnie w małej kafejce oferującej pyszną gorącą czekoladę (rzecz nie do przecenienia po pokonaniu kilkunastu kilometrów rowerem w niesprzyjającej aurze) i domowe wypieki, ja z Ł. wsiedliśmy na tandem i ruszyliśmy po nasze auta. To był w sumie pierwszy raz, kiedy miałem okazję na nim jechać i po kilkunastu metrach zaczęła mi świtać myśl o zakupie takiego sprzętu… Kto wie, być może następna wyprawa przez winnice relacjonowana będzie już z roweru dwuosobowego…?

***

Ojciec Marek zaprosił nas na wieczorne spotkanie, abyśmy w spokoju mogli porozmawiać. Siedzieliśmy w jednym z pomieszczeń wchodzących w skład zabytkowej zabudowy klasztornej. Chociaż ściany przykrywała warstwa tynku i pastelowa farba, ojciec kreślił palcem jego pierwotny zarys próbując przedstawić je oczom naszej wyobraźni jak najwierniej.

Spróbowaliśmy pierwszego wina. Delikatnej mieszanki szczepów deserowych i hybryd. Wino miało złocistą barwę, dość intensywną. W aromacie dominowały niedające się z niczym pomylić nuty pochodzące od odmian, które nie są przeznaczone do produkcji wina. Mimo to przebijały się tu również świeże białe owoce i kwiaty, a lekkie musowanie ułatwiało odbiór. Nie trunek w kieliszku miał jednak zaprzątać nasze myśli tego wieczora. Ojciec Marek płynnie od degustowanego wina przeszedł do meritum, to znaczy historii Dominikanów w Sandomierzu.

Mało kto zdaje sobie dziś sprawę, że centrum Sandomierza w zamierzchłych wiekach znajdowało się nie tam, gdzie dziś tętni życie turystyczne, to znaczy na Starówce, a właśnie wokół Wzgórza Świętojakubskiego (nazywanego też Staromiejskim, jak widać nie bez powodu). Badania prowadzone wokół klasztoru potwierdzają, że już w X wieku okolice te były intensywnie zasiedlone. Dopiero po 1286 roku, kiedy to Leszek Czarny po najazdach tatarów nadał ponowną lokację miastu, jego centrum przesunęło się na północny-wschód.

Obecność Dominikanów na tych terenach miała również decydujący wpływ na winiarski charakter regionu. To właśnie oni rozpoczęli uprawę winorośli w Sandomierzu i okolicach. Pierwsze sadzonki pojawiły się tutaj za sprawą braci, którzy przywieźli je z Włoch (akcenty italianistyczne są nieuniknione!). To właśnie na italskiej ziemi Dominikanie stawiali pierwsze kroki w winoogrodnictwie i to właśnie stamtąd pochodziła ich wiedza. Jak podają źródła, pierwsze nasadzenia pojawiły się tu już w 1226r., a dwanaście lat później klasztor otrzymał od Książąt Piastowskich certyfikat uprawniający do handlu winem gronowym. We wspomnianym wyżej 1286r. Leszek Czarny jedynie potwierdził prawo braci do sprzedaży wina. W kolejnych stuleciach Sandomierz jawił się jako kraina winem płynąca, niektórzy sądzą, że wokół miasta było aż 150 hektarów winnic (wystarczy pomyśleć, że dziś winnice w całej Polsce zajmują zaledwie 413 ha, wliczając to w te, które nie prowadzą jeszcze sprzedaży…). Złoty okres zakończył się wraz z kasatą klasztoru w 1864 roku przez cara. Winiarska historia tego miejsca ożyła dopiero po 137 latach nieobecności braci, kiedy to w 2001 roku wrócili do Sandomierza i ponownie obsadzili Wzgórze Staromiejskie winoroślą.

Historyczny rys winiarski podkreśliło kolejne wino, które pojawiło się tego wieczoru w kieliszkach. Ojciec Marek przyniósł je z romańskiej piwnicy, którą mieliśmy okazję dzięki niemu zobaczyć na własne oczy. Badania prowadzone w klasztorze i wokół niego wykazały obecność pomieszczenia aktualnie znajdującego się niemal całkowicie pod ziemią. Jak wytłumaczył (i pokazał) nam jednak ojciec, w XIII wieku poziom terenu był w tym miejscu o wiele niższy od aktualnego. Otwory okienne wybudowane w piwnicy miały wtedy za zadanie wprowadzanie do wewnątrz światła dziennego. Dziś panuje tu całkowita ciemność i niezbędne jest użycie sztucznego światła, aby móc podziwiać tę romańską perłę ukrytą tuż przy klasztorze ojców Dominikanów w Sandomierzu. Nasz przewodnik nakreślił również plany zagospodarowania tego miejsca na najbliższe lata. Poza pierwotnym przeznaczeniem (piwniczka na wino) ma tu powstać niewielkie muzeum winiarstwa na Sandomierszczyźnie.

Wróćmy do wina. Róż na bazie szczepów Rondo i Regent Dominikanie wyprodukowali przy współpracy z Winnicą Płochockich. Wino miało delikatną barwę, było bardzo lekkie, a w aromacie przewijały się nuty poziomek i truskawek. Niewielka ilość cukru balansowała niewielką ilość kwasu. Niezobowiązujący trunek na ciepłe letnie wieczory, idealny, aby sączyć bezrefleksyjnie po ciężkim dniu…

Nie przyciągnęło ono jednak naszej uwagi na długo, bo ojciec Marek kontynuował swoją opowieść. Próbując uzmysłowić nam na jakim etapie są badania w Sandomierzu, odniósł się do miast, w których spędzamy większość naszego życia na co dzień. Zarówno najstarsze dzielnice Wrocławia, jak i Poznania zostały wręcz przeczesane przez badaczy. O Ostrowie Tumskim wiemy już niemało. Co więcej, nie jest to wiedza zarezerwowana dla wąskich kręgów, bo miasto zadbało w odpowiedni sposób o turystę głodnego historycznej wiedzy. Wzgórze Staromiejskie wraz z całym kompleksem pod tym względem pozostaje mocno z tyłu, nad czym ubolewa ojciec Marek. Jednym z celów, jakie postawili sobie Dominikanie na najbliższe lata jest właśnie nadrobienie tych zaległości. Już ruszyły projekty badawcze mające na celu dokładne poznanie tego, co skrywa ziemia pod klasztorem i Kościołem Św. Jakuba, ale wciąż pozostaje wiele do zrobienia w kwestii ekspozycji ich wyników.

***

Pomimo, że opowieść snuta przez o. Marka pochłonęła nas bez reszty, zmęczenie zaczęło dawać nam o sobie znać i na krótko przed północą przestaliśmy walczyć z zamykającymi się oczami. Umówiliśmy się z naszym gospodarzem na kontynuację następnego dnia. Zerwaliśmy się skoro świt, szybko coś przekąsiliśmy i jak tylko skończyła się poranna msza podeszliśmy do Kościoła św. Jakuba (jakby nie było poprzedniego wieczora do tego miejsca nie dotarliśmy).

Mieliśmy już jakieś podstawy jeśli chodzi o historię Dominikanów na tych ziemiach. W połączeniu z wiedzą wyniesioną ze szkoły na temat rodu Piastów, byliśmy w stanie nadążać za tym, o czym mówił nam ojciec Marek. Kościół św. Jakuba to jedna z głównych atrakcji turystycznych w Sandomierzu. Cały kompleks klasztorny powstał w XIII wieku. Głównym budulcem były cegły wypalane na miejscu. Bogate zdobienia elewacji świadczą o kunszcie budowniczych. Nasz przewodnik zwrócił nam szczególną uwagę na dwie rzeczy: etapy w jakich przebiegała budowa klasztoru i świątyni oraz portal główny, nazywany po łacinie Porta Caeli, to znaczy Brama Niebios.

Pojedyncze cegły okalające drzwi wciąż noszą ślady glazury, która odbijała promienie słoneczne rozświetlając portal w zamierzchłych czasach. To prawdopodobnie stąd wzięła się nazwa głównego wejścia prowadzącego do wnętrza kościoła. Również tutaj znaleźliśmy znaki odnoszące się do winiarstwa. Na niektórych cegłach, obok symboli biblijnych i podobizn osób związanych z Sandomierzem tudzież Dominikanami, pojawiają się liście winnej latorośli.

Na początku XX wieku część kościoła strawił pożar. To tragiczne wydarzenie okazało się przynieść za sobą częściowo pozytywne skutki. W epoce barokowej wnętrze świątyni przebudowano na ówczesną modłę zatracając jej oryginalny romański charakter na kolejne dziesięciolecia. Podczas renowacji, której poddano kościół po pożarze, postanowiono wrócić do korzeni i „zreromanizować” wnętrze na tyle, na ile było to możliwe. Dzięki temu dziś możemy je podziwiać w formie bliskiej zamysłowi XIII wiecznych budowniczych.

Wewnątrz Kościoła św. Jakuba znajduje się kilka punktów, których pominięcie byłoby zaniedbaniem ze strony odwiedzających. Należą do nich między innymi: gotycka płyta nagrobna księżniczki Adelajdy oraz sarkofag znajdujący się w prezbiterium, w którym spoczywa jej ciało; krypta męczenników, w której złożono znalezione podczas badań archeologicznych szczątki Dominikanów zamordowanych podczas najazdu tatarskiego; zakrystia kryjąca gotyckie tarcze herbowe możnych rodów czy chociażby secesyjne witraże znajdujące się za ołtarzem i zdobiące prezbiterium.

Jest też jeszcze jeden punkt warty uwagi – wczesno romańska dzwonnica, na którą mogliśmy wejść dzięki uprzejmości naszego przewodnika. Mało kto dziś wie, że najstarszy (lub jego równolatek) datowany dzwon znajduje się właśnie w Kościele św. Jakuba w Sandomierzu, a pochodzi on z 1314 roku. Oprócz niego dzwonnica kryje również nieco młodszy egzemplarz z 1389 roku i jeszcze jeden z połowy XVIII wieku.

***

Naszą podróż w głąb historii Dominikanów na Sandomierszczyźnie zakończyliśmy skokiem w przyszłość. Ojciec Marek pokazał nam prezentację multimedialną, która dokumentuje częściowo wyniki przeprowadzonych dotychczas badań. Jak wielokrotnie podkreślał, wciąż pozostaje wiele do zrobienia, a profesjonaliści z dziedziny archeologii mają tu ogromne pole do działania.

Dominikanie chcą odkrywać krok po kroku to, co zatracono przez wieki. Wzgórze Świętojakubskie w najbliższych latach będzie z pewnością zyskiwać na atrakcyjności. Ciągle powiększana winnica to tylko pretekst, który nawiązuje do najstarszych tradycji winiarskich w regionie, ale też zachęca przybyszów do zagłębienia się w klimat tego miejsca. Nam wystarczyła dosłownie doba, aby wczuć się w to miejsce i zacząć oddychać jego rytmem. To przecież tutaj rozpoczął się Sandomierz i to właśnie tutaj zasadzono pierwsze krzewy winne, a Dominikanie odegrali w tym niemałą rolę…

Poprzednie wpisy z cyklu Enoturystyka na dwóch kółkach znajdziesz klikając poniżej:

winnica_nad_jarem_logo

Bez tytułu

IMG_8243

IMG_8269

 

Enoturystyka na dwóch kółkach: Winnica Sandomierska

Podróże, Winne Wtorki, wino

Z Ostrowca Świętokrzyskiego wyjechaliśmy o poranku. Był weekend majowy, więc ruch w mieście nie specjalny. Dla nas lepiej, ponieważ pierwsze kilometry w kierunku Sandomierza (a przede wszystkim Winnicy Sandomierskiej) mieliśmy przemierzyć jadąc ścieżką rowerową wzdłuż ruchliwej zazwyczaj drogi w stronę Ożarowa.

Pogoda zaczęła się psuć, wiatr wiał nam w twarze niemiłosiernie. Wlekliśmy się niczym żółwie, a poprzednie dni na rowerowym siodełku dawały nam o sobie znać nie poprawiając sytuacji. Zatrzymaliśmy się w Ćmielowie, gdzie Ł. i D. koniecznie chcieli zwiedzić Polską Fabrykę Porcelany. Niezbyt zainteresowani tematem, w tym czasie, ja i I. nadrobiliśmy zaległości odpowiadając na dziesiątki wiadomości. Wyjazd rowerowy pod namioty ma jedną z tych zalet, że człowiek jest poniekąd odcięty od świata i naprawdę odpoczywa od codzienności. Do czasu…

Ł. i D. zakończyli swoją wycieczkę po ćmielowskim muzeum porcelany po około godzinie. Wsiedliśmy na rowery i ruszyliśmy w dalszą trasę, za sobą mieliśmy dopiero nieco ponad 10km, a od celu naszej dzisiejszej wyprawy dzieliło nas kolejne 35.

***

Było już wczesne popołudnie, do winnicy mieliśmy wciąż dobre kilka kilometrów, ale zmieniający się krajobraz jednoznacznie wskazywał, że znajdowaliśmy się już blisko naszego celu podróży. Łagodne wzniesienia zastąpiły teraz strome podjazdy i zjazdy. Dwa czy trzy razy przejechaliśmy już przez lessowe wąwozy to gnając na złamanie karku dzięki sile grawitacji, to mozolnie wdrapując się na następne wzgórze.

Minęliśmy kolejny tego dnia znak ostrzegający o stromym zjeździe, mocniej chwyciliśmy kierownice rowerów i puściliśmy się w dół drogi, która prowadziła do Garbowa, rodzinnej miejscowości Zawiszy Czarnego i Generała Józefa Dowbora Muśnickiego (o ile ten pierwszy znany jest raczej większości Polaków, o tyle z tyle ze znajomością tego drugiego, ubolewam, jest znacznie gorzej). W centrum wioski znajduje się tablica upamiętniająca wielkiego polskiego rycerza. Jest tam też niewielka izba pamięci. Na drzwiach wisiała kartka z numerem telefonu, pod który należało dzwonić, aby spotkać się z Zawiszą. Niestety po trzech nieodebranych połączeniach odpuściliśmy i ruszyliśmy w dalszą drogę, Winnica Sandomierska znajdowała się prawie tuż za rogiem.

***

Kolejny wąwóz przed nami. Zjazd był tym razem bardziej stromy niż wszystkie pokonane dotychczas. Po prawej i lewej stronie mijaliśmy to grubsze, to cieńsze konary i korzenie, które przecinały intensywnie żółtą glebę. Obładowane bagażami rowery przy nadmiernej prędkości traciły równowagę i niebezpiecznie się chybotały, przez co użycie hamulców było konieczne już w połowie wąwozu. Pomimo nieustannych prób zwalniania, rowery przyśpieszały w zaskakującym tempie pchane wspomnianymi sakwami i innymi ładunkami. Do moich nozdrzy dotarł zapach przegrzanych klocków hamulcowych. Na szczęście właśnie dojechałem do końca wąwozu. Ł. i D. niesieni większym ciężarem tandemu odstawili nas trochę. Razem z I. minęliśmy kolejny zakręt i już ich widzieliśmy. Zobaczyliśmy też sporych rozmiarów biały dom i baner reklamujący cel naszej dzisiejszej podróży.

Zaparkowaliśmy przy przetwórni. Po chwili wyszedł z niej gospodarz, Marceli, właściciel Winnicy Sandomierskiej. Pomimo, że był to weekend majowy, pracy miał co nie miara. Wskazał nam szybko miejsce w ogrodzie, w którym mogliśmy rozbić namioty i wrócił do swoich obowiązków. Jeszcze zanim powstało nasze mikro obozowisko, wiedzieliśmy, że będzie to idealne miejsce na nocleg. Miękka trawa pod nami (po spaniu w środku lasu na ściółce wymieszanej z gałęziami to naprawdę był luksus), z jednej strony widok na pasiekę, z drugiej na położoną ponad nami winnicę łagodnie wznoszącą się ku horyzontowi.

Z Marcelim umówiliśmy się na wieczór, mieliśmy jeszcze jakieś dwie godziny dla siebie, więc na własną rękę zwiedziliśmy okolicę. Kątem oka dostrzegaliśmy co jakiś czas autokary i grupy wycieczkowe, które przyjechały tu z Sandomierza, aby zobaczyć winnicę i poznać podstawy uprawy winorośli.

***

Właściciel winnicy zaprosił nas na degustację, gdy na dworze było już ciemno. Ostatni zwiedzający opuścili gospodarstwo kilkadziesiąt minut temu. Rozsiedliśmy się w przestronnej, niedawno wyremontowanej, salce degustacyjnej. Gospodarz zaczął snuć opowieść o gospodarstwie i historii rodziny. Niemałym zaskoczeniem był dla nas fakt, że uprawę winorośli w rodzinie zapoczątkował nie Marceli, nie jego ojciec, a nawet nie jego dziadek. Pierwsze krzewy winne w gospodarstwie zasadził pradziadek Marcelego, a jeden z najstarszych rośnie po dziś dzień pod ścianą białego domu. Prawnuk założyciela pierwszej parceli postanowił wrócić do korzeni i wznowić uprawę. Doświadczenie zdobył już przy zakładaniu pierwszej winnicy uniwersyteckiej w Polsce, to znaczy winnicy przy Uniwersytecie Rolniczym im. Hugona Kołłątaja w Krakowie.

To właśnie tam Marceli stawiał pierwsze kroki w winiarskim świecie. Także tam nabrał przekonania do hybryd. Otwarcie wyznaje, że mieszańce stanowią trzon jego winnicy i za szybko się to nie zmieni (chociaż pierwsze nasadzenia vinifer zostały już poczynione). Właściciel Winnicy Sandomierskiej nie tworzy kupaży, wszystkie jego wina produkowane są w oparciu wyłącznie o jeden szczep. Jak tłumaczy, chce najpierw wychować konsumentów i klientów, chce pokazać im cechy poszczególnych odmian. Na kupaże i szczepy winne przyjdzie jeszcze czas. Mając jeszcze w pamięci słowa Tomasza, u którego gościliśmy poprzedniego wieczora, znów doszliśmy do wniosku, że na naszej drodze poznajemy nie tylko winnice, ale przede wszystkim ludzi, którzy podchodzą do tego samego zagadnienia w zupełnie inny sposób. Zapewne różne filozofie i teorie głoszone przez poszczególnych winiarzy z Sandomierszczyzny mają swoje silne i słabe strony, o tym które z nich sprawdzą się w dłuższej perspektywie przekonamy się nie wcześniej jak za kilkanaście lat.

Wracając do miejsca, w którym przebywaliśmy tamtego wieczora. Winnica Sandomierska to tak naprawdę jedynie wycinek działalności, jaką zajmuje się Marceli i jego rodzice. W gospodarstwie powstają również sery dojrzewające, jest pasieka, a co za tym idzie produkcja miodów. Są wreszcie sady owocowe, piaskowania i… przetwórnia wpisana na listę Dziedzictwa Kulinarnego Świętokrzyskiego, w której produkowane są różnego rodzaju kiszonki z warzyw i inne przetwory.

Podczas gdy gawędziliśmy z właścicielem, w kieliszkach znalazł się Seyval Blanc z 2016 roku. Wino miało jasną suknię. W nosie dominowały nuty zielonego jabłka, było też niezbyt intensywne ziołowo-kwiatowe tło. Na języku dało się wyczuć wyraźną kwasowość i nieco goryczki na finiszu. Całość sprawiała wrażenie lekkości i rześkości. Na pewno to wino sprawdziłoby się jako aperitif, a i do lekkich ryb bym nim nie pogardził.

Różowy Marechal Foch (ukłon w stronę dzisiejszej edycji Winnych Wtorków, których tematem są różowe wina z Europy Środkowej – w tym z Polski), również z 2016 roku, z początku był nieco zamknięty. Wino zaczęło się otwierać dopiero po mocnym dotlenieniu. Wyczuwalny z początku aromat lekarstwa na kaszel (jak stwierdził Ł., lekarz z zawodu) został zastąpiony kompotem truskawkowym i dojrzałymi poziomkami. W ustach również różowe owoce, a całość okraszona sporą dawką cukru resztkowego.

Solaris 2016 miał nieco ciemniejszą barwę niż próbowany wcześniej Seyval. Obdarowywał mocno aromatycznym nosem, zdominowanym przez nuty kwiatowo-owocowe z miodowym tłem. Spora kwasowość została skutecznie zdominowana przez wysoki cukier resztkowy. Zabieg ten sprawił, że wino to nie jest wymagające. Ot, taki niezobowiązujący, aczkolwiek porządny, towarzysz letnich wieczorów. I. była zachwycona.

Na koniec pozostał Regent rok starszy od pozostałych towarzyszy. Fermentował w stali, po czym dojrzewał przez rok w dębinie. Wino miało ciemnoczerwoną, mocno intensywną barwę z brunatną głębią. W nosie przyjemny owocowo-beczkowy bukiet. Dominowały owoce jagodowe, pojawiło się też trochę śliwek. Co najważniejsze, nie było tu nawet śladu po charakterystycznych dla tego szczepu buraczkach. W ustach niziutka kwasowość przez co całość wydawała się trochę płaska. Na pewno schłodzenie go nawet do 12˚C zadziała na jego korzyść, czego doświadczyliśmy próbując Regenta rok starszego…

…wspomnianą powyżej butelkę Regenta z 2014 otworzyliśmy do kolacji. W menażkach znalazła się kasza z sosem serowym, danie raczej mdłe ze zdecydowanie dominującą solą. Wspomniane wino sprawdziło się w tym połączeniu idealnie. Niska temperatura uwypukliła taniny, a sos na bazie serów wyciągnął na wierzch całą kwasowość, jaką kryła w sobie butelka. Było to na pewno połączenie o niebo lepsze od poprzedniego, którego mieliśmy okazję „doświadczyć” dwa dni wcześniej popijając półsłodkim frizzante kaszę z kiełbasą i serem…

***

Obudziliśmy się wczesnym rankiem. Pierwszy widok po wyjściu z namiotu nie mógł nie nastrajać nas pozytywnie, winnica w świetle pierwszych promieni słońca robiła niesamowite wrażenie. Nie mieliśmy jednak czasu podziwiać tego widoku zbyt długo, czekał na nas Sandomierz i Winnica św. Jakuba, ostatni punkt naszej wyprawy. Odwiedziny w Winnicy Sandomierskiej były dla nas bardzo ciekawym doświadczeniem. Mając już jakiś bagaż doświadczeń po kilku dniach i odwiedzeniu pozostałych winnic, mogliśmy skonfrontować opinie poszczególnych producentów i porównać je ze sobą. Nasze kubki smakowe też zaczęły kalibrować się na wina z Sandomierszczyzny, a po tych kilku dniach byliśmy w stanie dostrzec pewne cechy wspólne i ewentualne różnice. Marceli pokazał nam nie tylko swoje gospodarstwo, ale i otworzył przed nami rodzinną historię, która wiąże się z obecnością winorośli w okolicach Sandomierza. Jednak prawdziwy powrót do pierwszych winnych krzewów w Świętokrzyskim dopiero nas czekał, o tym w kolejnym wpisie…

 

Pozostali wtorkowicze napisali:

Autorzy bloga Winniczek sięgnęli po różowego Cfajgelda z… Winnicy Modła!

Blurppp rozwodzi się nad tym czym jest Europa Środkowa i otwiera róż z Węgier

Enoturystyka na dwóch kółkach: Winnica Modła

Podróże, wino

Od Płochockich wyjechaliśmy, gdy słońce już kierowało się ku horyzontowi. Ostatnie promienie ogrzewały nam twarze, ale jak tylko złocisty krąg zniknął za sadami majaczącymi przed nami, zrobiło się jeszcze chłodniej niż w ciągu dnia. Byliśmy już blisko miejsca, gdzie planowaliśmy rozbić namioty. To, co na mapie wydawało się być dość sporym lasem, w rzeczywistości okazało się niewielkim zagajnikiem. Drzewa były wciąż nagie, na gałęziach nie było nawet zapowiedzi młodych liści w postaci pączków.

Aby nie było nas widać z niewielkiej asfaltowej drogi, prowadziliśmy rowery w głąb zagajnika podmokłą dróżką przez dobre kilkanaście minut. Robiło się coraz ciemniej i chcąc rozłożyć namioty bez potrzeby korzystania ze światła latarek, musieliśmy zadowolić się tym, co znaleźliśmy dotychczas. Przygotowaliśmy teren pod obozowisko wyrzucając spróchniałe konary i wyrywając niewielkie krzewy. Rozłożenie namiotów zajęło nam dosłownie kilka chwil, Ł. w międzyczasie przykrył rowery zabezpieczając je przed wilgocią. Na noc zapowiadano temperaturę poniżej zera, więc czym prędzej zaszyliśmy się w śpiworach nie zdejmując przy tym grubych spodni i puchowych kurtek. Szybka kolacja przygotowana nad palnikiem gazowym i kilka łyków aromatycznego półsłodkiego frizzante (połączenie niezbyt udane biorąc pod uwagę obecność kaszy, sera i kiełbasy w menażkach, ale z kolei patrząc na okoliczności, najlepsze z możliwych) ukoiły nas do snu.

***

Noc minęła spokojnie, bez żadnych przygód, o dziwo również bez mrozu wdzierającego się w każdy odkryty fragment ciała. Dopiero po otworzeniu namiotu dotarło do nas zimne poranne powietrze, ale wraz z nim poczuliśmy też niesamowity zapach ściółki leśnej i rosy.

Czym prędzej wyszliśmy ze śpiworów, złożyliśmy namioty i zapakowaliśmy całe obozowisko na bagażniki rowerów. Od zamku Krzyżtopór dzieliło nas zaledwie kilka kilometrów, odległość w sam raz, aby się rozgrzać i rozbudzić. Na miejsce dojechaliśmy tuż po otwarciu zabytku dla zwiedzających. Dzięki temu mieliśmy szczęście przechadzać się po praktycznie opustoszałych ruinach z pierwszej połowy XVII wieku. Pojawił się i wątek italianistyczny, zamek w Krzyżtoporze bowiem jest przykładem fortecy budowanej na wzór włoskiego palazzo in fortezza, to jest pałacu posiadającego cechy obronne (jak chociażby baszty czy fosa i most zwodzony prowadzący do bramy głównej). Tego typu budowle powstawały w renesansie we Włoszech, rozpowszechniając się później na terenie całej Europy. Zamek w Krzyżtoporze, co ciekawe, był największą budowlą pałacową w Europie aż do momentu powstania Wersalu!

Śniadanie w takich okolicznościach wydało nam się wręcz obowiązkowym punktem programu, tym bardziej, że nasze żołądki zaczęły domagać się strawy. Szybkie zakupy w małym sklepiku i prawdziwa uczta w jarze, w którym niegdyś płynęła woda broniąca dostępu do zamku.

Jeszcze zanim ruszyliśmy w dalszą drogę zebraliśmy się wokół mapy, aby dokonać modyfikacji trasy przewidzianej na ten dzień. Początkowe założenia przewidywały przejazd do Ostrowca Świętokrzyskiego drogą o długości około 80km. Wszyscy jednak doskonale wiedzieliśmy, że nie jesteśmy w stanie wykonać tego planu w pełni. Dla mnie i I. ten wyjazd był właściwie pierwszym takim wyskokiem w tym roku, już 50km wydawało się dla nas niezłym osiągnięciem. Do takiej właśnie długości skróciliśmy trasę, po czym zebraliśmy nasz dobytek i zaczęliśmy pedałować w stronę celu wycieczki, Winnicy Modła.

***

Dystans pobyty tego dnia dał nam nieźle w kość, a to za sprawą licznych wzniesień, które musieliśmy pokonywać niemal do samego Ostrowca. Gdy już mieliśmy zatrzymać się na kolejny postój, nieoczekiwanie dojechaliśmy do jednej z głównych dróg prowadzących do miasta. Wstąpiły w nas nowe siły i ochoczo ruszyliśmy ku mecie.

Z właścicielem Winnicy Modła umówiliśmy się na wieczór. Przyjechał po nas tuż przed zmrokiem. Gdy weszliśmy do auta szybko zaproponował, abyśmy przeszli na „ty” i zabrał nas do swojej parceli. Wysiedliśmy z auta na niewielkim wzgórzu. W dole znajdowały się drzewa i niskie zarośla skutecznie kryjące rzekę, od której nazwę wzięła sama winnica. Teren stromo zbiegał ku wąskiemu ciekowi wodnemu. Tak nachylonego stoku obsadzonego winoroślą w Polsce jeszcze nie spotkałem! Kilka zdjęć i pytań do właściciela, po czym ruszyliśmy do winiarni znajdującej się przy domu Tomasza.

***

Po dotarciu na miejsce zobaczyliśmy pierwsze krzewy winne nasadzone przez właściciela Modłej. Rosną one spokojne po dziś dzień w przydomowym ogródku. Zeszliśmy do piwnicy, którą zaadaptowano jako winiarnię, salę degustacyjną i miejsce, gdzie dojrzewają wina.

Właściciel winnicy szczerze wierzy, że przyszłość polskiego winiarstwa leży w uprawie vitis vinifera, a dowodem na prawdziwość tej tezy są jego wina. Wypuszczane przez Winnicę Modła rok w rok niezwykle świeże, czyste i bogate w aromaty butelki potwierdzają, że nad Wisłą szczepy winne mają rację bytu (chociaż sama winnica Tomasza oddalona jest od najdłuższej polskiej rzeki o jakieś 30km). Jedno jest pewne, wina produkowane pod Ostrowcem mogą spokojnie konkurować z najlepszymi butelkami pochodzącymi z innych krajów winiarskich.

Przy akompaniamencie kilku rodzajów serów zagrodowych, oliwek, świeżej bagietki i aromatycznej oliwy zaczęliśmy degustację. Na pierwszy ogień poszedł Wrestling XV, czyli Riesling z 2015 roku. Wino o jaśniutkiej barwie, które obdarowało nas czystymi nutami zielonych jabłek i cytrusów. Zarówno w nosie, jak i na podniebieniu oferowało potężną dawkę rześkości i świeżości, a nawet nieco mineralnego tła. Wysoka kwasowość tego wina była tym bardziej wyczuwalna, że praktycznie nie pojawił się w nim kontrapunkt w postaci cukru resztkowego. W skrócie? Po prostu świetny polski Riesling!

Pod nazwą Pigriner XV krył się kupaż Pinot Gris i Gewürztraminera. Wino miało nieco ciemniejszą barwę, wchodzącą nawet w tony różowe, a to za sprawą wydłużonej maceracji. W nosie zdecydowanie dominował pierwszy ze szczepów, drugi być może da o sobie znać, gdy krzewy winnej latorośli zapuszczą głębiej swoje korzenie. Pojawiły się dojrzałe gruszki i jabłka, w ustach nieco pestkowej, ale delikatnej goryczki na finiszu. Więcej ciała niż u poprzednika. Już teraz jest bardzo dobrze, ale jeśli w kolejnych rocznikach pojawi się nieco więcej nut charakterystycznych dla Gewürztraminera, obraz będzie pełniejszy.

Różowy Cfajgeld XV miał ciepłą, malinową barwę, niezbyt intensywną. Wino w nosie oferowało typowe dla Zweigelta pod tą postacią nuty: dojrzałe poziomki, truskawki i maliny. Wino dość proste, ale czyściutkie i zniewalające w swojej prostocie. Delikatne musowanie na języku odciążało całość i nadawało lekkości. Kolejny przykład przyjemnego wina tarasowego z Polski.

Apricus XV to jeden z niewielu reprezentantów mieszańców w Winnicy Modła. Ładna, złocista barwa. Cytrusowe z początku, ale wciąż nieco zamknięte. Otworzyło się po dłuższej chwili w kieliszku i porządnym dotlenieniu oferując bogaty aromat złożony z agrestu, kwiatów czarnego bzu i białych owoców. Dość dużą kwasowość zbalansował wyraźnie wyczuwalny cukier resztkowy. Aromatyczność i rześkość w idealnej równowadze. Na pewno jest to wino, które zasmakuje większej rzeszy konsumentów. Proste w obsłudze zadowoli początkujących fanów polskiego wina, ale będące jednocześnie świetną interpretacją hybrydowego Solarisa zaciekawi znawców.

Po tych owocowych doznaniach przyszła pora na ciekawostkę. Riesling z 2014 roku, który nie trafił do sprzedaży za sprawą przypadku. Zabutelkowane wino pozostawiono do leżakowania. Okazało się jednak, że działalność drożdży się nie zatrzymała i trwała w najlepsze, tworząc wino musujące metodą tradycyjną. Riesling pozostał na osadzie drożdżowym, przez co nad kieliszkiem unosiły się silne aromaty chałki drożdżowej i pieczonych jabłek.  Drobne bąbelki odrywające się od dna kieliszka i wędrujące w górę przez złocisty płyn przyjemnie głaskały podniebienie… aż szkoda, że ten Riesling nie jest dostępny w regularnej sprzedaży…

Słyszeliście kiedyś o szczepie Bouvier? Jest to jedna z najczęściej występujących białych odmian w Austrii, dokąd dotarła z kolei ze Słowenii. Poza Burgenlandem jednak nie zrobiła ona większej kariery. Jej obecność pod Ostrowcem Świętokrzyskim jest zatem nie lada gratką dla enoturystów. Buwjer XVI produkowany przez Tomasza ma bledziutką suknię. W nosie dominują nuty kwiatowe, pojawia się też nieco białych owoców. Delikatne musowanie i kwasowość zdominowana przez aż 17g cukru resztkowego świetnie się uzupełniają. Ładne ciało i ładny balans. Wino kompletne krótko mówiąc.

Doszliśmy niemalże to końca tej niezwykłej podróży przez prawie same vinifery dojrzewające na stoku pod Ostrowcem Świętokrzyskim. Najlepsze (no dobra, jedno z najlepszych) zostało jednak na sam koniec. Cuvee XV to kupaż zdominowany przez odmiany Cabernet Sauvignon i Merlot z niewielką domieszką Blaufränkisch i hybrydy Léon Millot. Wino miało przepiękny aromat złożony z dojrzałych czarnych porzeczek i jeżyn, a w tle pojawiły się delikatne nuty beczkowe (mokre drewno, kora, tytoń, skóra). W ustach eleganckie taniny skrojone wręcz na miarę i kwasowość, która nadawała całości charakteru. Przepyszna czerwień, która stanowi dowód na to, że w Polsce udają się nie tylko wina białe!

***

Znów musieliśmy zmierzyć się z syndromem „podegustacyjnym”. Po całym dniu na świeżym powietrzu i nieustannym wysiłku, spotkania z producentami z Sandomierszczyzny stały się dla nas niezwykle miłym momentem dającym chwilę wytchnienia. Czas spędzony z właścicielem Winnicy Modła był dla nas nie lada przeżyciem, a samo spotkanie dało nam dużo do myślenia, nie tylko w kontekście winiarskim. Jedyne czego tym razem nie wynieśliśmy ze sobą, to wino. Każda z kolejnych butelek otwieranych przez Tomasza wywierała na nas coraz to większe wrażenie. Aby za bardzo nie obciążyć naszych rowerów na dalszą drogę, zdecydowaliśmy się zamówić wina po powrocie do domu.

P.s. Tej nocy spaliśmy pod dachem, na łóżkach!

Enoturystyka na dwóch kółkach: Winnica Płochockich

Podróże, wino

Prowadząc ze sobą rowery z trudem wdrapaliśmy się w górę dróżki, która prowadziła do Winnicy Nad Jarem. Za radami jej właścicieli zmieniliśmy naszą trasę i zdecydowaliśmy się pojechać pomiędzy oblepionymi białymi kwiatami sadami jabłkowymi. Słońce zaczęło nieco śmielej przebijać się zza chmur, a po kilku zdegustowanych winach poczuliśmy, jakby zrobiło nam się cieplej.

Wsiedliśmy na rowery i ruszyliśmy w dalszą drogę. Traf chciał, że pogoda z jednej strony była dla nas najlepsza z możliwych (to znaczy nie padał deszcz, ani nie wiał silny wiatr), z drugiej strony natomiast była to również idealna pogoda dla sadowników, którzy ochoczo ruszyli ze swoimi opryskiwaczami, aby chronić jabłonki przed chorobami…

Po około godzinie zatrzymaliśmy się na posiłek wśród (jeszcze) nieopryskanego sadu. Wprowadziliśmy rowery w głąb, pomiędzy dwa rzędy dość gęsto posadzonych drzewek, aby ukryć się przed wzrokiem tutejszych mieszkańców i oddalić się nieco od, w sumie mało uczęszczanej, asfaltowej drogi. Godzinne lenistwo i obżarstwo na świeżym powietrzu przerwał warkot zbliżającego się starego ciągnika, który zostawiał za sobą cuchnącą mgiełkę fungicydów…

***

Do Winnicy Płochockich dotarliśmy z małym opóźnieniem względem początkowych założeń. Słońce wciąż było na niebie, ale powoli zaczęło zmierzać ku horyzontowi. Zatrzymaliśmy się na niewielkim placu wysypanym kamieniami. Właściciel, Marcin Płochocki uwijał się właśnie pomiędzy małym autem dostawczym, a przetwórnią. Podszedł do nas, przywitał się, zamieniliśmy kilka słów i czekaliśmy na jego żonę. Pani Basia pojawiła się po kilku minutach prowadząc ze sobą już dwójkę enoturystów z Warszawy.

Nie chcąc sprawiać problemów naszym gospodarzom, zgodziliśmy się najpierw na degustację wspólnie ze wspomnianymi turystami ze stolicy, a dopiero potem na odwiedziny w winnicy. Rozsiedliśmy się przy dużym drewnianym stole w przestronnej salce degustacyjnej. Pierwszym słowem jakie padło z naszych ust było: ciepło. Dopiero teraz zauważyliśmy, że podczas całego dnia temperatura na dworze wcale nas nie rozpieszczała, ale podczas pedałowania i równomiernego wysiłku tego nie dostrzegaliśmy.

Nasza gospodyni nalała do kieliszków pierwsze wino, Hibia 2015. Był to kupaż Hibernala, węgierskiego Cserszegi Fűszeres i Gewürztraminera. Jasna słomkowa barwa, w nosie czysty bukiet oparty na takich nutach jak kwiaty czarnego bzu i nieco muszkatu, a w tle pokrzywy i gruszki. Wino było aromatyczne i rześkie zarazem. Również w ustach dało się wyczuć podobny balans, chociaż chwilami dominowały nuty zielone. O ile dwa pierwsze szczepy dawały o sobie znać śmiało, o tyle chociaż bardzo się starałem, Gewürztraminera nie znalazłem.

Na drugi ogień poszło Rose XVI, czyli kupaż odmian Bolero i Marechal Foch w równych proporcjach. Delikatnie różowa barwa, dość jasna. Aromaty jakie się pojawiły to bliżej nieokreślone miękkie owoce, nieco brzoskwiń. Wino było smaczne i sprawiało dużo przyjemności, ale zabrakło mi w nim czegoś, dzięki czemu bym je zapamiętał.

Przypominać za to nie muszę sobie smaku Rege XV. W skład tego wina weszły Regent i Cabernet Cortis. Intensywna, ciemna barwa wina zapowiadała bogate doznania na podniebieniu. Pierwszy nos przypomniał mi zapach 4 z Domu Bliskowice, to prawdopodobnie za sprawą Cortisa. Dużo owocu i liści czarnej porzeczki w natarciu. Po chwili również śliwka, przyprawy i nieco wanilii oraz nut korzennych pochodzących od beczki, w której wino dojrzewało. W ustach ładne, żywe aromaty jeżyn, jagód i czarnych porzeczek. Dobra kwasowość, średnie ciało i wyrazista, ale dobrze zintegrowana z całością tanina. Do tego długi, pieprznie podkręcony finisz. Wino samo w sobie bardzo nam zasmakowało, ale od razu zrodziły mi się w głowie pomysły, jaki charakter ukazałoby przy stole zastawionym polskimi przysmakami. No i potencjał do leżakowania też ma!

***

Państwo z Warszawy zakupili kilka butelek i zapakowali je do swojego auta, po czym zniknęli za kamiennym murkiem. My natomiast wybraliśmy się z panią Basią do winnicy. Wdrapaliśmy się ponad wyremontowane pokoje gościnne i dom właścicieli. Przeszliśmy wzdłuż parceli dopytując o plany na rozbudowę winnicy. W najbliższej przyszłości Płochoccy mają zamiar uporządkować stromy stok biegnący w dół, w stronę gospodarstwa. Teraz był on porośnięty wysoką trawą, niewielkimi krzewami i smukłymi, młodymi drzewkami. Jedno jest pewne, stosunek vinifer do hybryd w Winnicy Płochockich po tej rozbudowie będzie bardziej korzystny na rzecz tych pierwszych. Mnie ta informacja bardzo się spodobała.

Zeszliśmy z powrotem do przetwórni, aby zobaczyć i tę część winnego królestwa. Stalowe tanki, drewniane beczki, szklane gąsiory, czyli wszystko w jak najlepszym porządku. Ciekawość rozbudziły w nas natomiast dwie amfory zamurowane w jednej z części piwnicy. Jak przyznała właścicielka, ich sprowadzenie do Polski było czystym przypadkiem. Po krótkiej rozmowie ze znajomym importerem Płochoccy w ciągu tygodnia zdecydowali się na zakup dwóch kvevri prosto z Gruzji. Poza wspomnianym handlowcem pomógł również jeden z gruzińskich producentów wina. I tak dwie amfory, jedna o pojemności 1000l, druga o połowę mniejsza, trafiły do piwnicy w Darominie. Widząc nasze rozochocenie nasza przewodniczka zaoferowała degustację jeszcze jednego wina: Kvevri 2014, czyli Seyvala fermentującego i dojrzewającego w oglądanych przez nas amforach. Podczas produkcji miazga owocowa trafia do kvevri w październiku, po zbiorach. Spoczywa tam fermentując aż do kwietnia, kiedy to jest częściowo wypompowywana, a częściowo wybierana ręcznie. Po oddzieleniu miazgi od płynu, młode wino wraca z powrotem do amfory. Niefiltrowany, wyraźnie zamglony Seyval miał ciemnożółtą, przybrudzoną barwę. W nosie wino było woskowe, z nutami goździków i wyraźnym aromatem skórki pomarańczowej w tle. W ustach najpierw oszczędne, bardzo wytrawne, a nawet taniczne. Na finiszu robiło się bardziej wyraziste i słonawe. Z pewnością nie jest to trunek dla każdego, ale pomyślcie tylko co mógłby on zdziałać z odpowiednio dobranym kompanem na talerzu! No i jeszcze ta myśl, że jest to wino z jednej z niewielu kvevri w Polsce!

***

Zrobiliśmy szybkie zakupy w sklepiku obok salki degustacyjnej. Dwie butelki Kvevri 2014 trafiły do naszych sakw wyraźnie obciążając i tak już nieźle obładowane rowery. Po chwili spędzonej na świeżym powietrzu poczuliśmy zbliżający się zmierzch, a przed nami wciąż pozostawało sporo kilometrów do przejechania. Zależało nam, aby nazajutrz obudzić się w okolicach ruin zamku Krzyżtopór, więc pożegnaliśmy się z właścicielami winnicy i ruszyliśmy w dalszą drogę.

 

Enoturystyka na dwóch kółkach: Winnica Nad Jarem

Podróże, wino

Założenie było banalnie proste i składało się z dwóch elementów: są rowery, są winnice. Pomysł, jak to często bywa, narodził się przypadkiem. Podziwiając piękno Wielkopolski z pozycji rowerowego siodełka padło hasło: a może by tak zorganizować wyprawę rowerową na winnice? Ok, wszyscy szybko przyklasnęli, ale po chwili pojawiły się wątpliwości: tylko trzeba by mieć więcej dni wolnych, na weekend za granicę nie opłaca się wyjeżdżać… Zaraz, zaraz… Czy ktoś tu mówił o winnicach poza Polską. Jedźmy do Sandomierza!

Temat na kilka miesięcy ucichł. Wrócił w pierwszych tygodniach nowego roku. Przy czterech uczestnikach wycieczki znalezienie dogodnego terminu i urlopu dla wszystkich to nie lada wyzwanie, ale jak się okazało nie jest to zadanie niemożliwe. Majówka wydawała się być z perspektywy lutego idealnym czasem. Niestety majowa pogoda lubi płatać psikusy, co poczuliśmy na własnej skórze już pierwszego dnia wyjazdu…

***

Gdyby sławna już PARPA dowiedziała się o naszym projekcie, prawdopodobnie zostalibyśmy zdyskwalifikowani jeszcze zanim włożylibyśmy nogi w bloki startowe, to znaczy na pedałach rowerów. Na szczęście od tej strony nic nam nie przeszkodziło. Ja zająłem się winiarską stroną projektu, rowerowo-obozową natomiast Ł. i D. Organizacja przebiegła bez większych zakłóceń. Na trasie znalazło się w sumie pięć winnic należących do Sandomierskiego Szlaku Winiarskiego. Trzech producentów i ich wina miałem okazję już poznać podczas różnych imprez i degustacji, dwie winnice (chociaż zdarzało mi się o nich czytać) stanowiły tak dla mnie jak i dla reszty uczestników terra incognita.

***

Do Sandomierza wyjechaliśmy wczesnym popołudniem, jak tylko udało nam się wymknąć z biur. Ja z I. z Poznania, Ł. i D. z Wrocławia. Mieliśmy spotkać się na miejscu, zostawić gdzieś auta, szybko poskładać rowery, zapakować na nie bagaż i wyjechać kawałek za miasto, aby rozbić namioty. Wszystkie prognozy pogody jednoznacznie zapowiadały ulewne deszcze na tę noc, ale staraliśmy się tego nie słuchać. Wystarczyło spakować ciepłe i nieprzemakalne ubrania, a damską część wyprawy przekonać, że nie będzie aż tak tragicznie. W miarę pokonywania kolejnych kilometrów i zbliżania się do celu, zaczęliśmy mieć coraz większe obawy co do naszego nocowania pod namiotem.

Początkowy plan uległ szybko zmianie w okolicach Kielc. Godzina dwudziesta, rzęsisty deszcz i temperatura zbliżająca się nieubłaganie do zera. Szybkie wyszukiwanie kwater i zmiana planów, tym razem darowaliśmy sobie namioty, jeszcze się w nich naśpimy podczas wyjazdu.

***

Ranek obudził nas pochmurnym niebem, chłodnym i przenikliwym wiatrem oraz rześkim powietrzem. Dokończyliśmy składanie rowerów, zjedliśmy szybkie śniadanie i mozolnie spakowaliśmy wszystkie bagaże. Około godziny dziesiątej byliśmy gotowi do drogi. No prawie, bo przerzutki w tandemie Ł. i D. wymagały regulacji, na szczęście w ten sobotni poranek bez trudu znaleźliśmy sklep rowerowy z właścicielem, który poradził sobie z zadaniem nadzwyczaj sprawnie. Dobra, ruszamy. Winnica Nad Jarem czeka!

Początkowo mieliśmy wrażenie jakbyśmy pedałowali cały czas pod górkę (chociaż tak naprawdę przemierzaliśmy kolejne podjazdy i zjazdy w samym Sandomierzu). Wiatr był okropnie nieprzyjemny, wnikał wszędzie gdzie tylko się dało. Ciaśniej zapięliśmy rzepy na nadgarstkach, nogawki spodni trafiły pod skarpety, a na głowie wylądował jeszcze jeden kaptur. Oby tylko pogoda się poprawiła…

Wyjechaliśmy poza Sandomierz, droga przestała być usiana górami i dołami, jechaliśmy po względnie poziomym terenie. Znak kierujący do Winnicy Nad Jarem był dla nas miłym zaskoczeniem, podczas zmagań z chłodnym wiatrem chyba wszyscy zapomnieli, że winnica oddalona jest od centrum miasta zaledwie o kilka kilometrów. Wprowadziliśmy rowery po dość stromym podjeździe prowadzącym do przetwórni i samej parceli. Przywitała nas właścicielka, Sylwia Paciura, jej mąż, współwłaściciel i prezes tutejszego stowarzyszenia winiarzy, miał do nas dołączyć za kilka chwil. Zostawiliśmy nasze rowery i udaliśmy się do winnicy.

Widok z góry był przepiękny, u naszych stóp rozpościerała się płaska dolina. Widoczność tego ranka nie była zbyt dobra, ale i tak od tej panoramy nie sposób było oderwać wzroku. Etymologia nazwy winnicy była nam już dobrze znana. Właścicielka stała się naszym przewodnikiem. Poprowadziła nas wzdłuż długiej parceli. Rzędy winorośli były nadal nagie po zimie. Dowiedzieliśmy się o niedawnych przymrozkach, które prawdopodobnie uszczuplą nieco tegoroczne zbiory, choć aby ocenić dokładnie straty, trzeba będzie jeszcze poczekać. Dotarliśmy do końca parceli i wąskiej, asfaltowej dróżki. Tuż za nią rozpościerała się kolejna winnica, poza nią wokół nas były same sady pokryte białymi kwiatkami.

Zaczęliśmy podróż powrotną, nasza przewodniczka zatrzymała się jeszcze kilka razy, aby pokazać nam ślady po szkodnikach czy wytłumaczyć jak prowadzą łozy w swojej winnicy. Dotarliśmy do niewielkiej drewnianej ławeczki. Wokół niej nasadzono lawendę. Wtedy było zimno i nieprzyjemnie, ale wystarczyła odrobina wyobraźni, aby znaleźć się tu podczas sierpniowego wieczora, otoczonym zapachem lawendy, z kieliszkiem aromatycznego Muskata Odeskiego (którego mieliśmy swoją drogą za chwilę spróbować).

***

Po zejściu do winiarni jeszcze chwilę rozmawialiśmy z właścicielami. Mateusz, mąż Sylwii, dotarł do nas kilka chwil wcześniej. Oglądaliśmy zabutelkowane wina z poprzedniego rocznika, dębowe beczki, w których spoczywało czerwone wino czekające na swoje pięć minut za kilka miesięcy. Rozmawialiśmy o szczegółach uprawy, o pracy w winnicy i o procesach w winiarni. Do kieliszków w międzyczasie trafiła Odesa, wino zbudowane na bazie szczepu Muskat Odeski. Do nozdrzy od samego początku dotarła intensywnie muszkatowa nuta. Temperatura otoczenia była dość niska, więc ogrzaliśmy kieliszki w zziębniętych od wiatru dłoniach. W bukiecie pojawiły się wyraźne nuty kwieciste (jak chociażby płatki róż czy kwiaty czarnego bzu). Aromat był intensywny, z każdą chwilą dawało się wyczuć jak wino się otwierało. W ustach świetnie zbalansowane kwasowość i cukier resztkowy, wino było nieco bardziej wytrawne na języku niż zapowiadał to aromat unoszący się znad kieliszka. Jedno jest pewne: rześkości i świeżości mu nie brakowało.

Kolejno spróbowaliśmy Rose na bazie szczepów Rondo i Zweigelt. Wino miało jasną, malinową barwę. W nosie z początku dość oszczędne, ale po kilku energicznych ruchach kieliszkiem i ogrzaniu ukazało bukiet oparty na malinach, poziomkach i truskawkach. Towarzyszyły im nuty kwiatowe w tle. Pomimo, że na etykiecie pojawił się epitet półsłodkie, trudno nam było w to uwierzyć mając wino w ustach. I tu dla cukru resztkowego znalazła się przeciwwaga w postaci kwasowości. Aromatyczne i rześkie jednocześnie. Gdyby tylko pogoda bardziej dopisała, usiedlibyśmy z taką butelką na ławeczce wśród lawendy w winnicy ponad nami.

Mój stosunek do szczepów hybrydowych jest to lepszy to gorszy, w zależności od butelki, której akurat mam okazję spróbować. Po kilku mocno buraczanych Regentach jakoś ostatnio przestałem wierzyć w mieszańców. Cuvée, którego spróbowaliśmy w Nad Jarem przywróciło mi częściowo wiarę w te odmiany. Kupaż złożony ze szczepów Hibernal, Bianca i Pinot Blanc. Wyczuwalne nuty białych i zielonych owoców. Pojawiły się agrest, liść porzeczki, grejpfrut czy brzoskwinia. Było też kwiatowe podbicie majaczące w tle. W ustach mniej cukru niż w Odesie, wino nieco pełniejsze, z lepszą budową, ale równie świeże co poprzednicy. Jakaś rybka na masełku by mu podpasowała bez dwóch zdań.

Został jeszcze jeden zawodnik. Tym razem niebutelkowany, lany prosto z tanka. Regelt, czyli kupaż Regenta i Zweigelta. Poprzedni rocznik rozsprzedał się w mig, następny trafi do sprzedaży za kilka tygodni. Butelkę tego wina z 2015 mam w swoich zbiorach, głęboko schowaną pod innymi winami, bo jak twierdzą znawcy, ma on potencjał na jakąś dekadę. O prawdziwości tej tezy dowiemy się nie wcześniej jak w 2025, nam pozostało spróbować świeżutkiego wina z poprzedniego roku. Intensywna, purpurowa barwa świadczyła o jego młodzieńczym wieku. Zbyt chłodne kryło swój owocowo-kwiatowy bukiet. Na języku wydawało się trochę bardziej cierpkie i taniczne, dopiero po ogrzaniu łagodniało. Trudno nam było ocenić to wino w aktualnym jego stadium. Na pewno potrzebuje czasu, dużo czasu, aby sprawiało dużo radości. Tak więc: jeśli kupicie Regelta z 2016, schowajcie go dobrze i przypomnijcie sobie o nim za kilka lat!

***

Prawdę mówiąc trochę nawet się cieszyliśmy, że portfolio Winnicy Nad Jarem jest jeszcze dość skromne. Po degustacji nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa, a towarzystwo właścicieli winnicy bardzo nam odpowiadało i wcale nie mieliśmy ochoty wyruszać w dalszą trasę. Czekali na nas jednak Płochoccy, a przed nami wciąż była lwia część trasy do pokonania na ten dzień. Podziękowaliśmy za gościnę gospodarzom, umówiliśmy się na spotkanie w Sandomierzu za kilka dni i przy pierwszych nieśmiałych promieniach słońca ruszyliśmy w dalszą drogę pośród sadów.

IMG_8183.JPG